NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Martin, George R.R.; Tuttle, Lisa - "Przystań wiatrów" (2019)

Liu, Cixin - "Era supernowej"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Morgan, Richard - "Zbudzone Furie" (twarda)
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Takeshi Kovacs
Data wydania: Listopad 2006
Oprawa: twarda
Liczba stron: 528
Cena: 49,90 zł
Tom cyklu: 3



Morgan, Richard - "Zbudzone Furie" (rozdział 1)

Uszkodzenia.
Rana piekła jak diabli, ale miewałem już gorsze. Ładunek z blastera uderzył mnie w żebra osłabiony pancernymi drzwiami, przez które musiał się przebić, zanim się do mnie dobrał. Zebrani za zatrzaśniętymi drzwiami kapłani strzelili mi w bebechy. Noc pieprzonych amatorów. Sami pewnie oberwali równie mocno rykoszetem z przystawionego do blachy blastera. Za drzwiami wykręciłem się w bok. To, co zostało z ładunku, wyorało mi długą, płytką bruzdę w klatce piersiowej i poleciało w świat, wypalając się w fałdach mojego płaszcza. Nagłe zimno wzdłuż boku ciała i ostry smród spalonych czujników w skórze. Ten dziwny syk, który ma niemal własny smak – smak kości pękających w miejscu, gdzie ładunek przedarł się przez biologiczną osłonę żeber.
Osiemnaście minut później, według delikatnie świecących cyfr wyświetlacza w lewym górnym polu widzenia, syk nadal mnie nie opuszczał, gdy pędziłem oświetloną latarniami ulicą, próbując ignorować ranę. Spod płaszcza dyskretnie wyciekały płyny. Niewiele krwi. Syntetyczne powłoki mają swoje zalety.
– Chcesz się zabawić, koleś?
– Już to zrobiłem – odpowiedziałem mu, odwracając się od drzwi. Mrugnął wytatuowanymi powiekami w lekceważący sposób, który mówił, że to moja strata, i schował gibkie, muskularne ciało z powrotem w mrok. Przeszedłem na drugą stronę ulicy i skręciłem za róg, przeciskając się między parą dziwek, kobietą i drugą o nieokreślonej płci. Kobieta była przerabiana, wysunęła z przerośniętych ust rozwidlony smoczy język, może smakując w nocnym powietrzu zapach mojej rany. Jej wzrok przesunął się po mnie, potem odpłynął. Stojący po drugiej stronie obojnak zmienił lekko postawę i rzucił mi pytające spojrzenie, ale nic nie powiedział. Żadne z nich nie okazało zainteresowania. Ulice były puste i śliskie od deszczu, a oni mieli więcej czasu, by mi się przyjrzeć, niż tamten koleś w drzwiach. Ogarnąłem się po wyjściu z cytadeli, ale coś we mnie musiało zdradzać, że nie dam im zarobić.
Usłyszałem, jak rozmawiają o mnie za plecami w japskim. Wyłapałem słowo spłukany.
Mogli sobie pozwolić na wybredność. Interesy kwitły dzięki inicjatywie Mecseka. Tej zimy Tekitomura tętniła życiem, pełna handlarzy odzyskanym sprzętem i ekip likwidatorów, które przyciągały ich jak trawler przyciąga darłoskrzydły. Bezpieczne Nowe Hokkaido dla Nowego Stulecia, głosiły reklamy. Ze świeżo zbudowanego doku poduszkowców przy Kompcho do Nowego Hokkaido było w linii prostej niecałe tysiąc kilometrów, a transportowce pływały tam w dzień i w nocy. Poza zrzutem lotniczym nie da się szybciej przebyć Morza Andrassy’ego. A na Świecie Harlana nie wzbija się w powietrze, jeśli tylko można tego uniknąć. Ekipy z ciężkim sprzętem – a wszystkie go miały – pływały na Nowe Hokkaido poduszkowcem z Tekitomury. Tą samą drogą wracali ci, którzy przeżyli.
Miasto prosperity. Nowiutkie nadzieje i kipiący entuzjazm rozdmuchiwany pieniędzmi Mecseka. Kuśtykałem ulicami zaśmieconymi resztkami po zabawach. W kieszeni niczym kostki stukały o siebie świeżo wycięte stosy korowe.
Na skrzyżowaniu ulicy Pencheva i alei Muko toczyła się bójka. Właśnie zamknięto palarnie na Muko i ich klienci z przepalonymi synapsami trafili na spóźnionych robotników portowych wracających przez cichą dzielnicę magazynów. Więcej niż dostateczny powód do walki. Teraz na ulicy tłoczyło się tuzin postaci o kiepskiej koordynacji, bijąc się niezdarnie i drapiąc, podczas gdy zgromadzony tłumek wykrzykiwał zachęty. Jakieś ciało leżało bezwładnie na chodniku z topionego szkła, a ktoś inny odczołgiwał się na bok, krwawiąc. Błękitne iskry z przeładowanego elektrycznego kastetu, gdzie indziej błysk światła na klindze. Ale wyglądało na to, że ci, którym udało się utrzymać na nogach, dobrze się bawią. Jeszcze nie pojawiła się policja.
Jasne, zadrwiła część mnie. Pewnie są teraz zajęci na wzgórzu.
Ominąłem bójkę szerokim łukiem, osłaniając zraniony bok. Pod płaszczem zacisnąłem dłonie na gładkich krzywiznach ostatniego granatu halucynogennego i trochę lepkiej rękojeści noża Tebbita.
Nigdy nie wdawaj się w bójkę, jeśli nie możesz szybko zabić i zniknąć.
Virginia Viadura – instruktor w Korpusie Emisariuszy, później kryminalistka i aktywistka polityczna. Ktoś w rodzaju mojego idola, choć od naszego ostatniego spotkania minęło kilkadziesiąt lat. Na tuzinie różnych planet nieproszona wciskała się w moje myśli i dobry tuzin razy zawdzięczałem jej życie. Tym razem nie potrzebowałem ani jej, ani noża. Przeszedłem obok walczących, unikając kontaktu wzrokowego, dotarłem do rogu Pencheva i skryłem się w cieniach zasłaniających ujście alei od strony morza. Zegarek w oku mówił mi, że jestem spóźniony.
Pospiesz się, Kovacs. Wedle mojego kontaktu w Millsport, na Pleksie nie można było polegać i w najlepszych warunkach, a nie zapłaciłem mu dość, by czekał długo.
Pięćset metrów dalej, a potem w lewo, w ciasne zaułki dzielnicy Pięknorostów Kohei, nazwanej tak wiele stuleci temu dla zwyczajowej zawartości okolicznych budynków i pierwotnego właściciela/operatora, którego rodzinne magazyny stały na obrzeżach labiryntu krzywych uliczek. W skutek Niepokojów i utraty Nowego Hokkaido jako rynku zbytu, lokalny handel pięknorostami praktycznie się załamał i ród Kohei błyskawicznie zbankrutował. Teraz brudne okna na górnych poziomach fasad patrzyły na siebie ponuro nad paszczami bram załadunkowych, których żaluzje blokujące utkwiły gdzieś w pół drogi między zamkniętym a otwartym.
Oczywiście mówiło się o ich restauracji, remoncie i przeróbce na laboratoria likwidacyjne, centra szkoleniowe i magazyny sprzętu.
Przeważnie kończyło się na gadaniu – entuzjazm rozpalał się na nabrzeżach naprzeciw ramp poduszkowców bardziej na zachód, ale jak dotąd się nie rozprzestrzenił. Tak daleko od nabrzeża i na wschód brzęk pieniędzy Mecseka jeszcze nie dotarł.
Radości potoku bogactw.
W budynku przy Pięknorostów Kohei dziewięć koma dwadzieścia sześć w jednym z górnych okien tlił się słaby poblask i widać było długie, ruchome języki cienia w świetle przesączającym się spod na wpół opuszczonej żaluzji bramy załadunkowej, która nadawała budynkowi wygląd jednookiego, zaślinionego wariata. Przytuliłem się do ściany i podkręciłem obwody słuchowe syntetycznej powłoki na możliwie najwięcej, czyli niewiele. Na ulicę wyciekły głosy, chwiejne jak cienie u moich stóp.
– ...mówię ci, nie zamierzam tu siedzieć dla czegośtakiego.
Akcent z Millsport, samogłoski z nosowym brzmieniem amangielskiego ze Świata Harlana rozciągnięte do irytującego zgrzytu. Głos Pleksa, mamroczącego poniżej zrozumiałego zakresu, brzmiał miękkim prowincjonalnym kontrapunktem. Chyba zadał pytanie.
– Skąd, do cholery, mam wiedzieć? Wierz, w co chcesz.
Towarzysz Pleksa chodził, czymś się zajmował. Jego głos zagubił się w echach magazynu. Wyłapałem słowa kaikyo, sprawa, urwany śmiech. Potem znów, gdy zbliżył się do wyjścia:
– Liczy się to, w co wierzy rodzina, a oni wierzą w technikę. A technika, przyjacielu, zostawia ślad. – Ostry kaszel i wdech brzmiący jak wciąganie rozrywkowych prochów. – Facet się spóźnia.
Zmarszczyłem czoło. Kaikyo ma sporo znaczeń, ale wszystkie zależą od wieku mówiącego. Geograficznie to cieśnina lub kanał. Tak używano tego słowa w trakcie Lat Osiedlenia albo w przesadnie zagmatwanej bazgraninie kanji z pretensjami do Pierwszych Rodzin. Ten facet nie brzmiał jak ktoś z nich, ale nie było powodu, by zakładać, że nie mógł krążyć, gdy Konrad Harlan i jego kumple z koneksjami zmieniali Glimmer VI we własne podwórko. W przechowalniach pełno jest osobowości mc z tamtych lat, które tylko czekają, by przelać je w powłokę. Skoro o tym mowa, i tak nie musiałby zmieniać powłok więcej niż pół tuzina razy, żeby przeżyć całą historię Świata Harlana. W ziemskiej rachubie czasu minęło niewiele ponad cztery stulecia, od kiedy na planecie wylądowały barki kolonizacyjne.
W mojej głowie poruszyła się intuicja Emisariusza. Coś tu nie pasowało. Spotykałem już ludzi mających za sobą stulecia ciągłego życia – nie mówili jak ten facet. To nie była mądrość wieków sącząca się w noc Tekitomury wraz z dymem fajki.
Na ulicy, kilkaset lat później, przejęty przez żargon japskiego, wyraz kaikyo oznacza kontakt, który może przemieścić skradziony towar. Kogoś, kto kieruje potajemną dystrybucją. W tym znaczeniu powszechnie używa się tego słowa w niektórych częściach archipelagu Millsport. Gdzie indziej znaczenie się zmieniło i teraz odnosi się do uczciwych konsultantów finansowych.
Tak, a bardziej na południe oznacza świętego we władaniu duchów albo wylot ścieku. Dość tych detektywistycznych bzdur. Słyszałeś go – spóźniłeś się.
Wsunąłem dłoń pod krawędź żaluzji i pociągnąłem w górę, blokując potężną falę bólu w boku, na ile tylko pozwolił mi układ nerwowy sztucznego ciała. Żaluzja głośno podjechała pod sufit. Światło padło na ulicę i na mnie.
– Dobry wieczór.
– Jezu! – Ten z akcentem z Millsport odskoczył do tyłu. Był zaledwie parę metrów od żaluzji.
– Tak.
– Cześć, Plex. – Moje spojrzenie pozostało na nowo przybyłym. – A ten tani to...?
Ale już wiedziałem. Blady, w szytym na miarę dobrym ubraniu prosto z taniej sensorii, gdzieś między Mickim Nozawą i Ryu Bartokiem. Ciało wojownika o dobrych proporcjach, masywne w ramionach i klacie, z długimi kończynami. Włosy ułożone tak, jak robią to ostatnio na pokazach biosprzętu, z wykręconym w górę statycznym czymś, co ma sugerować, że powłokę ledwie wyciągnięto ze zbiornika do klonowania. Garnitur powypychany w sposób sugerujący ukrytą broń i postawa, która zdradza, że nie jest gotów jej użyć. Postawa bojowa, która przypomina psie szczekanie, a nie chęć gryzienia. W dłoni wciąż trzymał zużytą mikrofajkę, a źrenice miał rozszerzone do granic możliwości. Ustępstwo na rzecz antycznej tradycji kazało mu wytatuować z boku czoła iluminiowe zakrętasy.
Praktykant yakuzy z Millsport. Uliczny zbir.
– Nie nazywaj mnie tanim – wysyczał. – Ty tu jesteś obcy, Kovacs. Ty jesteś intruzem.
Patrząc na niego kątem oka, spojrzałem w stronę Pleksa. Stał przy warsztacie z plątaniną taśm w rękach i z niepewnym uśmiechem, który nie chciał się trzymać jego twarzy.
– Słuchaj, Tak...
– To prywatna impreza, Plex. Nie prosiłem, byś wynajął błazna.
Yakuza szarpnął się do przodu, z trudem panując nad sobą. Z jego gardła dobyło się warczenie. Plex wyglądał na przerażonego.
– Czekaj, ja... – Z widocznym wysiłkiem odłożył taśmy. – On tu przyszedł w innej sprawie, Tak.
– Jest tu w czasie, który miał być zarezerwowany dla mnie – powiedziałem łagodnie.
Słuchaj, Kovacs, ty pieprzony...
Nie. – Mówiąc to, odwróciłem się z powrotem do niego w nadziei, że właściwie zrozumie siłę mojego głosu. – Wiesz, kim jestem, więc nie wchodź mi w drogę. Przyszedłem tu do Pleksa, nie do ciebie. A teraz zjeżdżaj.
Nie wiem, co go zatrzymało: reputacja Emisariusza, najnowsze wiadomości z cytadeli – bo teraz już wszędzie się o tym mówi, biorąc pod uwagę bałagan, jaki tam zostawiłeś – czy rozwaga większa, niż sugerował wygląd taniego zbira w garniaku. Przez chwilę balansował na progu wściekłości, a potem cofnął się i stłumił ją, wbijając wzrok w paznokcie prawej ręki. Uśmiechnął się.
– Jasne. Proszę bardzo, ubij interes z Pleksem. Poczekam na zewnątrz. Nie potrwa to długo. – Zrobił krok w stronę ulicy. Spojrzałem na Pleksa.
– O czym on, do cholery, mówi?
Plex się skrzywił.
– My... hmmm... musimy zmienić plany, Tak. Nie możemy...
– O nie. – Rozglądając się po pomieszczeniu, dostrzegłem rozmazane ślady spiral kurzu w miejscach, gdzie ktoś używał podnośnika grawitacyjnego. – Nie, nie, powiedziałeś mi...
– Ja... Ja wiem, Tak, ale...
Zapłaciłem ci.
– Oddam ci pieniądze...
– Nie chcę pieprzonej forsy, Plex. – Wbiłem w niego wzrok, walcząc z chęcią rozszarpania mu gardła. Bez Pleksa nie będzie przelania. Bez przelania... – Chcę odzyskać moje cholerne ciało.
– Spokojnie, spokojnie. Dostaniesz je. Po prostu w tej chwili...
– W tej chwili, Kovacs, korzystamy z naszego sprzętu. – Yakuza wpłynął z powrotem w moje pole widzenia. Nadal się uśmiechał. – Bo, prawdę mówiąc, od początku należał do nas. Choć pewnie tego ci Plex nie powiedział, co?
Spojrzałem na Pleksa. Wyglądał na zakłopotanego.
Aż szkoda faceta. Isa, mój pośrednik kontaktowy z Millsport, raptem piętnaście lat, postawione na sztywno fioletowe włosy i rzucające się w oczy archaiczne gniazda infoszczura, znużenie światowca i refleksja przy opisie szczegółów kontraktu i kosztów. Popatrz na historię. Wypieprzyła go na dobre.
Historia faktycznie chyba Pleksa nie kochała. Gdyby urodził się jako Kohei trzy stulecia wcześniej, byłby zepsutym, głupim młodszym synem rodu, który musiałby co najwyżej gimnastykować umysł w dziedzinie tak egzotycznej jak astrofizyka czy archeologia. Tak się jednak złożyło, że rodzina Kohei nie zostawiła swoim potomkom z czasów po Niepokojach nic oprócz kluczy do dziesięciu ulic pustych magazynów i zanikającego arystokratycznego wdzięku, który wedle słów samego Pleksa, zwiększał szanse u kobiet przy braku gotówki. Naćpany fajką, w niecałe trzy dni znajomości opowiedział mi całą historię. Chyba odczuwał potrzebę zwierzeń, a Emisariusze to dobrzy słuchacze. Słucha się, zapisuje informacje w pliku z lokalnym folklorem i wchłania. Przyswojony szczegół może później uratować życie.
Kierowani strachem przed pojedynczym życiem i brakiem ponownego upowłokowienia, zubożali nagle przodkowie Pleksa nauczyli się zarabiać na życie, ale większość z nich nie radziła sobie najlepiej. Nawarstwiały się długi, zebrały się sępy. Do czasu, gdy na świecie pojawił się Plex, jego rodzina tak głęboko siedziała w kieszeni yakuzy, że drobna przestępczość była wśród jej członków na porządku dziennym. Pewnie Plex wyrastał razem z takimi agresywnymi garniakami jak ten. A zrezygnowanego i zakłopotanego uśmiechu nauczył się na kolanach ojca.
Ostatnie, czego chciał, to zdenerwować swoich patronów.
Ostatnie, czego ja chciałem, to jechać poduszkowcem do Millsport w tej powłoce.
– Plex, mam zarezerwowany bilet wyjazdowy na Królową Saffron. Za cztery godziny. Zwrócisz mi forsę za bilet?
– Przeniesiemy go, Tak. – Błagalny ton. – Jutro wieczorem z MP wypływa inny poduszkowiec. Mam sprzęt, to znaczy ludzie Yukio...
– ...zwracaj się do mnie po nazwisku, śmieciu – wrzasnął yakuza.
– Mogą cię przenieść na wieczorny prom, nikt się nawet nie dowie. – Proszące spojrzenie na Yukio. – Prawda? Zrobisz to, prawda?
Też na niego spojrzałem.
– Prawda? Biorąc pod uwagę, że psujesz mi w tej chwili plany wyjazdu?
– Sam je sobie już spieprzyłeś, Kovacs. – Yakuza zmarszczył brwi i potrząsnął głową. Pogrywał sempai z manieryzmem i sztuczną powagą, którą pewnie skopiował żywcem z własnego sempai nie tak dawno temu. – Masz pojęcie, ilu ludzi cię w tej chwili szuka? Policja wysłała niuchaczy na całe miasto, a moim zdaniem najpóźniej za godzinę dotrą do doków. Wciągnąłeś do zabawy cały wydział policji. Nie wspominając o brodatych szturmowcach z cytadeli. Cholera, człowieku, myślisz, że mogłeś tam zostawić jeszcze więcej krwi?
– Zadałem ci pytanie. Nie prosiłem o krytykę. Przeniesiesz mnie na następny transport czy nie?
– Tak, tak. – Zbył mnie machnięciem dłoni. – Masz to załatwione. Nie dociera do ciebie, Kovacs, że niektórzy ludzie prowadzą poważne interesy? Przychodzisz tu i machasz miejscowej policji przed nosem brutalnością, a oni w szale wyłapują ludzi, których potrzebujemy.
– Do czego potrzebujecie?
– Nie twój pieprzony interes. – Poza sempai znikła, został tylko zbir z Millsport. – Po prostu schowaj się na najbliższe pięć czy sześć godzin i spróbuj nikogo nie zabić.
– A potem co?
– A potem do ciebie zadzwonimy.
Potrząsnąłem głową.
– Będziesz się musiał bardziej postarać.
– Bardziej? – Podniósł głos. – Myślisz, do cholery, że z kim rozmawiasz, Kovacs?
Oceniłem odległość, a potem czas potrzebny na to, by go dosięgnąć. Ból, który z tego wyniknie. Wyrzuciłem z siebie słowa, które musiały go sprowokować.
– Z kim rozmawiam? Z naćpanym chimpira, pieprzonym ulicznym zbirem z Millsport, spuszczonym ze smyczy przez swojego sempai. Robi się późno, Yukio. Daj mi swój telefon. Chcę porozmawiać z kimś poważnym.
Wściekłość eksplodowała. Błyskające bielą oczy, ręka sięgająca pod marynarkę. Dużo za późno.
Uderzyłem go.
Przez oddzielającą nas przestrzeń wyprowadzając atak z nieuszkodzonej strony. Z boku w gardło i kolano. Padł, charcząc. Chwyciłem go za ramię, wykręciłem je i przyłożyłem do dłoni nóż Tebbita tak, żeby go widział.
– To biokodowane ostrze – powiedziałem ostro. – Gorączka krwotoczna z Adoracion. Drasnę cię tym, a każde naczynie krwionośne w twoim ciele pęknie przed upływem trzech minut. Tego właśnie chcesz?
Zwisł ciężko w moim uchwycie i z wysiłkiem złapał oddech. Mocniej przycisnąłem ostrze do jego skóry. Zobaczyłem panikę w jego oczach.
– To nie jest dobra śmierć, Yukio. Telefon.
Sięgnął do marynarki. Wyleciał z niej telefon i zastukał na wiecznobetonie. Nachyliłem się, blisko, by mieć pewność, że to nie broń, a potem przysunąłem komórkę butem do jego wolnej ręki. Złapał ją, wciąż dysząc ciężko.
– Dobrze. A teraz wystukaj numer kogoś, kto może pomóc, i daj go mnie.
Kilka razy stuknął w wyświetlacz i podał mi telefon z błagalną miną, jak Plex kilka minut wcześniej. Przez dłuższą chwilę wbijałem w niego wzrok, pamiętając o tym, że typowe tanie sztuczne twarze nie mają wyrazu, a potem puściłem jego rękę, wziąłem telefon i cofnąłem się poza zasięg jego ramion. Odturlał się ode mnie, wciąż trzymając się za gardło. Przystawiłem telefon do ucha.
– Kto mówi? – zapytał po japońsku uprzejmy męski głos.
– Nazywam się Kovacs. – Automatycznie przełączyłem się na jego język. – Mamy tu z twoim chimpira Yukio konflikt interesów i pomyślałem, że mógłbyś go rozwiązać.
Chłodna cisza.
– Chciałbym, żebyś go rozwiązał jeszcze tej nocy – dodałem spokojnie.
Z drugiego końca linii dobiegł mnie syk głęboko wciąganego powietrza.
– Kovacs-san, popełnia pan błąd.
– Doprawdy?
– Niemądrze byłoby mieszać nas w pańskie sprawy.
– To nie ja zacząłem. W tej chwili stoję w magazynie i patrzę na puste miejsce po sprzęcie, z którego zamierzałem skorzystać. Dano mi do zrozumienia, że to ty go zabrałeś.
Znów cisza. Rozmowy z yakuzą nieodmiennie przerywane są długimi pauzami, w trakcie których należy rozmyślać i starannie wsłuchiwać się w to, co nie zostało powiedziane.
Nie miałem na to nastroju. Bolał mnie bok.
– Powiedziano mi, że skończycie za jakieś sześć godzin. Mogę z tym żyć. Ale chcę twojego słowa, że po tym czasie sprzęt wróci tu sprawny i że będę mógł z niego skorzystać. Chcę, żebyś mi to obiecał.
– Hirayasu Yukio jest osobą...
– Yukio to chimp. Bądźmy ze sobą szczerzy. Miał tylko dopilnować, bym nie zaszlachtował naszego wspólnego podwykonawcy. Z czym, swoją drogą, nie radzi sobie najlepiej. Kiedy tu przyszedłem, już brakowało mi cierpliwości, a nie spodziewam się, że szybko mi jej przybędzie. Nie interesuje mnie Yukio. Chcę twojego słowa.
– A jeśli go nie dam?
– To parę waszych biur zacznie wyglądać jak wnętrze cytadeli dziś wieczorem. To mogę ci obiecać.
Cisza. Potem...
– Nie negocjujemy z terrorystami.
– Och, proszę. Co to, na przemowy ci się zebrało? Myślałem, że rozmawiam z kimś na poziomie dyrektorskim. Mam tu jeszcze trochę narozrabiać?
Cisza innego rodzaju. Głos po drugiej stronie słuchawki sprawiał wrażenie, jakby jego posiadacz myślał o czymś innym.
– Czy Hirayasu Yukio odniósł jakieś obrażenia?
– Nie wygląda na to. – Spojrzałem lodowato na yakuzę. Opanował wreszcie oddech i zaczynał się podnosić. Na brzegu tatuażu błyszczały krople potu. – Ale to się może zmienić. Wszystko zależy od ciebie.
– Dobrze. – Ledwie kilka sekund namysłu. Na standardy yakuzy wydawało się to wręcz pospiesznie. – Nazywam się Tanaseda. Ma pan moje słowo, Kovacs-san, że potrzebny panu sprzęt będzie na miejscu, dostępny w podanym przez pana terminie. Dodatkowo wypłacimy panu rekompensatę.
– Dziękuję. To...
– Nie skończyłem. Ma pan też moje słowo, że jeśli dopuści się pan jakiekolwiek aktu przemocy wobec moich ludzi, wyślę globalny nakaz schwytania pana i egzekucji. Mówię tu o bardzo nieprzyjemnej prawdziwej śmierci. Zrozumiał mnie pan?
– Brzmi uczciwie. Ale myślę, że lepiej będzie, jeśli sam pan powie swojemu chimpowi, żeby się zachowywał. Zdaje się, że ma jakieś złudzenia co do własnej kompetencji.
– Proszę mu dać telefon.
Yukio Hirayasu zdołał już usiąść przygarbiony na wiecznobetonie, oddychając chrapliwie. Syknąłem na niego i rzuciłem mu telefon. Złapał go niezdarnie jedną ręką, drugą wciąż masując sobie gardło.
– Twój sempai na słówko.
Posłał mi pełne nienawiści spojrzenie załzawionych oczu, ale przystawił telefon do ucha. Ze słuchawki dobiegły skompresowane japońskie sylaby, jakby ktoś pogrywał na przebitym zbiorniku z gazem. Yukio zesztywniał, opuszczając głowę. Odpowiadał stłumionymi monosylabami. Często powtarzał słowo „tak”. Jedno trzeba yakuzie przyznać – są mistrzami świata, gdy przychodzi utrzymać porządek w szeregach.
Monolog dobiegł końca i Yukio wyciągnął do mnie telefon, nie patrząc mi w oczy. Wziąłem go.
– Problem został rozwiązany – powiedział mi do ucha Tanaseda. – Proszę przenieść się gdzie indziej na resztę nocy. Może pan wrócić za sześć godzin, a sprzęt i rekompensata będą już na pana czekały. Nie będziemy więcej rozmawiać. To... zamieszanie... było niewybaczalne.
Wcale nie brzmiał na przejętego.
– Zna pan jakieś miejsce, gdzie można zjeść dobre śniadanie? – zapytałem.
Cisza. Uprzejmy szum linii. Przez chwilę ważyłem telefon w dłoni, a potem odrzuciłem go do Yukio.
– No dobrze. – Przeniosłem wzrok z yakuzy na Pleksa i z powrotem. – Któryś z was może mi polecić jakieś miejsce na śniadanie?



Dodano: 2006-10-21 00:10:51
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nawiedzenia"


Wygraj "Ostatniego strażnika"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS