NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Zelazny, Roger - "Aleja Potępienia" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Sutherland, Tui T. - "Przebudzenie Pełni"

Ukazały się

Pindel, Tomasz - "Historie fandomowe"


 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana" (2019)

 Clare, Cassandra - "Królowa Mroku i Powietrza"

 Briggs, Patricia - "Dotyk ognia"

 Harkness, Deborah - "Księga czarownic" (wyd. 3)

 Grubb, Jeff - "Ostatni strażnik" (Blizzard Legends)

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Oramus, Marek - "Wszechświat jako nadmiar"

Linki

Sarwa, Greg M. - "Bydło"
Wydawnictwo: Redhorse
Data wydania: Wrzesień 2006
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 184
isbn-10: 83-60504-08-3
isbn-13: 978-83-60504-08-6



Sarwa, Greg M. - "Bydło"

Gdybym zaczęła recenzję od słów: „powieść Grega Sarwy”, byłoby to spore nadużycie. Opowiadanie lub nowela, ostatecznie to, co z angielskiego nazywa się krótką powieścią – te określenia są bardziej adekwatne, biorąc pod uwagę objętość, styl i konstrukcję tego utworu. I jedynie w kategoriach krótkiej formy można jego ewentualne walory rozpatrywać.

Od razu uwagę zwraca bardzo prosty, ubogi wręcz język, którym Sarwa się posługuje. Nie wydaje się to być winą tłumacza – powodem był zapewne fakt, że angielski nie jest ojczystym językiem autora. Guglowanie wyjaśnia też zagadkę nieco intrygujących licznych polskich odniesień.

Fabuła jest też nieskomplikowana: w niedalekiej (a wręcz bliskiej) przyszłości rząd Stanów Zjednoczonych decyduje o wprowadzeniu obowiązkowego oznakowania wszystkich obywateli (a nawet osób tymczasowo na terenie USA przebywających) wszczepianymi pod skórę dłoni układami identyfikacyjnymi, motywując to zagrożeniem terroryzmem. Oczywiście okazuje się, że to nie tylko nieusuwalny dowód osobisty, ale i element rozbudowanego systemu nadzorującego i kontrolującego oszukane co do celu jego istnienia społeczeństwo. Na trop tej zbrodni przeciw wolności wpada wzięty dziennikarz, korzystając z pomocy uczciwych policjantów, pięknej emigrantki i speca od komputerów. Jednym słowem, schemat rodem z licznych książek sensacyjnych czy filmów klasy B.
W ogóle cała konstrukcja książki jest przeniesiona z „dobrych sprawdzonych wzorców”. Wzór wymaga spojrzenia z drugiej strony? No to jest wątek wysoko postawionego koordynatora wprowadzania systemu „Cyfrowy Gabriel”, zajmującego się głównie rozmowami o sprawach, o których już czytelnikowi wiadomo lub które w sposób oczywisty wynikają z fabuły (oraz sprawdzaniem w Internecie, czy nie pojawiły się jakieś przecieki – może ja mam jakieś niewłaściwe mniemanie o pracy managerów wyższego szczebla, ale wydaje mi się to marnotrawstwem czasu i energii). Cały ten wątek mógłby śmiało pójść do kosza, z pożytkiem dla tempa akcji.

Może więc plusem może być nastrój opowieści czy interesujący, barwni bohaterowie? Niestety, najwięcej miejsca w opisach autor rezerwuje dla kłopotów związanych z przemieszczaniem się samochodem: korki, problemy z parkowaniem, trasy przejazdu... Pewne stwierdzenie w zakończeniu książki kazało mi wręcz sądzić przez chwilę, że jest to główny, choć zamaskowany, temat tego dziełka.
Bohaterowie są żywcem wzięci ze schematów powieści sensacyjnej, a w ich postępowaniu brak czasem elementarnej logiki. Dlaczego Anna, osoba całkowicie bierna i trzymająca się na uboczu – przynajmniej takie wnioski można wyciągnąć z jej życiorysu – nie dość, że wierzy w całkiem nieprawdopodobną historię opowiedzianą przez mężczyznę wpadającego w środku nocy do jej mieszkania, to jeszcze postanawia mu pomóc, nie zważając na niebezpieczeństwo? Już nie mówiąc o tym, że osoba z wyższym wykształceniem powinna interesować się tym, co dzieje się w państwie, w którym chce zamieszkać. Dlaczego Jacob, głodny sukcesu dziennikarz, sprawiający wrażenie zainteresowanego raczej pięciem się w górę niż docieraniem do prawdy, nie wycofuje się ze śledztwa mimo świadomości narażania się władzom, a wręcz zagrożenia życia? Zdecydowanie brak psychologicznej podbudowy postaci – tu znów kłania się wzorzec: pozytywny bohater przeciwstawiający się układowi i towarzysząca mu, przypadkowo wplątana w sprawę piękna kobieta. O postaci izolującego się od społeczeństwa komputerowego maniaka już tylko wspomnę...

„Bydło” w ogóle jest cokolwiek na bakier z logiką. Do wycieku tajnych informacji dochodzi na skutek zaniku napięcia w sieci energetycznej – powtarzającego się problemu, wielokrotnie sygnalizowanego przełożonym przez jednego z pracowników projektu „Cyfrowy Gabriel”. Niby z jakich powodów jego uwagi zostały zlekceważone? Ja może czegoś znowu nie rozumiem, ale taka sytuacja nie powinna chyba mieć miejsca w absolutnie priorytetowym, superważnym państwowym projekcie? A tu w dodatku – jak wynika z opisanej sceny – systemy podtrzymania zasilania nie włączają się na czas (co też wydaje się być normą). Nieco dziwną dla mnie rzeczą jest też lokowanie istotnego działu projektu na międzynarodowym lotnisku... Nie dość, że administracja Stanów Zjednoczonych jest podła i podstępna, to jeszcze, delikatnie mówiąc, mocno niekompetentna?
Jak wygląda ów koronny dowód, mający przekonać wszystkich o horrorze, który szykuje rząd USA? Otóż jest to zrzut ekranu – nagranie działającego programu, dostępnego jedynie osobom wtajemniczonym. Jakoś wątpię, by kogokolwiek rozsądnie myślącego mogłoby przekonać parę cyfrowo wygenerowanych obrazków, mogących powstać nawet w jakimś programie do tworzenia grafiki. A rozpoznać, że jest to ta właśnie aplikacja, mógłby jedynie ktoś z prawem dostępu do niej – zatem osoba, która już i tak ten sekret posiadła. Tymczasem jest to rzecz, na której odzyskaniu najbardziej zależy twórcom „Cyfrowego Gabriela” – wszystko inne, w tym niespodziewana śmierć kilku osób, da się, według nich, łatwo wyjaśnić i zatuszować.

Trudno mi też pojąć, dlaczego społeczeństwo rękami i nogami broniące się przed wprowadzeniem dowodów osobistych (np. w Europie całkowicie akceptowalnych), nagle zgadza się na taką ich formę. Ja, choć nie mam oporów przed noszeniem ze sobą dokumentów (nawet z zakodowanymi danymi, np. telemetrycznymi), a niemal codziennie w mojej kieszeni znajdują się trzy znaczniki RFID (ten system jest kilkakrotnie w książce wspomniany), pod skórę niczego bym sobie wszczepić nie dała. Jakoś w „Bydle” nie ma słowa o zbiorowych protestach, a cały projekt zostaje – na to przynajmniej wygląda – w demokratyczny sposób zaakceptowany.

Puenta, końcowa kulminacja, powinna być najmocniejszym punktem opowiadania. Zaskakujący finał potrafi zatrzeć negatywne wrażenia z wcześniejszej lektury. Tu zakończenia mamy dwa. Pierwsze jest rozbrajająco wręcz naiwne i w żaden sposób niewynikające z poprzedzającej je treści. Drugie sensu ma jeszcze mniej – i jakbym skądś je znała. Konkretnie z „Poszukiwaczy zaginionej arki”.

Tyle o warstwie literackiej, przejdźmy teraz do tego, co ma być główną siłą tej książki, czyli sugestii, że współczesna technika umożliwia już obecnie wprowadzenie w życie systemu „Cyfrowy Gabriel”. Tekst z tyłu okładki głosi: Fantastyka? Niekoniecznie. Technicznie wszystko jest możliwe. Nie bójcie się – nie jest możliwe. Przynajmniej nie w tej formie, w jakiej opisał to autor.
Jeśli nudzą was szczegóły techniczne lub mimo wszystko zamierzacie przeczytać tę książkę, poprzestańcie na tym zapewnieniu i przejdźcie na sam koniec – w kilku następnych akapitach mogę zdradzić zbyt wiele z fabuły i zacznę rzucać różnymi dziwnymi skrótami.

Wedle Sarwy w urządzeniu „wielkości ziarnka ryżu” mają zmieścić się co najmniej: pamięć z możliwością wielokrotnego zapisu, odbiornik GPS, dość skomplikowany mikroprocesor (szyfrowanie i deszyfracja, obliczenia położenia itd.), antena, bliżej niesprecyzowany generator „czegoś”, co spowoduje udar na skutek przegrzania się organizmu, tranceiver (czyli nadajnik i odbiornik) cyfrowej telefonii komórkowej, być może nawet rodzaj GPRS (sugerowanie jest podłączenie do Internetu) oraz elementy RFID (o tym trochę później). No i oczywiście urządzenie zasilające to wszystko... Nie chcę zmieniać tej recenzji w artykuł popularnotechniczny (i tak jest już ciut przydługa), zwrócę zatem uwagę tylko na parę spraw.
RFID (Radio Frequency Identification), który to akronim kilkukrotnie przewija się w tekście, służy głównie do prostych systemów kontroli dostępu, znakowania towarów, kontroli przepływu przesyłek. Znaczniki RFID mogą być rzeczywiście bardzo małe, ponieważ na ogół mają zasilanie indukowane z zewnątrz. Jednak jest to system działający na bardzo małe odległości, w zależności od standardu od kilku centymetrów do maksimum sześciu metrów (ale to już te z własnym zasilaniem). Grubym nieporozumieniem jest zatem wspominanie go w kontekście działania na większe (lub wręcz bardzo duże) odległości – w „oficjalnym” systemie identyfikacji, tym, którego założenia i cele były podawane do publicznej wiadomości, mógłby być zastosowany, ale w tym tajnym planie nie mogłoby być dla niego miejsca. Gdyby autor był nieco bardziej au courant i rzucał hasłem „ZigBee”, mógłby swoje tezy nieco bardziej uprawdopodobnić (choć inne zastrzeżenia dalej by pozostały). Notabene intryguje mnie, dlaczego Sarwa, tak szczegółowo opisując naklejkę bagażową, ani słowem się przy tej okazji o RFID nie zająknął – kontrola przepływu bagażu na lotniskach jest dość częstym zastosowaniem tego systemu.
Przejdźmy teraz do sprawy istotniejszej. Urządzenie otrzymujące drogą radiową jakieś dane musi być w zasięgu odpowiednio silnego sygnału nadajnika. Im bardziej zostanie zminiaturyzowane, tym sygnał musi być silniejszy (tu dochodzi jeszcze kwestia częstotliwości, ale pozwolę sobie ją pominąć). W opisywanym przez Sarwę systemie odbiornik musi odbierać co najmniej sygnał GPS (Global Positioning System) oraz jeszcze jakiś inny, służący do sterowania – załóżmy, że posłużyłaby do tego już mocno rozwinięta sieć telefonii komórkowej (każde inne rozwiązanie wymagałoby budowy olbrzymiej liczby przekaźników). Ale czy aby na pewno obejmuje ona cały, niemały przecież teren Stanów Zjednoczonych? I co z nieuniknionym w przypadku różnych uwarunkowań terenowych zanikiem i zakłóceniem sygnałów, dokuczliwym zwłaszcza w przypadku GPS, którego antena musi „widzieć” satelity?
Drugą istotną sprawą jest zasilanie. Nie wiem, czy rozwiązanie zaproponowane przez Sarwę – wykorzystanie napięcia elektrycznego mięśni – jest możliwe, ale mam wrażenie, że autor nie bardzo zdaje sobie sprawę, jak dużej mocy potrzeba do zasilania tego wszystkiego. Nawet tak trywialne, wydawałoby się czynności jak obliczenie położenia według sygnałów satelity czy nadanie transmisji na większą odległość wymagają całkiem sporej energii. Już nie mówiąc o owym generatorze „elektromagnetycznych fal” powodujących przegrzanie (!) organizmu...

Ktoś może uznać, że w końcu prawem pisarzy fantastycznych jest opisywanie urządzeń i technologii, które w obecnej chwili nie istnieją lub nawet, wedle dzisiejszej wiedzy, istnieć nie mogą. Mi też nie przeszkadzają podróże kosmiczne z nadświetlną prędkością, teleportacja czy kieszonkowe generatory atomowe – ale główna teza tej książki głosi, że przedstawiona w niej historia może zdarzyć się już dziś. A z tym zgodzić się nie mogę.

W świetle tej opisywanej w „Bydle” zaawansowanej elektroniki dziwi też nieco okładka, na której widzimy trzy rezystory 3k3 (o ile nie przekłamano kolorów) i kondensator elektrolityczny – co najmniej jakieś układy scalone mogłyby być równie wdzięcznym i wiele mówiącym elementem. No, tu może jestem już przesadnie złośliwa...

Dlaczego zatem nie oceniam tego utworu na jedynkę, choć „Bydło” jest tak marne literacko, a pokazana w nim technika nie umożliwia zbudowania opisywanego systemu? Może dlatego, że czuję jakąś sympatię dla człowieka usiłującego iść w ślady Josepha Conrada? A może dlatego, że jestem w stanie wyobrazić sobie, jak zbierające o nas dane rozmaite systemy mogą być wykorzystywane do niezgodnych z naszą wolą celów, co najmniej zagrażających naszej prywatności?



Ocena: 2/10
Autor: Gytha
Dodano: 2006-10-22 11:44:19
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nawiedzenia"


Wygraj "Ostatniego strażnika"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS