NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

Žamboch, Miroslav - "Bakly. W objęciach śmierci", tom 2

Ukazały się

Mammay, Michael - "Przestrzeń"


 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"

 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

Linki

Brzezińska, Anna - "Plewy na wietrze"
Wydawnictwo: Runa
Cykl: Brzezińska, Anna - "Saga o zbóju Twardokęsku"
Data wydania: Październik 2006
Liczba stron: 576
Cena: 34,50 zł
Tom cyklu: 1 (wersja poszerzona)



Brzezińska, Anna - "Plewy na wietrze" #3

Ani się obejrzał, jak leśna dróżka rozszerzyła się. Po jej bokach pojawiły się zdziczałe jabłonki i śliwy, a las cofnął się, odsłaniając zielone, pofałdowane przecinki, gdzieniegdzie porośnięte łanem młodej, wiotkiej brzeziny. Słońce nie sięgnęło jeszcze najwyższego punktu na niebie, gdy zza kolejnego zakrętu wyłonił się zarys zabudowań. Dwór otoczono solidną palisadą z bali, przy gruncie dobrze obsypaną ziemią i wzmocnioną zaostrzonymi kijami.

— Jeszcze dwa pokolenia temu zapuszczały się tu zagony szczuraków — usprawiedliwiła się jejmość. — Teraz w Górach Sowich pokornie siedzą, ale moja świekra pomni, jak dziewczątkiem będąc, oglądała ich, gdy pod częstokołem ryli.

— Dobre obwarowanie nie wadzi. — Najemnik z uznaniem zlustrował domostwo. — A i od zbójców bezpieczniej.

Szlachcianka machnęła dłonią z wystudiowaną wzgardą.

— Lichy to jeno folwarczek, ledwie kilka łąk, gdzie się owce wypasa, lecz od pokoleń w mężowskiej rodzinie. Z sentymentu w nim gości, choć myśmy do większego ochędostwa nawykli. No, bywaj tu który! — krzyknęła do pachołka, co pokazał się nad bramą.

Wierzeje rozwarły się ze skrzypem. Dwóch parobków przybiegło, by pomóc pani zsiąść z konia, i natychmiast stało się jasne, że gospodyni trzyma służbę twardą ręką. Zaraz też z ganku dworu poderwała się wiekowa niewiasta w ciemnej sukni i wdowim welonie na głowie.

— Bogom niech będą dzięki! — Ujęła dłonie starszej i zaczęła je pokrywać pocałunkami, a łzy jej ciekły po policzkach jak groch. — Wedle śniadania konie pod bramę przyszły, a zgonione takie, jakby je całą drogę ktoś po grzbietach smagał. Od razu wiedziałam, że się nieszczęście zdarzyło, chłopów po okolicy rozesłałam na poszukiwania, ale chamstwo to tępe, niemrawe, jakże na nich polegać? — trzepała szybko, a jednocześnie z ciekawością przepatrywała przybyłych, aż wreszcie jej wzrok spoczął na panience, która właśnie z pomocą parobka spuszczała się z siodła. Na widok jej poszarpanej sukni staruszka pobladła jak chusta i pochwyciła ją w objęcia. — Perkotko, serce moje, co tobie? — Z lękiem dotykała jej włosów i twarzy. — Wejdźże do środka, ogarnij się, obmyj... — Powiodła ją ku wejściu.

Jejmość przymrużyła ze złością oczy.

— A ja tym chamom nie daruję! — wypaliła znienacka, jak gdyby dopiero teraz w pełni pojęła, co się wydarzyło. — Ilu pachołków we dworze? — zagadnęła najbliższego z parobków.

— Ośmiu. Starsza pani resztę w las posłała, ale prędko wrócą.

— To na co jeszcze czekasz? — ofuknęła go ostro. — Konie mi siodłać i w róg zadąć, żeby się tu duchem zlecieli. A mnie karabelę podać! Tę po dziaduniu!

Przemęka z przyjemnością patrzył, jak jej policzki różowieją z wściekłości, a oczy sypią skry. Poza Servenedyjkami w pustynnej krainie z rzadka oglądało się wojenne niewiasty i zdołał już niemal zapomnieć te szlachcianki, które siedziały na pograniczu w swoich obwarowanych dworach, gotowe zaświecić mieczem w oczy każdemu, kto sięgnie po ich ojcowiznę.

— Nie lękasz się aby waćpani? — zagadnął. — Niejednej białogłowie strach po oczeretach za zbójcami ganiać, choćby zbrojno i z gromadką pachołków.

— A kimże bym była — odęła wargi — jakby mnie na mojej własnej ziemi chamstwo miało zastraszyć? W mig ich siedzibę wytropim i wybierzem niby liszki z jamy. Waszmościowie zaś konie na podwórcu ostawcie, będzie o nie staranie — przykazała im na odjezdne. — W dworcu się wami zajmą, jak trzeba, wypocznijcie zatem, póki nie wrócę. I ani się ważcie w drogę ruszać bez pożegnania — dodała z zalotnym uśmiechem — bo bardzo urażona będę.

Od strony ganku szła już ku nim służebna w świeżo bielonym fartuchu, niosąc w ręku czyste ręczniki.

— Starsza pani na pokoje prosi. — Ukłoniła się zgrabnie przed przybyłymi. — Jeśli zechcecie się wasze mości przy studni umyć, zaraz usłużę. Pani kazała też rzec, że dla waszych ludzi znajdzie się kąt przy kuchni i miska ciepłej strawy. — Skinęła dłonią na przewodnika i Kostropatkę.

Kapłanowi zrzedła mina, kiedy pojął, że przydzielono mu miejsce między służbą, lecz nie oponował, gdy służebna poprowadziła Przemękę i Koźlarza do głównego wejścia. Przeszli przez ganek, spowity gęstą winoroślą i krzewami róż, a potem obszerną sień, gdzie na poczerniałych ścianach pyszniły się wiekowe portrety, zapewne czcigodnych antenatów gospodarzy. Stara szlachcianka czekała na nich w następnej izbie, przy stole. Na srebrnej tacy już naszykowano dzban i kubki. Obok leżał koszyczek z chlebem i misa krojonego mięsiwa, przybrana kwaszonymi ogórkami i cebulą.

Staruszka na ich widok z wysiłkiem podniosła się z krzesła i teraz Przemęka spostrzegł, że jest znacznie bardziej posunięta w latach, niż mu się wydawało na dziedzińcu, gdzie dodawała jej sił radość z odzyskania krewniaczek.

— Wybaczcież, waszmościowie, że was tak niepolitycznie witamy. Wyjawiła mi Perkotka, jak wiele wam zawdzięczamy, a ja, stara i głupia, ni słowa podziękowania nie rzekłam, jeno was na podwórcu zostawiłam. Ale to ze wzruszenia, że mi się szczęśliwie te najdroższe istoty do domu wróciły, bom już je na marach widziała. Lasy tu niebezpieczne. — Zawahała się. — Teraz wszakże siadajcie i jedzcie, boście pewnie zdrożeni i głodni, a powiadał mąż mój nieboszczyk, że wilkowi i głodnemu chłopu niemiłe są gadki.

Nalała im w kubki trunku i po izbie rozeszła się bogata woń piwa grzanego z korzeniami. Przemęka jadł, ukradkiem rozglądając się po wnętrzu. Pomieszczenie było stare i skromnie wyposażone w meble, ciężkie i w dawnym stylu, ale gdzieniegdzie odnajdował wzrokiem jakiś kosztowny przedmiot, czy to skrzyneczkę inkrustowaną macicą perłową, czy serwetę haftowaną srebrną nicią. Na zastawie z litego srebra pysznił się herb i siwowłosy wojownik wprawdzie nie umiał go rozpoznać, ale podobny znak dojrzał na portretach w sieni. Jednakże ślady świeżego bogactwa i dworskie obyczaje świadczyły, że gospodarze wiele czasu spędzają daleko stąd, w miejscach, gdzie łatwiej pomnożyć majątek i zdobyć wpływy wśród wielkich tego świata.

— Więc powiadacie, pani, że okolica zdradliwa — zagaił, zaspokoiwszy pierwszy głód. — Tedy z krewniaczki waszej niepłochliwa niewiasta, skoro z jednym pachołkiem na wozie pełnym dobra w drogę się wypuściła.

Starowinka, która podparłszy brodę na ręku, dotąd z zadowoleniem przyglądała się jedzącym, uśmiechnęła się pobłażliwie.

— Ona przy dworze chowana, tutejszych niebezpieczeństw nieświadoma, przy tym gorącej krwi i czasami zbyt prędka. No, ale dobre z niej dziecko — usprawiedliwiła ją zaraz. — Jak się tą sierotą zajęła, to niejedna by i o własną córkę tak nie dbała.

— Śliczna panienka — zgodził się wojownik — i znać, że w karności chowana.

Przez twarz staruszki przemknął wyraz zmieszania.

— Ot, pobłogosławili bogowie. — Odwróciła wzrok. — A wedle tego, co w lesie, to strzeżcie się waszmościowie w drodze, bo gadają ludzie, że szczurzy znów niespokojni, pod wioski w górach podchodzą.

Od drzwi dał się słyszeć stukot chodaków i do izby weszła służąca z pękatą wazą i chochlą. Postawiła ją na stole i na znak pani oddaliła się spiesznie.

— Nalewajcież sobie, waszmościowie — zaprosiła gospodyni. — Żadnych ceremonii nie czyńcie, bom za stara po temu.

— Tedy powiadacie, pani, że się szczuracy burzą? — powtórzył w zadumie Przemęka. — Osobliwa to nowina i groźna.

Starowinka ściągnęła wargi, a spojrzenie jej zamglonych oczu nagle się wyostrzyło.

— Tak już przed nawałnicą bywa, że się niebo kłębi — rzekła z ironią. — Zwyczajna rzecz. Książę Evorinth w Spichrzy zbroi się i Servenedyjki zaciąga, pomorscy kapłani po górach szpiegują, nawet kupczykowie wiergowscy mury wokół miasta wzmacniają. Żaden dziw, że i szczuracy chcą w zamieszaniu uszczknąć coś dla siebie. A nikt nie wie, na jaką stronę szczęście przeważy, gdy się ta zawierucha raz na dobre rozpocznie.

— A tutaj ziemie czyje? — zapytał Przemęka, łowiąc łyżką grube kawały sera, którym okraszono polewkę. — Trudno się w tym wędrowcowi wyrozumieć, bo ludzi na ścieżkach nie widać, komór celnych nie masz, a kamienie graniczne mchem porosły. Jeno czasami stare słupy oglądałem, co je jeszcze Vadiioned kazał stawiać.

— Ano — starowinka pokiwała głową — kopiennickie tu było władztwo, ale kiedy upadło, raptem wiele się rąk po nie wyciągnęło. I książę ze Spichrzy tenutę chciał od nas ściągać, i żalniccy kniaziowie o swoje się dopraszali, i szczuracy ziemie pustoszyli. A ostatnimi czasy nawet wiergowskie pospólstwo jakieś stare pergaminy pokazuje, że niby to z dawien dawna spuścizna ich świątobliwej księżniczki.

Wojownik uśmiechnął się, bo z tonu pani jasno wynikało, w jak głębokiej pogardzie ma łapczywych sąsiadów.

— A naprawdę?

— A naprawdę każdy u siebie rządzi. Ot, widzisz waszmość — trąciła paznokciem herb na srebrzystym dzbanie — wszyscy my zasiedziała szlachta, od wieków do niezależności nawykła. W wielu książęca krew płynie, ale też po zgonie Vadiioneda niezmierna mnogość książąt porodziła się w Górach Żmijowych, a każdy zacniejszy od innych. Czasami prawdziwie jedni nad drugich wyrastają, ale nikt swojej woli reszcie nie potrafi narzucić. Teraz coś na księcia Piorunka się oglądają, bo śmiały pan i rzutki, lecz nie jest to wielki włodarz, jacy niegdyś bywali, więc i jego czas minie.

— Cóż tedy...?

Pani zaśmiała się skrzekliwie.

— Kto to wie? Mnie nie pytajcie, ja jeno zgrzybiała niewiasta, co siła złego widziała, więc, ot, jako kruk kraczę. Ani chybi wszystkich nas na koniec wiergowskie chamstwo wykupi. Pożenią się z naszymi córkami i kupieckie swe gmerki na murach wycisną.

Koźlarz podniósł głowę znad miski.

— Tego nigdy nie było i być nie może — odezwał się naiwnym głosem wiejskiego chłopaka, któremu pierwszy raz odsłoniono ponure tajemnice świata.

Starowinka spojrzała na niego pobłażliwie.

— Czemużby nie? Oni rosną w siłę, my zaś coraz niżej upadamy, na dodatek naśladować ich próbując. Nawet syn mój rodzony więcej przy dworze przebywa niż w rodzinnych włościach. Przy tym bynajmniej nie zasiada u księcia w radzie ani z wielkimi panami się nie znosi, tylko wzorem kupców warsztaty pod murem miejskim kazał pobudować. — Zmarszczyła się z niechęcią. — Wykładasz sobie, waszmość? Jakby tego zabrakło, szpiegów raz po raz do Książęcych Wiergów wysyła. Nic słuchać nie chce, że mu podobne zajęcie nie przystoi. Pieniądz trzeba gromadzić, matuchno, powiada, bo coś ostatnimi czasy owce w naszych górach złotym runem nie porosły.

Przemęka zerknął na nią ze świeżym zainteresowaniem. Owszem, słyszał to i owo o wiergowskich tkalniach, foluszach i farbiarniach, a Spichrza z tradycji była siedzibą wielkich kupieckich rodów i niejedna bankierska fortuna kryła się za ciężko kutymi wrotami kamienic z żółtego piaskowca. Ale wojownik nie sądził, że i szlachta Przerwanki zaczęła się parać rzemiosłem.

— Sam z bydła żyję — mruknął, gdy gospodyni popatrzyła ku niemu wyczekująco.

— Bo taka turzniańska tradycja! — ofuknęła go. — A nasza tradycja, żeby wielki pan był pan co się zowie, nie zaś byle kramarz. Żeby ziemi pilnował i na rodzinę baczył, jak bogowie każą. Ale mój syn woli z majstrami po warsztatach latać i tkaczom do krosien zaglądać. I co mu z tego przyszło? — Wyciągnęła triumfalnie palec. — Ano tyle, że się w podzięce za łaskawość chamstwo zbuntowało i warsztaty popaliło!

— Nie może być! — obruszył się Przemęka. — Nie dopuściłby chyba książę Evorinth podobnej obrazy.

— Cóż to księcia obchodzi? Zresztą nie on prawdziwie we Spichrzy włada, jeno jego pani matka i ten chudy klecha, Krawęsek ze świątynnej rady. A im nawet po myśli, że motłoch komuś zakłady z dymem puści, jako że w książęcych warsztatach też tkacze siedzą i większy popyt na ich sukno nastanie. Niby się spichrzańscy pachołkowie po pogorzelisku kręcili i podżegaczy szukali, ale w końcu tylko co sprawniejszych mistrzów wyłapali. I nie po to bynajmniej, aby ich na dusienicach wieszać, jeno żeby sekrety owych mechanicznych tkalni wyjawili. Ot, znikąd sprawiedliwości — dodała gorzko, bo bolała ją utrata dobytku, choćby i znienawidzonego.

— Mechanicznych? — Książę powtórzył powoli, jakby obracał na języku nowo usłyszane słowo, usiłując rozgryźć jego sens. — Cóż to, na bogów, znaczy?

Pani machnęła ręką, chcąc zbagatelizować wyznanie, które wyrwało się jej we wzburzeniu i nieroztropnie.

— At, błahostka. Jest z dawien dawna między alchemikami gadka, że niby można z gliny ulepić człeka, co jeśli mu się w usta wetknie tabliczkę z zaklęciem tajemnym wypisanym, jak żywy chodzić będzie i spełniać rozkazy.

Wojownik pokręcił z przyganą głową.

— Czegóż to ludzie nie bajają. Aż dziw bierze słuchać.

— Klechdy to jeno dla dzieci nierozumnych — odparła starowinka. — Podobnież alchemicy od wieków rozmaite machiny z drewna i metalu tworzą, co wzorem ptaków w niebo się potrafią wzbijać i jak konie po ziemi kroczyć. Że zaś są ludzką ręką zrobione i pozór życia mają, zowią je mechanicznymi.

— A widział je ktoś kiedy? — zapytał z powątpiewaniem Przemęka.

Gospodyni znów zaśmiała się skrzekliwie.

— Skądżeby znowu. Za to wielu alchemików oglądano na stosach, jak się żywcem za herezje piekli. Kapłani zgodnie uczą, że jest grzechem okrutnym te mechaniczne machiny czynić, bo stanowią one naśladownictwo i szyderstwo z żywych boskich tworów.

— I są kapłani w swoim prawie — zgodził się siwowłosy. — Ale rzeknijcie mi, pani, cóż to ma wszystko z waszym synem wspólnego? Wszak nie mieszałby się chyba w obmierzłe alchemickie herezje.

Staruszka z niechęcią ściągnęła wargi. Najwyraźniej wcale nie miała ochoty odpowiadać.



Dodano: 2006-10-16 16:46:45
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS