NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Szostak, Wit - "Chochoły" (Powergraph)

Corey, James S.A. - "Wojna Kalibana"

Ukazały się

Gwynne, John - "Zawiść"


 Weisman, Greg - "Traveler. Wędrowiec"

 Masterton, Graham - "Martwe tańczące dziewczynki"

 Arnopp, Jason - "Ostatnie dni Jacka Sparksa"

 Ziemiański, Andrzej - "Virion. Obława"

 King, Stephen - "Bastion" (2018)

 Mull, Brandon - "Skoczkowie w czasie"

 Poe, Edgar Allan - "Miasto w morzu i inne utwory poetyckie"

Linki


Wurts, Janny - "Klątwa Upiora Mgieł"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Wurts, Janny - "Wojny Światła i Cienia"
Tytuł oryginału: Curse of the Mistwraith
Data wydania: Marzec 2006
ISBN: 83-7418-088-9
Format: 135×205mm
Liczba stron: 640
Cena: 39,90
Tom cyklu: 1



Wurts, Janny - "Klątwa Upiora Mgieł" (rozdział 3)

III. Wygnanie

Książę, następca tronu Amrothu, zbudził się z koszmarnego snu, w którym słyszał echo rozbijających się fal. Był oszołomiony i zdezorientowany, kręciło mu się w głowie. Odkrył, że leży twarzą do dołu na pokładzie otwartej łodzi. Fakt ten go przeraził, gdyż nie przypominał sobie, aby wchodził na pokład jakiejkolwiek jednostki pływającej. Zastanawiał się chwilę gorączkowo, ale nie potrafił wymyślić żadnego powodu, dla którego miałby się znajdować na tej właśnie łodzi.
Lysaer oblizał wargi, czując ostry smak morskiej soli. Czuł się wycieńczony. Bolały go mięśnie, drżał cały, a jego myśli spowijała mgła. Z zęzy, która znajdowała się za jego ramieniem, dochodził smród ryby. Gwiazdy miotały się szaleńczo po niebie, kiedy łódź podnosiła się i spadała z grzbietów fal.
Książę zacisnął zęby, walcząc z mdłościami. Rozdrażniony myślą, że stało się coś złego, spróbował usiąść. Gdyby mógł chociaż wyjrzeć za burtę, może zdołałby określić swoje położenie. Ale okazało się, że każdy ruch przychodzi mu z wielkim trudem. Po dwóch próbach zdołał złapać się za skraj burty. Łódź zanurkowała w dolinę pomiędzy falami. Nagle jakaś muskularna ręka, należąca najwyraźniej do obcego człowieka, oderwała palce księcia od drewna i Lysaer upadł na plecy, pogrążając się ponownie w ciemności...

* * *

Książę odzyskał przytomność, kiedy łódź przybijała do brzegu. Żwir zazgrzytał o dno, a w nocnej ciszy rozległy się jakieś głosy. Łódź obróciła się gwałtownie, pchnięta przez falę przyboju. Lysaer uderzył głową w ostry kant stępki. Przez grzmot fal przebijały pojedyncze głosy. Mokre ręce złapały za burtę i przeciągnęły łódź przez płyciznę i suchy piasek poza linię przypływu. Nagle gwiazdy przysłoniła brodata twarz jakiegoś rybaka. Potem, niecierpliwie i bezceremonialnie, wyciągnęły się dwie ręce i złapały królewskie nadgarstki w uścisku tak mocnym, że pozostawiły siniaki. Bezwładny niczym schwytana w sieć ryba, Lysaer poczuł, jak podnoszą go do góry.
– Myślisz, że ten rauveński mag miałby coś przeciwko temu, gdybyśmy zatrzymali sobie jego klejnociki? – odezwał się szorstko męski głos.
Książę próbował protestować. Kręciło mu się nieprzyjemnie w głowie, a żołądek zaciskał się w supeł; nie usłyszał odpowiedzi drugiego rybaka. Uścisk, w którym tkwił, zelżał najpierw, a potem znów się nasilił, pozbawiając go niemal tchu. Książę stracił przytomność, kiedy prześladowcy wyciągali go z łodzi.

* * *

Następnym obrazem, jaki zobaczył, były odwrócone do góry nogami klify, majaczące na tle morza. Fale przyboju i niebo nabrały ołowianego blasku. Dniało. Przewieszony niczym worek przez plecy odziane w brudną skórę, Lysaer zamknął oczy. Próbował rozpaczliwie się zastanowić. Fakty umykały jego myślom niczym śliskie szklane kulki, nie potrafił się skoncentrować. Jednak wyłaniał się jeden fragment wspomnień i to on właśnie przyprawiał go o zamęt w głowie. Jakiegokolwiek narkotyku użyli prześladowcy, by go oszołomić, jego resztki ciągle działały. I chociaż efekt nie był już tak silny, jak na początku, książę czuł się słaby niczym nowo narodzone dziecko.
Jeden z jego prześladowców się pośliznął. Kościste ramię boleśnie uderzyło księcia w brzuch. Zaczął tracić przytomność, powoli pogrążając się w mroku. Zagrzechotały kamienie, strącone z porośniętego chwastami zbocza, kiedy tamten odzyskał równowagę. Potem jego towarzysz przejął na siebie ciężar księcia i niebo zawirowało szaleńczo, przyprawiając Lysaera o mdłości. Dźwignięty niczym zbelowany ładunek, książę poczuł, że zawinięto go w płaszcz z podartej, brudnej wełny. Wykręcił się nieco i zdołał odsłonić twarz. Ale niewiele zobaczył. Wysoko nad jego głową wznosił się poszczerbiony łuk starożytnego kamiennego portalu. W przestrzeni pomiędzy filarami wirowała srebrna mgła, opalizująca jak gorący olej wylany na szkło. Drżąca w powietrzu, magiczna moc sprawiła, że Lysaer dostał gęsiej skórki. Przerażony niemalże do obłędu, książę rozpoznał Bramę Końca Świata.
Zaczął się wyrywać. Ale zbyt późno pojął, że musi uciekać. Jego prześladowcy podnieśli go z bezlitosną siłą i wrzucili głową naprzód w perłowy wir, którego dotyk był lodowatą agonią. Lysaer krzyknął. A potem moc bramy rozerwała jego umysł na strzępy. Zanurzył się w bezdenny mrok.
* * *
Książę Amrothu zbudził się, kłuty żądłem niemiłosiernego gorąca. Gorzki pył palił mu nozdrza przy każdym oddechu, a obce palce przeszukiwały jego ubranie, szybko i ukradkowo, niczym łapki szczura. Lysaer się poruszył. Badawcze dłonie znieruchomiały, a potem zniknęły, kiedy książę otworzył oczy.
Światło oślepiło go boleśnie. Zamrugał i zmrużył oczy, żeby cokolwiek zobaczyć. Ujrzał nad sobą kształt własnego sztyletu, odbijającego okrutny blask. A ponad sztyletem, w twarzy otoczonej aureolą słońca, widniały oczy Arithona s’Ffalenna.
– Tym razem spotykamy się w korzystniejszej dla mnie sytuacji, braciszku. – Głos bękarta był szorstki, jakby zmęczony krzykiem. Twarz, dłonie i ramiona pod podartą koszulą nosiły jeszcze ślady męczarni, które przeszedł. Skórę szpeciły blizny, strupy i fioletowe sińce.
– A więc na co czekasz? – zapytał Lysaer, gwałtownie wyrwany z letargu. Spróbował usiąść. – A może masz nadzieję zobaczyć, jak błagam cię o litość, zanim poderżniesz mi gardło?
Ostrze nie drgnęło nawet w ręku Arithona.
– Chcesz, żebym przelał krew brata? Przecież to przynosi nieszczęście. – W jego słowach zabrzmiała kpina.
Pustynne wydmy rozciągały się aż po horyzont. Pomiędzy czerwonymi pylistymi pagórkami, falującymi poza zasłoną upału, bracia nie widzieli nic, ani domostw, ani skał. Żaden kaktus, nawet wysuszony badyl nie zdołałby przeżyć pod promieniami oślepiająco białego słońca. Brama wyglądała ponuro, tak jakby wejście w jej cień równało się śmierci. Lysaer z trudem zachowywał godność, przygnębiony myślą, że jego ojciec, powodowany chęcią zemsty, wyrzekł się wszelkiej miłości do pierworodnego syna. Książę czuł dreszcz na samą myśl o tym, że Amroth, jego przyjaciele, krewni i wszystko, z czym był związany do tej pory, na czym opierały się jego ambicje i honor, zostało mu na zawsze odebrane.
– Brata? – spytał lodowatym tonem. – Nie pochodzę od pirackich wyrzutków.
Sztylet drgnął. Palące słońce błysnęło, odbite przez ostrze. Ale głos Arithona nawet nie zadrżał.
– Teraz różnice pomiędzy naszymi ojcami nie mają żadnego znaczenia. Żaden z nas nie może powrócić do Dascen Elur.
– To kłamstwo! – Odrzucając myśl, że jego wygnanie może być nieodwracalne i wieczne, Lysaer szukał ratunku we wrogości. – Czarnoksiężnicy z Rauven nigdy nie pozwolą, żeby ich ukochany wnuk zginął na pustyni. Na pewno otworzą bramę.
– Nie. Popatrz na nią. – Arithon skinął głową w stronę żelaznego portalu, który majaczył za nimi. Teraz pomiędzy kolumnami nie migotała żadna moc. Obłażący, podziurawiony owal zamykał w sobie tylko obraz pustyni. Pewność księcia zachwiała się, niczym ugodzona. Ta brama naprawdę była martwa, zamknięta setki lat temu, żeby odgrodzić zapomnianą grozę, i nawet magowie z Rauven nie zdołaliby jej otworzyć. Lysaer walczył z ogarniającym go przerażeniem. Jedyną ludzką istotą, którą mógł winić za zaistniałą sytuację, był bękart s’Ffalennów, który czaił się tuż za nim ze sztyletem w dłoni.
– Nie przekonałeś mnie. Magowie z Rauven ocalili cię przed egzekucją. – Przerwał, gdy do głowy wpadła mu jeszcze inna myśl. – A może to ty sam uformowałeś cień, żeby stworzyć to posłanie królowej? Może to część twojej intrygi, twojej zemsty?
Ostrze wisiało niczym lustro w uścisku brudnych palców.
– Pojawienie się królowej i twoja tutaj obecność to nie moja sprawka – odparł Arithon zmęczonym głosem. Wzruszył ramionami w geście goryczy. – Twój narkotyk i łańcuchy nie pomogły mi w magii.
Ale Lysaer pamiętał, jak Arithon drażnił króla, i fakt ten nie pozwalał mu wierzyć w słowa s’Ffalenna.
– Nie ufam ci.
– Obaj jesteśmy ofiarami krwawej rodzinnej waśni – powiedział Arithon. – Przeszłości nie da się odmienić. Ale jeżeli zapomnimy o tym, co nas dzieli, mamy szansę ocaleć na tej pustyni.
Jako następca tronu Lysaer nie był przyzwyczajony do posłuszeństwa i słuchania rozkazów. A już tym bardziej nie od s’Ffalenna, który brał udział w spisku mogącym doprowadzić do pozbawienia królestwa prawowitego następcy. Lysaer zaczął się zastanawiać, jak wytrącić przeciwnikowi sztylet. Piach sparzył podeszwy książęcych butów, kiedy Lysaer zagłębił w nim nogi, szukając oparcia.
– Nie muszę przecież przebywać w twoim towarzystwie.
– Ale będziesz. – Arithon uśmiechnął się blado. – To ja trzymam nóż.
Lysaer skoczył. Arithon zareagował błyskawicznie, ani na chwilę nie tracąc czujności. Zrobił unik przed dłonią, którą książę chciał go schwycić za kołnierz. Lysaer natychmiast zmienił cel ataku, złapał przeciwnika za czarne włosy i wymierzył dobrze obliczony kopniak. Mistrz zgiął się wpół i uniósł sztylet, uderzając w nadgarstek księcia wysadzaną klejnotami rękojeścią. Lysaer rozluźnił uścisk, czując paraliżujący ból, który ogarnął jego rękę aż do łokcia. Szybki niczym kot, Arithon odsunął się na bezpieczną odległość.
– Mogłem cię z łatwością zabić. – Lysaer usłyszał zza pleców znienawidzony głos s’Ffalenna. – Następnym razem pamiętaj, że tego nie zrobiłem.
Lysaer obrócił się, zaślepiony żądzą mordu. Arithon przyjął jego gniew ze spokojem. Po raz kolejny uderzony powściągliwością brata, którą tamten zachował także podczas rady w Amrocie, książę natychmiast się uspokoił. Mimo drobnej budowy ciała bękart był sprawny i bardzo szybki. Żeby stawić czoła jego przebiegłości, książę musiał ustalić jakąś taktykę działania.
– Lysaerze, na tej pustyni znajduje się brama prowadząca do innego świata – rzekł Mistrz z pewnością niepodlegającą dyskusji. – W archiwach Rauven zachował się dokument, który o tym mówi. Ale żaden z nas nie przetrwa, jeżeli będziemy tracić siły na kłótnie.
– Dzieli nas siedmiopokoleniowa walka na śmierć i życie – odparł Lysaer, zdobywając się na szczerość. – Dlaczego miałbym ci ufać?
Arithon na niego spojrzał.
– Będziesz musiał zaryzykować. Masz jakieś inne wyjście?
Obce słońce paliło ich głowy – ciemną i jasną – z równą mocą. Nagle Lysaer poczuł, jak za jego plecami coś uderza o piasek. Odwrócił się i ujrzał zdumiony, jak brązowy, płócienny worek nieruchomieje w zasięgu jego ręki. Na fioletowej woskowej pieczęci, która spinała troki worka, widniał znak Rauven.
– Nie dotykaj tego – zawołał szybko Arithon.
Lysaer go zignorował. Jeżeli czarnoksiężnicy wysłali przez bramę jakieś zapasy, sam zamierzał je zabrać. Schylił się i złapał za sznur pakunku. W odpowiedzi na jego dotyk błysnęła magia. Oszołomiony przez potworny ból, książę runął na piasek.
Ręce jego wroga pochwyciły go i powstrzymały przed upadkiem.
– Przecież cię ostrzegałem, prawda? – burknął Arithon. – Te węzły są zabezpieczone magią.
Rozwścieczony bólem, książę próbował się wyrwać.
– Nie ruszaj się! – Arithon ścisnął go mocniej. – Będziesz bardziej cierpiał.
Ale oszołomiony, poniżony i przybity ciężarem upokorzeń, dotkliwszych niż zaznał do tej pory w całym swoim życiu, Lysaer odrzucił ofertę porozumienia. Z całą mocą uderzył piętą w bosą stopę Arithona. W odpowiedzi usłyszał zduszone przekleństwo. Przeciwnik cofnął ręce.
Lysaer opadł na kolana, ściskając dłonią obolałe ramię, póki ból nieco nie zelżał. Z zawiścią patrzył, jak jego wróg rozplątuje zaczarowane węzły bez uszczerbku dla zdrowia, posługując się mocą, której księciu odmówiono. W worku znajdowały się zapasy. Boleśnie świadom wysuszających smagnięć wiatru na skórze, Lysaer doliczył się pięciu zawiniątek z jedzeniem i czterech bukłaków z wodą. Na koniec Arithon wyciągnął z worka przepięknie wykonany długi miecz. Słońce rozświetliło na chwilę głębiny wprawionego w rękojeść szmaragdu, który zamigotał zielono i rzucił blask na dwóch ludzi o zatroskanych twarzach.
– Pozwól mi zabrać moją część jedzenia i picia – powiedział w końcu Lysaer urażonym tonem. – Niech nasze szanse będą wyrównane.
Arithon spojrzał na niego twardym wzrokiem.
– Wyrównane? – Jego spojrzenie przesunęło się po dworskim ubiorze przyrodniego brata, po ozdobnych brokatach i białych niegdyś mankietach, teraz brudnych od kurzu i potu. – Co ty wiesz o sztuce przetrwania?
Książę się wyprostował, gotów bronić się przed zarzutami Arithona.
– Jakim prawem ośmielasz się oceniać moje życie?
– Żadnym. – Arithon wrzucił zapasy z powrotem do worka i podniósł miecz. – Ale kiedyś przeżyłem na statku, na którym podczas sztormu rozbiły się kadzie ze słodką wodą, i wiem, jak bardzo można cierpieć z pragnienia i upału. To doświadczenie nie było przyjemne.
– Wolę już radzić sobie na własną rękę, niż przyjąć pomoc od wroga – odparł z goryczą Lysaer, przypominając sobie diaboliczne sztuczki s’Ffalenna.
– Nie, bracie. – Spokojnie i bez pośpiechu Arithon zarzucił sobie worek na ramiona. Do pasa przypiął miecz, który kiedyś należał do jego ojca. – Będziesz musiał mi zaufać. Niech to będzie dowodem moich dobrych chęci. – Zręcznie obrócił sztylet w dłoni i rzucił go pod nogi księciu. Wysadzana klejnotami rękojeść uderzyła o piasek, obsypując jego ziarenkami wyszywane złotą nicią buty.
Lysaer schylił się i podniósł broń. Opanowany przez nienawiść silniejszą od rozsądku, wyprostował się, obracając jednocześnie nadgarstek i rzucając sztyletem w swego wroga.
Arithon przykucnął, unikając błyszczącego ostrza. Upadł na piasek, przetoczył się, zrzucił z pleców nieporęczny worek i zaczął się podnosić, kiedy Lysaer natarł na niego z furią. Czarne włosy opadły na plecy, kiedy pięść księcia, ozdobiona sygnetem, uderzyła z wielką siłą w twarz Arithona.
Arithon w odwecie kopnął go kolanem.
– Opanuj się – wycharczał. – Daję słowo, że mam dobre zamiary.
Lysaer zaklął i uderzył ponownie. Na piasek spadły krople krwi. Wróg uderzył go rękojeścią miecza w żebra, kiedy się ze sobą mocowali. Spleciony z Arithonem, książę usiłował wyjąć miecz brata z pochwy, ale miał zbyt małe pole manewru. Nienawiść szalała w nim niczym ogień, kiedy szarpał palcami ciało s’Ffalenna. Lysaer triumfował; już wkrótce Mistrz Cieni nie będzie niczyim wrogiem. Książę ścisnął go mocniej, zamierzając zabić.
Arithon zaczął się nagle wyrywać gwałtownie. Jego pięść wylądowała na podbródku księcia, który po chwili poczuł na gardle drugą rękę swego wroga. Uwolnił się charcząc, i Mistrz także odzyskał swobodę ruchów. Lysaer rzucił się ponownie, by zamknąć przeciwnika w uścisku. Napotkał jednak zdecydowany opór i został praktycznie unieruchomiony czując, jak ścięgna jego nadgarstków miażdży niesamowita siła. Wierzgnął nogą i zorientował się, jak trafia w jakiś cel. Mistrz puścił go nagle.
Lysaer rzucił się do przodu, by złapać miecz. Arithon kopnął w szary piasek u swych stóp i chmura pyłu oślepiła oczy księcia. Zaskoczony tak nieczystą taktyką, Lysaer zawahał się i poczuł, jak Mistrz łapie go mocno za przedramiona. Potem silne szarpnięcie obaliło go na ziemię. Zanim zdołał wstać, zasypał go grad ciosów.
Lysaer poczuł przez gęstą zasłonę bólu, że leży na plecach. Po jego skroniach płynęły strużki potu. Przez długą i okropną chwilę książę nie był w stanie nic zrobić; mógł tylko leżeć, cierpieć i dyszeć. W końcu podniósł wzrok, walcząc z blaskiem słońca, które go oślepiało, odbijając się od ostrza miecza wymierzonego w jego pierś.
Na zapiaszczonych policzkach Arithona widniały ślady krwi, a na twarzy malowała się złość.
– Wstawaj. Jeszcze jeden taki atak, a spętam cię jak prosiaka.
– Zrób to teraz – odparł książę z wściekłością. – Nienawidzę powietrza, którym oddychasz.
Ostrze zadrżało. Lysaer czekał, przygotowany na śmierć. Ale miecz tylko zamigotał i znów zawisł nieruchomo w powietrzu. Mijały sekundy wypełnione upałem i pustynną ciszą.
– Wstawaj – powiedział w końcu Mistrz. – Rusz się wreszcie albo na Atha, postawię cię na nogi za pomocą czarów. – Cofnął się o krok. Stal zabrzęczała fałszywie niczym zepsuta harfa, kiedy wsuwał miecz do pochwy. – Mam zamiar wyprowadzić cię z tej pustyni żywego. A potem możesz nie oglądać mnie więcej na oczy.
Niebieskie źrenice napotkały spojrzenie zielonych oczu, błyskając nienawistnie. Po chwili, z irytującą obojętnością, Arithon wybuchnął śmiechem.
– Dumny jak rasowy byk. Naprawdę jesteś synem swojego ojca w każdym, najdrobniejszym nawet szczególe. – Rozbawienie Mistrza ulotniło się nagle. Książę wkrótce poczuł, jak piasek szczypie, wreszcie pali jego rozciągnięte ciało.
Lysaer podejrzewał, że uczucie to jest jedynie iluzją, więc zwalczył chęć, by się poderwać gwałtownie. Powietrze, którym oddychał, było tak gorące, jakby dobywało się z pieca, a jego włosy i ubranie przesiąkły lepkim potem. Atakowany przez upał i fale bólu, będące dla niego czymś nowym, książę zamknął oczy. Arithon zostawił go na chwilę samego i poszedł po sztylet. Zabrał także rybacki płaszcz, w który owinięto Lysaera na czas podróży do bramy i na drugą stronę, i schował go razem z zapasami jedzenia. Potem zbliżył się do księcia. Kiedy odkrył, że Lysaer ciągle leży na piasku, stracił resztki cierpliwości.
Lysaer poczuł, jak w jego jaźń wnika jakaś bezlitosna siła. Zniewolony mocą oślepiającej igły, która przewiercała mu mózg, nie miał szansy się opierać. Cios, który nastąpił chwilę później, wymierzony był tylko w jego umysł, ale z gardła księcia dobył się krzyk fizycznego bólu.
– Wstawaj! – Strużki potu znaczyły białe ślady na brudnej twarzy Arithona. Bez skrupułów zaatakował ponownie. Książę poznał ból, który przeszył jego ciało, lecz nie zostawił żadnych śladów.
W mózgu Lysaera był już tylko zwierzęcy instynkt przetrwania. Krzyknął jeszcze raz. Ciszę pustyni zakłócało bolesne zawodzenie, nim kara dobiegła końca. Lysaer leżał skulony na piasku, drżąc i dysząc ciężko, rozwścieczony do nieprzytomności.
– Wstawaj.
Niezdolny wykrztusić choćby słowa, Lysaer usłuchał. Ale w jego sercu, niczym klin, zagnieździła się przysięga, że przy najbliższej okazji zabije tego maga, który w okrutny i bezceremonialny sposób nagiął jego wolę.

* * *

Przyrodni bracia z Dascen Elur podróżowali na wschód. Rozżarzone niczym palenisko w kuźni słońce paliło ich głowy i nagrzewało piach tak bardzo, że ranił gołe ciało. Arithon obwiązał sobie bose stopy pasami, które oddarł z koszuli, i poprowadził księcia przez piaszczyste wzgórza, błyszczące i rozedrgane w gorącym powietrzu. Około południa widoczne w dali wydmy zniknęły pod zasłoną mirażu. Mistrz wykorzystał swoje umiejętności i przywołał cień, żeby mogli choć trochę skryć się przed słońcem. Lysaer nie wyraził wdzięczności. Zatruty myślami o zdradzie i zemście, wahał się pomiędzy milczeniem a obelgami, aż w końcu pustynia wyssała z niego wszystkie siły.
Arithon podążał przed siebie bez słowa. Książę zaczął z wolna nienawidzić, zupełnie bez powodu, tych niezmordowanych stóp, których stąpanie słyszał bezustannie za plecami. Uwaga Mistrza, że książę jest taki sam jak jego ojciec, nie była w pełni słuszna. Gniew, który trawił myśli Lysaera, palił się cierpliwie i zimno, jak u ich wspólnej matki.
* * *
Upał dnia powoli zelżał i wreszcie ustąpił, kiedy słońce spadło z nieba, niczym lampa demona, i skryło się za pustym horyzontem. Lysaer szedł oszołomiony ze zmęczenia, w ustach czuł gorycz pyłu. Do butów nasypał mu się piach i obcierał stopy; każdy krok był dla księcia męką. Jednak Arithon nie pozwolił mu się zatrzymać, dopóki pustynia nie pogrążyła się w głęboko fioletowych ciemnościach – zapowiedzi nocy. Książę usiadł bezzwłocznie na wygładzonym wiatrem kamieniu i zdjął buty. Stopy pokrywała świeża krew i strupy, a na piętach, spod popękanych pęcherzy, wyglądała świeża, różowa i obolała skóra, ale Lysaer wolał cierpieć, niż zdać się na miłosierdzie swego wroga. Jeżeli nie będzie mógł chodzić, ten cholerny Mistrz zechce go pewnie nieść na własnych barkach.
– Spleć dłonie za plecami – powiedział ostro Arithon.
Lysaer podniósł wzrok. Mistrz stał nad nim z mieczem w jednym, a otwartym bukłakiem w drugim ręku. Z jego twarzy nic nie można było wyczytać, gdyż pokrywała ją gruba warstwa potu i kurzu.
– Nie spodoba ci się to, co zrobię, jeżeli każesz mi się powtarzać.
Książę ulegał z wolna. Stal poruszyła się w ręku Mistrza, błyszcząc niespokojnie. Lysaer drgnął.
– Nie ruszaj się! – Komenda Arithona zabrzmiała niczym cios. – Nie zamierzam cię zabijać.
Wściekły tak bardzo, że niemal gotów wdusić słowa swego prześladowcy z powrotem do jego gardła, Lysaer zmusił się, żeby zachować spokój, kiedy ciemna, jakby przydymiona stal uniosła się nieco i spoczęła tuż przy szyi księcia, niczym cienka lodowa igła.
Arithon uniósł bukłak z wodą do ust Lysaera.
– Trzy łyki, nie więcej.
Książę zastanawiał się, czy nie odmówić, ale kiedy poczuł wilgoć na ustach, porzucił wszelkie wcześniejsze obietnice. Powiedział sobie, że przecież jeżeli nie wypije, to skorzysta na tym tylko ten bękart s’Ffalennów. Lysaer się napił. Woda paliła goryczą jego język. Był bardzo spragniony, więc grożący miecz stał się dla niego symbolem zwierzęcej chciwości. I chociaż Arithon sam też wypił tylko trzy łyki, książę nie znajdował w tym fakcie ani pociechy, ani wyrozumiałości.
Śledzony w każdym najdrobniejszym ruchu spojrzeniem oczu, w których czaiła się nienawiść, Arithon po raz pierwszy od rana odezwał się bez widocznej potrzeby.
– Od czasów, które giną w mroku dziejów, atrybutami s’Ilessidów były lojalność i sprawiedliwość. Bądź odzwierciedleniem zalet twojego ojca, Wasza Wysokość. Nie trzymaj się kurczowo jego wad.
Za pomocą miecza Mistrz rozciął sznurek, którym zawiązano pakunek z jedzeniem. Broń poruszyła się znowu, kiedy dzielił pożywienie na dwie równe porcje. Potem stłumiony blask ostrza zniknął, kiedy miecz znalazł się w zniszczonej pochwie. Arithon spoglądał na księcia z ukosa, jego twarz pogrążona była w cieniu.
– Pokaż mi swój racjonalny umysł, książę Amrothu. A wtedy obiecuję, że okażę ci respekt należny twemu urodzeniu.
Lysaer opierał się przed akceptacją warunków rozejmu. Przebiegłość s’Ffalennów tak często wodziła na manowce zaufanie s’Ilessidów, że książę nie zamierzał tak łatwo wybaczyć. Z jego królewskiej postawy nic już nie zostało, szacunek do samego siebie wymagał, by książę zniósł ciężkie położenie, nie plamiąc honoru rodziny. Lysaer przyjął ser i podróżne suchary z ręki Arithona w milczeniu, ale w jego umyśle rodził się plan zemsty. Zamierzał wprowadzić go w życie, kiedy wróg położy się spać.
Ale Mistrz wcale nie szykował się do snu. Kiedy tylko skończyli skromny posiłek, Arithon znów poderwał księcia na nogi.
Lysaer nie opierał się i tym razem nie marnował sił na walkę, która i tak nie mogła zakończyć się powodzeniem. Ukrył głęboko trawiący go gniew, gdyż pojmował, że okazja do zemsty pojawi się dopiero wtedy, kiedy uspokojony Arithon przestanie go pilnować. Z udawaną rezygnacją książę sięgnął po swoje buty, ale nie zdołał ich podnieść, gdyż odgradzała go od nich zasłona ze stali.
– Zostaw buty – nakazał Arithon. – Pokaleczą ci stopy jeszcze bardziej. Jak chcesz, możesz obwiniać swoją próżność za to, co już się stało. Trzeba było pozbyć się ich wcześniej, zanim dorobiłeś się pęcherzy.
Lysaer zwalczył chęć, by rzucić się na Mistrza, i wstał. Arithon wydawał się niespokojny niczym lis schwytany w wilcze sidła. Być może samodyscyplina, jaką wyrobił sobie w szkole magów, słabła. Wyczerpujący upał i wysiłek odcisnęły się na zdrowiu maga, nadszarpniętym wydarzeniami tuż przed i po jego brutalnym uwięzieniu. Prawdopodobnie Arithon był słaby i niepewny, jak sobie uświadomił Lysaer. Pod wpływem tej myśli uśmiechnął się w duchu. Niebawem zwierzyna i łowca zamienią się rolami. Jego wróg postąpił głupio, zachowując go przy życiu.

* * *

Kiedy zapadła noc, niebo nad Czerwoną Pustynią zmieniło się w złodziejski skarb, w rzekę diamentów rozsianych po czarnym aksamicie. Ale jak wiele pięknych rzeczy, które w końcu okazują się brzydkie, i ten wspaniały widok niebawem stał się dla wędrowców nienawistny. Delikatny wietrzyk, który wiał o zmierzchu, po zapadnięciu ciemności nabrał mocy; ostre podmuchy rozwiewały grzebienie wydm. Piasek przesypywał się z sykiem i układał we wzory przypominające szkielety ryb, a obce konstelacje gwiazd znikały chwilami za chmurą poderwanego z ziemi pyłu.
Lysaer i Arithon szli zgięci wpół, osłaniając twarze szmatami. Niesione wiatrem ziarnka piasku wdzierały się przez szpary kołnierzy i rękawów, tnąc nagie ciało do żywego. Lysaer walczył z wiatrem, mieląc w ustach przekleństwa. Jego nienawiść izolowała go od towarzysza. Z oczu płynęły łzy wyciskane wichrem. Z godziny na godzinę książę cierpiał coraz bardziej, aż w końcu szum pędzącego powietrza i skrzypienie piachu pod nogami wydawały mu się jedynymi dźwiękami, jakie słyszał przez całe swoje życie. Wspomnienia dworskiego życia w Amrocie zacierały się w jego pamięci, zagubione i dalekie niczym duchy. Słodka uroda kobiety, którą pozostawił na Południowej Wyspie, przypominała miraż zrodzony przez jego własny mózg, żeby dać ciału chwilę wytchnienia od cierpienia i bólu, towarzyszących każdemu krokowi.
Na uczucia nie było już miejsca. Wróg, kroczący tuż obok Lysaera, był tylko formą bez znaczenia, postacią uformowaną z cienia i odzianą w targane wiatrem łachmany, podążającą na wpół ślepo przez pyliste wydmy. Czy Arithon ponosił odpowiedzialność za zaistniałą sytuację albo potrafił znaleźć z niej wyjście, nie miało teraz znaczenia. Cierpienie pozbawiło Lysaera zdolności myślenia o zemście. Tylko chęć przetrwania sprawiała, że zmuszał się, by stawiać kroki obolałymi stopami, godzina po godzinie. W końcu, kiedy ból mięśni i kości stał się nie do zniesienia, książę upadł na kolana.
Arithon przystanął. Nie próbował wyciągać miecza, stał tylko z opuszczonymi ramionami, zasłaniając się od wiatru, i czekał.
Na wysokości stóp piasek wirował znacznie wścieklej. Kłujące jak naostrzone igły, drobne ziarenka kąsały ciało, doprowadzając nerwy do szaleństwa. Lysaer z trudem podniósł się na nogi. I nawet jeżeli pierwsze kroki zrobił przy pomocy swego wroga, nie miał siły się sprzeciwiać.
Nadszedł świt. Gwiazdy zaczęły blednąć, wiatr zelżał. Kurz opadał powoli, a na wschodzie niebo lekko pojaśniało. Zza horyzontu wytoczyło się czerwone słońce. Arithon zatrzymał się w końcu na odpoczynek. Lysaer, obojętny na głód i pragnienie, opadł niemalże bezwładnie na piasek w purpurowym cieniu sporej wydmy. Prawie natychmiast zasnął i nie poruszył się do chwili, gdy słońce stało już wysoko na niebie, a miraże zadrgały i zatańczyły na tle pustego piaszczystego piekła.
Cisza miażdżyła niczym młot. Lysaer uniósł spuchnięte powieki i zobaczył, że Arithon zrobił prowizoryczny namiot z rybackiego płaszcza i kamieni, a potem zwiększył panujący pod nim cień za pomocą magicznej mocy. To, że zaimprowizowane schronienie kryło także jego przyrodniego brata, nie wywołało uczucia wdzięczności. Chociaż Lysaer cierpiał okropne pragnienie, a jego mięśnie bolały tak, jakby tłuczono je młotkiem zbrojmistrza, odzyskał równowagę na tyle, żeby znów nienawidzić swego wroga.
Obiekt owej nienawiści siedział ze skrzyżowanymi nogami, trzymając nagi miecz na kolanach. Jego włosy, skóra i ubranie miały jednolity kolor, gdyż pokrywał je kurz. Zielone oczy, dotychczas ukryte pod zaskorupiałymi powiekami, błysnęły, kiedy Lysaer się poruszył. Arithon spojrzał na przyrodniego brata, zadziwiająco przytomny jak na kogoś, kto spędził całą noc na czuwaniu.
– Nigdy nie śpisz – powiedział oskarżycielsko książę. Usiadł. Suchy piach opadł z jego włosów i zsunął się po zwilgotniałym kołnierzu tuniki. – Zachowujesz siły dzięki czarom czy planujesz jakąś krwawą zdradę?
Na ustach Arithona pojawił się lekki uśmiech. Złapał podrapanymi palcami bukłak z wodą, który leżał przy jego łokciu, i podał go księciu.
– Trzy łyki, Wasza Wysokość. – Jego głos nie był gładki jak zazwyczaj. – Ostatnia noc jest jedną z wielu, które jeszcze nadejdą. Przyjmij to do wiadomości, a wtedy ci odpowiem.
Lysaer nie podjął wyzwania. Nadejdzie czas, kiedy nawet umiejętności nabyte w Rauven nie wystarczą, aby zwalczyć słabość ciała. Książę postanowił oszczędzać siły na tę chwilę, więc wypił swoją rację wody. Potem pod czujnym spojrzeniem swego wroga ułożył się na piasku i zasnął ponownie.

* * *

Trzy dni, które nastąpiły później, minęły bez żadnych wydarzeń. O upływie czasu świadczyły jedynie kurczące się coraz bardziej zapasy. Przyrodni bracia spędzali noce na wędrówce, walcząc z wiatrem, który niósł ze sobą tony piasku i nigdy nie słabł. O świcie szukali schronienia pod rozpiętym wełnianym płaszczem, należącym niegdyś do rybaka. Powietrze pachniało w dzień jak rozgrzany krzemień, a krajobraz nie zmieniał się ani trochę, aż czwartego dnia ujrzeli na wschodnim horyzoncie majaczący wygasły wulkan.
Lysaer nie zwrócił uwagi na ten znak orientacyjny. Udręka minionych dni nauczyła go, że nie powinien marnować sił na podnoszenie głowy. Nienawiść do Arithona s’Ffalenna przybrała postać utajonego spokoju. Ukryty za zasłoną nieskończonej cierpliwości, książę dostrzegał u swego towarzysza kolejne oznaki utraty sił.
Arithon był bardzo szczupły już przed wygnaniem. Teraz pragnienie i głód sprawiły, że kości niemalże przebijały się przez jego poparzoną słońcem skórę. Patrząc na żyły, widoczne wyraźnie na szyi i skroniach, można było zobaczyć pulsowanie krwi; zmęczenie spowolniło ruchy jego sprawnych dłoni. Ciągle mrużył zaczerwienione i załzawione oczy, za dnia przed słońcem, nocą przed wiatrem, więc otaczała je siatka zmarszczek. Sam zmęczony i brudny, Lysaer patrzył, jak właściwa magom samodyscyplina, która sprawiała, że Arithon był tak niezwykle czujny i przytomny, wypala się z dnia na dzień. Opór czarnoksiężnika nie mógł trwać wiecznie. Budząc się codziennie i widząc wpatrzone w siebie oczy wroga, Lysaer czuł, jak opętuje go żądza mordu. Krew Karthanu i Rauven, płynąca w żyłach jego przeciwnika, tworzyła nieludzką kombinację magii i okrucieństwa.

* * *

Piątego dnia od czasu przejścia przez bramę, Lysaer obudził się w palących promieniach słońca. Noga i ramię, które wysunęły się spod cienia rzucanego przez płaszcz, piekły niemiłosiernie, poznaczone czerwonymi plamami oparzeń. Lysaer oblizał spieczone wargi. Po raz pierwszy Arithon nie zdołał powiększyć cienia za pomocą magicznych umiejętności. Książę czuł ból oparzeń, ale jednocześnie przeszedł go dreszcz podniecenia, kiedy wsunął się głębiej pod wełnę płaszcza. Zerknął ciekawie na Arithona i zobaczył, że jego dłoń spoczywa bezwładnie obok rękojeści miecza. W końcu bękart poddał się wyczerpaniu i zasnął.
Lysaer wstał, poruszając się cicho jak drapieżnik i nie spuszczając oka ze swojego wroga. Arithon nawet nie drgnął. Książę próbował zapanować nad dziką radością. Tym razem nic i nikt nie stanie mu na drodze. Z powściągliwością, której nauczył się od samego Mistrza, Lysaer pochylił się i położył delikatnie dłoń na rękojeści miecza. Jego ruch nie został zauważony. Arithon spał, nieświadomy zagrożenia. Nawet się nie poruszył, kiedy Lysaer poderwał miecz z jego kolan.
Ciszę pustyni przerwał skrzekliwy śmiech księcia.
– Ty bękarcie! – Stal błysnęła, jasna jak płomień, kiedy podniósł miecz. Arithon ciągle spał. Lysaer go kopnął, a wtedy Mistrz rozciągnął się bezwładnie na piasku. Głowa opadła mu na bok. Na odsłoniętej szyi pulsowały żyły, jakby zachęcając do egzekucji i szybkiego ciosu.
Ironia kazała Lysaerowi wstrzymać ramię. Widok całkowitej bezradności wroga wywołał w księcia wybuch irracjonalnego gniewu. Jednym ciosem rozciął rybacki płaszcz od kołnierza aż po skraj. Pod osłonę wdarło się słońce i padło na s’Ffalenna, nadając jego twarzy wygląd profilu z jakiejś monety. Książę uśmiechnął się triumfalnie. O mały włos, a zabiłby swego wroga jednym ciosem, a przecież pragnął patrzeć na jego męczarnie przed śmiercią.
– Zmęczony jesteś, bękarcie? – Lysaer pchnął bezwładne ciało, które przewróciło się na plecy. Brutalnie potrząsnął ramieniem Arithona, czując tuż pod skórą tamtego napięte ścięgna, które odsłonił wielodniowy głód. Nawet po długim i przymusowym poście w lochach Amrothu Mistrz bardzo sprawiedliwie dzielił racje. Pamięć o tym doprowadzała Lysaera do szału. Obrócił miecz płazem.
Stal otarła się o pierś Arithona. W rozcięciu tkaniny pokazała się cienka linia czerwieni i Mistrz drgnął. Jego dłoń zacisnęła się na piasku. Zanim wróg zdążył wstać, Lysaer kopnął go w żebra. Kość wydała głośny dźwięk, tłumiąc westchnienie Arithona. Mistrz się szarpnął. Powodowany refleksem niezależnym od umysłu wytoczył się spod płaszcza wprost na rozpalone słońce południa.
Lysaer także wyszedł z ukrycia, skupiony na swojej ofierze. Arithon odzyskał w końcu świadomość i uniósł powieki. Jego aroganckie usta otworzyły się do krzyku, a na twarzy, pozbawionej wreszcie obłudy, lśniły krople potu.
Książę triumfował; miał wreszcie odnieść brutalne zwycięstwo.
– A może znowu sobie pośpisz, bękarcie? – Patrzył, jak Arithon, zgięty wpół, krztusi się i próbuje złapać oddech. – Co? – Lysaer oparł czubek miecza na wychudzonym gardle przeciwnika.
Chwytając powietrze niczym wyrzucona na brzeg ryba, Arithon zacisnął mocno powieki. Stal skaleczyła mu skórę; kiedy pojawił się na niej krwawy strumyczek, mag zapanował nad sobą i zaczął mówić.
– Miałem nadzieję, że rozstaniemy się w bardziej sprzyjających okolicznościach.
Lysaer nacisnął mocniej i patrzył, jak krwawy ślad na kołnierzu Arithona robi się coraz większy.
– Niebawem umrzesz, bękarcie, ale nie jako umęczona ofiara. W Sithaer obwołają cię czarodziejem, który pozostał przytomny o jeden dzień za długo i zamiast spać, planował zemstę z nagim mieczem na kolanach.
– Miałem inne plany. – Arithon się skrzywił i stłumił kaszel. – Gdyby nie udało mi się zdobyć twojego zaufania, zawsze mogłem polegać na sobie. Nie zamierzałem cię zabijać.
Następny atak kaszlu przełamał jego wolę. Głuchy na śmiech brata, Arithon skrył twarz w dłoniach. Cięcie na szyi splamiło jego ręce krwią, ale kiedy udało mu się odzyskać oddech, mówił dalej.
– Powstrzymaj się chwilę i posłuchaj mnie. Zgodnie z zapisami w archiwach Rauven, przodkowie, którzy dali początek naszym królewskim rodom, przybyli do Dascen Elur przez Bramę Końca Świata.
– Historia mnie nie interesuje. – Lysaer oparł się na mieczu. – Pomódl się do Atha, morderco, kiedy jeszcze masz na to czas.
Arithon zignorował ostrze miecza, które dotykało jego gardła.
– Czterej książęta weszli do naszego świata przez inną bramę, która, według ksiąg, nadal może być aktywna. Patrz ku wschodowi, na zrujnowane miasto... Mearth. Za nim znajduje się brama. Strzeż się Mearth. Archiwa wspominają o klątwie... nałożonej na mieszkańców. Coś złego mogło tam pozostać... – słowa Arithona zamieniły się w bulgoczący kaszel. Krew zabarwiła piasek na czerwono. Przycisnął mocno przedramię do boku. – Masz jedną szansę na całe życie – wyszeptał zawzięcie, jakby za wszelką cenę chciał dokończyć. – Nie zmarnuj jej.
Chociaż książę wcześniej obiecał sobie, że nie ugnie się pod żadnym pozorem, teraz, słysząc błagania Arithona, poczuł nagle ukłucie niezdecydowania. A jeśli się mimo wszystko pomylił? Jeśli ten bękart, inaczej niż wszyscy inni s’Ffalennowie, miał dobre chęci? Dłoń Lysaera, spoczywająca na mieczu, zawahała się, podczas gdy jego umysł zagłębił się w labiryncie niechcianych rozważań. Jedno pytanie domagało się odpowiedzi. Dlaczego Arithon po prostu go nie zabił tuż po przekroczeniu bramy, kiedy książę był oszołomiony narkotykiem i zupełnie bezradny?
– Wykorzystałeś przeciwko mnie magię – poskarżył się Lysaer i niemalże drgnął słysząc, że powiedział to na głos. Czuł się chory. Napad furii wyczerpał go i oszołomił; nie zamierzał wypowiadać tych słów.
Twarz Arithona skurczyła się pod wpływem wyrzutów sumienia. Wyglądał jak człowiek, który uległ naciskowi mimo wrodzonej dumy. Lysaer odwrócił głowę. Ale odpowiedź Arithona dotarła do jego uszu i przeszyła mu serce.
– A cóż innego tak bardzo wzmocniłoby twoją wolę, byś mógł przetrwać pierwszą noc trudów? Nie dałeś mi nic prócz nienawiści. Co miałem zrobić?
W słowach tych kryła się brutalna prawda. Lysaer cofnął odrobinę miecz.
– Dlaczego zaryzykowałeś własne życie, żeby ocalić moje? Przecież ja tobą gardzę.
Książę czekał na odpowiedź. Ciemne ostrze drgało lekko i falowało w gorącym powietrzu. Gdyby jakieś bezczelne i wyzywające słowa Arithona zakłóciły ciszę pustyni, mag zginąłby na miejscu. W końcu Lysaer znudził się czekaniem i pochylił się nad swoją ofiarą, odkrywając, że Mistrz po prostu stracił przytomność. Zagubiony w labiryncie okrucieństwa i zemsty, książę przyjrzał się mieczowi. Niechaj ostrze opadnie, a kłamstwa s’Ffalenna nie będą go już dłużej dręczyć. Jednakże sama broń wzdragała się jakby przed prostactwem egzekucji. Doskonale wyważony miecz stworzono po to, by odbierać życie w walce, a nie zabijać bezbronnych i nieprzytomnych.
Kowale z Dascen Elur wielokrotnie próbowali wykuć tak doskonałe ostrze, ale żadnemu z nich się to nie udało. Według legendy miecz przywędrował do królestwa oceanów wraz z założycielem rodu s’Ffalennów z innego świata. Świadom perfekcji i nieludzkiego połączenia użyteczności z pięknem, Lysaer po raz pierwszy dopuścił do siebie myśl, że założyciele rodów s’Ffalenn i s’Ilessid przybyli przez Bramę Końca Świata. Arithon mógł mówić prawdę.
Ale równie dobrze mógł kłamać. Lysaer nie potrafił zapomnieć przedstawienia, jakie Mistrz odegrał przed królem i radą. Przedstawienia, które wystawiało na wielkie ryzyko jego własne życie, choć nie wiedział, co s’Ffalenn chciał przez to osiągnąć. Może znów posługiwał się tą taktyką. Logika księcia zachwiała się pod wpływem niepewności. Rozdarty między nienawiścią do s’Ffalennów i nieufnością co do motywów, które kierowały Arithonem, Lysaer zdał sobie sprawę, że postępki Mistrza nie zostaną wyjaśnione, jeżeli będzie zgadywał. Honor nie może opierać się na niejasnościach. W poczuciu urażonej dumy odrzucił od siebie miecz.
Stal błysnęła, zataczając wysoki łuk, po czym wbiła się z głuchym dźwiękiem w rybacki płaszcz. Lysaer popatrzył z wściekłością na bezwładne ciało przyrodniego brata.
– Niech pustynia będzie twoim sędzią – oznajmił szorstko. Oszołomiony promieniami palącego słońca, które padały ma na głowę, zaczął pakować połowę zapasów.
Kiedy jednak uniósł płaszcz, okazało się, że los zadał im ostateczny i przewrotny cios. Miecz uszkodził ostatni bukłak z wodą. Pustynia szybko wchłonęła jego cenną zawartość. Pozostała tylko wilgotna plama. Lysaer uderzył pięścią w piasek. Poczuł, jak żołądek zaciska mu się ze strachu, i przypomniał sobie szydercze słowa Arithona. „Cóż ty wiesz o trudnościach?”. I to, co usłyszał przed chwilą. “Masz jedną szansę na całe życie. Nie zmarnuj jej...”. Miecz wskazywał na niego niczym oskarżycielski palec. Lysaer zakrył oczy dłońmi, ale jego umysł go zdradził i podsunął mu obraz przyrodniego brata, rozciągniętego na ziemi w palącym, niemiłosiernym słońcu, z krwawymi znakami niesprawiedliwości na szyi.
Poczucie winy kazało Lysaerowi wstać. Cień przedrzeźniał jego kroki, kiedy niczym pijany zaczął uciekać w kierunku nagich wzgórz, a po twarzy spływały mu krople potu i łez. Słońce niemiłosiernie paliło jego ciało, a oczy mamiły rozedrgane miraże.
– Ta pustynia cię zniszczy, bękarcie – powiedział Lysaer, nie zdając sobie sprawy, że upał pozbawił go wreszcie zmysłów.

* * *

Arithon obudził się w martwej pustynnej ciszy. W ustach czuł smak krwi, a każdy oddech wymagał wysiłku, który wzbudzał palący ból w klatce piersiowej. Tuż obok porwany płaszcz okrywał ruiny obozowiska, gdzie spędził miniony dzień ze swoim przyrodnim bratem. Lysaer zniknął.
Arithon zamknął oczy. W jego zmęczonym i otępiałym od bólu umyśle pojawiła się ulga. Wyczerpany do granic możliwości, wiedział, że nie będzie mógł iść dalej. Jako czarnoksiężnik potrafił wsłuchać się w swoje ciało i zdawał sobie sprawę, że jedno płuco jest poważnie uszkodzone i zalane płynem. Ale przynajmniej, w całym tym nieszczęściu, nie musiał już dźwigać ciężaru odpowiedzialności za życie przyrodniego brata. Lysaer przetrwa i znajdzie drugą bramę. W łańcuchu porażek kryło się chociaż jedno zwycięstwo.
Mistrz przełknął ślinę, czując nieprzyjemny ucisk w miejscu, gdzie ostrze miecza przecięło mu skórę na gardle. Ale nie żywił do brata urazy. Tylko Ath wiedział, jak on sam był bliski zgładzenia swego krewniaka tym samym ostrzem, na które poprzysiągł przywrócić pokój między rodami. Arithon ostrożnie przekręcił się na brzuch. Ruch przyniósł falę bólu, kiedy połamane kości wbiły się głębiej w ciało. Powietrze usiłowało wydostać się z płuc zalanych krwią, co wywołało nową strugę czerwieni. Mistrz poczuł, że traci przytomność. Z jego piersi wyrwał się gwałtowny kaszel, a świadomość umknęła przed nową falą cierpienia.
Powoli, z wielkim trudem, Arithon odzyskiwał przytomność. Już niedługo Koło się obróci i zakończą się jego cierpienia. Nie chciał jednakże, by los dopadł go tak bezbronnego. Śmierć nie zawładnie nim bez ostatniego zmagania. Wzmacniając resztki sił wolą umysłu wyszkolonego przez najlepszych czarnoksiężników, Arithon czołgał się po piasku w stronę rybackiego płaszcza.
Kiedy dotarł na miejsce, z nosa i z ust leciała mu krew. Wyciągnął pokrytą pęcherzami rękę, złapał za wełnianą tkaninę i nakrył poparzone przez słońce ciało. Kiedy płaszcz zsunął się z piasku, oczy Mistrza dostrzegły błysk przydymionego metalu. Materiał wymknął się z osłabłych nagle palców. Arithon ujrzał własny miecz wbity ostrzem w piach, a obok przedziurawiony bukłak, z którego wyciekła cała woda.
Z jego zalanej krwią piersi wyrwał się urywany oddech. Łzy gniewu przysłoniły mu wzrok i rozbiły błyszczący miecz na setki wirujących fragmentów. Zrozumiał, choć nie bez oporów, że Lysaer odrzucił pomoc i wybrał śmierć. Dlaczego? Mistrz oparł policzek o gorący piach. Czyżby kierowało nim poczucie winy? Prawdopodobnie nigdy się nie dowie.
Wszystko wskazywało na to, że jego ostatnie wysiłki pójdą na marne. Arithon buntował się przeciwko ostatecznej klęsce. Dręczony wspomnieniem liranty, którą porzucił w Rauven, nie mógł uciec przed obrazem czternastu srebrnych strun, niszczejących i pokrytych pajęczyną. Jego nadzieje umarły, podobnie jak jego muzyka. Okazało się, ile są warte jego zamiary, a teraz wszystko przepadło i umrze na tej pustyni, pod obcym słońcem.
Arithon zamknął oczy, chroniąc je przed ostrym blaskiem. Nie panował już nad sobą. Przez jego umysł przepływały sekwencje obrazów, żywych, wyraźnych i oskarżycielskich. Pierwszy pojawił się wysoki mag. Stał wyprostowany, okryty płaszczem, w którym wydawał wyroki; patriarcha Rauven trzymał w podniesionej dłoni miecz Avara. Po ostrzu ściekała krew.
– To moja krew – powiedział Arithon błagalnym tonem, który odbił się echem w pustych przestrzeniach jego halucynacji.
Najwyższy mag się nie odezwał. W głębi kaptura majaczyła smutna twarz; spoglądał z wyrzutem. U jego stóp leżało ciało odziane w postrzępiony błękit i złoto – barwy królestwa Amrothu.
– Nie zabiłem go! – zawołał Arithon w gniewnym proteście.
– Ale nie udało ci się go ocalić. – Wizja zmieniała się powoli i nieubłaganie. Twarz najwyższego maga zafalowała i przyjęła rysy Dharkarona, anioła zła walczącego z Athem, leżącego na plecach na pokładzie okrętu wojennego. Obok spoczywało inne ciało; tym razem był to ojciec Arithona, ugodzony strzałą. Lizały go płomienie ognia.
Miecz w dłoniach Mściciela ściemniał i zmienił się we Włócznię Przeznaczenia, która miała drzewce z hebanu.
– Acie, okaż mi litość! – Arithon krzyknął ponownie. – Jak miałem odwrócić bieg wydarzeń, nie znając głębokich tajemnic? Czy uczyniłem źle, popełniając morderstwo, żeby ocalić to właśnie życie?
Odziane w rękawice dłonie skierowały ostrze włóczni prosto w pierś Arithona. Nagle na oceanie zaroiło się od statków floty wojennej Amrothu. Udało im się umknąć spod działania niszczącego czaru, ale natychmiast zostały oślepione cieniem wezwanym przez maga. Zaatakowały, lecz w zamieszaniu wpadały na siebie, gdyż dźwięki rozchodziły się myląco w ciemności. Taranowały się nawzajem i wkrótce siedem z nich zapłonęło i pogrążyło się w morskiej toni.
– Ogłaszam, że uznano cię winnym popełnionych czynów – oznajmił Dharkaron smutnym głosem.
– Nie! – Arithon się szarpnął. Ale silne ręce złapały go za ramiona i potrząsnęły nim mocno. Klatka piersiowa eksplodowała bólem. Syczący krzyk wydarł się z gardła, ale został zdławiony zapiaszczoną dłonią.
– Niech cię Sithaer pochłonie, nie ruszaj się!
Arithon otworzył mętne oczy i ujrzał nad sobą twarz swego przyrodniego brata s’Ilessida. Na dłoni, która zakrywała jego usta, widniały ślady krwi.
– Sytuacja patowa – wyszeptał Mistrz, nabrawszy powietrza w obolałe płuca. Był zaszokowany. – Czy to miłość Atha, czy litość przywiodła cię z powrotem? – spytał targanym przez ból głosem.
– Ani jedno, ani drugie. – Lysaer z wystudiowaną starannością zaczął konstruować nosidło z rybackiego płaszcza. – Lepiej, żeby ta brama tam była.
Arithon spojrzał w oczy o kolorze zimnego błękitu.
– Zostaw mnie. Nie chcę, żebyś miał z mojego powodu wyrzuty sumienia.
Lysaer zignorował tę prośbę.
– Znalazłem wodę. – Wyciągnął miecz spomiędzy resztek bukłaka i wsunął go do pochwy wiszącej przy pasie Arithona. – Twoje życie to twoja własna sprawa, ale nie mam zamiaru ponosić odpowiedzialności za twoją śmierć.
Arithon zaklął słabo. Książę związał rogi płaszcza, wstał i ruszył na północ, niosąc swego przyrodniego brata przez piaski pustyni. Na szczęście dla niego Mistrz natychmiast stracił przytomność.

* * *

Ocieniona przez powyginane gałęzie studnia leżała niczym klejnot w zagajniku starożytnych drzew. Po raz pierwszy Lysaer natrafił na to miejsce przypadkiem. Chcąc powrócić ze swoim ciężarem, nim wieczorne wiatry podniosą piach znad wydm, książę nieomal biegł, zsuwając się po sypkich zboczach wydm i wspinając na wysokie ich grzbiety. Dyszał z wysiłkiem. Suche powietrze boleśnie kłuło go w gardle. W końcu, zmęczony i obolały, Lysaer położył Mistrza w cieniu drzew.
Książę wiedział, że wąwóz jest dziełem maga. Chroniona przed podmuchami pustynnego wiatru, pomiędzy splątanymi korzeniami drzew rosła trawa, która nigdy nie żółkła, a listowie nad głową zawsze było zielone i jędrne. W gaju panowała wieczna cisza, związana z tym miejscem magiczną siłą, która sprawiała, że wydmy poza drzewami wydawały się przezroczyste i nierealne. Wcześniej książę żywił nieufność wobec magicznych miejsc. Teraz jednak nie zamierzał czekać; nie pozwalał na to stan Arithona. Woda ze studni miała właściwości lecznicze, a to mogło pomóc jego bratu.
Kiedy Lysaer trafił tutaj po raz pierwszy, wyczerpany i u kresu sił, odkrył, że jeden łyk wody z marmurowej fontanny może natychmiast przegnać zmęczenie, pragnienie i ból, które męczyły jego ciało po pięciodniowym pobycie na pustyni. Kiedy południowy skwar nieco zelżał i zniknęły także miraże, które gęstym woalem zasłaniały horyzont, książę zyskał dowód, że miasto Mearth istnieje naprawdę. Chociaż po raz pierwszy odkąd przeszli przez bramę, nie potrzebował już pomocy Mistrza, kodeks honorowy s’Ilessidów nie pozwalał Lysaerowi pozostawić go na pewną śmierć.
Książę ukląkł i odsunął połę płaszcza. Lekkie poruszenie klatki piersiowej wskazywało na to, że Arithon ciągle jeszcze oddycha. Jego skóra była sucha i chłodna w dotyku, a ciało tkwiło w niepokojącym bezruchu. Z nosa i ust poleciała obficie krew, kiedy Lysaer posadził brata obok studni, opierając go plecami o marmurową cembrowinę, po której piął się bluszcz.
Fontannę, aż po złocony brzeg, wypełniała woda, srebrna i nieruchoma jak polerowany metal. Lysaer zanurzył w niej dłonie, wzbudzając na jej powierzchni maleńkie fale. Podniósł ręce. Kropla wody spadła na pokryty kurzem pustyni policzek Mistrza; po chwili skapnęła z palców księcia i spłynęła cienką strużką między lekko rozchylone wargi Arithona.
Mistrz obudził się natychmiast. Jego mięśnie napięły się niczym cięciwa pod dotykiem rąk Lysaera. Otworzył oczy; były ciemne i twarde jak turmalin. Złapał gwałtownie powietrze. Spazm targnął jego ciałem. Głuchy na ostrzegawczy okrzyk księcia, zwinął się w kłębek i splótł swe delikatne palce muzyka, zasłaniając twarz.
Lysaer złapał przyrodniego brata za ramię.
– Arithonie!
Mistrz opuścił ręce, którymi wcześniej próbował się zasłonić. Wyprostował się i zbladł straszliwie. Nie zauważywszy nawet rozpaczy malującej się na twarzy swego przyrodniego brata, odwrócił się i spojrzał na studnię. Woda już się uspokoiła i znów stała nieruchomo, lśniąc nienaturalnie jak lustro w obramowaniu karbowanych listków bluszczu.
Arithon odetchnął głęboko i odkrył, że jego płuca są zdrowe; rany też zniknęły.
– W tej studni tkwi czar dużo potężniejszy niż w bramie.
Lysaer cofnął dłoń jak oparzony.
– Ale cię uleczyła, prawda?
Mistrz spojrzał na niego z dziwną złością.
– Gdyby uczyniła tylko to, byłbym wdzięczny. Ale stało się też coś innego. Zaszła we mnie zmiana dużo głębsza niż tylko powierzchowne leczenie.
Arithon wstał. Skupiony, obejrzał każde drzewo w wąwozie, a potem podszedł do studni. Książę go obserwował, zaniepokojony tym dokładnym badaniem, podczas gdy Arithon myszkował w bluszczu, który piął się po ocembrowaniu. Poszukiwania zakończyły się ledwie słyszalnym przekleństwem.
Lysaer spojrzał na inskrypcję, którą zakrywały wcześniej pradawne gałązki bluszczu. Ale litery wyryto w starym języku, niezrozumiałym dla kogoś, kto nie był szkolony w czarnoksięstwie. Lysaerowi, mimo najlepszych chęci, nie udało się zachować obojętności.
– Co tam jest napisane? – zapytał zaniepokojony.
Arithon na niego spojrzał.
– Jeżeli te słowa mówią prawdę – odparł w zamyśleniu – to Daelion, Pan Losu, dozna silnego bólu głowy, męcząc się nad swoimi zapiskami, zanim Koło wykona pełny obrót. Wydaje się, że zostaliśmy obdarzeni dodatkowymi pięcioma setkami lat życia przez czarnoksiężnika o imieniu Davien. – Mistrz przerwał, zaklął i zasmucony usiadł na trawie. – Bracie, nie wiem, czy mam ci dziękować za ocalenie życia, czy przeklinać cię, że pozbawiłeś mnie śmierci.
Lysaer nie odpowiedział. Po twardej lekcji tolerancji, jaką dostawał przez pięć dni na pustyni, przestał nienawidzić bękarta swojej matki i odkrył, że nie bardzo ma chęć zastanawiać się nad darem fontanny. Dascen Elur, królestwo, przyjaciele i rodzina byli dla niego straceni i perspektywa pięciu setek lat wydawała się księciu jedynie smutnym ciężarem.


Przejście

Lirenda, Pierwsza Czarodziejka Kręgu Seniorek, patrzyła gniewnie na młodą uczennicę, która siedziała przy stole z zaciśniętymi dłońmi, spoczywającymi między kupkami ziół, szklanymi słoikami i moździerzem, przygotowanym do mieszania składników. W ciszy, zakłóconej jedynie dalekimi okrzykami chłopców, którzy łapali kurczaki dla rzeźnika, twarz mistrzyni rumieniła się z wolna pod czarnymi kosmykami włosów.
– Cóż jeszcze równie niewydarzonego zamierzasz przyrządzić, panienko?
Elaira, której kręcone, kasztanowe włosy w niewiadomy sposób zawsze wymykały się spod najstaranniej nawet wpiętych szpilek, patrzyła uparcie przez zalane deszczem okno na skłębioną mgłę, zacierającą kontury i kształty już od pięciu setek lat, na długo przed jej urodzeniem.
– Asandir podąża pospiesznie zachodnim szlakiem – mówiła dalej mistrzyni. – Każdy czarnoksiężnik Ligi jest zaniepokojony, a ty mi mówisz, że drugie pasmo nie potrzebuje stałego obserwatora. Już ropucha potrafi lepiej przepowiadać.
Elaira przeniosła spojrzenie z okna na rozgniewane oblicze Lirendy.
– Niech warta przy drugim paśmie ruszy do Sithaer! – Odsunęła z niecierpliwością na wpół dokończony magiczny specyfik, wykorzystywany przez pasterzy do ochrony młodych jagniąt przed chorobą płuc, tak częstą u nowo narodzonych zwierząt. – Nie o to mi chodziło. – Nie musiała tłumaczyć, że już samo pojawienie się na ścieżce Asandira z Dakarem będzie dowodem na to, że spełnia się Proroctwo Zachodniej Bramy. Jeżeli powróci słońce, nie będzie już musiała przyrządzać magicznych specyfików przeciwko chorobom, gdyż odejdą razem z mgłą, która była ich przyczyną. Czarodziejki Koriani nie miały wyroczni, ale odgadywały przyszłość i teraźniejszość z obrazów. Nierozważnie wojownicza, Elaira porzuciła wszelki takt i dobre maniery, co nie mogło być jej wybaczone.
– Dlaczego nie miałybyśmy poprosić Sethvira o odnalezienie zaginionego Kamienia Drogi? Jeżeli odzyskamy wielki kryształ, Najwyższa zawsze będzie wiedziała, co się dzieje na świecie, bez tego idiotycznego składania całości z nieistotnych drobiazgów.
Lirenda odetchnęła głośno i zbladła jak płótno. Elaira z trudem powstrzymała się od śmiechu. Chociaż uważała niepokój mistrzyni za coś tak rzadkiego, że niemal godnego rozbawienia, do tej pory pogwałciła protokół już dwukrotnie, poruszając sprawy, które wolno było roztrząsać tylko wśród czarodziejek z Kręgu Seniorek.
Zaginiony podczas chaosu towarzyszącego walkom z Upiorem Mgieł, okrągły kryształ, znany jako Kamień Drogi, potrafił zogniskować moce stu osiemdziesięciu czarodziejek Koriani i stworzyć jedną wielką siłę. Prawdopodobnie Sethvir wiedział, gdzie znajduje się klejnot, ale jej siostry po fachu tradycyjnie odnosiły się z głęboką niechęcią do Ligi Siedmiu. Elaira gardziła głupią dumą swych seniorek, która nie pozwalała im prosić o pomoc. Ale nigdy, aż do tej pory, nie odważyła się powiedzieć o tym głośno. Przez długą chwilę, kiedy pierwsza czarodziejka odzyskiwała z wolna spokój i pewność siebie, Elaira zapragnęła, żeby jej słowa nigdy nie padły.
– Nauczysz się rozwagi. – Lirenda przechyliła głowę z gracją kota wypatrującego ofiary. – Byłaś zajęta dzisiaj przez cały dzień, najpierw wieszcząc, a potem przygotowujące leki na choroby serca, ale skoro masz lekceważący stosunek do obowiązków związanych ze zbieraniem wiadomości, przez następne osiemnaście godzin będziesz obserwować drugie pasmo, bez chwili przerwy. Jeżeli usłyszę chociaż słowo skargi od sprawującej nad tobą pieczę seniorki, doniosę o twoim zachowaniu Najwyższej.
Lirenda okręciła się na pięcie i wyszła z pracowni; szelest jedwabnej sukni zagłuszył na chwilę uderzenia kropel o szyby. Pozostawiona samotnie wśród dojmującej woni ziół i starego kurzu, Elaira przeklinała ze złością. Osiemnaście godzin, a przecież zbliża się burza, myślała z żalem. Szkoda, że jeszcze nie potrafi opanować wszystkich czterech żywiołów, w przeciwnym razie mogłaby spędzić osiemnastogodzinną wartę w ciepłym, suchym i oświetlonym ogniem zaciszu. Ale jej skąpe umiejętności dotyczyły głównie wody. Pozostawiając zapaloną świecę i bałagan na stole usianym słoikami, Elaira zdjęła gwałtownie swój płaszcz z wieszaka, kopnięciem otworzyła drzwi i zeszła po wytartych schodach prosto w chłód popołudnia.
Kamienie starego dziedzińca błyszczały pod jej stopami niczym srebro, pełne rys i szczelin, z których wychylał się mech. Niskie murki, niegdyś obramowania kwietników, teraz kruszyły się pod zarastającym je żywopłotem i gęstwą dzikich róż, zwarzonych przez wczesny przymrozek. Zakrywające słońce mgły sprawiły, że okres wegetacji znacznie się skrócił i wiele roślin nie dawało plonów takich jak niegdyś. Czarne i twarde kulki zepsutych owoców kiwały się na wietrze, niczym zaciśnięte piąstki. Kruk rozpostarł skrzydła nad ociekającą wodą cembrowiną sadzawki z rybkami, a potem wzleciał w kierunki Elairy. Zrezygnowana, czarodziejka usiadła w miejscu, które ptak właśnie opuścił. Spojrzała w słonawe, okolone liśćmi głębiny.
Z wyuczoną stanowczością stłumiła nieprzyjemne wrażenia wywołane deszczem i chłodem i spróbowała uwolnić umysł od irytacji. Szczegóły otoczenia powoli zanikły, ustępując przed wewnętrzną równowagą. Wkrótce poczuła, jak jej umysł nawiedza jakiś słaby, pulsujący świst. Elaira rozpoznała syreni śpiew drugiego pasma, jednego z dwunastu pasm magnetycznej siły, która stanowiła osnowę świata Athery. Dostroiła własną świadomość do tonu pasma, a potem wmieszała się w śpiew płynący z południa na północ, podtrzymywana przez prąd wąskiej ścieżki.
Krople spadały na jej głowę i spływały lodowatą strugą za kołnierz sukni. Elaira drżała, nie zdając sobie z tego sprawy. Z finezją długo praktykowanej samokontroli, łączyła odbicia rezonansu drugiego pasma z siecią rozpostartą między umysłem a wodą. Na powierzchni sadzawki znaczonej kroplami deszczu pojawił się jakiś cień. Jego kształt nabrał ostrości, zawirował i przekształcił się w obraz. Srebrnowłosy czarnoksiężnik i tłusty prorok wstrzymali spienione konie przed porośniętym mchem owalem Bramy Końca Świata. Elaira zgodnie z instrukcjami zarejestrowała ich obecność i podążyła dalej...


Klątwa Mearth

Ruiny miasta Mearth, przeczące wszelkiej architektonicznej celowości, wznosiły się wokoło niczym połamane zęby, które tkwiły w dziąsłach czerwono barwionych, piaskowych wydm. Lysaer wkroczył w cień rzucany przez zachodzące słońce i zaczął się zastanawiać, kto podjął się budowy miasta na takim pustkowiu. Arithon milczał, ograniczając się tylko do stwierdzenia, że prawdopodobnie upał stanowi dla nich mniejsze niebezpieczeństwo niż zagłębianie się w miasto po zmroku. Dlatego przyrodni bracia opuścili wąwóz w samym środku dnia i od tamtej pory nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Arithon pierwszy przerwał milczenie.
– Co wiesz o swoim darze, Lysaerze?
Obawiając się szyderstwa, książę zerknął podejrzliwie na brata. Ale spojrzenie Arithona spoczywało na szczelinie między skruszałymi cegłami, które kiedyś prawdopodobnie były częścią zachodniego posterunku na skraju miasta.
– Jak dobrze potrafisz ogniskować światło? Pytam, bo możemy potrzebować każdej broni.
Chociaż Lysaer wolał nie odpowiadać na to pytanie, groźba niebezpieczeństw zmusiła go do szczerości.
– Nie byłem szkolony tak jak ty, pomijając lekcje uzdrawiania; król wygnał z dworu wszystkich nauczycieli starego porządku, gdy rozpadło się jego małżeństwo. Sam eksperymentowałem. W końcu udało mi się opanować i ujarzmić energię o sile podobnej do błyskawicy. Z pewnością zdołałbym nią zabić.
Pod słowami księcia kryły się lata samotnych zmagań z mocą. Nauka kontrolowania wrodzonej mocy przychodziła mu z wielkim trudem. To, że Arithon miał być świadkiem rezultatów, sprawiło, że książę znów poczuł urazę.
Lysaer przyjrzał się człowiekowi, który kroczył u jego boku. Miał delikatne ręce, ale widać było na nich zgrubienia typowe dla marynarzy. Wszędzie tam, gdzie wykorzystywano statki, Arithon z pewnością wzbudzał respekt. Na stałym zaś lądzie jego bystry umysł i dyscyplina maga mogły być spożytkowane w dowolnie wybrany przezeń sposób. Jeżeli poza granicami Czerwonej Pustyni czekał na nich inny świat, Mistrz nigdy nie będzie tam bezrobotny.
Lysaer pomyślał o własnych zaletach. Jego dorastanie ogniskowało się wokół korony, której już nigdy nie będzie nosił. Jako wygnany książę, na zawsze pozostanie człowiekiem o zdolnościach przywódczych, który nigdy nie będzie nikim dowodził, pozbawiony przywileju urodzenia. W czasie pokoju mógłby szukać zatrudnienia jako prywatny nauczyciel szermierki albo kapitan straży; w czasie wojny byłby jedynie najemnikiem bez honoru. Lysaer wzdragał się na myśl o zabijaniu nie dla sprawy. Zawsze kierował się honorem i dobrem królestwa. Dręczony poczuciem własnej nieprzydatności, książę kroczył w milczeniu, smutny i zadumany.
Słońce zniżyło się na niebie; Mearth leżało blisko. Setki lat bezlitosnych wiatrów zniszczyły zewnętrzne mury. Fragmenty bramy i ścian przypominały pogruchotane szkielety, na wpół zasypane piaskiem. Cytadela nie była duża, ale rozmiary leżących kamieni, które kiedyś tworzyły strażniczą wieżę, dowodziły, że mieszkańcy miasta przewyższali ludzi siłą.
Arithon wdrapał się na ostatnie wzniesienie.
– Jak mówią archiwa, lud zamieszkujący Mearth zajmował się obróbką kamieni szlachetnych, a jego umiejętnościom nikt jeszcze nie dorównał. Klątwę, która pokonała mieszkańców, rzucił czarnoksiężnik. Żebracy, kupcy, panowie, wszyscy zniknęli. Ale w zapiskach Rauven brak jakichkolwiek szczegółów. – Rzucił przelotne spojrzenie na Lysaera. – Nie wiem, co tam znajdziemy.
Lysaer zsuwał się po stromym zboczu wydmy.
– Miasto wygląda na opustoszałe.
Witani tylko przez wycie wiatru, przyrodni bracia dotarli do przerwy w skruszałym murze, która kiedyś była zewnętrzną bramą. W głębi ciągnęła się szeroka aleja, wyznaczona przez rzędy kolumn, podpierających teraz tylko niebo. Nadchodziła noc. Powietrze przenikała ostra woń rozgrzanych kamieni. Obaj mężczyźni, poprzedzani własnym cieniem, wkroczyli do wymarłego miasta. Wiatr świszczał w tysiącach kominów.
Arithon obszedł przewrócony posąg jakiegoś herosa.
– Prawdopodobnie nikogo tu nie ma – zauważył. – Ale miasto nie jest martwe. Lepiej, jak stąd odejdziemy.
Pozbawiony magicznych zmysłów, Lysaer mógł się tylko zastanawiać, co spowodowało niepokój Arithona. Szedł obok maga przez zniszczone dziedzińce, mijał posągi bez głów i rozbite portyki. Cisza dzwoniła mu w uszach, a ciche szuranie stóp trącających kamienie brzmiało szorstko i obco.
Nagle poczuł, jak palce Mistrza zaciskają się na jego łokciu. Zaskoczony, Lysaer spojrzał do góry. Połamane iglice wystrzelały na tle fioletowego nieba, jakby skąpanego we krwi. Dalej wznosił się półokrągły portal Bramy Końca Świata. Pomiędzy kolumnami drgała srebrna pajęczyna mocy, doskonale widoczna nawet z tak dużej odległości.
– Na Daeliona, Kowala Losu, miałeś rację! – Lysaer, uradowany, uśmiechnął się do swego towarzysza. – Z pewnością uwolnimy się od tej Czerwonej Pustyni, zanim zajdzie słońce.
Arithon nie odpowiedział. Lysaer próbował uwolnić łokieć z uścisku brata. Ale palce tamtego zacisnęły się ostrzegawczo. Po chwili także Lysaer dostrzegł to, co Arithon już dawno zauważył.
Po piasku przesuwała się chmura żywej ciemności, która oderwała się od głębokiego mroku, zalegającego pod ruinami studni. Książę patrzył, jak owa dziwna istota, podobna do cienia, pełznie wzdłuż pokruszonej cembrowiny zbiornika. Nie towarzyszył jej jakikolwiek cielesny obiekt.
Arithon wciągnął z sykiem powietrze w płuca.
– Klątwa Mearth. Odejdźmy stąd. – Ruszył naprzód szybkim krokiem. Cień zmienił kierunek i popłynął wprost w jego stronę.
Zdjęty nagłym lękiem, Lysaer dotknął ramienia brata.
– Czy ta istota nie ulegnie twoim umiejętnościom?
– Nie. – Arithon całą uwagę skupiał na wędrującym cieniu. – W każdym razie nie bezpośrednio. To, co widzisz, nie jest prawdziwym cieniem, lecz czymś, co wchłania światło.
Lysaer nie dociekał, w jaki sposób jego przyrodni brat tak trafnie rozszyfrował naturę śledzącej ich ciemności. On sam, za pomocą własnego daru, potrafił odróżnić odbite światło od jego źródła, blask świecy od słońca i wiele innych niuansów. Nie miał jednak wątpliwości, że nauka w Rauven znacznie rozwinęła umiejętności Arithona.
Cień bez ostrzeżenia zmienił kierunek. Niczym atrament rozlany na papierze, potoczył się po piachu i wyciągnął chciwie czarne macki w stronę pierwszego człowieka, który od pięciu setek lat jako pierwszy przekroczył granice miasta Mearth.
Arithon przystanął i wymówił jakieś słowo w starym języku. Lysaer rozpoznał zaklęcie. Potem Mistrz wyciągnął rękę i zacisnął szczupłe palce w pięść. Cień zadrgał i zagotował się niczym płyn w naczyniu.
– Wstrzymałem to. – W głosie Arithona pobrzmiewał wysiłek. Po jego skroniach spływał pot. – Spróbuj użyć daru światła, Lysaerze. Uderz tak mocno i szybko, jak tylko zdołasz.
Książę wyciągnął złożone dłonie i skoncentrował się na wewnętrznym darze, który towarzyszył mu od czasów dzieciństwa. Poczuł, jak czerwone promienie zachodzącego słońca dotykają jego pleców, niezmordowane niczym fale przypływu i zmienne niczym przesiąknięte olejem krzesiwo, jak skupiają się w jedną iskrę w jego umyśle. Ale Lysaer zdecydował, że nie użyje skoncentrowanego fizycznego światła. Przeciwko cieniowi Mearth postanowił wykreować własny blask.
Moc wzrastała, posłuszna jego woli. Z wewnętrznego źródła, którego sam do końca nie pojmował, na zewnątrz emanował siła, znacząc swą drogę leciutkim dzwonieniem. Świadom niedostatków owej metody, ale nie wiedząc, jak je skorygować, Lysaer schwycił energię w sieć koncentracji, a potem otworzył dłonie. Ruchowi towarzyszył trzask. Świetlisty łuk, oślepiający i błyszczący, uderzył w piach, wyzwalając podmuch gorącego pyłu. Kiedy oczy braci odzyskały wreszcie ostrość widzenia, po cieniu nie pozostał nawet ślad.
Arithon odetchnął z ulgą. Spojrzał na przyrodniego brata, a jego twarz wyrażała niekłamany podziw.
– Dobrze sobie poradziłeś. Ten cień skrywał klątwę czarnoksiężnika, przymus zrodzony z jego mocy. Gdyby nas dotknął, opanowałby nasze umysły i zniewolił tak, jak życzył sobie jego twórca. Dharkaron świadkiem, ten cień nie był przyjaźnie nastawiony. Nie mamy tu nic do roboty.
Podniesiony na duchu pochwałą, Lysaer ruszył naprzód już z większą pewnością siebie.
– Co sprawia, że czar jest wrażliwy na światło?
Arithon przyspieszył kroku, by zrównać się z księciem.
– Przeładowanie. Klątwa pojawia się jako cień, gdyż pochłania energię, aby się utrzymać. Ale równowaga, która jest podstawą jej bytu, daje się zniszczyć. Nagły przypływ mocy powoduje czasem, że klątwa się przepala.
Lysaer nie zdążył spytać, co by się stało, gdyby jego moc zawiodła i nie zdołałby ich obronić, gdyż kolejna plama ciemności oderwała się od mroku zalegającego pod gruzami jakichś budowli z kamienia. Po chwili do pierwszej dołączyła następna.
Arithon znów użył swej mocy i umiejętności, i otoczył ich ochronną powłoką. Czujnym okiem obserwował rozlewiska ciemności, pływające na zewnątrz tej osłony. Choć wzmocnił obronę, wokół jakiegoś obalonego posągu formowały się kolejne cienie.
– Na Atha, to miejsce się od nich roi. – Lysaer rozglądał się nerwowo na wszystkie strony, starając się zachować spokój, tak potrzebny do przywołania czaru. Arithon się nie odezwał. Chociaż brama leżała nie dalej niż o rzut kamieniem, wydawało się, że nigdy tam nie dotrą. Zmuszony przez okoliczności, książę zanurzył się w źródło swego daru i uderzył.
Światło wyskoczyło gwałtownie na zewnątrz osłony. Nieoczekiwanie oślepiony przez nagłą plamę jasności, Arithon krzyknął. Piach, świetlna osłona i cienie wyskoczyły do góry, sypiąc iskrami. Wiatr uderzył w otaczające ich głazy niczym gorąca pięść, która spadła z nieba. Lysaer się zachwiał, ogłuszony na chwilę.
Mocne ręce złapały go za ramiona.
– Nie zatrzymuj się. – Arithon popchnął go do przodu.
Książę ruszył przed siebie, potykając się o kamienie. Kiedy odzyskał panowanie nad zmysłami, oszołomionymi nagłym wybuchem, jego oczom ukazała się scena jak z nocnego koszmaru. Bariera Arithona wydymała się nad nimi niczym wielki bąbel; uderzały w nią cienie, liżąc i rozlewając się na owej osłonie, nienasycone i głodne, gotowe zrobić wszystko, by dostać się do swych ofiar, zamkniętych w ochronnym kręgu. Książę popatrzył na przyrodniego brata. Napięte rysy twarzy pokrytej potem na przemian rozbłyskiwały w krwawym świetle zachodzącego słońca i znikały w mroku, kiedy cienie przepływały przed nimi po drugiej stronie bariery. Arithon wyglądał na skrajnie wyczerpanego. Lysaer obawiał się, że jeśli jego brat straci siły, nigdy nie dotrą do bramy. Sekunda po sekundzie, cienie gęstniały coraz bardziej. Z każdą chwilą utrzymanie osłony kosztowało Arithona coraz więcej energii.
Lysaer zebrał siły i uderzył znowu. Światło błysnęło jasno, posyłając hordę cieni w nicość. Książę stąpał po ziemi jak po rozpalonym metalu. Zdecydowany umknąć przed magiczną klątwą Mearth, ruszył biegiem w stronę portalu prowadzącego do innego świata. U jego boku Arithon wzniósł nową barierę. Cienie nadchodziły znowu. Wyłaniały się z pęknięć w kamieniach i budowlach, z zagłębień w piasku. Ich czerń wylewała się niemal zewsząd. Znów zmuszeni do wolniejszego kroku, bracia poruszali się w otoczeniu wirującej ciemności.
Lysaer oddychał ciężko.
– Myślę, że przyciąga je energia światła.
– Ale bez niej jesteśmy skończeni. – Blady z wyczerpania, Arithon nie zauważył stopnia i niemal się przewrócił. Jakby utrata równowagi sygnalizowała słabość ludzi, cienie przysunęły się bliżej i ze zdwojona mocą uderzyły w barierę, niezmordowane i niezłomne.
Lysaer chwycił brata za nadgarstek. Zebrał siły, skoncentrował się i zaatakował. Mearth zatrzęsło się od wybuchu. Kamienie potoczyły się po ziemi, tworząc nadtopione rumowisko. Pod wpływem desperacji, książę sięgał coraz głębiej w zapasy swej magicznej energii. Światło uderzyło ponownie. Piach stopił się w szkło. Wiatr, wzbudzony przez podmuch eksplozji, cisnął im w oczy czarny kurz, zawył i rzucił Arithona niczym marionetkę w ramiona przyrodniego brata. Następny krok zrobili złączeni w uścisku.
– Na ognie Sithaer, czy one nigdy nie zrezygnują? – Z piersi Lysaera wyrwał się okrzyk znamionujący brak nadziei. Chociaż brama widniała zaledwie kilka kroków od nich, jego oczy nie widziały nic poza przerażającymi, kłębiącymi się cieniami. Dręczony straszliwym przekonaniem, że wygnanie pozbawiło go sił i mocy, Lysaer postąpił krok do przodu i z całej siły skupił się koncentracji swej magicznej mocy.
Arithon podtrzymał brata, kiedy ten uderzył światłem.
– Spokojnie, Lysaerze. – Stłumił potężny atak cieniem, ale nie dość szybko, żeby wyeliminować skutki potwornie jasnego rozbłysku.
Światło uderzyło w niebo, a po chwili odezwał się grzmot. Piach, porwany przez trąbę powietrzną, zawirował i spadł na otaczające ich ruiny z hukiem torturowanego kamienia. Lysaer poczuł, jak uginają się pod nim kolana, ale na szczęście Arithon go przytrzymał. Bariera zniknęła, kiedy otoczył przyrodniego brata ramionami i skoczył wraz z nim w jasny, metaliczny blask bramy.
Ciemność zamknęła się za nim jak aksamitna kurtyna. Ciągle przytomny, Arithon poczuł na skórze lodowate igiełki. A potem czar zawładnął jego umysłem. Z ust dobył mu się cichy okrzyk, urwany w pół, kiedy gorący, biały płomień przeniesienia pozbawił go przytomności.


Drapieżnicy

Przez zamglone bagna wędruje jakiś człowiek; kiedy przechodzi obok błotnistych jeziorek, ich woda marszczy się nieznacznie. Błoto oblepia mu buty, ale nie zwraca na to uwagi, trącając pagórki ziemi laską z gładkiego drewna jesionowego...

* * *

Gromada ludzi ubranych w skóry i futra leży w zasadzce pod dowództwem brodatego kapitana, podczas gdy kawalkada wozów załadowanych jedwabiem i kryształami wyłania się z wylotu doliny spowitej mgłą...

* * *

Czarna, uskrzydlona bestia mruży szkarłatne oczy i wzlatuje ze skalnego występu prosto w chmurę; długi, przenikliwy świst przywołuje inne bestie, każąc im sformować szyk za okrytym łuską ogonem przywódcy...




Dodano: 2006-07-27 10:44:07
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wodę na sicie"


Wygraj książkę "Traveler. Wędrowiec"


Artykuły

Wywiad z Brandonem Sandersonem


 Wywiad z Dmitrem Glukhovskym

 Wywiad z Joe Abercrombiem

 Modyfikowany Węgiel - powieść a serial

 Co będzie warto czytać z polskiej fantastyki w 2018 roku?

Recenzje

del Toro, Guillermo & Hogan, Chuck - "Wieczna noc"


 Baxter, Stephen - "Proxima"

 Kosik, Rafał - "Różaniec"

 Bradley, Marion Zimmer - "Mgły Avalonu"

 Golden, Christie - "Cisza przed burzą"

 Brzezińska, Anna - "Woda na sicie"

 Miller, Madeline - "Kirke"

 Pettersen, Siri - "Bańka"

Fragmenty

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Wyprawa"

 Straub, Peter - "Upiorna opowieść"

 Hejankowski, Sebastian - "Światłoczuły"

 Lewandowska, Magdalena i Małgorzata - "Drzewo wspomnień"

 Dworakowski, Witold - "Pani Czterdziestu Żywiołów"

 Kiszela, Marcin - "Ostatni prorok"

 Sudomir, Agnieszka - "Szablon"

 Brzezińska, Anna - "Woda na sicie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2018 nast.pl     RSS      RSS