NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

Ukazały się

Abnett, Dan - "Pancerz pogardy"


 Pilipiuk, Andrzej - "Traktat o higienie. Z dziejów dra Skórzewskiego"

 Jadowska, Aneta - "Kurczaczek i Salamandra"

 Jaumann, Bernhard - "Sępom na pożarcie"

 Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

Linki

Rosenberg, Joel - "Śpiący smok"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Rosenberg, Joel - "Strażnicy Płomienia"
Data wydania: 2000
ISBN: 83-87376-82-5
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 288
"strażnicy płomienia", tom 1



Rosenberg, Joel - "Śpiący smok" (rozdział 3)

ROZDZIAŁ TRZECI: To już nie zabawa


Nie wiem, czy wtedy byłem człowiekiem, który śnił, że jest motylem, czy teraz jestem motylem, który śni, że jest człowiekiem.
- Chang-tzu


- Jason, obudź się. - Głos Jamesa Michaela był zgrzytliwy.

Jason strząsnął dłoń ze swojego ramienia i sięgnął po kołdrę, żeby naciągnąć ją sobie na głowę. Ale kołdry tam nie było.

- Chcesz, żebym spróbował? - Głos należał do Karla Cullinane, ale zmienił się w głęboki, dźwięczny baryton.

- Nie, my to zrobimy. Ty lepiej idź do swojej przyjaciółki - powiedziała Doria. - Może już przestała ryczeć.

Jason otworzył jedno oko, mrużąc je w boleśnie jasnym świetle. Doria klęczała na trawie obok niego. Ale to nie była Doria, nie do końca. Była starsza, chudsza, rysy jej zaokrąglonej twarzy wyostrzyły się. Wyglądała na ponad trzydzieści lat. Jej oczy też były dziwne - nikt przecież nie ma żółtych tęczówek.

Doria takie miała. I wydawało mu się to... w porządku, znajome.

- Co do diabła? - Jason zerwał się, całkiem już przytomny.

Może.

Siedział na trawie wilgotnej od porannej rosy. Na sobie miał pachnącą piżmem kamizelę ze skóry i wilgotne od rosy, szare wełniane legginy. Z prawej strony pasa wisiał, ukryty w pochwie, krótki miecz o rękojeści wykładanej kością słoniową, pod kamizelą zaś przywiązany miał sztylet.

Sięgnął prawą ręką do twarzy, żeby obudzić się klepnięciem. To wszystko przypominało bardzo zły sen.

Nie trafił, na policzku poczuł lekki powiew. Nie trafił? Spojrzał w dół na ramię. Zamiast dłoni na końcu wyschniętego, pokrytego starczymi plamami prawego ramienia był tylko zabliźniony kikut.

Moja dłoń... Cały świat poszarzał.

Z tyłu zabrzmiał głos Jamesa Michaela - Spokojnie, Jason. Weź głęboki oddech. Ale musisz się pozbierać. Jesteś przedostatni, wciąż jeszcze nie możemy dobudzić Aristo... Ricky’ego.

Wciąż nie otwierał oczu. Ciężka dłoń chwyciła go za kark, ciągnąc go do przodu. Odruchowo lewą ręką wyciągnął sztylet, pchnął ponad ramieniem...

I poczuł, że ktoś chwycił go za nadgarstek z siłą mogącą zmiażdżyć kości. Sztylet, wyrwany z jego palców, upadł na ziemię obok niego.

- Nigdy więcej tego nie rób.

- Bądź wobec niego łagodniejszy, Ahira. - W głosie Dorii była siła, odwaga, której Jason nigdy wcześniej nie słyszał. - Dla niego było to trudniejsze niż dla ciebie. - Delikatne palce pogłaskały go po twarzy. - Nie możemy się spieszyć.

- Może masz rację, ale nie podoba mi się to. Aristobulus wciąż...

- Ciii. Nie spieszmy się.

Jason otworzył oczy. Jakoś wydawało się stosowne, że James Michael był krasnoludem, osobnikiem o szerokich barach, dużym złamanym nosie i wystającej szczęce. Ale oczy, które patrzyły na niego spod ciężkich brwi, wciąż były oczami Jamesa Michaela.

- Jesteś Ahira.

- Zgadza się - krasnolud uśmiechnął się, przeciągając dłońmi po swojej wyszczerbionej koszulce kolczej. - Jesteśmy po drugiej stronie.

- Drugiej stronie?

Ahira wzruszył ramionami. - Tak czy inaczej... to na razie bez znaczenia. Ale skoro jestem Ahira, to kim ty jesteś?

Doria spojrzała wściekle na krasnoluda, potem wzięła zdrową dłoń Jasona w obie swoje. Nosiła długą szatę, wysoką pod szyją, mocno ściśniętą w talii. - Spokojnie. Nie pozwól, żeby cię poganiał.

Jason wyrwał swoją dłoń i uderzył w rękaw Dorii. Materiał nawet się nie załamał, przypominało to bardziej uderzenie w ceglany mur. - To działa. - W grze Doria z Leczącej Dłoni miała taką magiczną szatę.

Uśmiechnęła się uspokajająco i pomachała ramieniem. Gęsto tkane płótno zatrzepotało. - Zupełnie jak w grze. Nosi się ją jak bawełnianą szatę, ale na zewnątrz jest niczym zbroja. Zupełnie jak w grze. - Jej twarz spoważniała. - A my wszyscy jesteśmy tak jakby swoimi postaciami.

- To znaczy, że jestem Lekkie Palce. - Przy jej szarfie wisiała mała skórzana sakiewka. Pozwolił, żeby głowa poleciała mu do przodu, jakby znowu miał zemdleć. Kiedy ten ruch odwrócił jej uwagę, przesunął dłoń wzdłuż jej ciała i otworzył sakiewkę, nie poruszając rzemienia, którym była przyczepiona do pasa. Wsunął do środka dwa guzowate palce, wyjął monetę i ukrył ją w dłoni, zamknął sakiewkę łagodnym pociągnięciem i wyszkolonym ruchem schował monetę do kieszeni wewnątrz rękawa.

Minęły może trzy sekundy. Wydawało mu się to zupełnie naturalne, jakby robił to tysiące razy. Ale ja nigdy nic nie ukradłem. To...

- Niezła próba, Jason - Ahira potrząsnął głową. - Ale ja na to czekałem. Oddaj to.

- Czekałeś na co? - Doria zmarszczyła czoło w irytacji. To było dziwne, zawsze przecież przejmowała się małym kaleką.

No tak, on już nie jest mały. Ani kaleki. Po prostu niski. Ten zawszony sukinsyn musi się doskonale bawić.

- Właśnie cię okradł -zachichotał krasnolud. - Oddaj to. Natychmiast.

- Nie wiem, o czym mówisz. Poza tym kim jesteś, żeby wydawać mi rozkazy? - Wsparł się na kikucie i przyciągnął stopy bliżej ciała. Takie było rutynowe zachowanie schwytanego złodzieja - najpierw zaprzeczyć, potem rzucić wyzwanie, a potem uciekać.

Ahira schwycił go za rękaw i wytrząsnął monetę. Podniósł ją i podał Dorii. - Nie martw się, nie mam zamiaru go ukarać. Nie tym razem. - Odwrócił się do Jasona. - Ale mamy i tak wystarczająco dużo problemów. Nie chcę, żebyś ty sprawiał dodatkowe. Zrozumiano, Lekkie Palce?

- Mam na imię Jason. - Kiedy to powiedział, imię wydało mu się dziwne. - I chcę wrócić do domu.

Krasnolud pomógł mu podnieść się na nogi. Kiedy stali, głowa Ahiry sięgała mu ledwo do piersi. Ahira podniósł topór z wilgotnej trawy i postukał mocno obgryzionym paznokciem po ostrzu. - Dwie sprawy. W odpowiedzi na twoje pytanie, ten topór oznacza, że jestem tutaj szefem. Wcześniej grupa wybrała mnie na przywódcę drużyny. Tak jest i tak pozostanie.

- Po drugie, wracamy do domu. - Ahira otworzył usta i zamknął je ponownie. Potrząsnął głową. - Na razie uspokój się i pozbieraj. Doria, idziemy zobaczyć, co z czarodziejem.


Karl Cullinane często marzył o trzymaniu Andy-Andy w ramionach, ale w żadnym z marzeń dziewczyna nie płakała. - Wszystko będzie w porządku. - Niezgrabnie poklepał ją po plecach.

Ale to nie były jego ramiona, jego ciało. Karl był szczupły, średniego wzrostu. Był. Teraz jednak górował nad nią, kiedy tak trzymał ją w objęciach. Pilnował się, żeby jej nie ściskać, skądś wiedział, że jego chwyt może złamać kręgosłup silnemu mężczyźnie.

Po chwili jej płacz ucichł. Puścił ją, wziął luźny rękaw jej szarej szaty i wytarł jej oczy. - Już lepiej?

- Nnie. Boję się. Co się stało? - Potarła skronie. - Czuję się... bardzo dziwnie. Skąd wiem, że mogę uczynić cię niewidzialnym, uśpić albo zaczarować?... To tak, jakby coś w mojej głowie usiłowało się wydostać.

Jej usta zaczęły się poruszać, zakrył je dłonią. - Nie. Posłuchaj mnie, ale nic nie mów.


- Jej oczy rozszerzyły się, podniosła ręce i niezdecydowanym ruchem pociągnęła jego ramię.

- Nie. Pokiwaj głową, jeśli mnie rozumiesz, a zabiorę dłoń.


Jej głowa poruszyła się, więc pozwolił opaść ręce. - Nigdy więcej tego nie rób - powiedziała, kładąc dłoń na jego piersi i popychając.

Prawie się roześmiał, ale odszedł o krok. - W porządku, ale uważaj, co mówisz. Masz trzy zaklęcia w głowie, które próbują się wydostać.

- Skąd wiesz?

Wzruszył ramionami. Nie wiem, ale jednak wiem. - To tak, jakbym miał dwa umysły. Jednym jest Barak, drugim jestem ja. - Fakt, że czarodziej musi ciągle kontrolować zaklęcia był czymś, o czym wiedział Barak. Tak musiało być, Karl tego nie wiedział, gdyż taka wiedza nie była potrzebna w grze. Pochylił się powoli i podniósł z trawy ukryty w pochwie miecz. - Barak umie tego używać, nie ja. - Miecz był długi, sięgał prawie trzech piątych jego wzrostu. Bez wyjmowania go z pochwy wiedział, że jest jednosieczny, jak japońska katana, ale prosty, nie zakrzywiony. Choć służył głównie jako broń sieczna, można nim było wykonywać pchnięcia. - I wiem, dlaczego go do niczego nie przywiązuję - wyciąganie zajęłoby za dużo czasu. - Lewą ręką chwycił owiniętą sznurem rękojeść prawie przy głowni. By wyciągnąć miecz, musiałby zsunąć pochwę, umieścić prawą dłoń w odpowiednim miejscu i uderzyć. To była jedna z zasad - wprowadź miecz do walki, o pochwę będziesz się martwić później.

Należało dbać, żeby ostrze było czyste i suche. Obraz dłoni, jego dłoni, czyszczących ostrze włosami zabitego wroga zjawił się mu nieproszony przed oczami.

- Ale co się stało? - Wskazała na swoje szaty, na niego, na skrzynie na zboczu. - Jesteśmy w miejscu, które opisał doktor Deighton. Patrz!

Popatrzył na wschód. Poranne słońce wznosiło się nad murami leżącego poniżej miasta. Karl podniósł dłoń do czoła, żeby osłonić oczy. Mury były mocne i szerokie, stało na nich kilku łuczników. Ludzie i ciągnięte przez konie dwukółki tłoczyli się przed bramą.

Na północy ogromny obszar ciemnej wody rozciągał się aż po horyzont, fale rozbijały się o kamienisty brzeg. W oddali szkuner o szerokim pokładzie sunął powoli w kierunku doków.

Deighton nie opisał jednak wszystkiego - nie wspomniał o wiosce rybackiej na północy i Karl nie wyobraził jej sobie.

Skąd wiedział, że to wioska rybacka?

To wszystko było zbyt skomplikowane, zbyt dziwne. Potrząsnął głową. - Masz rację. Nie wiem, jakim sposobem, ale się tu znaleźliśmy. - Rozciągnął mięśnie, jego ramiona mocno napięły szwy skórzanej kamizeli, i wziął głęboki oddech. Powietrze było czyste, świeże i słodkie z lekka nutą ozonu. Ten świat nie znał smrodu silnika spalinowego. - Czyż nie jest wspaniale?

- Dla ciebie. - Znowu była bliska łez. - Ale jak ja wrócę do domu?

- Nie wiem. I nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało, ja też nie chcę tu zostać na zawsze. - Udawanie, że jest się wojownikiem to jedno. Niewyraźnie wspomnienie własnego miecza rozcinającego czyjś brzuch jak przejrzały owoc... to nie wydawało się właściwe, nie dla Karla Cullinane. Ale ja nie jestem tylko Karlem. Już nie. Jest we mnie dużo z Baraka. Z drugiej strony może nie jest to aż takie złe. On i Andy-Andy byli tego samego wzrostu, choć kiedy założyła szpilki, patrzyła na niego z góry. Teraz górował nad nią o stopę albo nawet więcej. Kiedy stał bliżej, musiała zadzierać głowę, żeby na niego spojrzeć. Ona się nie zmieniła, przynajmniej nie w wyglądzie, za wyjątkiem luźnych szat, które zastąpiły dżinsy i sweter.

I ten strach w jej oczach. To było coś nowego.

- Karl, jak się stąd...

- Nie wiem - potrząsnął głową. - Ale jakoś...

- To rozmowa prywatna, czy mogę się dołączyć? - zza pleców usłyszał głos Waltera Slovotsky’ego.

Karl obrócił się na pięcie. Nie usłyszał potężnego mężczyzny... nie, już nie potężnego, jestem od niego o pół głowy wyższy. - Nie rób tego.

- Nie rób czego? - Slovotsky uśmiechnął się niewinnie. Wyjąwszy Andy-Andy zmienił się najmniej z całej grupy, w każdym razie zewnętrznie. Jego skóra pociemniała o kilka tonów, czarne włosy były prostsze i odrobinę dłuższe, wokół oczu zaś lekko zaznaczała się fałda mongolska, ale to wszystko. Nawet uśmiech "wszystko w porządku ze światem" pozostał.

- Nie podkradaj się do mnie, nie lubię tego.

Slovotsky wzruszył ramionami, pod skórą jego nagiego torsu wyraźnie poruszały się mięśnie. Ubrany był tak, jak ubierał się Hakim - bez koszuli, szerokie spodnie mocno ściśnięte w pasie, nogawki wpuszczone w buty. Z lewej strony pasa zwieszała się zakrzywiona szabla w skórzanej pochwie, z prawej przywiązane miał pasy z nożami. Slovotsky rozmasował skronie. - Chyba powinienem przeprosić albo coś w tym stylu. Po prostu cichy chód wydaje mi się naturalny. To zupełnie jak nowa zabawka, Karl. A może powinienem powiedzieć Barak?

- Karl - zmusił się do uśmiechu. - Barak dałby ci po głowie, żebyś sobie zapamiętał nauczkę.

- Racja. Mów mi Walter. Hakim wbiłby ci nóż między żebra w chwili... - Zatrzymał się zdziwiony i uniósł dłoń. - Przepraszam, to nie ja.

- Rozumiem. - Karl rozluźnił uchwyt na rękojeści miecza. - Ale pytanie brzmi...

- Co do cholery mamy robić? - W głosie Andy-Andy była nowa siła. Odrobina nowej siły.

Karl uśmiechnął się do niej. - Właśnie. - Przyzwyczajała się. Jeszcze kilka minut wcześniej podkreśliłaby słowo "robić", a nie "cholera" jak teraz.

- Teoretycznie jest to proste - powiedział Slovotsky.

- Bzdura - machnięciem ręki wskazała na ich otoczenie. - Proste?

- Właściwie wszystko jest proste. - Podniósł zadbany palec. - Po pierwsze musisz ustalić, czego chcesz.

Karlowi nie podobał się sposób, w jaki spojrzenie Waltera wędrowało po jej ciele, kiedy to mówił, ale nie odezwał się ani słowem.

- Po drugie, musisz ustalić, co trzeba zrobić, żeby to osiągnąć. - Kolejny palec. - Po trzecie... - dodał trzeci palec i uderzył wszystkimi trzema o drugą dłoń - ... to robisz. Tak wygląda życie. - Kciukiem wskazał miasto poniżej. - Jakimś sposobem znaleźliśmy się w świecie, który opisał Deighton, tak?

- Tak, ale...

- Żadnych ale, Karl. Takie musi być nasze robocze założenie, dopóki nie odkryjemy, że jest inaczej, co jest mało prawdopodobne. Chodzi mi o to, że ja posiadam umiejętności, których nigdy wcześniej nie miałem, kapłańskie zaklęcia Dorii usiłują wyrwać się jej z głowy, ty jesteś o stopę wyższy niż normalnie, James...

- Rozumiem, ale co nam to daje?

- To znów proste. Nazwa kampanii, którą wymyślił dla nas Deighton, brzmiała, o ile pamiętasz, "Wyprawa po Bramę Pomiędzy Światami". Nie wiem, jak się tu dostaliśmy, ale jeśli chcemy się stąd wydostać, musimy odnaleźć Bramę, czymkolwiek jest. - Wskazał na sześć drewnianych skrzyń, leżących jakieś pięćdziesiąt jardów dalej. Jedna była otwarta i pusta, zaś pozostałe pięć gładkie, ciemne i bez spojeń - zamknięte. - Założę się, że w środku jest coś, co będzie dla nas wskazówką. Albo więcej niż wskazówką.

Zza skrzyń dochodziły przyciszone głosy.

- Nie obudzili jeszcze Riccettiego?

- Próbują. Jimmy... lepiej Ahira, on tak woli... Ahira sądzi, że powinniśmy mieć w pełni przytomnego czarodzieja, zanim spróbujemy otworzyć resztę. Bez obrazy, Lotana...

- Andrea.

- Dobrze, Andrea. Bez obrazy, ale tak się załamałaś, że nie wiedzieliśmy, czy możemy na ciebie liczyć, czy wyczujesz jakieś zaklęcia. Jak myślisz, byłabyś w stanie zauważyć Glif Zasłony?

- Nie wiem, o czym mówisz... nie, zaraz. - Sięgnęła dłońmi do skroni, wbijając paznokcie w skórę. - To dziwne. Wiem rzeczy, których nie wiem, jeśli rozumiecie o czym mówię.

Karl łagodnie położył rękę na jej ramieniu. - Wszyscy to czujemy.

Chwyciła jego dłoń tak mocno, że aż zbielały jej kostki. - Glif przypomina urok, zwykle umieszcza się go nad drzwiami albo wejściem. Może zranić każdego, kto spróbuje się przez nie przedostać, chyba że ma go zostawić w spokoju albo ktoś złamie zaklęcie. - Jej głos brzmiał spokojnie i metodycznie. - Jak te w mieście. - Machnęła ręką w kierunku otoczonego murami miasta. - Prawda?

- Które? - spytali jednogłośnie Karl i Walter.

Zaśmiała się. - Proszę, nie bawcie się moim kosztem, nie znoszę tego.

Karl westchnął i spojrzał w kierunku miasta. Po prostu mur, na nim żadnych napisów. - Walter, widzisz coś?

- Nie. - Slovotsky uniósł brew. - Tę część gry zawsze najtrudniej było mi znieść.

Karl pokiwał głową. - Mnie też. - Wzruszył ramionami. - Cóż, kolejny...

- Jeśli nie sprawi wam to kłopotu, to może wytłumaczcie mi, o czym mówicie. Proszę.

- Nie możemy zobaczyć magicznego pisma - powiedział - dla mnie i Waltera to zwykły mur.

- Nie żartuj, to jasne jak... - Odwróciła się. - Serio?

- Serio. Jak powiedział Deighton, o ile nie ma się czarowania w genach, magiczne pismo jest niewidoczne. Co tam jest napisane?

- Mogę je tylko zobaczyć, nie przeczytać. Poza tym to nie jest coś, co można wymówić. W każdym razie, gdybym z Aristobulusem dostała się do miasta, usmażyłoby nas jak kiełbaski. - Zmarszczyła czoło. - Zaraz, zaraz, jak ja...

- Cecha zawodowa - podpowiedział Slovotsky. - Wygląda na to, że czarodzieje nie są tutaj zbyt popularni. Musieli pewnie sporo zapłacić temu, który to napisał. - Uśmiechnął się. - Ale coś dobrego jednak z tego wynikło. Chcesz sprawdzić, czy na skrzyniach są glify?

Karl skrzywił się. - Mówiłeś, że Ahira chce zaczekać.

- Najpierw się go zapytam. Ale... - ścisnął ramię Andy-Andy - wygląda na to, że sobie poradzisz.

Karl z trudem powstrzymał się od zrzucenia jego ręki z jej ramienia. - Może więc pójdziesz i to z nim wyjaśnisz?

- O tym właśnie chciałem z tobą porozmawiać. Masz coś przeciwko temu, żeby on wszystkim kierował? Ktoś musi to robić. - Twarz Waltera była zupełnie bez wyrazu.

Karl zastanowił się przez moment. W grze podobały mu się rzadkie chwile, kiedy był przywódcą drużyny. Ale to się dzieje naprawdę. W grze może było fajnie, ale to już nie gra. - Nie, żadnych sprzeciwów. Dopóki nie dojdzie do PWM czy czegoś w tym rodzaju.

- PWM? - spytała Andrea. - Co to takiego?

Slovotsky uśmiechnął się szeroko. - Skrót od Polski Wykrywacz Min. - Zakrył uszy dłońmi i udał, że z przerażeniem stawia krok. - Bum! Tak na serio, to technika sprawdzania, czy są jakieś pułapki. Postać najniższej klasy posyła się przodem. Jeśli nie ma pułapek, nic się nie stało. A jeśli są, to ponownie wprowadza się gracza do drużyny z inną postacią. Trochę bolesne dla starej postaci, ale...

Spojrzała na niego. - Chodzi ci o to, że on ginie. Albo ona.

- Prawda, ale...

- Ale nie będziemy tego robić - powiedział Karl - dopóki tu jestem.

- Potrafię mówić za siebie, Karl - spojrzała na nich groźnie. - I nie dam z siebie zrobić królika doświadczalnego.

- Zrozumiano, Andrea. - Slovotsky skinął głową i odszedł.

- Karl, on jest taki... pewny siebie.

- To Walter. Być może także Hakim. - Była to jedna z rzeczy, których zazdrościł Slovotsky’emu. Zawsze taki pewny siebie, niezależnie od sytuacji. I taki nieskrępowany w towarzystwie kobiet.

Karl potrząsnął głową. Nawet z Andy-Andy czuł się niezręcznie, a ona przecież była jego przyjaciółką.

- O czym myślisz?

Uśmiechnął się jeszcze szerzej niż ona. - O niczym szczególnym.

To było absurdalne. Oto znalazł się Bóg wie gdzie, bardziej przerażony niż chciał się przyznać nawet w duchu, i myślał tylko o tym, jak przyjemnie było trzymać ją w ramionach. - I tak w to nie uwierzysz.

- Założysz się?


- Więc jaka jest diagnoza? - spytał Ahira.

- Sądzę, że to szok. - Klęcząca nad bezwładnym ciałem Aristobulusa Doria spojrzała na niego. - Płytki oddech, puls nitkowaty. - Jej palce zanurzyły się w siwych włosach czarodzieja. - I myślę, że mógł uderzyć głową o jedną ze skrzyń, wyczuwam guza. - Pochyliła się i przyjrzała się bliżej głowie czarodzieja. - Chociaż skóra nie została rozcięta. Jak myślisz, czy w tych skrzyniach może być koc albo dwa? Musimy trzymać go w cieple.

- Nie.

- Co znaczy nie? On może umrzeć.

Ahira powstrzymał uśmiech, ona by go nie zrozumiała. Ale czuł się świetnie. Doria nigdy nie sprzeciwiłaby się Jamesowi Michaelowi Finneganowi, nigdy, przenigdy nie kłóciłaby się z małym kaleką.

Ale już nie jestem kaleką. Uniósł się na piętach. To było takie przyjemne, takie... naturalne. Cieszył się tym odczuciem. Jestem Ahira Krzywonogi i jestem silny. Bardziej niż normalny człowiek. - Nie, nie umrze. Spróbuj zaklęcia Leczenie, tego na lekkie rany. Sądzę, że to liczy się jako lekka rana.

- Ale James...

- Żadnych ale. Jesteś kapłanką, umiesz leczyć. Narzekałaś na zaklęcia krążące ci po głowie. Teraz masz szansę pozbyć się jednego. Potem będziesz musiała się pomodlić, żeby je odzyskać, ale na to będzie czas później.

Jej twarz zbladła. - J-ja nie wiem, czy...

- Ufam ci, Dorio z Leczącej Dłoni. Tak samo zaufałby ci Aristobulus. Zrób to. Teraz.

Kiwnęła głową, wyrażając zgodę i umieściła dłonie z rozcapierzonymi palcami na piersiach starego mężczyzny. Na jej paznokciach nie było już lakieru, tak jak w jej zachowaniu nie było już strachu. Być może gdzieś w głębi duszy Doria Perlstein była przerażona i zmieszana, ale nie kapłanka Doria z Leczącej Dłoni.

- Spokojnie - szepnął. - To będzie proste, robiłaś to już tysiące razy.

Powoli zamknęła oczy, ciężar jej ciała przesunął się na ramiona, na piersi Aristobulusa. Stary człowiek był w ciężkim stanie, skóra mu zszarzała, z trudem oddychał.

Dziwne, płynne sylaby wyszły z jej ledwo rozchylonych ust, z początku powoli, potem gwałtownym strumieniem. Ahira dokładnie słyszał każde słowo, próbował je zapamiętać. Nie mógł, ani frazy, ani słowa, ani sylaby. Znikały z jego umysłu jak topniejący na dłoni płatek śniegu.

Strumień dźwięku wpłynął w Aristobulusa. Jego oddech pogłębił się, różowy odcień zastąpił niezdrową szarość skóry. Palce wyciągniętego ramienia poruszyły się, potem zacisnęły. Otworzył oczy.

Aristobulus gwałtownie wciągnął powietrze, z ust wypłynął mu strumień dźwięków, nieprzyzwoicie gardłowych i szorstkich.

Z jego dłoni, jak atakujący wąż, wystrzeliła błyskawica, roztrzaskując najbliższą skrzynię na tysiące zwęglonych, dymiących kawałków.

- Ty idioto! - Ahira wyciągnął rękę, chwycił czarodzieja za gardło i ścisnął grubymi palcami jego krtań.

- Przestań! Przestań! - Doria pięściami wybijała szybki rytm na jego plecach.

Ahira niechętnie wypuścił Aristobulusa. Głowa starego mężczyzny uderzyła o trawę.

Oczy czarodzieja były szeroko otwarte. - Powiedziałeś mi, żebym przygotował zaklęcie. Powiedziałeś tak, Ahira. - Potarł głowę. - A może jesteś James... ? - Zagryzł wargi.

Ahira splunął z odrazą i wstał. - Zajmij się nim, Doria. Tylko zabierz mi go sprzed oczu. - Podniósł głos. - Barak, Hakim, Lekkie Palce, Lotana, podejdźcie tutaj. Sprawdźmy, czy coś da się odzyskać z tego... bałaganu.

- N-nie rozumiem - jęknął czarodziej. Zaczął płakać, łkać jak przerażone dziecko.


Spędzili pół godziny na czworakach, przebierając zwęglone kawałki kości i rogu, zmiażdżone naczynia ze szkła i gliny. W końcu Ahira kazał im przestać.

- Ktoś znalazł coś nadającego się do użytku?

- Nie, cokolwiek tu było, zniknęło. - Barak potrząsnął głową, pocierając zasmolonym palcem czarną smugę na nosie. Naturalnie ubrudził się jeszcze bardziej. Podniósł wyszczerbiony kawałek rogu i oczyścił go paznokciem. - Jak myślicie, co to było?

Hakim wzruszył ramionami. - Róg Jozuego?

Lekkie Palce zaklął pod nosem. - O ile się nie mylę, to te kawałki skóry i pergaminu były księgami zaklęć. Były. A jeśli w innych skrzyniach nie ma duplikatów to Lot... Andrea i Ari mogą pożegnać się z dalszą nauką zaklęć. - Cisnął skorupą w czarodzieja. - Ty mały, głupi dupku.

Tak dalej nie mogło być. Ahira stanowczo zgadzał się z Einarem, ale co się stało, to się nie odstanie. Musieli zdecydować, co mają robić, ale on nie wiedział, co.

Nieważne. Przywódca musi wyglądać, jakby wiedział, co robi.

- Zamknij się, Lekkie Palce. Stąd zaczynamy. Lotana?

- Andrea - odpowiedziała, przyjaźnie kiwając głową. Dobrze, przynajmniej ktoś był po jego stronie. - Tak, Ahira?

- Jak myślisz, czy możesz sprawdzić pozostałe skrzynie na obecność magii? Bez dotykania znaczy się.

Hakim podniósł rękę. - Lepiej poszukam pułapek mechanicznych.

- Świetnie. Zróbcie to we dwoje, a jeśli uznacie, że skrzynie są bezpieczne, niech Barak je otworzy.

Barak powoli pokiwał głową. - Myślisz, że nie ma w nich pułapek?

Nie, ale jeśli są, to ciebie najłatwiej można poświęcić. Bez ksiąg zaklęć nie możemy ryzykować żadnego czarodzieja. A poza tym mamy tylko jednego kapłana i jednego złodzieja z obiema rękami. - Jestem tego pewien. Myślę, że w skrzyniach jest nasze zaopatrzenie, a raczej to, co z niego pozostało. Ale i tak bądźcie ostrożni. - Wskazał na Lekkie Palce. - Podejdź tu na chwilę.

- Czego chcesz? - spytał złodziej podchodząc. Zatrzymał się kilka stóp przed nim.

Pół stopy bliżej i mógłbym go dosięgnąć toporem. Dobrze, nawet jeśli świadczyło to o ostrożności, a nie szacunku. - Ktoś musi rozejrzeć się po okolicy, sprawdzić miasto poniżej. Czarodzieje odpadają z powodu glifów, które Andrea zobaczyła na murach. Zaś ani Barak, ani ja nie jesteśmy wystarczająco subtelni. Jak myślisz, poradzisz sobie z tym, Jason? - Imię dodał celowo. Nie wszystko było dla niego jasne, w każdym razie jeszcze nie. Jednego był jednak pewien - w drugim mężczyźnie wolał wzmacniać osobowość Jasona, nie Einara Lekkie Palce.

Lekkie Palce milczał przez chwilę, trąc kikutem o czubek brody. - Tak - zatrzymał się w połowie kiwnięcia głową. - Oczywiście chcesz, żebym zebrał więcej niż tylko informacje.

- Nie. Dowiedz się tylko, ile możesz. Musimy odnaleźć Bramę, czymkolwiek i gdziekolwiek jest. A ty, Jason, jesteś dla nas zbyt cenny. Nie próbuj kradzieży kieszonkowej ani żadnych oszustw. Mamy ze sobą sporo monet, a bardziej niż pieniędzy potrzebujemy informacji.

- Tak? - Lekkie Palce przekrzywił głowę. - A ile jest tu warta jedna złota moneta? Jeśli złoto jest rzadkie, możesz za nią kupić pół miasta. Ale jeśli nie...

- ... to możemy nie dostać za nią nawet pół kanapki. Racja.

- Nieprawdaż? - dłoń Einara, być może przypadkowo, znalazła się na rękojeści miecza.

Być może nie. Ahira udał, że tego nie zauważa. - Wiesz, może popełniłem błąd, kiedy ogłosiłem się przywódcą. Zawsze byłeś ode mnie inteligentniejszy. Może...

- Nie bądź głupi. Myślisz, że Slovotsky czy Cullinane ze swoją przyjaciółeczką słuchaliby się mnie, jednorękiego złodzieja?

Krasnolud powoli postąpił krok do przodu i położył dłoń na jego ramieniu. - Może nie, ale jeśli mam kierować drużyną, potrzebuję pełnego wsparcia z twojej strony, inaczej mi się nie uda. Jeśli chcesz...

Lekkie Palce przerwał mu głośnym śmiechem.

- Jamesie Michaelu, ty sukinsynu! Doskonale umiesz manipulować ludźmi, co? - Jego uśmiech był niemal przyjazny.

Ahira wzruszył ramionami. - Kiedy spędzasz całe życie na wózku inwalidzkim, musisz nauczyć się mnóstwa rzeczy. Wielu rzeczy nie możesz sam zrobić, więc musisz nakłonić innych, żeby je zrobili. W twoim wypadku - powiedział z uśmiechem - nawet najdoskonalsza technika nic nie da.

- Może tak, może nie. Póki co uznaję cię za przywódcę. - Wskazał na miasto poniżej. - Chcesz, żebym teraz wyruszył?

Ahira nie pomyślał o tym. W grze dzień był bezpieczniejszy niż noc, ale złodziej najlepiej sobie radził w ciemnościach. - Hmm, jak sądzisz, daleko do tego miasta?

- Na oko pięć mil. Chcesz wysłuchać innych opinii?

- Nie. Jestem pewien, że masz rację. - Nawet dla niego zdanie brzmiało fałszywie, ale jego właściwe znaczenie, że zamierza zaufać Einarowi, dotarło do celu. Lekkie Palce uśmiechał się. - Jakie jest prawdopodobieństwo, że o zmroku zamykają bramy miasta?

- Byłbym zdziwiony, gdyby tego nie robili. Po co budować mur wokół miasta, jeśli nie zamyka się jego bram?

- Racja. W takim razie wyjdź tak, żeby dotrzeć tam na godzinę przed zachodem słońca. Noc spędzisz w środku, dowiesz się wszystkiego, co się da. Potem, zaraz po wschodzie słońca wrócisz do nas. Zrozumiano?

- Dobrze. - Złodziej skinął głową. - Zakładając, że dotarcie tam zajmie mi około dwóch godzin, powinienem wyjść jakieś trzy godziny po południu. Zgadza się?

Do południa było jeszcze trochę czasu, słońce wznosiło się na wysokości czterdziestu pięciu stopni.

- Tak. Weź ze sobą Hakima. Sprawdzimy, czy w skrzyniach nie ma jakichś koców. Wy dwaj pójdziecie do lasu i trochę się prześpicie. - Byłoby najlepiej, gdyby obaj czuwali przez całą noc. W miastach epoki przedindustrialnej noc oznaczała niebezpieczeństwo, bezpiecznie można było się czuć tylko za zaryglowanymi drzwiami.

- Hakim?! - Lekkie Palce spojrzał na niego wściekle. - Co to ma znaczyć?

- Idzie razem z tobą. - Może i będę musiał ci odrobinę zaufać, ale nie mam zamiaru z tym przesadzać. - Co dwie głowy to nie jedna. Poza tym chcę, żebyś miał na niego oko.

Parsknięcie. - Nie baw się ze mną. To mnie...

- Ahira, Lekkie Palce, coś znaleźliśmy - Andrea uniosła się znad właśnie otworzonej skrzyni wymachując kartką papieru. - To list. Od Deightona.


Dodano: 2006-09-22 12:19:15
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Kulawego szermierza"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS