NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Haldeman, Joe - "Wieczna wojna" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Ukazały się

antologia - "Opowieści niesamowite z języka niemieckiego"


 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Zagubiona przyszłość" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Proxima" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Kosmiczni bracia" (reedycja)

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper" (2020)

 Caldecott, Andrew - "Miasteczko Rotherweird"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

 Gwynne, John - "Gniew"

Linki

Wurts, Janny - "Klątwa Upiora Mgieł"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Wurts, Janny - "Wojny Światła i Cienia"
Tytuł oryginału: Curse of the Mistwraith
Data wydania: Marzec 2006
ISBN: 83-7418-088-9
Format: 135×205mm
Liczba stron: 640
Cena: 39,90
Tom cyklu: 1



Wurts, Janny - "Klątwa Upiora Mgieł" (rozdział 2)

II. Wyrok

Po dwudziestu dniach od wypłynięcia z Południowej Wyspy ostatni ze statków floty pojawił się na horyzoncie, widoczny z Królewskiego Portu. Briane zrefowała żagle i rzuciła kotwicę w porcie stolicy królestwa Amrothu. Wieści o pojmanym s’Ffalennie na jej pokładzie wywołały na dworze ogromne zamieszanie. Szlachcice, zasiadający w komnacie narad, krzyczeli dziko i tańczyli w radosnym uniesieniu. Pierwszy oficer Briane wyszedł z audiencji, otrzymawszy tytuł książęcy. Na jego szyi pysznił się naszyjnik, który jeszcze przed chwilą należał do króla, a palce obu rąk, nawet kciuki, zdobiły pierścienie wręczone mu przez hojnych królewskich doradców. Kiedy wieść przedostała się na ulice, zaczęły gromadzić się rozgniewane tłumy; imię s’Ffalennów było znienawidzone w całym królestwie Amrothu. Strażnicy w ceremonialnych mundurach rozkazali pozamykać sklepy i stragany na ulicy Portowej, a królewska straż honorowa pomaszerowała na rozkaz następcy tronu w kierunku przystani. Miała przetransportować Mistrza Cieni z ładowni Briane do bezpiecznych południowych lochów.
– Ten bękart, czarodziej, jest mój. Ja się nim zajmę – powiedział król.
Na te słowa najwyższy doradca królestwa zmarszczył brwi. Obsesja jego pana i chęć zemsty sprawiły, że wydarzenia biegły szybciej, niż oczekiwał. Chociaż informacje o stanie zdrowia jeńca przedstawiono w raporcie księcia następcy tronu, dokument leżał na dywanie, deptany stopami tłumu faworytów króla, gratulujących mu sukcesu. Sam książę został natychmiast odesłany do strażników, by kontrolować ich poczynania. Inni, którzy orientowali się w stanie więźnia, nie ośmielili się poruszyć tego tematu w obecności króla. Było to zresztą do przewidzenia; władca często wpadał w gniew, kiedy w rozmowie padało imię s’Ffalennów, i wtedy spadały głowy niewinnych.
W całym mieście tylko jedna osoba pozostała nieświadoma tego zamieszania. Arithon s’Ffalenn nie widział, kto niósł go przez strzeżone ulice do południowych lochów w zamku Amrothu. Wciąż pozbawiony przytomności, nie słyszał ani jednego słowa z obscenicznych wyzwisk, jakich nie szczędził mu hałaśliwy tłum, wypełniający szczelnie ulice. Bardziej wytrwali krzyczeli nawet wtedy, kiedy kowal zastąpił sznur, którym spętano dłonie jeńca, kajdanami i żelaznym łańcuchem, stopionym i pozbawionym zamka, żeby nie można było go otworzyć z pomocą magii. Kiedy strażnicy wywlekli go brutalnie z kuźni, więzień wciąż nie słyszał plugawych wyzwisk motłochu. W końcu zaniesiono Mistrza Cieni do celi, która znajdowała się głęboko pod ziemią, wykuta w skale chroniącej Królewski Port od morza. Nie docierał tu żaden odgłos; słychać było tylko piski szczurów. Zamknięty w ciemności, odgrodzony od wolności żelazną kratą, ostatni ze s’Ffalennów leżał na kamieniach pokrytych szronem soli, którą naniosły tu niezliczone powodzie. Mijały godziny. Specyfik, który utrzymywał Arithona w stanie nieświadomości przez ponad dwadzieścia dni, słabł teraz i jeniec powoli zaczął odzyskiwać przytomność.
Wszystko go bolało. Usta miał spieczone z pragnienia, a powieki ciężkie jak z ołowiu. Poczuł w końcu zimno, które dokuczliwie kąsało mu ciało, i spróbował obrócić się na bok. Ruch wywołał eksplozję bólu w głowie jeńca. Na chwilę stracił oddech. Czując, jak ogarnia go ciemność, sięgnął do swego wnętrza i spróbował odzyskać panowanie nad sobą.
Zamiar się nie powiódł, świadomość wymykała mu się niczym nawlekana na igłę nitka. Mimo wprawy, jaką zyskał pod okiem mistrzów czarnoksięstwa w Rauven, jego myśli się rozpierzchały.
Coś było nie w porządku.
Arithon zmusił się do zachowania spokoju. Zaczął od nowa; spróbował ponownie zebrać myśli i wprowadzić się w stan analitycznej obojętności, niezbędnej do rzucenia najprostszego czaru. Nawet proste sztuczki iluzji wymagały doskonałego współgrania ciała i umysłu. Mag potrafił kontrolować moc tylko w stanie najwyższej samoświadomości.
Ale umiejętności jeńca stawiały opór. Zdenerwowany, Arithon walczył, żeby stłumić ból, który szalał niczym płomień w jego głowie. Czy źle ocenił swoje umiejętności i moce? Czarnoksiężnik, który ośmielił się manipulować najwyższą siłą, w końcowym momencie kontaktu także ponosił konsekwencje. Arithon poczuł drobne ukłucie strachu. Błąd podczas rzucania tak potężnego czaru nie mógłby być traktowany jako nic nieznacząca pomyłka, ale jako czyn graniczący nieledwie z samobójstwem. Dlaczego? Wziął drżący, urywany oddech.
Powietrze pachniało stęchlizną, wilgocią i solą, jak kamienie podczas odpływu. Przed oczami miał tylko ciemność. Niezdolny do logicznego rozważenia wydarzeń, Arithon oczyścił umysł i skupił się na stłumieniu wewnętrznego niepokoju, który go nurtował. Krok po kroku, niczym nowicjusz, odcinał myśli od bólu i doznań ciała. Nie było to łatwe. Po pewnym czasie zdołał jednak w pełni odzyskać świadomość. Chociaż zadanie to kosztowało go wiele czasu i wysiłku, w końcu udało mu się skupić na tyle, by dociec przyczyn niemocy.
Z niezwykłą precyzją Arithon dotknął swego umysłowego ja, które powinno istnieć niezależnie od wszelkich wrażeń i doznań z zewnątrz. Coś zimnego opasywało jego kostki i nadgarstki. Przez skórę czuł, że to metal, żelazo. Ci, którzy go schwytali, znali się na rzeczy; zakuli go w żelazo. Arithon odrzucił jednak od siebie wszelkie implikacje, jakie niosło ze sobą to odkrycie. Sięgnął głębiej, zanurzył się pod powierzchnię doznań – zimna, bólu i skurczu mięśni. I odnalazł tam zniszczenie, które sprawiło, że drgnął bezwiednie. Wewnętrzne opanowanie ustąpiło pod wpływem paniki, a w jego pamięci odżyła rozpacz, która kierowała każdym jego działaniem, jakie podejmował od momentu pojmania. Szukał śmierci w gładkim ostrzu miecza, gdyż nie chciał dotrzeć żywy do Amrothu. Ale teraz, och, właśnie teraz, s’Ilessid, który go uwięził, nie miał prawa go zabijać!
Arithon oddychał chrapliwie, rozwścieczony z powodu mdłości, które ściskały mu żołądek. Zamiast go zabić, porywacze go otruli, oszołomili zielem, które niszczyło ciało i umysł, tylko po to, by zaspokoić pragnienie królewskiej zemsty.
Arithon opanował gniew, zdziwiony, że proste ćwiczenie nadwątliło tak mocno jego siły i koncentrację. Wrogowie kazali mu żyć. Nie mógł dać im drugiej okazji ani pozwolić, by otumanili go tym narkotykiem. Jako mag i mistrz znał dokładnie swoje możliwości; istniała szansa, że jego moc, wystawiona na kolejną próbę, stanie się narzędziem destrukcji, a do tego nie wolno dopuścić pod żadnym pozorem. Nauczył się w Rauven, co należy robić, nawet wtedy, kiedy wydaje się, że opanowanie nieodwracalnie opuszcza umysł. Już teraz powietrze, dotykające skóry, doprowadzało go niemalże do agonii, drażniąc zakończenia nerwowe. Żołądek jeńca skręcał się w nudnościach, a usta piekły, słone od potu. Wycieńczone zmysły pchały go na skraj otchłani szaleństwa; miał pewne doświadczenie z narkotykami i środkami, które zwiększały wrażliwość zmysłów, ale na taki atak nie był przygotowany.
Powoli, ostrożnie, Arithon położył się na plecach. Ruch sprawił, że zaczął wymiotować. Po skroniach spływały mu łzy, oddychał nierówno i chrapliwie. Atak mijał; jego umysł wirował niczym olejowy kompas, ściągany przez magnes. Tylko spokój, nakazał sobie, próbując się opanować. Jeżeli nie zachowa ścisłej izolacji umysłu od męki ciała, cierpiącego z powodu odstawienia narkotyku, nigdy nie wytropi i nie zneutralizuje trucizny, która krążyła w jego ciele. Jeżeli jeszcze raz straci nad sobą panowanie, utonie w beznadziejnym, zwierzęcym cierpieniu i być może nigdy się od niego nie uwolni.
Arithon zamknął oczy. Powoli dążył do oddzielenia umysłu od chaosu, który dręczył mu ciało. Zawroty głowy niweczyły jego wysiłki. Zesztywniały mu mięśnie; zaczął głośno łapać powietrze. Próba wzniesienia się ponad uczucie słabości, niemalże pozbawiające go zmysłów, doprowadziła Arithona do omdlenia.
Obudził się, ponownie czując ból. Targany skurczami i gwałtownym dreszczem, szukał w sobie odrobiny jaźni, by znów podjąć próbę odzyskania utraconej kontroli. Wysiłek nie przyniósł żadnego efektu, a jedynie wtrącił go w otchłań rozpaczy.
– Nie! – pełen cierpienia szept przeszedł w echo i zamarł. Myśli jeńca przybrały formę delirium, gdy zewsząd otoczyły go obrazy przeszłości, żywe i jaskrawe, o ostrych krawędziach koszmaru sennego.
Pięć lat rozpłynęło się niczym mgła. Arithon znów ujrzał siebie, opanowanego i spokojnego, kiedy to postawiono go przed wyborem, a on, bez zastanowienia, zdecydował się na trudniejszą drogę. Toczył właśnie bitwę na kulki śnieżne z innymi uczniami w Rauven, kiedy został wezwany przez dziadka. Chłopiec zasiadł na ozdobnym fotelu w jego gabinecie. Śnieg spływał powoli z jego butów i topił się na płytach posadzki, rozgrzanych od ognia w kominku. Otaczała go zewsząd woń atramentu, talku i starego pergaminu, podobnie jak cisza, której nie doceniał w tamtych chłopięcych latach.
– Mam wieści od twojego ojca – zaczął wysoki mag.
Arithon na niego spojrzał; nie potrafił opanować podniecenia. W końcu Avar, król Karthanu, raczył zauważyć istnienie syna, do tej pory wychowywanego przez czarnoksiężników z Rauven. Ale chłopiec się nie odezwał. Nie pozwoliłby sobie na niestosowne zachowanie wobec wysokiego maga.
Czarnoksiężnik obrzucił chłopca uważnym spojrzeniem ciemnych i beznamiętnych oczu.
– Twój ojciec nie ma potomka. Poprosił mnie, żebym to ciebie obwołał następcą tronu. – Wysoki mag podniósł z uśmiechem dłoń, uciszając Arithona. – Już mu odpowiedziałem. Będziesz miał dwa lata, by samemu zdecydować.
Arithon zapomniał o dobrym wychowaniu.
– Ale ja już teraz się zdecydowałem! – Marzył często o tym, że otrzymuje od ojca koronę. – Pojadę do Karthanu, użyję magii, żeby uwolnić wodę drzemiącą pod piaskiem, i sprawię, że ziemia znów stanie się zielona. A kiedy na polach pojawi się ziarno, ludzie nie będą już musieli pływać po morzach i przelewać krwi. Zakończę wówczas waśń między s’Ffalennami i s’Ilessidami.
– Mój chłopcze, masz wielkie ambicje. – Głos wysokiego maga nadal był spokojny. – Ale nie możesz się tak spieszyć. Twój talent objawia się najpełniej w muzyce i iluzjach. Przejawiasz wielkie zdolności w owych dziedzinach. Ale król nie ma czasu na takie sztuki. Jako władca całego narodu musi służyć przede wszystkim swym poddanym.
Ostrzeżenie wysokiego maga zabrzmiało niczym grzmot w wypełnionym marzeniami umyśle Arithona. Głupcze, skarcił sam siebie w myślach, nie uda ci się zostać królem. Ale wizja wywołana narkotykiem załamała się jak fala przyboju, tłumiąc wszelki opór. Arithon poczuł, jak przenosi się do innego czasu i znów wchodzi do tego samego gabinetu. A potem krótka przerwa, podczas której walczył o odzyskanie przytomności, minęła – zobaczył siebie, jak klęczy przed wysokim magiem i żegna się z miejscem, które było mu ukochanym domem przez dwadzieścia lat.
– Jak tu zostać? – Arithon usłyszał siebie, mówiącego te słowa, gdyż dwa lata nauki sprawiły, że stał się mądrzejszy. – Jak zostać w Rauven, studiować nuty i książki, kiedy lud mojego ojca, i mój także, musi słać swoich mężów i synów na poszukiwanie żywności? Jak zlekceważyć ich potrzeby? Jestem władny zanieść Karthanowi nadzieję na przyszły pokój.
Arithon spojrzał na twarz wysokiego maga i wyczytał z niej okrutną prawdę. Posłuchaj swego serca, błagała go torturowana narkotykiem podświadomość. Zapomnij o królestwie. Odrzuć dziedzictwo ojca. Karthan może się stać żyzny od morza do morza, ale Amroth nigdy nie wyrzeknie się nienawiści. Czy jesteś gotów cierpieć zemstę s’Ilessidów przez pamięć na złamaną przysięgę małżeńską twojej matki?
I znów czas wymknął się spod władzy świadomości. Arithon usłyszał samego siebie, składającego przysięgę lojalności. Czuł mocne, bezduszne dłonie swego ojca, które spoczywały na jego ciemnowłosej głowie. Podniósł się, płonąc z dumy i poczucia celu, i na oczach osmalonych morskim wiatrem kapitanów Karthanu przyjął miecz Avara jako symbol dziedzictwa.
Broń króla była bardzo piękna. Wspomnienie ciemnej, jakby przydymionej stali, zmroziło dłoń Arithona, a piękno srebrnych inskrypcji, które oplatały ostrze, pozbawiło go na chwilę tchu. Według legendy miecz jego ojca został wykonany dłońmi znacznie bardziej utalentowanymi niż ludzkie. W tej chwili Arithon był gotów uwierzyć w tę opowieść. Dalsza część jego planu okazała się trudniejsza do zrealizowania.
Po raz kolejny klęczał przed wysokim magiem. Szmaragd, wprawiony w głownię miecza, migotał w świetle ognia, kiedy Arithon położył broń u stóp czarnoksiężnika.
– Niech to ostrze zostanie w Rauven, żeby przypieczętować moje zobowiązanie. Odchodzę, żeby przywrócić pokój w królestwie Karthanu.
Arithon stał wyprostowany, bojąc się spojrzeć w twarz swojego ojca. Bał się, że zobaczy na niej gniew. Ale kapitanowie Karthanu podnieśli radosny zgiełk, a Avar uśmiechnął się do swojego następcy co najmniej z aprobatą. Do tej chwili Arithon nie pamiętał zbyt wyraźnie słów maga, które padły przy pożegnaniu, kiedy to opuszczał swego nauczyciela. Teraz powróciły do niego z siłą rogu Dharkarona, kpiąc ze zrujnowanych marzeń i nadziei; dręczyły go teraz, kiedy już zdawał sobie sprawę ze stanu rzeczy.
– Mój wnuku, przedłożyłeś odpowiedzialność nad wrodzone talenty. To trudny wybór. Bez względu na to, czy wygrasz, czy przegrasz, oddasz całego siebie na usługi innych. Chociaż ludzi inspiruje śpiew barda albo opowieść gawędziarza, żaden z nich ich nie poprowadzi. To, czego się nauczyłeś w Rauven, nie może być nigdy wykorzystane dla politycznych celów, nieważne jak silną odczujesz pokusę. Musisz poprowadzić swoje królestwo, aż w końcu osiągnie tę samą harmonię, którą pragnąłeś znaleźć w darach i talentach, teraz przez ciebie odrzuconych. Ballada, którą napiszesz, czar, który rzucisz, muszą się potem odnaleźć w sercach i ziemi Karthanu. I niech błogosławieństwo pomyślności towarzyszy twym wysiłkom.
Oderwany od wspomnienia ostatniego uścisku, jakim obdarzył go dziadek, Arithon próbował zatrzymać umykający czas. Ale resztki oszołomienia mu na to nie pozwoliły. Znów żeglował i znosił nędzę i ubóstwo Karthanu. Płakał, wspominając ciche cierpienie wdów, kiedy odczytywał im listy poległych; srebrne łzy płynęły po policzkach. Był zbyt dumny, żeby zasłonić twarz i ukryć ból.
Arithon krzyknął, udręczony widokiem floty płynącej pod banderą leoparda, znakiem s’Ffalennów.
– Powstrzymajcie ich! Niech ktoś ich powstrzyma!
Niezmierzony gniew nadał mu moc giganta. Wyciągnął dłonie i schwycił góry; próbował osłonić nimi brygantyny stojące w porcie. Na ich pokładach byli synowie, ojcowie i bracia, którzy nigdy nie mieli już powrócić. Ale wiatr wydymał brudnoczerwone żagle. Statki wyśliznęły się z pozbawionych siły palców.
Przekształcanie zatrutych obszarów uprawnych Karthanu przebiegało zbyt wolno, żeby sprowadzić deszcz. Ostatnią wyprawę podjęto, żeby wybłagać pomoc u magów w Rauven. Torturowany okrutnymi wyrzutami sumienia, Arithon czuł swym ciałem krew i śmierć. Krzyczał głośno w celi, podczas gdy bitwa, która kosztowała życie jego ojca i wolność jego samego, otwierała się przed oczyma jego pamięci niczym potworna rana. Wessany w karuzelę przemocy, dręczony przez poczucie winy, które go oślepiało, Arithon znów krzyknął.

– Użyłem magii, Ath mi świadkiem. Ale nigdy po to, by zabijać. Nawet nie po to, by ochronić mego ojca i pana.
Jego krzyki sprowadziły strażników. Drzwi celi otworzyły się z hukiem, wywołując gromkie echo. Kapitan królewskich halabardników spojrzał na drżącego i miotającego się więźnia.
– Na Dharkarona, to już chyba koniec.
Oczy Arithona otworzyły się nagle, niczym dwie ciemne, pozbawione światła dziury. Mężczyzna się nad nim pochylił. Zbroja i jasny warkocz tworzyły konstelacje gwiazd nad głową jeńca. Widział tylko broń, wykutą po to, żeby zabijać, przymocowaną do ramienia, pasa, biodra; metal błyszczał ogniście niczym wrota piekieł. Ręce w metalowej rękawicy wyciągnęły się do niego, palec dotknął spoconej skóry.
Arithon zwinął się w kłębek. Łańcuch uderzył o kamień, kiedy jeniec wyrzucił ramiona ponad głowę.
– Majaczy w gorączce – powiedział ktoś.
Arithon wiedział, że to nieprawda. Było mu zimno, mroził go zimny uścisk stali, która opasywała jego nadgarstki i dotykała policzka. Wydawało mu się, że krew powoli zamarza mu w żyłach.
– Sprowadźcie królewskiego uzdrowiciela – usłyszał podniesiony głos. – Szybko!
Zakute w stal palce złapały Arithona za ramiona. Zrodzony z narkotyku demon w jego głowie podburzał go do buntu. Nikt na świecie nie uchroni go przed jego losem. Będzie zabawką dla dworzan Amrothu. Arithon wyrwał się nagle, a strażnik nie był przygotowany na tak silny atak wściekłości. Jeniec szarpnął się i na wpół uwolniony kopnął z całej siły w nogę najbliżej stojącego człowieka. Świsnął łańcuch, uderzając niezbyt mocno i pozostawiając jedynie siniaki.
– A niech cię Sithaer pochłonie! – Ugodzony strażnik w odwecie też wymierzył kopniaka. Jego but trafił Arithona w głowę i w tym momencie runęło sklepienie, miażdżąc pochodnie, ludzi i głosy. Zapadła ciemność.

* * *

Bankiet na cześć upadku ostatniego z rodu s’Ffalenn był wspaniały, chociaż przygotowywano go w pośpiechu i zapraszano gości w ostatniej chwili. Król zasiadał u szczytu stołu. Prezentował się bardzo okazale w szacie z brokatu w kolorze indygo; jego rude włosy tylko nieznacznie przyprószała siwizna. Władca gestykulował zamaszyście i niemalże zmuszał gości, żeby dzielili z nim radość ze szczęśliwego zrządzenia losu. Przed królewskim podium, na stołach, tłoczyły się butelki przedniego wina, po jednej dla każdego z s’Ilessidów, który padł z ręki s’Ffalennów. Ponieważ do ogólnej sumy wliczano także kuzynów w drugiej i trzeciej linii, podobnie jak ważnych obywateli, stoły uginały się od szkła, jako że konflikt pomiędzy rodami trwał już siedem pokoleń. Trzeba było wysłać statki, które w wielkim pośpiechu przywoziły wino z sąsiedniego hrabstwa, gdyż zapasy w piwnicach króla okazały się niewystarczające.
W wielkim holu zasiadali najmożniejsi dworzanie w bogatych szatach. Zebrali się po to, by ucztować i pić, aż ukaże się dno w ostatniej butelce. Panował radosny nastrój. Kiedy podano deser, kilku dostojników chrapało już pod stołami; nawet rozważni goście podchmielili sobie i teraz ulegli atmosferze szalonej zabawy. O północy na uczcie pojawił się królewski uzdrowiciel. Szary niczym chwast, który wyrósł wśród różnobarwnych kwiatów, przepychał się pomiędzy ławami i stołami, aż wreszcie z ukłonem stanął przed obliczem swego władcy.
– Wasza Wysokość, proszę o chwilę rozmowy. Chodzi o stan zdrowia twego więźnia. – Uzdrowiciel znieruchomiał, zakłopotany ciszą, jaka nagle zapadła za jego plecami. Dworzanie nadstawili uszu. Z niechęcią myślał o tym, że musi zakłócać ucztę takimi wiadomościami, ale długa, męcząca godzina, jaką spędził w południowych lochach, wyczerpała ostatnie pokłady jego cierpliwości. – S’Ffalenn bardzo cierpi z powodu uzależnienia od narkotyku, jaki dostawał na pokładzie Briane.
Król gestem uciszył muzyków. Rozmowy, tańce i śmiechy powoli przeradzały się w cichy szum. W ogromnej sali, migoczącej tysiącami świec, których blask odbijał się w złotej zastawie, zapadła cisza.
– Czy bardzo z nim źle? – zapytał król. Jego głos był zbyt łagodny.
Uzdrowiciel, zorientowawszy się w niebezpieczeństwie, starannie dobierał słowa. Potrzebował sześciu strażników, by unieruchomić więźnia w trakcie badania. Rozświetlone, bliskie ciepło wielkiego holu sprawiało, że sceny w lochu jawiły mu się odległym koszmarnym snem. Drżąc, zdecydował się powiedzieć prawdę.
– Życie jeńca wisi na włosku. Ziele, którego użyto, aby pozbawić go przytomności, jest silnie uzależniające. Przedawkowanie – a takiego doświadczył – bardzo często daje efekt uzależnienia nieodwracalnego. Odstawienie specyfiku wywołuje szaleństwo, na które nie ma leku.
Król zacisnął dłoń na trzonku noża do chleba, aż pobielały mu knykcie, a ostrze zadrżało, rzucając blaski niczym błyskawice podczas silnej burzy.
– Arithon s’Ffalenn jest więźniem królewskiego rodu Amrothu. Głowa tego, który ośmieli się wmieszać w jego przeznaczenie, spadnie z ręki kata.
W sali zapadła martwa cisza; muzycy kręcili się niespokojnie nad milczącymi instrumentami, a doradcy siedzący tuż przy podium wstrzymali oddech.
– Uzdrowiciel Briane został zmuszony do podania leku, mój panie – rozległ się w ciszy głos księcia. – Myślałem, że w raporcie wyraziłem się jasno.
Wszystkie oczy zwróciły się na szczupłą sylwetkę księcia, który wyłonił się spośród tancerzy na parkiecie. Książę przystanął tylko na chwilę, by posadzić swą piękną partnerkę na miejscu. Podobny do ojca, z wyjątkiem włosów – jasnych, nie zaś rudych – ruszył w kierunku podium.
– To na mój rozkaz utrzymywano s’Ffalenna pod wpływem tego ziela.
– Twój rozkaz! – Król Amrothu zmierzył swego syna wściekłym spojrzeniem zmrużonych oczu. – Ty nieudolny szczeniaku! Jak śmiałeś tak się cackać z wrogiem, którego narodziny są skazą na honorze naszego królestwa?
Obecni w sali dworzanie znieruchomieli, a Lysaer zbladł. Bywał już świadkiem gniewu o ojca, ale król nigdy nie wypowiadał się publicznie na temat zdrady małżonki. Ostrzeżony tymi niecodziennymi słowami, książę ukłonił się z respektem, zachowując dworski ceremoniał.
– Wasza Wysokość, zrobiłem to, by zapewnić więźniowi bezpieczeństwo. Jeniec potrafi panować nad cieniem i przeszedł szkolenie w Rauven, więc jest bardzo niebezpieczny. Żaden z naszych statków wojennych, pływających po oceanie, nie zdołałby przewieźć go bezpiecznie, gdyby zachował przytomność. Zastosowanie narkotyku było jedynym wyjściem.
Wśród dworzan zgromadzonych w holu rozszedł się szmer aprobaty, a wielu z królewskich doradców obdarzyło księcia przychylnym spojrzeniem.
Ale władca Amrothu rzucił z wściekłością nóż, jakby jego syn nie powiedział ani słowa. Oczy, szare jak jesienna szaruga, spoczęły ciężko na obliczu uzdrowiciela.
– Co zrobić, żeby ocalić tego bękarta s’Ffalennów?
Uzdrowiciel potrząsnął znużony głową.
– Rokowania nie są dobre, Wasza Wysokość. Jeżeli będziemy podawać chłopcu narkotyk, zmarnieje i umrze. Jeżeli odstawimy ziele, szok spowoduje agonię, która może być zbyt gwałtowna, by jego umysł to zniósł.
Faworyty królewskie, siedzące na podium, zamarły w pełnym przerażenia milczeniu, ale władca tylko szarpał się za brodę upierścienionymi palcami.
– Czy Arithon będzie świadomy cierpienia?
Ponury uzdrowiciel natychmiast pojął cenę swej uczciwości.
– Najprawdopodobniej, mój panie.
– Doskonale. – Król skinął na pazia, który bezzwłocznie pobiegł po skrybę. Kiedy zgarbiony stary człowiek dotarł na podium ze swymi inkaustami i pergaminami, królewskie czoło zdążyło się już wygładzić. Uśmiech, który zastąpił gniewny grymas, z pewnością pozwolił odetchnąć dworzanom z ulgą, ale jeńcowi nie wróżył niczego dobrego.
W holu znów zapadła cisza. Rozparty wygodnie, opierając stopy o blat stołu, król wydawał rozkazy swemu uzdrowicielowi.
– Arithon ma stanąć przed moim obliczem za dwa tygodnie, wyleczony z uzależnienia. Rozkazujemy ci użyć wszelkich sił i środków, żeby jego umysł zniósł odstawienie narkotyku bez uszczerbku. Jeżeli ci się to uda, zostaniesz nagrodzony setką monet w złocie. – Król wziął winogrono z misy stojącej przy jego łokciu i zgniótł je w zębach. – Ale jeśli Arithon umrze albo straci rozum, zostaniesz pozbawiony życia. Uzdrowiciel z Briane także.
Uzdrowiciel pokłonił się przerażony, ale zbyt mądry, żeby protestować. Tylko Lysaer odważył się zareagować. Zadano kłam jego słowom, więc podszedł do skraju podium i uderzył pięścią w stół.
Po raz pierwszy, jak sięgano pamięcią, król odtrącił swego pierworodnego syna.
– Niech to będzie lekcją dla księcia, który lekceważy autorytet ojcowski.
Skryba otworzył blat swego przenośnego stolika. Zbyt przestraszony, by zdradzać jakiekolwiek uczucia, zaskrobał świeżo zaostrzonym piórem na czystej karcie pergaminu, zapisując w oficjalnej formie warunki ocalenia Arithona, związanego teraz z życiem dwóch uzdrowicieli. Dokument nabrał mocy prawnej z chwilą, kiedy skryba odbił w ciepłym wosku królewską pieczęć.
Król złapał za puchar i wzniósł go w toaście.
– Za upadek s’Ffalennów!
Zebrani dworzanie zawtórowali mu wesołymi okrzykami. Ale następca tronu, pałający wściekłością przed obliczem ojca, nie wypił wina.

* * *

Królewski uzdrowiciel, który dla południowych lochów i Mistrza Cieni musiał wyrzec się kolacji, wyrzucił z serca wszelkie miłosierdzie. Rozkaz króla były jasny i bezdyskusyjny: Arithon s’Ffalenn musi zostać uwolniony od narkotyku. Męczony bólem artretycznych kolan, uzdrowiciel klęczał na zimnym kamieniu i klął. Nowicjusz w jego profesji uznałby, że postawionego przed nim zadania nie da się zrealizować. Czas powodował, że ciało uzależnionego domagało się coraz więcej ziela, a dawki, jakie otrzymywał Arithon na pokładzie Briane, znacznie przekraczały dopuszczalną normę. Odstawienie narkotyku spowoduje u pacjenta cierpienie. Nawet jeżeli jego umysł nie zatraci się w szaleństwie, ciało może tego nie wytrzymać.
Uzdrowiciel uniósł dłonie znad naprężonych i drżących mięśni jeńca i skinął na strażników.
– Puśćcie go.
Strażnicy odsunęli się od więźnia. Pozbawiony nacisku ludzkich dłoni, Arithon podciągnął kolana i zwinięty w kłębek jęczał, zanurzony w otchłani cierpienia.
Niewiele można było zrobić, żeby złagodzić ten ból. Uzdrowiciel kazał przynieść siennik i koce, po czym okrył zmarzniętego Arithona. Rozkazał pomocnikom owinąć buty flanelą, żeby nie robili hałasu i nie wzbudzali echa. Trzymali jeńca, kiedy zbyt mocno się rzucał. A gdy nie mogli dać sobie z nim rady, uzdrowiciel poił go starannie odmierzoną miksturą narkotyku. Arithon dostawał odrobinę ziela, żeby się uspokoić, ale nie nasycić. Kiedy tracił kontrolę nad ciałem, jego opiekunowie zmieniali brudne koce i prześcieradła.
Ranek przyniósł lekką poprawę. Uzdrowiciel posłał po worki z piaskiem, żeby unieruchomić głowę jeńca, kiedy usiłowali wmusić mu odrobinę ziołowej herbaty. W południe do lochu wszedł Jego Wysokość król Amrothu.
Przybył sam, bez asysty. Ubrany był w podbity jedwabiem, wspaniały dublet; na jego twarzy nie pozostał nawet ślad po zeszłonocnym pijaństwie. Strażnicy i pomocnicy uzdrowiciela rozstępowali się, kiedy Jego Wysokość przemierzał celę. Obcasy jego butów, niewytłumione filcem, budziły głośne echo wśród kamiennych murów. Uzdrowiciel skłonił się głęboko.
Nie zwracając uwagi na uprzejmości starca, król zatrzymał się przy legowisku jeńca i chciwie wpatrzył się w jego twarz. Bękart wyglądał zupełnie inaczej, niż się spodziewał. W oczach człowieka, który urodził się niemalże z mieczem w dłoni, ręce spoczywające na kocu były zbyt delikatne i wąskie.
– Wasza Wysokość? – Uzdrowiciel podszedł do króla, mnąc nerwowo ubranie. – Twoja obecność może zaszkodzić jeńcowi.
Król popatrzył na uzdrowiciela oczami pełnymi wrogości.
– Tak mówisz? – Złapał upierścienioną dłonią na skraj koca i odrzucił go na bok, odsłaniając ciało swego wroga. – Czy uważasz, że ten bękart doceni twoją troskę? Przecież masz do czynienia ze złoczyńcą.
Kiedy uzdrowiciel nie odpowiedział, król znów spojrzał na jeńca i napotkał jego zielone oczy, szeroko otwarte i całkiem przytomne.
Arithon odetchnął ostrożnie.
– Moja matka przyprawiła ci wspaniałe rogi – powiedział z uśmiechem. – Mówią, że ciągle je widać. Czy przyszedłeś tutaj, żeby mnie dobić, czy żeby napawać się zwycięstwem?
Król go uderzył. Cios twardej pięści, wymierzony w bezbronne ciało, zaskoczył nawet strażników, którzy stali w korytarzu.
Wstrząśnięty uzdrowiciel stracił panowanie nad sobą i złapał króla za rękaw.
– Więzień jest zbyt chory, żeby odpowiadać za swoje słowa, Wasza Miłość. Proszę, okaż litość.
Król strząsnął rękę starca.
– To s’Ffalenn. A ty jesteś bezczelny.
Lecz król Amrothu nie mógł już dłużej dręczyć jeńca. Arithon w tym jednym geście buntu wyczerpał wszystkie swoje siły i wkrótce narkotyk znów przejął nad nim władzę. Król patrzył, jak więzień wije się w męczarniach, a miejsce po uderzeniu pięścią czerwieni się na tle pobladłej skóry. Ścięgna prężyły się pod skórą nadgarstków Mistrza Cieni. Smukłe palce, które snuły iluzje o tak wielkiej sile zniszczenia, teraz zacisnęły się bezradnie. Zielone oczy zmętniały i otworzyły się szeroko, powleczone mgłą bólu.
Gorliwie, niczym zazdrosny kochanek, król obserwował początki nowej męki. Został w celi do chwili, gdy Arithon wziął głęboki, urywany oddech i krzyknął głośno z bólu. Ale słowa wymówił w starym języku, używanym tylko w Rauven. Pozbawiony satysfakcji, król opuścił koc. Wełna skłębiła się niczym stos i przykryła pozbawioną zmysłów nieszczęsną postać jego wroga.
– Nie przejmuj się tak bardzo – powiedział władca, kiedy uzdrowiciel podszedł do posłania, żeby poprawić koce. – Nie zamierzamy dręczyć Arithona, dopóki nie odzyska przytomności, by wiedzieć, kim jest.
Kiedy tylko król wyszedł, uzdrowiciel kazał pomocnikowi zmieszać świeży napój. Podanie narkotyku w tym momencie było niezgodne z założonym tokiem leczenia, ale objawy chorego nie pozostawiały innego wyjścia.
– Myślę, że jakoś poradzę sobie bez tego – z ust Arithona dobyły się urywane słowa, a w oczach pojawiła się nagle przytomność.
– A więc tylko udawałeś? – zapytał zaskoczony uzdrowiciel.
Przez twarz jeńca przemknął cień wesołości, a potem jego obrzmiałe i sine usta znów się zamknęły.
– Zagrałem Jego Wysokości fragment z bardzo kiepskiej sztuki – padła słaba, lecz ironiczna odpowiedź. A potem Arithon zamknął oczy i przez długą chwilę leżał bez ruchu, jakby pogrążony we śnie.
Jednakże królewski uzdrowiciel nie dał temu wiary. Kazał przynieść sobie krzesło i przygotował się na długie czuwanie. Leczył już żołnierzy, którzy doświadczali agonii uzależnienia po przedłużonym stosowaniu narkotyku, kiedy ich rany wymagały silnego znieczulenia. Żołnierze byli ludźmi przyzwyczajonymi do ciężkich warunków, mieli dobrą kondycję i byli twardzi; i podobnie jak Arithon zaczynali pozbywać się uzależnienia, walcząc z nim nieruchomo i bez jęku, w niekończącym się bólu ciała i ducha. Wyszkolony umysł maga potrafił opóźnić działanie trucizny, krążącej bezustannie w jego żyłach, ale kiedy halucynacje powoli odbierały mu rozum, nawet on musiał w końcu stracić panowanie nad sobą. Uzdrowiciel wiedział, że pacjent zacznie niebawem oddychać szybciej. Mięśnie, po kolei, zaczną drgać i ulegać skurczowi, w końcu całe ciało ogarną konwulsje. Ręce się zacisną, palce splączą i zesztywnieją, głowa zaś pocznie uderzać o poduszkę. Potem, kiedy świadomość odpłynie w morzu bólu, a umysł ogarną koszmarne wizje, z ust chorego dobędzie się rozpaczliwy krzyk.
Kiedy ściągnięte wargi Arithona rozwarły się nagle i młodzieniec, nie panując nad ciałem, wciągnął gwałtownie powietrze do płuc, uzdrowiciel stłumił szorstkie, bolesne krzyki, przykrywając twarz chorego kocem. Uczynił to z delikatnością, którą mógłby okazać synowi. Pomocnik pobiegł po napój. W przerwie pomiędzy atakami, zanim Arithon stracił przytomność, w jego oczach widniała głęboka wdzięczność.
Uzdrowiciel wygładził wilgotne, pogniecione prześcieradła i zaczął masować skurczone mięśnie swego pacjenta, aż ich drżenie ustało. Potem, zmęczony do nieprzytomności, wstał i przeciągnął się.
– Niech dzięki będą Athowi! – powiedział głośno, kiedy jeden z jego pomocników oznajmił mu, że słońce już dawno zaszło. – Ten człowiek ma wolę niczym stalowa lina.

* * *

Następnego ranka lekarstwo nie było już potrzebne. Przez ostatnie godziny Arithon był w pełni przytomny i panował nad sobą. Choć opierał się chorobie z wielką determinacją, wzbudzając podziw uzdrowiciela, zapłacił za to wysoką cenę. Pozbawiony sił, wyczerpany i wychudzony tak bardzo, że pod bladą skórą widniały kości, ścięgna i żyły, więzień bardziej przypominał trupa niż żywego człowieka.
Kiedy Arithon zbudził się po raz pierwszy z normalnego już i spokojnego snu, uzdrowiciel przyszedł z nim porozmawiać.
– Nie zamierzam mówić królowi, że odzyskałeś przytomność, dopóki nie będzie to absolutnie konieczne. Potrzebujesz wiele czasu, by wrócić do sił.
Więzień zareagował na te słowa w sposób całkowicie nieoczekiwany. Na twarzy człowieka, który był zbyt wyczerpany, by ukrywać emocje, pojawił się cień niechęci.
– To zbyt duże ryzyko. Król z pewnością każe cię stracić za takie postępowanie. A ja i tak będę cierpiał aż do chwili, gdy moje ciało i umysł przestaną cokolwiek odczuwać. – Arithon obrócił się twarzą do ściany, zbyt spięty, żeby wyrazić swoje najgłębsze obawy: ból i rozpacz wytrącały go z równowagi. W tej chwili z trudem panował nad sobą; najmniejsza prowokacja mogła doprowadzić go do załamania i chęci posłużenia się niezgodną z zasadami ataku magiczną mocą. – Jeżeli mam być kozłem ofiarnym na oczach całego dworu Amrothu, lepiej żeby nastąpiło to jak najszybciej. Myślę, że teraz kiedy jestem wolny od narkotyku, jakoś to zniosę. – W jego głosie pojawiła się nuta ironii zabarwionej bólem. – Jeżeli chcesz okazać mi litość, powiedz królowi, że odzyskałem przytomność już dzisiaj.
Uzdrowiciel podniósł się gwałtownie. Nie potrafił wykrztusić ani słowa, położył tylko delikatnie rękę na chudym ramieniu Arithona gestem pełnym otuchy. A potem odszedł, żeby uzyskać posłuchanie u króla. Nie mógł się uwolnić od myśli, że jeszcze pożałuje opieki nad Mistrzem Cieni, ale nigdy nie sądził, że dozna wobec niego współczucia.

* * *

W dniu, w którym Arithon s’Ffalenn miał stanąć przed obliczem króla Amrothu, sala sądów, ozdobiona marmurowymi kolumnami, pękała w szwach, zatłoczona do granic możliwości dworzanami i urzędnikami w najpiękniejszych jedwabiach, miękkich futrach i migoczących klejnotach. Również następca tronu był obecny, pomimo incydentu, do jakiego doszło na uczcie z okazji pojmania wroga; od tamtej pory książę nie cieszył się łaskami ojca. Chociaż odczuwał upokorzenie, że jego krzesło, stojące na podium obok tronu, pozostanie tego dnia puste, przeważyło jednak wrodzone poczucie obowiązku. Lysaer, który zasiadł w bocznej galerii, przeznaczonej dla zwyczajnych gości, pochylił się do przodu, kiedy otwarto ozdobne drzwi. Weszli halabardnicy w królewskich barwach. Pomiędzy nimi szedł więzień otoczony nagimi ostrzami mieczy. Przez komnatę przebiegło westchnienie; głowy wysoko urodzonych zwróciły się ku jeńcowi.
Lysaer przypatrywał się Mistrzowi Cieni z wytężoną uwagą i mieszanymi uczuciami. Narkotyk wycieńczył Arithona. Zwykła wieśniacza tunika, którą nosił zamiast podartego starego ubrania, zwisała luźno na jego ramionach. Na wychudzonej, kościstej twarzy nie gościło żadne uczucie, jakby łańcuchy, które pętały nogi i ręce więźnia, nie przysparzały mu cierpień. Jego pozbawiony zwinności, wysilony chód jednak temu zaprzeczał. Rzucane szeptem zniewagi, dolatujące od strony galerii, nie budziły w nim żadnej reakcji. Kiedy więzień i jego eskorta dotarli do podnóża podium, Lysaer dostrzegł niepokojącą osobliwość. S’Ffalenn wcześniej starał się za wszelką cenę uniknąć sytuacji, do której właśnie doszło, a teraz nie okazywał ani cienia strachu.
Oślepiony blaskiem świec po długich tygodniach spędzonych w lochu, Arithon zmrużył oczy, stojąc przed obsypanym klejnotami królewskim dworem. Tłum na zatłoczonych galeriach znieruchomiał, kiedy jego zimne niczym ocean spojrzenie przesunęło się po obliczach dworzan, prześliznęło po sztandarach i bogatych gobelinach, musnęło dygnitarzy stojących na podium i wreszcie spoczęło na osobie króla.
– Uklęknij – rozkazał władca królestwa Amrothu. Na tę chwilę czekał trzydzieści lat.
Arithon, stojący pośrodku marmurowej podłogi, nawet nie drgnął. Jego oczy nadal spoglądały gdzieś w dal, niczym oczy śpiącego; wydawało się, że nie usłyszał skierowanych do niego słów. Szeregi dworzan przebiegł szmer zdziwienia. Tylko Lysaer zmarszczył brwi, zaniepokojony absurdalnością sytuacji. Dobrze i na zimno przygotowana manipulacja, jakiej cudem zdołał uniknąć w ładowni z żaglami na Briane, nie była zbiegiem okoliczności. Jeżeli sprytny, panujący nad sobą człowiek, który posiada magiczne umiejętności, decyduje się na tak brawurowy akt, to powody nie mogą być błahe. Ale uwagę księcia zwrócił w tym momencie gest króla, który skinął na halabardników.
Ogrom sali pozwalał na swobodę ruchu. Sztandary i gobeliny zmarszczyły się pod wpływem podmuchu, kiedy długie kije poruszyły się w dłoniach gwardzistów. Błysnęła stal halabardy, spadając wprost na plecy więźnia. Jednakże cios, który miał ugodzić Arithona między łopatki, chybił celu; jeniec z niezwykłym wyczuciem i zwinnością, która zadziwiła wszystkich, osunął się na kolana.
Halabardnik, który wziął zamach, stracił równowagę. Postąpił krok do przodu, żeby się nie przewrócić, i trafił nieszczęśliwie butem w ogniwa łańcucha. Poślizgnął się i upadł, grzechocząc głośno zbroją na oczach całego dworu. Ktoś się zaśmiał. Gwardzista odwrócił się z twarzą poczerwieniałą z wściekłości, ale zanim zdążył się rzucić na Arithona, ten się niespodziewanie odezwał.
– Najmędrsi, o których czytamy w sagach i legendach, mówili, że człowiek dopuszcza się przemocy wtedy, kiedy się boi – powiedział spokojnie, czystym i wyraźnym głosem. Jego słowa skierowane były do króla. – Czy jesteś aż tak nędznym tchórzem, że boisz się ze mną rozmawiać bez zbrojnej ochrony?
Przez zebrany tłum przetoczył się pomruk gniewu. Król jednakże odpowiedział bez złości; na jego wargach błąkał się nikły uśmiech. Dworzanie zamarli, chcąc dokładnie usłyszeć jego słowa.
– Strażniku, zostałeś znieważony. Pozwalamy ci wywrzeć zemstę.
Gwardzista podniósł się z podłogi i szybko złapał za halabardę, niczym rozwścieczony niedźwiedź. Cios, który wymierzył Arithonowi, aby przywrócić swój autorytet, trafił jeńca w twarz. Spętany łańcuchem więzień nie mógł się zasłonić. Uderzył policzkiem o krawędź marmurowego schodka; po bladej skórze popłynęła jasnoczerwona krew. Dworzanie obserwowali z zapartym tchem, jak król powstrzymuje gestem strażnika. Halabardnik zrobił krok do tyłu, nie spuszczając wzroku ze swej ofiary.
Lysaer z uwagą przypatrywał się szczupłej twarzy s’Ffalenna, ale nie dostrzegł na niej żadnych emocji. Arithon poruszał się niezdarnie, klęcząc na podłodze. Wystawiony na spojrzenia tysięcy nieprzychylnych mu oczu, wstał wreszcie, a każdemu jego ruchowi towarzyszył brzęk żelaza.
Król położył dłoń na berle, które spoczywało mu na kolanach. Blask świec zamigotał na drogich kamieniach i złocie, kiedy palce władcy mocniej zacisnęły się na rękojeści.
– Dożyłeś tej chwili, gdyż pragnąłem patrzeć, jak cierpisz.
– To kłamstwo! – Odpowiedź Arithona padła szybko jak uderzenie bata. – Żyję, gdyż twoja żona zdecydowała, że nie będziesz posługiwał się mocą władcy ciemności jako bronią przeciwko s’Ffalennom.
– A więc jej plany zostały przekreślone w momencie, kiedy opuściłeś Rauven. – Król nachylił się do przodu. – Dobrze wykorzystałeś swój magiczny talent, dokonując masakry na flocie s’Ilessidów. Powody, dla których to zrobiłeś, bardzo nas ciekawią, szczególnie że Lysaer nigdy nie wypływa w morze z naszymi okrętami. Nigdy nie wykorzystał swojego daru światła przeciwko Karthanowi.
Lysaer zacisnął dłonie na balustradzie, wzburzony ostatnim zdaniem. To, że nie pływał wraz z flotą, nie zależało wcale od rozkazu króla. Po prostu magowie z Rauven stale odmawiali, kiedy jego ojciec prosił ich, żeby ujęli w karby naturalne zdolności księcia.
Jeżeli nawet Arithon o tym wiedział, milczał. Krew spływała wąską strużką po jego policzku i kapała czerwienią na marmurowe płyty posadzki. Spokojny, pewny siebie i skupiony, nie ulegał beznadziejności sytuacji ani nie wyglądał na człowieka przerażonego niemożnością ucieczki. Widząc tę nieoczekiwaną postawę i słysząc nerwowe szepty wśród dworzan, Lysaer walczył z ogarniającym go strachem. Gdyby chociaż siedział u boku ojca, mógłby przynajmniej doradzić mu ostrożność.
– Więc? – Kamienie zamigotały, kiedy król podniósł berło. – Nie masz nic na swoje usprawiedliwienie?
Zapadła cisza. Wśród dworzan dało się wyczuć niepokój, jakby krople deszczu spadały na miękki śnieg. Lysaer przełknął ślinę i stwierdził, że zaschło mu w gardle. Arithon mógł przecież pomóc sam sobie, splatając czar albo snując pajęczynę iluzji. To, że tego nie uczynił, a także nieugięta i pełna spokoju postawa, kłóciły się z jego wcześniejszym zachowaniem na okręcie. Zaskoczony dziwnym postępowaniem więźnia, Lysaer próbował odgadnąć powód jego postawy.
– Czy zamierzasz wreszcie przemówić, żeby odzyskać wolność? – zapytał zniecierpliwiony król.
Unieruchomiony pomiędzy gwardzistami, skąpany w bezlitosnym blasku świec tkwiących w masywnym kandelabrze z brązu, Arithon nadal milczał. Stał nieruchomo, bez drgnienia powieki, kiedy król zacisnął mocno palce na berle, aż pobielały mu kostki.
– Przywróćcie mu pamięć – rozkazał władca. Szafiry zamigotały niebiesko w blasku świec, kiedy król opuścił berło.
Tym razem więzień nie próbował zrobić uniku. Halabardnicy wymierzyli ciosy, które rzuciły go na posadzkę. Arithon zdołał się przeturlać i tym razem nie upadł twarzą na stopień schodów. Ale potem nie zrobił nic, by uniknąć razów. Strażnicy szarpali go niczym psy szmacianą lalkę. Ciosy gwardzistów, jeden po drugim, spadały na obojętne ciało; słychać było tylko metaliczny szczęk łańcuchów. Król jednak nie zamierzał oglądać śmierci swego wroga na skutek przypadkowego ciosu, więc rozkazał przerwać jednostronną walkę.
Arithon leżał na plecach tuż obok krytego dywanem przejścia, które prowadziło do poczekalni. Jego bezbarwna tunika skrywała siniaki i rany zadane przez halabardników. Gwardziści wymierzali ciosy ostrożnie, unikając poważnych zranień. Lysaer pomyślał, że prawdopodobnie postąpili źle. Na twarzy bękarta nadal nie było widać żadnych emocji.
Arithon nie zmienił pozycji, kiedy odezwał się do króla. Tylko na niego popatrzył.
– W tych samych sagach napisano również, że przemoc to narzędzie ludzi słabych, impotentów i głupców. – Ostatnie słowo zamarło więźniowi w gardle, gdyż jeden z gwardzistów pozbawił go kopniakiem tchu.
Król wybuchnął śmiechem.
– A więc dlaczego opuściłeś Rauven, ty bękarcie? Żeby stać się słabeuszem, impotentem czy głupcem? A może omotałeś i spaliłeś siedem statków i ich załogi, żeby się zabawić?
I znów Arithon nie odpowiedział. Lysaer z trudem powstrzymywał przekleństwo. Opór więźnia trącił jakąś fałszywą nutą, jakby Arithon pragnął sprowokować króla do wiadomego tylko sobie działania.
– Mów! – Na brodatej twarzy króla wystąpiły rumieńce gniewu. – Czy mam zawołać uzdrowiciela? Może porcja narkotyku przywróci ci dobre maniery.
Arithon rozłożył ręce w geście, który mógłby oznaczać zniecierpliwienie. Ale podejrzenie Lysaera, że więzień traci powoli opanowanie i spokój, nie sprawdziło się, kiedy Arithon poderwał się na nogi. Z zakrwawioną twarzą stanął przed obliczem króla.
– Równie dobrze mógłbym rozmawiać z rybą wyłowioną z morza, Wasza Królewska Wysokość. Usłyszałbyś tylko echo własnej złości. – Zmuszony do podniesienia głosu, żeby przekrzyczeć gniewne pomruki tłumu, zebranego na galeriach, Arithon mówił dalej. – Jednakże nadal pozostałbyś impotentem, słabeuszem i głupcem.
Król uległ wreszcie wściekłości. Wrzasnął na gwardzistów i zakute w metal pięści znów obaliły Arithona na podłogę. Na marmurowe płyty prysnęło tym razem więcej krwi, a arystokracja królestwa Amrothu okrzykami wyraziła swoją aprobatę.
Lysaer siedział cały czas w bezruchu. Zaniepokojony obrotem wydarzeń, zastanawiał się gorączkowo. Halabarda zawirowała w powietrzu. Głowa Arithona odskoczyła do tyłu pod wpływem ciosu. Czarne włosy rozsypały się wachlarzem na czubku buta gwardzisty. Zbrojny roześmiał się i przycisnął je do podłogi. Następny cios spadł na odsłoniętą twarz więźnia. Tłum wył z zachwytu.
Chory od widoku tej przemocy, Lysaer nie mógł oderwać spojrzenia od więźnia leżącego na posadzce z rozłożonymi ramionami. Długie palce bezwładnie spoczywały na marmurze, były rozluźnione. Pojawiło się wspomnienie tej samej ręki, podkurczonej i sztywnej z bólu. I wtedy nagle zrozumiał. Ten dziwny spokój więźnia, który tak go zaskoczył, był tylko obojętnością. Najprawdopodobniej szkolenie w Rauven pozwoliło Arithonowi oddzielić umysł od ciała. Z pewnością w tej chwili nie czuł wcale bólu.
Następną myślą księcia była obawa, że halabardziści po prostu zabiją więźnia. Nawet jeżeli sam Arithon uknuł tak podstępną intrygę, żeby sprowokować własną śmierć, tym razem winny będzie tylko król. Wielopokoleniowy spór skończy się brudną, pozbawioną honoru rzezią, właściwą zwierzętom. Pełen wstydu, że tylko on odczuwa to w ten sposób, książę następca tronu Amrothu podniósł się z zamiarem opuszczenia sali. Zanim jednakże zdołał przepchnąć się przez tłum do bocznego wyjścia, spadł na niego ogłuszający huk eksplodującego w pobliżu podium czaru.
W pustym powietrzu pojawił się jakiś cień. Plama czerni zgęstniała, a potem przybrała postać kobiety odzianej w głęboki fiolet i szarość, barwy noszone przez czarnoksiężników z Rauven. Wstrząśnięty Lysaer rozpoznał delikatne rysy matki, skryte w głębokim cieniu kaptura. Jeżeli Arithon zamierzał teraz powtórzyć swoje sztuczki, które zaprezentował w ładowni z płótnem żaglowym na pokładzie Briane, jego okrucieństwo przekroczyłoby wszelkie granice. Niespokojny o bezpieczeństwo ojca i panujący nad sobą na tyle, żeby pamiętać o swoim darze światła, którym mógłby pokonać cienie, następca tronu odwrócił się od drzwi i zaczął przeciskać się z powrotem przez tłum oniemiałych dworzan. Niestety nie udało mu się dotrzeć do tronu.
Członkowie rady otrząsnęli się ze zdumienia. Z galerii buchnął głośny krzyk. Król poderwał się na nogi. Berło pomknęło, rzucone silną ręką władcy, przeleciało przez widmową postać kobiety i z głośnym hukiem uderzyło w płyty posadzki. Halabardnicy odbiegli od Arithona. Z podniesioną bronią zebrali się wokół iluzji królowej.
– To tylko czarnoksięska sztuczka! – zawołał Arithon czystym głosem, przekrzykując szczęk broni. – Iluzja nikomu nie może zrobić krzywdy. I nie pokonacie jej zwyczajną bronią.
Lysaer nie zdołał przedrzeć się przez kordon zbrojnych, którzy odgradzali przerażonych dworzan od króla. Tłum powoli się uspokajał. W komnacie zapanowała cisza. Bękart przetoczył się po podłodze i zaczął wstawać, podczas gdy król wpatrywał się w obraz swojej żony, a na jego twarzy widniała budząca niepokój i groźna niechęć.
Arithon wreszcie się podniósł. Żaden ze strażników go nie powstrzymywał, kiedy powoli, wlokąc za sobą kajdany, ruszył w kierunku podium. Stanął przed obrazem królowej i powiedział kilka słów w zapomnianym języku, używanym tylko w Rauven. Kiedy kobieta nie odpowiedziała, Arithon spróbował ponownie, tym razem rozkazującym tonem.
Obraz nadal pozostawał nieruchomy. Nie wiedząc, co robić, Lysaer obserwował, jak Arithon przenosi wzrok na króla.
– Czar, którym jest związana, łączy się z innym zaklęciem – powiedział Mistrz zmęczonym głosem. – Nie potrafię uwolnić przesłania.
Król usiadł gwałtownie. Gniewnym tonem kazał paziowi przynieść sobie odrzucone berło. Wydawało się, że dźwięk królewskiego głosu przywrócił dworzan do życia.
Królowa odrzuciła na plecy lamowany szarością kaptur i zaczęła mówić donośnym głosem, który słyszano nawet w odległych zakątkach galerii:
– Jego Wysokości królowi Amrothu przynoszę posłanie z Rauven. Na ciało, kości, krew i umysł, ostrzegam cię, traktuj moich obu synów jako jedność.
Król wstrzymał oddech. Jego twarz gwałtownie zbladła, wydawała się prawie biała na tle ozdobionego złotem kołnierza, a upierścienione dłonie zacisnęły się wściekle. Zignorował pazia, który podał mu berło, jakby wszyscy ludzie i przedmioty znajdujące się w sali nagle przestały dla niego istnieć. Kiedy w końcu przemówił, jego klatka piersiowa unosiła się w ciężkim oddechu:
– A jeżeli odmówię, co Rauven zamierza mi zrobić?
W odpowiedzi królowa skrzywiła wargi w tajemniczym uśmiechu, który wciąż prześladował jej męża w koszmarach sennych.
– Jeżeli odmówisz, dowiesz się, co znaczy żałować swoich czynów, mój panie. Zabij Arithona, a wydasz wyrok na Lysaera. Okalecz go, a twój następca tronu także ucierpi.
Ogarnięty obawą, książę następca tronu przepchnął się przez kordon strażników. Skoczył pospiesznie w kierunku schodków prowadzących na podium i uklęknął przy ojcu.

– Być może te czary nie mają nic wspólnego z Rauven. Bękart mógł sam je powołać do życia.
Jego słowa nie odniosły żadnego skutku. Król nie wysłuchał rady księcia, tylko odezwał się do swej byłej żony tonem, w którym pobrzmiewała nienawiść:
– A jeżeli pozostawię twoje przeklęte potomstwo w spokoju?
– Wtedy książę następca tronu Amrothu także zostanie ocalony. – Po tych słowach obraz królowej zniknął niczym cień, przegnany blaskiem słońca.
Król zmarszczył brwi. Wyrwał berło z rąk pazia z wielką siłą, podczas gdy znad tłumu dworzan wzniósł się złowrogi szept. Lysaer stał nieruchomo i wpatrywał się uważnie w Arithona s’Ffalenna, który najwyraźniej nie skrywał już żadnych niespodzianek w zanadrzu. Na posiniaczonej twarzy więźnia malowało się zaskoczenie i jakieś uczucie, którego Lysaer nie potrafił nazwać. Nagle jeden z halabardników złapał Mistrza za pokrwawione ramię. Arithon drgnął, przywrócony brutalnie do rzeczywistości.
– Odwróć się i wysłuchaj wyroku, bękarcie – powiedział strażnik ostrym tonem.
Rozgorączkowany Lysaer nie mógł zrobić nic więcej, jak tylko stanąć obok podium. Żaden z doradców króla nie uważał za słuszne rozważyć, czy widmo królowej jest wytworem Arithona, czy rzeczywistym ultimatum, przysłanym z Rauven. Większość możnych okazywała wyraźne niezadowolenie, że rodowa waśń, która trwa już od siedmiu pokoleń, może zakończyć się w sposób bezkrwawy w ciągu kilku sekund.
Król pochylił się, by ogłosić wyrok.
– Arithonie s’Ffalennie, za to, że parałeś się piractwem i że zniszczyłeś siedem statków, a także zgładziłeś ich załogi, zostaniesz wygnany przez Bramę Końca Świata. – Król klasnął w dłonie, jego usta drżały z wściekłości. – Odprowadźcie bękarta z powrotem do lochu. Niech tam czeka, aż przygotują statek. I niech moje oczy nie widzą go nigdy więcej.
Halabardnicy zbliżyli się do więźnia, zamykając go w ciasnym kręgu. Z bronią w pogotowiu, poprowadzili Arithona ku wyjściu, między dwoma szeregami milczących dworzan, pełnych urazy i gniewu, że ich oczekiwania nie zostały spełnione. Lysaer stał zaniepokojony obok tronu. Wciąż nie mógł uwierzyć w swego rodzaju ułaskawienie, jakiego świadkiem był zaledwie chwilę wcześniej. Nagle ogarnął go lęk, że wydarzenia zostały dokładnie zaplanowane przez Mistrza i że przebiegają po jego myśli, zebrał się więc na odwagę i dotknął rękawa ojcowskiego kaftana.
– Czy to było rozsądne? – Niebieskie oczy księcia wpatrywały się intensywnie w oblicze króla, jakby błagając o odrobinę przychylności. Ci, co przechodzili przez Bramę Końca Świata, nigdy nie powracali. Nawet magowie nie potrafili rozwiązać zagadki portalu, chociaż moc Rauven była wielka. – A jeżeli ja także będę musiał odejść, tak jak Arithon?
Król zwrócił jadowite spojrzenie oczu na najstarszego, jasnowłosego syna, który w tej właśnie chwili, bardziej niż kiedykolwiek, przypominał zdradziecką córkę czarodzieja, swoją matkę.
– Ale przecież całe to posłanie to tylko sztuczka, wymyślona przez s’Ffalenna, czyż nie?
Książę cofnął się o krok. Jednak król usłyszał jego ostrzeżenie. Teraz było już za późno; wyrok zapadł. To, że król przyznał mu rację, chociaż wcześniej zignorował jego słowa, nie miało już znaczenia. Książę skłonił się bez słowa i skierował do wyjścia.
– O nic się nie martw, mój książę – padły za nim gorzkie słowa króla. – Dotrzymam warunków Rauven do ostatniego słowa. Bękart s’Ffalennów odejdzie stąd bez jakiejkolwiek szkody.


Świat oceanów Dascen Elur,
Sam sobie trwał przez pięć setek lat.
Kształt mu nadali królowie ludzi,
Niewprawny owoc człowieczych rąk.
To oni zniszczą Upiora Mgieł
I słońce Athery zalśni znów.
Proroctwo Zachodniej Bramy Dakara
Trzecia Era, 5061


Preludium

Na wysokim, smaganym wiatrem tarasie w Rauven, pewien człowiek odziany w długą szatę ocknął się z transu i otworzył zatroskane oczy.
– Król Amrothu postanowił wygnać Arithona przez Bramę Końca Świata – oznajmił jasnowidz wysokiemu magowi. Żaden z nich nie wiedział, że jego słowa dotarły także do drugiego umysłu, niewiarygodnie odległego...

* * *

W świecie, gdzie niebo ciągle zasnuwa mgła, inny mag, ubrany w bordowy płaszcz, zatrzymał się nagle pomiędzy zakurzonymi regałami pełnymi ksiąg. Mętne, rozkojarzone oczy natychmiast nabrały ostrości, niczym oczy sokoła. Sethvir, członek Ligi, opiekował się archiwami, gromadzonymi w wieży Althain od czasów, kiedy Upiór Mgieł pięćset lat wcześniej zniszczył porządek świata i przegnał słońce. Wydarzenia mijały, niczym płatki śniegu wirujące za szybą, a czarnoksiężnik trwał w swojej wieży. Gdy jakieś zdarzenie wydawało mu się ciekawe, zapisywał je i wprowadzał do swych katalogów. Chociaż słowa jasnowidza, które wpadły do jego umysłu, były jednym z tysięcy zdań, jakie słyszał, nie wiedzieć czemu przykuły uwagę maga. Sethvir skoncentrował się natychmiast, pragnąc odgadnąć ich pochodzenie.
Woli maga odpowiedziała moc tak potężna, że wystarczyłaby do skruszenia góry. Wymierzona w odpowiedni punkt, połączyła mostem niewyobrażalną przestrzeń, spinając dwa różne światy, i powróciła z obrazem, na którym w komnacie oświetlonej gwiazdami siedział mag i w dłoniach trzymał miecz o nieziemskiej piękności. Ostrze miało srebrne inkrustacje, układające się w cudowne wzory, a na rękojeści lśnił zielonym światłem wielki klejnot. Mag wpatrywał się w broń z wyrazem niepowstrzymanego żalu, podczas gdy jasnowidz starał się go pocieszyć.
Sethvir rozpoznał miecz. Pamięć z nieomylnością kompasu podpowiedziała mu wydarzenia z przeszłości, które w połączeniu z obrazem, jaki dostrzegł w wizji, sprawiły, że legendarny spokój maga prysł niczym bańka mydlana. Sethvir z Ligi roześmiał się jak mały chłopiec. W czasach sprzed klątwy Upiora Mgieł, atherański książę przeniósł tę samą broń przez Bramę Końca Świata na zachód. Wraz z nim uciekli trzej inni królewscy potomkowie, szukając schronienia przed rebelią, która zagrażała ich życiu. A potem Upiór Mgieł podbił ich świat i zniszczył słońce. Bramy zamknęły się zgodnie z przepowiednią szaleńca i wygnanie książąt stało się czymś nieuniknionym i trwałym. Choć książęta zostali pozostawieni własnemu losowi, nie zapomniano o nich. I w końcu, pomyślał Sethvir, wszystko wskazywało na to, że ich zdrada nie poszła na marne.
Obraz zniknął na rozkaz czarnoksiężnika. Jego zielononiebieskie oczy znów zapatrzyły się w nicość; ich łagodność kryła wszelkie myśli. Mag, który trzymał miecz, także nie wydawał się Sethvirowi obcy. Czarnoksiężnik sam szkolił wszystkich następców i wykładał im fundamentalne prawdy o mocy. Tylko jedno mogło tłumaczyć podobny zbieg okoliczności. Mag z wizji musiał być świadkiem bólu narodzin wielkiego Proroctwa Zachodniej Bramy, tej, która zapowiadała pokonanie Upiora Mgieł i powrót wygnanego światła Athery.
Podniecony Sethvir wybiegł z biblioteki. Pęd powietrza wzbił kurz z półek, kiedy minął je pospiesznie i wypadł na schody. Ale jego myśli poruszały się szybciej, pokonując wielomilową trasę, aby dostarczyć wieści jego towarzyszom zebranym w Lidze Siedmiu.



Interludium

W innym miejscu, na łące okrytej mgłą, pomiędzy splątanymi łodygami roślin, kapała woda, szemrząc leciutko pod ostatnimi liśćmi letnich paproci.
– Przynoszę wieści z Dascen Elur – powiedział znajomy, lecz niepożądany głos.
Dakar, Szalony Prorok, zamarł ze zdumienia w miejscu, gdzie siedział, pijany i przemoczony do suchej nitki. Z jego okolonych brodą ust wyrwało się westchnienie. Nieczuły los pchnął go na tę łąkę z niemalże pustym kuflem ciemnego piwa. Dakar zwrócił zaczerwienione, brązowe oczy na maga, który właśnie się zbliżał.
– Książę, który powróci, będzie potomkiem s’Ilessidów – powiedział szybko, chcąc uprzedzić słowa nowo przybyłego. – Jeżeli nie, będę pił tylko wodę przez następne pięć lat – oznajmił nieco bełkotliwie, ale bardzo pewnie.
Odziany w szarą tunikę i czarny płaszcz czarnoksiężnik, którym był Asandir z Ligi Siedmiu, zatrzymał się przed prorokiem. Wiatr rozwiewał jego siwe włosy, a na twarzy zagościło nagłe zdumienie.
– Czy mówisz o Proroctwie Zachodniej Bramy? – spytał zwodniczo grzecznym tonem.
Dakar poczuł, jak jego żołądek się kurczy, i przeklął pod nosem. Albo był zbyt trzeźwy, żeby nie odczuwać strachu przed naganą, jakiej się spodziewał, albo zbyt pijany, żeby zwalczyć ogarniające go mdłości. Asandir rzadko okazywał pobłażanie swoim uczniom. Mimo to jednak Dakar zdołał się uśmiechnąć z wyraźnym wysiłkiem.
– Świat oceanów Dascen Elur, sam sobie trwał przez pięć setek lat – przytoczył wers, cytując najwidoczniej samego siebie.
– Kształt nadali mu królowie ludzi, niewprawny owoc człowieczych rąk – dokończył cierpko Asandir. Ręce książąt, pomyślał, które miały przywrócić porządek światu znającemu przez ostatnie pół wieku tylko barbarzyńskie rozwiązania, rozkład i wieczną mgłę. Czarnoksiężnik ciągle się uśmiechał. – Ale te przepowiedziane przez ciebie ręce nie są już nienarodzone, mój przyjacielu. Nadchodzi czas zmian.
Minęła dłuższa chwila, zanim wieść przedarła się przez zamulony umysł pijaka. Kiedy Dakar wreszcie zrozumiał, zapiał i przewrócił się na plecy wprost w kępę trojeści. Strączki eksplodowały pod naciskiem jego ciała, strzelając wkoło setkami ziarenek. Nasiona nie były okrągłe, jasne i zdrowe, ale pokryte pleśnią, która rozwijała się na roślinach porastających wilgotne i bezsłoneczne mokradła.
– Gdzie? – zapytał Dakar. – Kto? – padło następne pytanie. – S’Ahelas, s’Ellestrion, s’Ffalenn, czy może lepiej s’Ilessid? Postawiłem na ostatniego sporą sumkę.
– Uspokój się – Asandir natychmiast przerwał tę beztroską wyliczankę. – Wyruszamy natychmiast do Zachodniej Bramy.
Dakar, przez nieuwagę, wciągnął do nosa nasiona trojeści i kichnął głośno.
– Powiedz kto. Przecież mam prawo wiedzieć. To moja przepowiednia... – Ostatnie słowo niemalże wycharczał, gdyż czubek buta Asandira szturchnął go mocno w żebra.
– Chodź ze mną, to zobaczysz, mój pijany proroku. Sethvir dopiero mnie powiadomił. Brama Końca Świata, prowadząca do Dascen Elur, otworzyła się dzisiaj rano. Jeżeli twój s’Ilessid jest już po tej stronie, cierpi właśnie z powodu dziewięćdziesięciu dziewięciu niedogodności, jakie mogą go spotkać na Czerwonej Pustyni. Zakładając, że to przeżyje, spotkamy go za pięć dni, bo tyle zajmie nam droga do bramy.
– Żadnego alkoholu – jęknął Dakar. – Żadnych kobiet, a tylko długa paskudna droga i boląca głowa. – Stanął niepewnie na drżących nogach, niski i pulchny, o sprytnej twarzy okolonej sztywną rudą brodą, w którą wplątały się nasiona trojeści, niczym białe piórka.
Asandir obrzucił go spojrzeniem; pod jego ciężarem policzki i czoło proroka pokryły się kropelkami potu.
– Jeżeli to nie jest s’Ilessid, to przez następne pięć lat nie tkniesz alkoholu, pamiętasz swoje przyrzeczenie?
– Następnym razem przypomnij mi, żebym ugryzł się w język – mruknął Dakar. Ale w jego słowach nie było rezygnacji. W jego cynamonowych oczach, skrytych pod ciężkimi powiekami, błyszczało podniecenie. Nareszcie koniec czekania. Przez Zachodnią Bramę przeszedł właśnie potomek królewskich rodów Athery, a wraz z nim nowe możliwości i talenty. „To on zniszczy Upiora Mgieł i słońce Athery zalśni znów”. Winne grona ponownie będą dojrzewać pod jasnym słońcem, a wino w kadziach nigdy już nie skwaśnieje i się nie zepsuje... Dakar zachichotał i ruszył szybko w kierunku mokrych od mgły dachów stajni przy tawernie.
Asandir, pewny siebie i wiecznie młody, podążył za nim. Surowy krój jego płaszcza i lamowana taśmą tunika kontrastowały mocno z poplamionym kubrakiem, który ciasno opinał krągłą sylwetkę Dakara.
– Nieco rozwagi, mój proroku – skarcił Dakara czarnoksiężnik. – Proroctwa często spełniają się w bardzo pokrętny sposób. – Ale nawet jeżeli Asandir wiedział, że obiecane talenty zostały podzielone pomiędzy książętami, którzy toczyli między sobą krwawe wojny od siedmiu pokoleń, nic nie powiedział.

Trzy światy

W zamku Amrothu król świętuje wygnanie swojego najbardziej znienawidzonego wroga, ale kiedy dostrzega nieobecność swego pierworodnego syna, jest już z późno...

* * *

W zakurzonym wąwozie pomiędzy dwoma wydmami o rdzawym kolorze pokręcone drzewa rzucają cień na oplecioną bluszczem fontannę, chroniąc wysuszony marmur przed promieniami szkarłatnego słońca...

* * *

W świecie odległym od fontanny i pustyni czarodziejka patrzy na obraz maga i proroka, którzy w pośpiechu jadą przez mgłę, a z miażdżonych końskimi kopytami łodyg paproci spadają na ziemię krople wilgoci...



Dodano: 2006-07-27 10:42:00
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Recydywista"


 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

Fragmenty

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS