NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Ukazały się

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"


 antologia - "Opowieści niesamowite z języka niemieckiego"

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Zagubiona przyszłość" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Proxima" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Kosmiczni bracia" (reedycja)

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper" (2020)

 Caldecott, Andrew - "Miasteczko Rotherweird"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Linki

Berg, Carol - "Przeobrażenie"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Berg, Carol - "Rai-Kirah"
Tytuł oryginału: „Transformation”
Tłumaczenie: Anna Studniarek
Data wydania: Listopad 2005
Liczba stron: 400
cykl: Trylogia Rai-Kirah



Berg, Carol – "Przeobrażenie" (rozdział 2)

Rozdział 2
Minęły trzy lub cztery dni, nim książę Aleksander potrzebował kogoś, kto umie czytać. I to nie byle kogo. Kogoś, komu mógł zaufać. Pałacowi skrybowie słynęli ze szpiegowania i intrygowania, gdyż mieli dostęp do różnych tajemnic. Oczywiście, nie chodziło o to, że mi ufał, ale o to, że mógł mi wyrwać język, gdybym powtórzył choć słowo z tego, co przeczytałem. Rozumiałem to. Źle ulokowane zaufanie to bardzo bolesna lekcja.
Spałem, kiedy Durgan zepchnął z sufitu drabinę i ryknął, bym wychodził ze swej dziury. Wiele lat takich kar nauczyło mnie, jak najlepiej wykorzystywać godziny ciszy. Przyzwyczaiłem się przesypiać niemal wszystko – piekielne gorąco, lodowate zimno, łańcuchy, sznury, niekończącą się wilgoć, ból, brud i robactwo. Głód był trochę gorszy, ale rzadko bywałem głodzony – niewolnicy kosztowali zbyt wiele, by ich psuć dla kaprysu – i zwykle nie dawałem swoim panom powodu, by wychodzili poza zwykłą porcję bicia i poniżania, która zdawała się ich uszczęśliwiać. Przy tej szczególnej okazji obawiałem się, że posunąłem się za daleko i nie uda mi się z tego wyjść cało, ale mimo to przespałem większość czasu.
– Na zewnątrz jest cysterna, a na haku wisi twoja tunika – powiedział Durgan, gdy drżąc i mrużąc oczy wyszedłem po drabinie na zimne światło dnia. – Masz się doprowadzić do ładu. Obok cysterny leży nóż. Obetnij włosy. I nie myśl, że nie sprawdzę, czy ten nóż nadal tam leży, kiedy sobie pójdziesz.
Westchnąłem i zrobiłem, co mi kazał. Nóż był bardzo tępy, a moja głowa pulsowała przy każdym szarpnięciu. Może to i śmieszne, lecz zmuszanie do obcinania włosów wydawało mi się najgorszym ze wszystkich pomniejszych poniżeń w życiu niewolnika. Było takie bezcelowe.
– Masz udać się prosto do komnat księcia.
Durgan ani słowem nie wspomniał, o co chodziło. Czy miałem podawać obiad, czy zostać zamordowany, on tego nie musiał wiedzieć... ani mi o tym mówić. Przebiegłem przez pełen zgiełku, błotnisty dziedziniec do kuchni, w baseniku przed wejściem umyłem zabłocone nogi, po czym pospieszyłem po schodach. Z żalem opuściłem ciepło i przyjemne aromaty przy rożnach i piecach chlebowych. Może zatrzymam się tam na chwilę w drodze powrotnej. Z pewnością książę nie przejmowałby się zmuszaniem mnie do mycia, gdyby miał mnie zabić.
Zapukałem do pozłacanych drzwi i przekląłem się za złamanie odwiecznej zasady, by nie wybiegać myślą naprzód.
– Wejść.
Szybkie spojrzenie do środka, nim opadłem na kolana i opuściłem wzrok, powiedziało mi, że wewnątrz obecni są jedynie książę i jeszcze jeden mężczyzna. Tamten był dużo starszy, miał pomarszczoną twarz, długie siwe włosy uciekające z warkocza i ramiona tak mocne, że wyglądał, jakby dla zabawy żonglował głazami.
Aleksander odpoczywał na niebieskiej, krytej brokatem sofie.
– Kim jesteś... Ach. – Nie było to zabójcze „ach”, ale też nie było to „ach” z rodzaju „przebaczam ci, że mi się sprzeciwiłeś”. Znając moje szczęście, będzie miał dobrą pamięć. – Podejdź i przeczytaj to.
Szlachta Derzhich nie uczyła się pisać i czytać, a nawet jeśli umiała, to nikomu się nie przyznawała. Derzhi byli narodem wojowników i choć doceniali pisarskie zdolności swoich uczonych i kupców, cenili ich w taki sam sposób jak cenili psy, które robiły różne sztuczki, ptaki bezbłędnie przenoszące wiadomości czy iluzjonistów zmieniających króliki w kwiaty. Sami wcale nie chcieli tego robić.
Dotknąłem czołem dywanu, wstałem i znów ukląkłem przed sofą, na której leżał książę, machając do mnie zwojem papieru. Z początku mówiłem chrapliwie, gdyż nie miałem okazji odezwać się od chwili wysłania do handlarza niewolników, czyli przed tygodniem, lecz po akapicie zacząłem wyraźniej wypowiadać słowa.


Zander

Zasmuca mnie bardzo, że nie będę mógł pojawić się na twojej dakrah. Po uszy utkwiłem tutaj, w Parnifourze, zajmując się budową siedziby legata Khelidów. Lista jego wymagań co do nowej rezydencji jest wprost niemożliwa. Musi stać tyłem do wzgórz. Musi mieścić przynajmniej trzy setki ludzi. Musi mieć wspaniały widok na miasto. Musi mieć dwie niepołączone studnie. Musi mieć duży ogród z własnym źródłem, by mogli tam uprawiać ichnie przysmaki. I tak dalej w nieskończoność.

Nie pojmuję, dlaczego twój ojciec zdecydował się wysłać swojego najmłodszego dennissara do takiego zadania... choć oczywiście nadal jestem nieskończenie wdzięczny za ten wybór i zaszczycony, że powierzono mi tak ważne zadanie. Obawiałem się, że wysłannik Khelidów poczuje się obrażony moim powołaniem, uważając, że zasługuje na więcej, lecz on jest niezmiernie uroczy i uprzejmy – dopóki spełniam jego prośby. Może będę musiał wyrzucić barona Feshikara z jego zamku, jeśli nie znajdę nic lepszego. Wyzucie barona należącego do hegedu Fontezhi z jego ziemi jest czymś, czego wolałbym uniknąć. Mam jednak upoważnienie cesarza, więc stanie się to, co musi się stać.

Jak więc widzisz, jest niemożliwe, bym się tam znalazł, choć dobrze wiem, że zabawa będzie naprawdę warta wszelkich poświęceń. Gardło już mnie boli na myśl o tych wszystkich butelkach, które przez dwadzieścia trzy lata odkładano na dzień twojego namaszczenia, a wszystko inne boli mnie na myśl o kobietach, które zostawisz swoim towarzyszom, by się nimi nacieszyli! Musisz zachować dla mnie butelkę i dziewkę, i wystarczająco dużo ognia w żyłach na wyścig z Zhagadu do Drafy następnej wiosny. Mój Zeor jest szybszy niż kiedykolwiek i z doskonałym jeźdźcem – to jest ze mną – bez trudu przegoni twojego żałosnego Musę i jego słabego pana. Już teraz postawię na to tysiąc zenarów. To da ci powód, by o mnie nie zapominać, gdy usycham tutaj, na uboczu cesarstwa.

Twój niepocieszony kuzyn

Kiril
– A niech to! – powiedział książę, podrywając się gwałtownie. – Bez Kirila to nie będzie prawdziwa uczta. To zaledwie dwa tygodnie drogi na dobrym koniu. Mógłby znaleźć czas, żeby pojawić się tutaj chociaż na dwa czy trzy dni z dwunastu. – Książę wyrwał mi list z ręki i wpatrzył się w niego, jakby chciał przekazać swoje niezadowolenie jego nadawcy. – Może powinienem go odwołać. Kiril to wojownik, nie chłopak na posyłki. Ojciec może posłać kogoś innego, by zajął się zadaniami dla służby. – Trącił starego mężczyznę butem. – Jak mogłeś pozwolić, by ojciec zrobił to Kirilowi? Myślałem, że był twoim ulubionym siostrzeńcem. Czy posłałbyś swojego syna na takie paskudne wygnanie? Być może właśnie dlatego bogowie nie dali ci dzieci.
– Czyż tego nie przewidziałem? – odparł starszy mężczyzna, a w jego głosie słychać było więcej troski, niż powinna wywołać nieobecność krewniaka. – W miarę jak ci Khelidowie wkradają się w łaski twojego ojca, zaczynają mieć coraz większe wymagania. Jak słyszałem, upierają się, by tylko ich magicy mogli praktykować w Karn’Hegeth i by urzędnik Khelidów był obecny przy każdym ślubie, pogrzebie i dakrah. Minęły zaledwie trzy miesiące, od kiedy twój ojciec oddał im miasto, a oni już zaczynają je kształtować, jakby byli zdobywcami.
Klęczałem bez ruchu, koncentrując wzrok na skomplikowanych czerwonych i zielonych wzorach dywanu, próbując nie wyglądać na zainteresowanego. Baron był jedynym z moich panów, który pozwalał mi dowiadywać się o świecie nie tylko z plotek źle poinformowanych niewolników. Była to mała przyjemność w życiu, w którym ich raczej brakowało, i w chwili wystawienia na sprzedaż za tym właśnie tęskniłem najbardziej.
– Za bardzo się martwisz, Dmitri – powiedział książę. – Za długo przebywałeś na pograniczu i wciąż denerwuje cię, że ojciec oddał im miasto, które odebrałeś Basrannom. Naucz się znów bawić. Nawet w tym lodowatym zakątku, do którego zesłał nas mój ojciec, jest wiele rozrywek. Od sześciu lat nie polowaliśmy razem, a od ostatniego razu nadal jesteś mi winien nowy łuk.
– Za mało się martwisz, Zander. Jesteś jedynym synem Ivana, przyszłym cesarzem tysiąca miast. Czas, byś się tym zajął. Ci Khelidowie...
– ... swoimi najlepszymi siłami nie potrafili pokonać jednego legionu Derzhich. Uciekli, Dmitri, i ukrywali się przez dwadzieścia lat. Tak się nas bali, że wrócili i błagali o pokój. Co kogo obchodzi, co zrobią z Karn’Hegeth? Co kogo obchodzi, co robią ze swoimi magikami? Równie dobrze mógłbym się przejmować ich żonglerami i akrobatami. W rzeczy samej... – Książę trącił mężczyznę, który siedział na podłodze przed sofą. – ... Uznałem, że wynajmę paru z ich magików do uświetnienia swojej dakrah. Słyszałem, że są zadziwiająco dobrzy.
– Nie wolno ci zrobić czegoś takiego. Namaszczenie księcia Derzhich w dniu osiągnięcia dojrzałości nie jest przedstawieniem dla cudzoziemców. Tego dnia żaden obcy nie powinien przebywać w mieście. A jeśli ich magicy są częścią ich religii, jak twierdzą, czemu mieliby ich wynająć do rozrywki? Ja bym ich tam wszystkich odesłał z ich księgami i kryształami wepchniętymi w tyłki.
Moja skulona ezzariańska dusza nie mogła nie zadrżeć, gdy usłyszałem tak lekkomyślną rozmowę na temat prawdziwej mocy. „Magia” była pospolitym określeniem na iluzje, sztuczki i pomniejsze zaklęcia snute w celach rozrywkowych i oszukańczych. Czarodziejstwo to coś zupełnie innego. Prawdziwa moc mogła zmienić naturę i służyć celom, których większość mężczyzn i kobiet nie zdołałaby pojąć. Wystarczająco dużo słyszałem o Khelidach, by wierzyć, że parają się czarodziejstwem. Derzhi bawili się rzeczami, których nie rozumieli. Na świecie istniały... tajemnice... niebezpieczeństwa... Zamknąłem oczy i zatrzasnąłem drzwi wiedzy i wspomnień, drzwi zamknięte na klucz i zasuwy w dniu, w którym Derzhi skradli moją wolność, a rytuały Balthara odebrały mi prawdziwą moc.
Lord Dmitri musiał wyczuć mój niepokój, gdyż po raz pierwszy zwrócił na mnie uwagę. Chwycił mnie za ramię i wykręcił je do tyłu, grożąc wyłamaniem go ze stawu.
– Znasz kary dla wścibskich, chytrych niewolników, którzy choćby pomyślą o prywatnej rozmowie swoich panów?
– Tak, panie – wydusiłem z siebie. Niedługo po uwięzieniu widziałem wymierzanie takich kar i nie potrzebowałem nic więcej, by zachować dyskrecję. Zapominałem równie łatwo, jak zasypiałem.
– Wyjdź – powiedział książę, już nie tak radosny. – Powiedz Durganowi, żeby umieścił cię tam, gdzie byłeś.
Znów dotknąłem czołem podłogi i powróciłem do czworaków, informując Durgana, że mam wrócić pod ziemię. Derzhim podobało się, kiedy niewolnicy przenosili rozkazy dotyczące karania ich samych. Zmusiliby nas do wymierzania sobie chłosty, gdybyśmy tylko potrafili to robić ku ich zadowoleniu.

Przez te wszystkie ciemne, zimne dni, nim Aleksander wezwał mnie ponownie, między długimi godzinami snu i trzema minutami dziennie, gdy zajmowałem się spożywaniem kubka owsianki, kawałka twardego chleba lub zepsutego mięsa, którym pogardziłyby nawet zdziczałe psy, myślałem o Khelidach. Mój poprzedni pan, baron, był ogromnym tradycjonalistą i nie ufał żadnym cudzoziemcom, którzy nie zostali podbici. Nawet Ezzarianie byli dla niego znośniejsi od Khelidów. Gdy Derzhi zainteresowali się łagodnymi zielonymi wzgórzami za południową granicą cesarstwa, wytrzymaliśmy przez całe trzy dni. Baron uważał nas za słabych, oszołomionych przez czarodziejstwo i głupich, skoro pozwalaliśmy, by rządziła nami kobieta, ale przynajmniej broniliśmy się ze wszystkich sił, nim zostaliśmy zgodnie z oczekiwaniami podbici.
– Ci Khelidowie – mawiał, zwierzając się niewolnikowi, gdyż nikt inny go nie słuchał – nigdy właściwie z nami nie walczyli, póki nie uciekli. Nigdy nie wierzyłem, by brali udział w prawdziwej walce. Widzisz, oni nie jeździli konno. A teraz popatrz, jeżdżą dookoła na tych rumakach, które ze sobą przyprowadzili... wierzchowcach, którym Basrannowie oddawaliby cześć boską. Nie przekonasz mnie, że Khelidowie nie umieli walczyć z konnego grzbietu. – Baron nie był szczególnie inteligentny, ale znał się na koniach i na wojnie.
Kiedy spytałem, co robili Khelidowie, skoro nie walczyli, odparł, że „sprawdzali” Derzhich.
– Zaczepiali nas tu i tam, a potem uciekali. Któregoś dnia po prostu nie wrócili. Dowiedzieli się, gdzie jesteśmy i jak jesteśmy silni. Wiesz, że nigdy żadnego nie pojmaliśmy żywcem? Tylko martwych. Zawsze martwych.
– Ale czemu to takie dziwne? – spytałem. – Dowiedzieli się, że jesteście silniejsi... jak my wszyscy. Oni tylko znieśli utratę niezależności z mniejszymi stratami.
Baron nie umiał na to odpowiedzieć. Nie znał słów określających idee inne niż wojna.
Zastanawiałem się, czy lord Dmitri spotkał kiedyś barona. Wydawało mi się, że podzielali opinię na temat jasnowłosych obcych z kraju tak dalekiego, że niewielu Derzhich go odwiedziło. Minęły trzy lata, od kiedy Khelidowie pojawili się ponownie, przywożąc swojego pozbawionego języka króla w łańcuchach i przysięgając poddanie cesarstwu Derzhich w zamian za pokój, przyjaźń i wzajemne poszanowanie. Ich król został natychmiast stracony, a jego głowa wysłana do Khelidaru wraz z wojskowym zarządcą i niedużym garnizonem. Ptaki pocztowe regularnie przynosiły raporty od zarządcy, opisujące w szczegółach dobre stosunki z Khelidami w ich odległej, surowej krainie. Były to związki zupełnie inne niż w przypadku pozostałych niedawno podbitych ludów. Skazany na zagładę król – czy kimkolwiek on naprawdę był – jako jedyny nosił łańcuchy.
– Obudź się i właź na górę. Śpisz jak chastou w południe!
Niemal straciłem nadzieję, że znów zobaczę światło dnia. Minęło siedem dni, od kiedy przeczytałem list do księcia. Zakładałem, że go nie zadowoliłem, gdyż przez ostatnie trzy dni z siedmiu razem z jedzeniem nie podawano mi zwyczajowego kubka wody. Nie miałem już w sobie kropli śliny i nie byłem w stanie zjeść ostatniego kawałka twardego chleba, który mi podano. Śmierć z odwodnienia jest paskudna. Lepiej zginąć od razu.
Wielki pustynny paradoks sprawił, że byłem tak wysuszony, iż przestałem odczuwać pragnienie. Mimo oszołomienia wiedziałem jednak, że nie jestem jednym z wytrzymałych pustynnych zwierząt i powinienem zrobić to, co konieczne. Kiedy wyszedłem z celi, ukląkłem przed Durganem i wyciągnąłem ręce.
– Proszę, panie, czy mogę się napić? – powiedziałem pospiesznie.
Durgan warknął i kazał wezwać kogoś imieniem Filip. Chudy albinos, Fryth, wpadł do długiego pomieszczenia, gdzie na pokrytej słomą podłodze musiało spać co najmniej stu ludzi.
– Kiedy ostatni raz dałeś wodę temu w dziurze? – spytał nadzorca.
Jasnooki chłopiec wzruszył ramionami.
– Mówiliście, żeby go karmić. Nic więcej.
Durgan spoliczkował chłopca tak, że ten się przewrócił. Fryth zerwał się, wzruszył chudymi ramionami i spokojnie wyszedł z pomieszczenia.
– Pij, ile potrzebujesz. – Durgan rzucił mi tunikę i cynowy kubek i wskazał cysternę na końcu pomieszczenia. Przez cały czas mruczał pod nosem: – Ci przeklęci Frythowie. Cała banda nie ma nawet jednego mózgu.
Niegdyś wierzyłem, że picie z tej samej misy, w której się myłem, jest nieczyste i stanowi oznakę niepokoju, który nie pozwala osiągnąć wewnętrznego oświecenia i wystawia na ryzyko zepsucia. Młodzi potrafią być tak śmiesznie poważni. Tego dnia jedyny problem stanowiło to, by pozostawić wystarczająco dużo brązowego, mętnego płynu, bym mógł się w nim obmyć. Kiedy się ubrałem, Durgan poinformował mnie, że mam znów udać się do księcia.
– Lepiej się zachowuj – dorzucił. – Kazał mi się rozpytywać o innego niewolnika, który umie czytać. Nie ufa ci.
Ja z pewnością podzielałem to uczucie. Gdybym sądził, że jedyną karą będzie odesłanie, mógłbym zacząć zastanawiać się nad świadomym złym zachowaniem, ale dobrze wiedziałem, że tak nie będzie. Nie chciałem po raz kolejny zwracać na siebie uwagi przyszłego cesarza Derzhich. Nadal miałem nadzieję przeżyć kolejne dni, choć nie była ona już tak wielka jak wtedy, gdy miałem osiemnaście lat i dopiero się uczyłem, do czego służą kajdany i bicze.
– Dziękuję, Durganie. I dziękuję za wodę. Nie zrobię nic, co ściągnęłoby na ciebie jego gniew. – Ukłoniłem mu się z prawdziwym szacunkiem. Nie musiał pozwolić mi napić się do syta przed wypełnieniem rozkazu księcia.
– Ruszaj – powiedział.
Tym razem książę był sam w skromnym gabinecie należącym do jego apartamentów. Na jego ścianach wisiały mapy przedstawiające cesarstwo. Prostokątny stolik i większość podłogi zarzucone były zwiniętymi mapami, hebanowymi wskaźnikami oraz złotymi i srebrnymi znacznikami używanymi do oznaczania pozycji wojsk i zaopatrzenia. Nisko nad stołem zwieszały się potężne kandelabry, rzucające jasne światło na narzędzia stratega. Aleksander stał obok jednej z map, leniwie przeciągając po niej palcem i popijając wino z kielicha. W przeciwieństwie do większych komnat, tu nie rozpryskiwano perfum, by zamaskować smród zebranych. Choć książę wydawał się względnie czysty, jego naród – naród wywodzący się z pustyni – nie był wielbicielem kąpieli. W gabinecie pachniało dymem świec i winem.
Przez pierwszych kilka miesięcy po pojmaniu spędziłem mnóstwo czasu nurzając się w bólu spoglądania wstecz. Ale inny mężczyzna, który w niewoli przeżył czterdzieści lat, nauczył mnie samodyscypliny koniecznej, by uchronić się przed takim właśnie szaleństwem.
– Popatrz na swoją rękę – powiedział. – Przeciągnij palcami po kościach, przyjrzyj się skórze i odciskom, paznokciom i żelaznej obręczy na nadgarstku. A teraz wyobraź sobie tę samą rękę, ale z opuchniętymi stawami, skórą wiszącą luźno i suchą jak papier, paznokciami grubymi i brązowymi, starczymi plamami jak u mnie. Na nadgarstku ta sama żelazna obręcz. Powiedz sobie... rozkaż sobie... że dopiero, gdy nie będzie różnicy między twoją ręką a tym obrazem... dopiero wtedy będzie ci wolno wspominać to, co było. Nie potrwa to wieczność, więc nie jest to rozkaz, którego nie dałoby się wykonać. A kiedy nadejdzie czas, nie będziesz już tak dokładnie pamiętał, czemu płaczesz, i nikt nie będzie cię za to karał. – Wiernie ćwiczyłem jego lekcję i stałem się w tym całkiem niezły. Ale w niektórych momentach ćwiczenie zawodziło i przeszywająco jasno widziałem obrazy z mojego prawdziwego życia.
To właśnie wydarzyło się w chwili, gdy ukląkłem tuż za drzwiami gabinetu księcia Aleksandra i odetchnąłem znajomymi zapachami rozgrzanego wosku i mocnego czerwonego wina. W mojej głowie pojawiła się wizja wygodnego pokoju, pełnego książek, którego ściany i podłogę pokrywały tkaniny roboty mojej matki, o głębokich jesiennych barwach. Mój miecz i płaszcz leżały na ziemi, upuszczone po całym dniu ćwiczeń. Na ciemnym sosnowym biurku paliła się woskowa świeca, a silna męska ręka wciskała mi w dłoń kielich wina...
– Powiedziałem: chodź tutaj! Jesteś głuchy czy tylko bezczelny?
Kiedy podniosłem wzrok, książę wpatrywał się we mnie ze złością z drugiego końca komnaty. Podniosłem się szybko, próbując odzyskać spokój i stłumić głód, który niewiele miał wspólnego z jedzeniem.
Książę gestem wskazał mi stołek. Na stole przede mną leżały papier, pióro, atrament i piasek.
– Chcę zobaczyć próbkę twojego pisma.
Podniosłem pióro, zanurzyłem je i czekałem.
– No dalej, zabieraj się do tego.
Przygotowałem się w duchu na jego niezadowolenie.
– Czy chcielibyście, bym napisał coś szczególnego, panie?
– A niech to, powiedziałem ci, że chcę zobaczyć próbkę twojego pisma. Czy mówiłem, że obchodzi mnie, co to będzie?
Uznałem, że najostrożniej będzie odpowiedzieć czynami, i że czyny powinny być przemyślane, więc napisałem: „Niech wszelkie zaszczyty i chwała spłyną na księcia Aleksandra, księcia krwi Derzhich”. Przekręciłem papier, by mógł zobaczyć go nad moim ramieniem, znów zanurzyłem pióro w atramencie i zapytałem:
– Czy chcielibyście zobaczyć więcej, panie?
– Napisałeś moje imię – powiedział oskarżającym tonem.
– Tak, wasza wysokość.
– W jakim zdaniu je umieściłeś?
Przeczytałem mu całość. Przez chwilę milczał, a ja wpatrywałem się w papier.
– Nie jest to szczególnie oryginalne.
Zaskoczony podniosłem wzrok, wyczuwając złośliwe poczucie humoru za tymi pozbawionymi wesołości słowami. Być może nadal nie wróciłem do równowagi po wizji... Straciłem ochronne bariery... Nadal byłem osłabiony z głodu albo pijany wodą po trzech dniach bez niej... W każdym razie wyszczerzyłem się do niego i odparłem:
– Ale bezpieczne.
Zesztywniał i przez moment bałem się, że mogę pożałować chwilowego szaleństwa, ale wtedy poklepał mnie po plecach – rozlewając atrament na moje dzieło – i roześmiał się serdecznie.
– Zaiste. Trudno znaleźć w tym jakiś błąd... nawet mnie. – Osuszył kielich wina i umieścił przede mną kolejną kartkę papieru. – Masz wystarczająco dobrą rękę. Teraz zapisz to, co ci powiem.
Dyktując, chodził wokół stołu. Im szybciej chodził, tym szybciej mówił, co nie działało zbyt dobrze na moje zawroty głowy. Próbowałem wymyślić coś, żeby go zatrzymać, ale on oczywiście był przyzwyczajony do skrybów i wiedział, kiedy jego myśli pędziły zbyt szybko dla mojej ręki. Wtedy przerywał mówienie, żebym nadgonił, ale nie przestawał chodzić.


Kuzynie

Jestem straszliwie rozdrażniony, że tak poważnie traktujesz swoje obowiązki. Daj wysłannikowi Khelidów jakąś chałupę i z tym skończ. Na bogów, oni są moimi poddanymi, nie panami. Jeśli nie przybędziesz na moją dakrah, następnego dnia zjem twoje jaja do herbaty.

Nie cierpię tych przeklętych Khelidów i chciałbym, żeby wpełzli z powrotem pod swoje kamienie i do jam, czy gdzie tam mieszkają. Ojciec jest tak zajęty tym Khelidem, lordem Kastavanem, że posłał mnie tu, do Capharny, bym sprawował zimowy Dar Heged. Pogoda jest niezmiennie okropna, moje obowiązki męczące, a ojciec oczywiście wysłał Dmitriego, żeby mnie uczył. Czy kiedykolwiek istniał ktoś tak zajęty spiskami i konspiracjami jak nasz bezwzględnie ponury wuj? Będę wiedział, że jestem naprawdę znudzony, kiedy zacznę uważnie słuchać jego ostrzeżeń i wezmę je sobie do serca. Jedynym powodem, dla którego w ogóle wpuszczam go do swoich komnat, jest całkowity brak innych rozrywek. Towarzystwo w Capharnie w środku zimy jest żałosne – sami imbecyle lub pochlebcy. Któż zrezygnowałby dla tego z uroku Zhagadu w najpiękniejszej porze roku? Połączenie nieufności, jaką wbija we mnie Dmitri, z nienawiścią, na jaką zasłużyli sobie z powodu mojego paskudnego zimowego wygnania, sprawia, że kiedy tylko zostanę ukoronowany, mam zamiar stracić albo wygnać wszystkich piekielnych Khelidów, co mówię Ci w zaufaniu.

Zakład podwajam do dwóch tysięcy. Musa nie pozwoli, by Twój koń pociągowy go pokonał.

Twój równie zrozpaczony kuzyn

Zander

Ponownie odczytałem list księciu, dokonałem kilku pomniejszych poprawek, jakich sobie zażyczył, a później niewinnie zapytałem, czy nie zechciałby się podpisać.
– Ty bezczelna świnio!
Uniósł rękę w boleśnie znajomym geście, a ja natychmiast rzuciłem się na kolana i przycisnąłem czoło do ziemi. W pierwszych latach niewoli nie potrafiłem przyjąć tej pozycji bez ściskania żołądka i dłoni samych zaciskających się w pięści. Ale w swoim czasie nauczyłem się, że taka pozycja sprawia, że wściekły człowiek ma kłopoty z trafieniem mnie pięścią w głowę. Użycie do tego celu nóg jakimś sposobem wymagało dłuższego zastanowienia czy przygotowań.
– Proszę wybaczyć mi moją głupotę, panie! Błagam, byś mi rozkazywał. – Wypowiedziałem konieczne słowa. Niezbyt wiele. Żadnego usprawiedliwiania się. Bełkotanie lub usprawiedliwianie się tylko jeszcze bardziej ich złościły.
Milczał przez dłuższą chwilę, a ja nie ważyłem się podnieść głowy.
– Stop wosk.
Podniosłem się i wróciłem na stołek, lecz kiedy krew popłynęła do mojej bolącej głowy, kolejna fala zawrotów sprawiła, że się nieco zatoczyłem.
– Co z tobą?
– Nic, panie. – Naprawdę nie chciał tego słyszeć. – Mam stopić biały wosk, zielony czy jakiś inny?
– Czerwony. Dla Kirila zawsze czerwony.
Pochyliłem głowę i zabrałem się za pieczętowanie listu. Kiedy przycisnął sygnet do miękkiego czerwonego wosku, zadzwonił dzwonkiem, a jeden z jego adiutantów pojawił się, nim jeszcze ucichło dzwonienie. Przy drzwiach zawsze stało co najmniej dwóch odzianych w złoto młodzieńców, a oprócz nich czterech uzbrojonych strażników.
Książę kazał posłać list do Parnifouru, a później się do mnie odwrócił. Siedziałem niespokojnie na stołku pod jego niewzruszonym spojrzeniem.
– Wyjdź. Powiedz Durganowi, że masz dostać dziesięć batów za bezczelność. Myślisz za dużo i nie mówisz, co myślisz.
Ukłoniłem się i nic nie powiedziałem... a już z pewnością nie to, co myślałem.


Dodano: 2006-08-01 13:50:39
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Imię boga"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"


 Vonnegut, Kurt - "Recydywista"

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

Fragmenty

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS