NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

Ukazały się

Wlazło, Alicja - "Iskra"


 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

 Kuang, Rebecca F. - "Wojna makowa" (zintegrowana)

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Kuang, Rebecca F. - "Wojna makowa" (miękka)

Linki

Weber, David - "Księżyc Buntowników"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Weber, David - "Dahak"
Data wydania: Październik 2006
ISBN: 83-7418-122-2
Oprawa: miękka bez obwoluty
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 320
Cena: 29,90 zł
Tom cyklu: 1



Weber, David - "Księżyc Buntowników" (rozdział 5)

Rozdział piąty

MacIntyre wszedł z westchnieniem ulgi do gorącej, wirującej wody. Oparł się o profilowany skraj wanny i rozejrzał po swojej nowej kajucie kapitańskiej. Mógł się spodziewać, że mieszkanie, w którym ma spędzić dwadzieścia pięć lat, będzie odpowiednio urządzone, ale to...
Jego wanna mogła pomieścić ponad dwanaście osób i była przeznaczona do głębokiego relaksu. Odstawił kieliszek na jedną z wysuwanych tac i patrzył, jak automatyczny bar ponownie go napełnia, po czym odkręcił kran palcami stóp i pociągając trunek, rozkoszował się luksusem.
Wielkość kajuty robiła na nim wrażenie. Skąpany w łagodnym świetle sufit wznosił się tak wysoko, jak w katedrze. Ściany – za nic nie nazwałby ich „grodziami” – pokrywała ręcznie woskowana boazeria, a zgromadzonych tu dzieł sztuki mógłby mu pozazdrościć każdy nowobogacki miliarder. Pilota zafascynował szczególnie jeden posąg. Był to stojący dęba jednorożec o zakończonych pędzlami uszach, zbyt „prawdziwy”, aby mógł być tylko wytworem czyjejś wyobraźni; MacIntyre poczuł dziwną radość i podziw, widząc dowód obcego pochodzenia jednego z najtrwalszych ziemskich mitów.
Wanna stała na czymś, co było drugim poziomem balkonu nad obszernym atrium. Wokół unosił się wilgotny zapach ziemi; pilota otaczały nieznane zielone rośliny o pierzastych liściach, a powykręcanymi gałęziami i kolorowymi kwiatami poruszały delikatne powiewy wiatru. Sufit atrium był niewidoczny na tle błękitnego nieba, które mogłoby być ziemskim niebem, gdyby nie słońce o nieco zbyt żółtym odcieniu.
A to, przypomniał sobie Colin, zaledwie jeden z pokojów, które oddano do jego dyspozycji. Wiedział, że każda ranga ma swoje przywileje, lecz nigdy nie spodziewał się takich wspaniałości i przestrzeni – bez wątpienia dlatego, że wciąż myślał o „Dahaku” jako o zwykłym okręcie. Był okrętem, lecz jego wielkość sprawiała, że pojęcie „okręt” nabierało zupełnie nowego znaczenia.
Ale zapłacił za to wysoką cenę, pomyślał, waląc stopami w wodę jak dzieciak, aby pozbyć się skurczu łydek. Po tym, co przeszedł przez ostatnich kilka miesięcy, wydawało mu się, że te skurcze są czymś wyjątkowo nie w porządku. Wciąż przyzwyczajał się do zmian, jakich komputer w nim dokonał... i jeśli Dahak jeszcze raz nazwie je „niewielkimi”, to osobiście sprawdzi, czy regulamin Floty przewiduje dla komputerów coś w rodzaju przeciągania pod stępką.
Życie pilota NASA nigdy nie było łatwe, lecz Dahak sprawił, że słowo „wyczerpujące” nabrało zupełnie nowego znaczenia. Znacznie młodszy Colin MacIntyre sądził, że piekielny tydzień w Annapolis był ciężki, lecz kiedy przeniósł się do Pensacola, doszedł do wniosku, że szkoła pilotów może być jeszcze gorsza... dopóki nie przeszedł eliminacji i szkolenia niezbędnego do wzięcia udziału w misji „Prometeusz”. Lecz wszystko to było zaledwie rozgrzewką przed programem treningowym dla dowódcy „Dahaka”.
Oprócz wysiłku fizycznego miał jeszcze do pokonania przeszkody wynikające z tego, że Dahak był maszyną. Wprawdzie ze względu na długość życia i ogrom wiedzy był bardzo doświadczony, mimo to jednak nadal pozostawał tylko maszyną i miał zupełnie odmienny punkt widzenia, co w wielu sytuacjach dawało ciekawe rezultaty.
Na przykład dla Dahaka było oczywiste, że Czwarte Imperium to najważniejsze źródło prawdziwej władzy, przewyższające tak prymitywne i efemeryczne państewka, jak Stany Zjednoczone.
MacIntyre postrzegał to inaczej, dlatego uporczywie odmawiał złożenia przysięgi, która stałaby w sprzeczności z tą, którą złożył jako oficer marynarki w służbie rzeczonych Stanów Zjednoczonych.
W końcu komputer niechętnie musiał przyznać, że postawa MacIntyre’a potwierdza, iż jest człowiekiem honoru, nie powstrzymywało go to jednak od podejmowania prób zmiany jego sposobu myślenia. Dowodził, że obowiązki ludzkości wobec Czwartego Imperium przewyższają jej obowiązki wobec jakiejkolwiek ziemskiej władzy, a Stany Zjednoczone to jedynie czasowo zarządzający twór na pustynnej wyspie, który ma regulować sprawy niewielkiej części załogi rozbitego okrętu. Wygłaszał elokwentne, niemal poetyckie przemówienia, lecz wszystko to na próżno; MacIntyre był nieugięty.
Wreszcie udało im się osiągnąć kompromis, choć Dahak przyjął go bardzo niechętnie. Po swoich doświadczeniach z rozkazami o priorytecie alfa był wyraźnie nieszczęśliwy, że jego nowy kapitan zakończył swoją przysięgę słowami: „...dopóki przysięga posłuszeństwa wobec centrali Floty i Czwartego Imperium nie będzie wymagać działania na szkodę Stanów Zjednoczonych Ameryki”. Jeśli jednak miały to być jedyne warunki, na jakich wiekowy okręt mógł zdobyć kapitana, Dahak postanowił je przyjąć, choć z niechęcią.
Mimo iż MacIntyre miał świadomość (choć bardzo mgliście) odpowiedzialności, jaka na nim spoczywa, i bał się jej, nie znał wszystkich aspektów sytuacji, w jaką się wpakował. I najprawdopodobniej dobrze się stało, bo gdyby miał czas na zastanowienie, nie wskoczyłby w to na oślep.
Na przykład „biotechniczne ulepszenia”. Określenie to martwiło go od samego początku, gdyż będąc kosmonautą, przeszedł już swoje jako świnka morska, sądził jednak, że przedłużenie życia i lepsza tężyzna to kusząca propozycja. Niestety, jako człowiek dwudziestego pierwszego wieku miał tak samo przestarzałe pojęcie o tym, czego jest w stanie dokonać medycyna Czwartego Imperium, jak o idei „okrętu”.
Jego rozdrażnienie jeszcze wzrosło, kiedy odkrył, że ma dać się pokroić wyposażonemu w skalpel komputerowi, a kiedy się dowiedział, że Dahak zamierza rozłożyć go na czynniki pierwsze i poskładać w nowy, ulepszony model, zgodnie z wszystkimi zaletami współczesnej technologii, niemal dostał histerii, że zmieni się w cyborga. Było to tak, jakby doktor Jekyll mógł przemienić się w pana Hyde’a, ale opierał się temu z przerażeniem. Ale Dahak był cierpliwy, tak bardzo cierpliwy, że MacIntyre poczuł się jak Buszmen, który boi się, że misjonarz uwięzi jego duszę w magicznej skrzynce.
To był punkt zwrotny – tak naprawdę dopiero teraz zaczął akceptować to, co się działo... i czego stał się częścią. Uległ namowom Dahaka, choć z dużymi oporami, gdy komputer uzmysłowił mu, że zna się na ludzkiej fizjologii znacznie lepiej niż jakikolwiek ziemski zespół medyczny i że istnieje znacznie mniejsze ryzyko popełnienia błędu.
MacIntyre z niepokojem poddał się narkozie, oczekując potem długiej rekonwalescencji w łóżku. Ale mylił się; już po kilku dniach normalnie funkcjonował i rozpoczął program treningu fizycznego, którego, jak się przekonał, bardzo potrzebował.
Mimo to wciąż miał wrażenie, że z tego nie wyjdzie, i ta obawa wciąż wywoływała u niego zimne poty. Pewnie nie miałby z tym żadnych problemów – a przynajmniej miałby niezbyt poważne – gdyby wcześniej wszystko przemyślał. Nigdy jednak nie rozważył wniosków płynących ze słów Dahaka, a rezultaty okazały się bardziej odstręczające niż zadowalające.
Kiedy po raz pierwszy otworzył oczy, jego wzrok wydał mu się nienaturalnie wyostrzony; miał wrażenie, że potrafi dostrzec pyłki wirujące na korcie tenisowym. I rzeczywiście mógł, gdyż jedno z ulepszeń Dahaka polegało na zmianie zdolności akomodacji jego oczu, nie wspominając już o rozszerzeniu zakresu widma w podczerwień i ultrafiolet.
Potem przyszła pora na „wzmocnienie szkieletu i mięśni”. Colin poczuł atawistyczny dreszcz radości na myśl, że jego kości zostaną wzmocnione tym samym stopem, z którego zbudowany jest „Dahak”, lecz radość szybko przeszła w przerażenie, kiedy okazało się, że okręt przygotował dla niego o wiele więcej „drobnych” zmian. Jego mięśnie służyły teraz jako serwomechanizmy dla niezwykle cienkich płatów syntetycznej tkanki, mocniejszej niż kadłub jego beagle’a, która uciskała jego nowy szkielet do granic wytrzymałości. Podobne zmiany przeszedł jego układ oddechowy i krążenia. Nawet skóra została wzmocniona, gdyż musiała sprostać wymaganiom kryjącej się pod nią siły. Mimo to jego zmysł dotyku, tak samo jak wszystkie inne zmysły, nabrał niezwykłej wrażliwości.
Wszystkie te zmiany bez wątpienia zostały dokonane zbyt szybko, gdyż ani komputer, ani człowiek nie mieli pojęcia, jak wielka dzieli ich przepaść w pojmowaniu rzeczy, które każdy z nich uznawał za oczywiste.
Dla Dahaka zmiany, które przerażały MacIntyre’a, tak naprawdę były tylko „niewielkimi”, rutynowymi zabiegami, czymś takim, jak dla Czwartego Imperium przekazanie podstawowego wyposażenia dla rekruta. Mimo całej swojej wiedzy Dahak był tylko maszyną, która nie znała pojęcia „naturalnych ograniczeń”, dlatego komputer nigdy się nie zastanawiał, jak wielkim ciosem będą te „niewielkie” zmiany dla MacIntyre’a.
To również moja wina, pomyślał Colin, pochylając się, aby rozmasować potężny skurcz w prawej łydce. Był pod tak ogromnym wrażeniem długości życia Dahaka i głębi jego wiedzy, że nie próbował nawet poznać jego ograniczeń. Dahak analizował sprawy i zastanawiał się przez pięćdziesiąt tysięcy lat. Mógł przewidzieć z przerażającą dokładnością, co zrobią określone grupy ludzi, miał pojęcie o historii, do tego wykazywał się nieludzką cierpliwością i determinacją, lecz mimo wszystko był tylko istotą stworzoną z najczystszego intelektu.
Uprzedził jednak MacIntyre’a, że komputerowi centralnemu brakuje nieco wyobraźni, lecz pilot dał się zwieść wrażeniu jego człowieczeństwa. Świadom własnej niewiedzy i przerażony złożoną na jego barki odpowiedzialnością, niemal z radością przyjął rolę figuranta, którego Dahak potrzebował, by przełamać blokadę sprzecznych poleceń. Wyrażając zgodę, zakładał, że Dahak jest gotów uczynić wobec niego pewne ustępstwa.
No cóż, komputer próbował iść na pewne ustępstwa, lecz to mu się nie udało, co tak wstrząsnęło MacIntyre’em, że radykalnie przewartościował ich stosunki.
Kiedy pilot obudził się po operacji, niemal oszalał z przerażenia, czując, z jaką intensywnością odbiera wszystkie bodźce. Jego wzmocniony zmysł zapachu był zdolny do rozróżniania woni z precyzją dobrego laboratorium chemicznego. Zmodyfikowany wzrok mógł wyśledzić pojedyncze pyłki kurzu i wybrać spektrum, w jakim będzie je oglądał. Mógł złamać gołą ręką kij baseballowy albo podnieść szesnastocalowy pocisk, mógł też przetrwać do pięciu godzin z zapasem tlenu zmagazynowanym w podbrzuszu. Ponadto miał odnowione tkanki, możliwość ponownego wykorzystania produktów przemiany materii odzyskiwanych z krwi, wszczepione komunikatory, bezpośrednie połączenie neuronowe z Dahakiem oraz wszystkimi komputerami na okręcie i pasożytami...
Dano mu boską moc, ale on zupełnie nie miał pojęcia, jak korzystać ze swoich nowych możliwości. Nie mógł przestać widzieć, słyszeć i czuć z tą straszną dokładnością i jasnością, nie mógł zapanować nad swoją nową siłą. Kiedy w izbie chorych opadło go przerażenie i zaczął wymachiwać swoimi mocarnymi kończynami w dzikim, nierozumnym szale, łamiąc meble jak zapałki, Dahak rozpoznał, w czym tkwi problem... i jeszcze bardziej pogorszył sprawę, uruchamiając łącze neuralne, aby w ten sposób ominąć kipiące od nowych doznań zmysły.
MacIntyre nie był pewien, czy załamałby się, gdyby komputer nie rozpoznał tak szybko jego atawistycznej paniki, lecz był tego bardzo bliski, kiedy palce obcego delikatnie dotknęły jego dygoczącego mózgu.
Nawet jeśli Dahakowi brakowało wyobraźni, by przewidzieć konsekwencje, szybko się uczył, a ponadto jego banki pamięci zawierały wiele informacji o traumie. Wycofał się więc ze świadomości MacIntyre’a i wykorzystał ratunkowe procedury medyczne, by przytępić jego zmysły i cofnąć go znad krawędzi szaleństwa, po czym zaaplikował środki uspokajające i terapię dźwiękami.
Dahak odegnał od niego przerażenie, nie otępiając intelektu, a potem – boleśnie wolno dla udręczonych zmysłów pilota, lecz według standardów wszechświata nieprawdopodobnie szybko – pomógł mu oswoić się z całkowicie odmienionym środowiskiem własnego ciała. Przerażenie wywołane neuralnymi implantami minęło. Dahak nie był już przerażającą obcą obecnością szepczącą w jego umyśle; był przyjacielem i mentorem uczącym go, jak kontrolować swoje nowe zdolności, dopóki nie stanie się ich władcą, a nie ofiarą.
To doświadczenie uczyniło komputer ostrożniejszym, a co ważniejsze, nauczyło też MacIntyre’a, że Dahak też ma swoje ograniczenia. Nie mógł już zakładać, że maszyna zawsze wie, co robi, ani liczyć na to, że ocali go przed konsekwencjami własnych błędów. Ta lekcja zapadła mu głęboko w pamięć, i kiedy obudził się z traumy, poczuł, że naprawdę jest kapitanem i chce, by jego nieorganiczny towarzysz oraz załoga doradzali mu, lecz jednocześnie był świadom, że jego życie i los jest w jego własnych rękach w jeszcze większym stopniu niż kiedykolwiek wcześniej.
Była to przerażająca myśl, lecz Dahak miał rację: MacIntyre miał mentalność dowódcy. Wolał posłać samego siebie do piekła niż zostać wysłanym do nieba przez kogoś innego. Nie świadczyło to może dobrze o jego skromności, lecz oznaczało, że przeżyje – przynajmniej na razie – to, czego wymagał od niego Dahak. Mógł kląć komputer jako surowego wyzyskiwacza, lecz wiedział, że to on sam zmusza siebie do wysiłku, tak jakby to robił Dahak.
Ponownie westchnął, zanurzając się w wodzie, gdy skurcz wreszcie zelżał. Dzięki Bogu! Skurcze były bardzo bolesne, kiedy jeszcze miał swoje własne mięśnie, a teraz było to istne piekło. Wydawało mu się nie do końca w porządku, że te magiczne mięśnie nie mogą po prostu wyskoczyć całkowicie ukształtowane z głowy Dahaka, tak jak w tym micie. Komputer nigdy go nie uprzedził, że będą wymagać ćwiczeń, tak samo jak jego własne mięśnie. Odkrycie to sprawiło, że poczuł się nieco oszukany.
Oczywiście to buntownicy poczują się oszukani, kiedy się okaże, że Dahak spędził kilka wieków nad „niewielkimi” ulepszeniami w standardowych implantach Floty, a efekty są wręcz powalające. Komputer zaczął od implantów oficera z dostępem na mostek, które i tak były znacznie bardziej skomplikowane niż standardowe biotechniczne urządzenia Floty, lecz później zaczął już majstrować przy wszystkich implantach. MacIntyre nie tylko był silniejszy, bardziej wytrzymały i nieco szybszy niż każdy z buntowników, lecz zasięg i precyzja jego elektronicznych i poprawionych naturalnych zmysłów były o dwieście, a nawet trzysta procent lepsze. Przekonał się, że tak jest, gdyż Dahak osłabił działanie własnych implantów do poziomu, jakim dysponowali buntownicy.
Colin zamknął oczy i odprężył się, uśmiechając się lekko, gdy jego ciało zaczęło się unosić na wodzie. Myślał, że wszystkie te modyfikacje znacznie zwiększą jego ciężar, ale tak się nie stało; syntetyki Czwartego Imperium były niewiarygodnie lekkie. Dzięki implantom przybrał na wadze nie więcej niż piętnaście kilogramów, a mniej więcej tyle samo tłuszczu wypocił.
– Dahak – powiedział, nie otwierając oczu.
– Tak, Colin?
Uśmiech MacIntyre’a pogłębił się, gdy usłyszał, jak komputer zwraca się do niego. Była to kolejna rzecz, przy której Dahak się upierał, lecz MacIntyre stwierdził, że raczej szlag go trafi niż pozwoli swojemu jedynemu podwładnemu mówić do siebie „kapitanie” czy „sir”, nawet jeśli dowodzi okrętem wielkim jak ćwierć ziemskiego globu.
– Jaki jest stan misji poszukiwawczej?
– Zebrali wiele fragmentów z miejsca katastrofy, w tym płytki z numerami seryjnymi, które odczepiliśmy od twojego pojazdu. Pułkownik Tillotson jest niezadowolona z powodu braku jakichkolwiek szczątków organicznych, lecz generał Jakowlew podjął decyzję o zaprzestaniu poszukiwań.
– To dobrze – mruknął MacIntyre, zastanawiając się, czy rzeczywiście tak sądzi. Śledztwo prowadzone przez Połączone Dowództwo trwało dłużej niż się spodziewał, poruszyła go też determinacja, z jaką Sandy postanowiła go odnaleźć, lecz z ulgą przyjął fakt, że ma to już za sobą. Było to nieco przerażające, jak odcinanie pępowiny, lecz musiało się tak stać, jeśli jemu i Dahakowi miało się powieść.
– Jakaś reakcja ze strony ludzi Anu?
– Żadnej – odparł Dahak. Po chwili komputer dodał nieco smutniejszym tonem: – Colin, mógłbyś zdobyć te informacje znacznie szybciej, gdybyś po prostu polegał na swoim interfejsie neuralnym.
MacIntyre otworzył jedno oko i zaczął obserwować chmury dryfujące po rzutowanym na sufit atrium niebie.
– Nie mów mi, że członkowie załogi też przez cały czas korzystali ze swoich implantów, bo ci nie uwierzę.
– Nie – przyznał Dahak – lecz korzystali z nich znacznie częściej niż ty. Ludzkie procesy myślenia są nierozerwalnie związane ze składnią i semantyką... jednak to nie jest efektywny i wygodny sposób zdobywania informacji.
– Dahak – powiedział cierpliwie MacIntyre – mógłbyś przez ten implant wsadzić wszystkie swoje programy do mojego mózgu i...
– Nie, Colin, pojemność twojego mózgu jest poważnie ograniczona. Szacuję ją na nie więcej niż...
– Zamknij się – powiedział pilot z grymasem niechęci. Wprawdzie długa podróż Dahaka wokół Ziemi nie uczyniła go w pełni człowiekiem, ale w wielu wypadkach był już do niego bardzo podobny. Wątpił, by inżynierowie tworzący główny komputer przewidzieli, że Dahak będzie miał poczucie humoru.
– Dobrze, Colin – odparł Dahak tak potulnie, że MacIntyre zrozumiał, iż komputer folguje sobie elektronicznym odpowiednikiem cichego śmiechu.
– Dziękuję. Chciałem powiedzieć, że możesz te informacje wlać mi lejkiem do głowy, lecz to wcale nie znaczy, że będą moje. To jest jak... encyklopedia. Źródło, do którego się zagląda, aby sprawdzić różne rzeczy, a nie coś, co wskakuje mi do głowy, gdy akurat tego potrzebuję. Poza tym to łaskocze.
– Tkanka ludzkiego mózgu nie jest wrażliwa na żadne fizyczne bodźce, Colin – powiedział dość sztywno komputer.
– Mówiłem w przenośni. – MacIntyre zrobił falę, poruszając palcami. – Uznaj to za manifestację psychosomatyczną.
– Nie bardzo rozumiem zjawiska psychosomatyczne – przypomniał mu Dahak.
– No to uwierz mi na słowo. Jestem pewien, że się do tego przyzwyczaję, lecz nim tak się stanie, będę po prostu zadawał pytania. W końcu szarża ma swoje przywileje.
– Przypuszczam, iż uważasz, że taki koncept jest wyjątkowy tylko dla waszej kultury.
– Źle przypuszczasz. Jeśli się nie mylę, jest typowy w ogóle dla człowieka, niezależnie od miejsca pochodzenia.
– To samo zaobserwowałem.
– Och, Dahak, nie możesz sobie nawet wyobrazić, jak bardzo mnie to cieszy i uspokaja.
– Oczywiście, że nie mogę. Wiele rzeczy, które ludzie uznają za pocieszające, umyka logicznej analizie.
– Racja, racja. – MacIntyre połączył się przez implant z głównym zegarem okrętu i westchnął, zrezygnowany. Czas jego odpoczynku dobiegał końca, zbliżała się pora kolejnej sesji w symulatorze kontroli prowadzenia ognia. Potem miał iść na strzelnicę, później kilka godzin odpoczywać podczas przyswajania podstaw astrogacji z szybkością nadświetlną, a na koniec miał dwie godziny walki wręcz z jedną z treningowych końcówek Dahaka. Skoro ranga ma swoje przywileje, ma też swoje powinności. I to jest głęboka myśl.
Wyszedł z wanny i owinął się grubym ręcznikiem. Mógł poprosić Dahaka, aby wysuszył go podmuchem ciepłego powietrza. Jego nowe wyposażenie mogło także stworzyć na powierzchni skóry pole odpychające, dzięki któremu woda spłynęłaby po nim jak po kaczce, lecz wolał rozkoszować się dotykiem miękkiego ręcznika, gdy szedł do sypialni, aby się ubrać.
– Wracamy do kopalni soli, Dahak – westchnął głośno.
– Tak, Colin – odparł posłusznie komputer.



Dodano: 2006-10-09 18:38:25
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS