NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"

Haldeman, Joe - "Wieczna wojna" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"


 antologia - "Opowieści niesamowite z języka niemieckiego"

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Zagubiona przyszłość" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Proxima" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Kosmiczni bracia" (reedycja)

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper" (2020)

 Caldecott, Andrew - "Miasteczko Rotherweird"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Linki

Gerber, Michael - "Barry Trotter i niepotrzebna kontynuacja"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Mag
Cykl: Gerber, Michael - "Barry Trotter"
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Data wydania: Kwiecień 2006
Liczba stron: 308
Tom cyklu: 2



Gerber, Michael - "Barry Trotter i niepotrzebna kontynuacja" #2

Fragment 2

Najpierw czekała go krótka wizyta w cuchnącej, zawszonej sowiejce. Barry miał dość rozumu, by nie poprosić Hybrydy o zabranie listu. Po operacji gardła nalegał, by rzuciła palenie i od tej pory przy pomocy niezliczonych dziobnięć i drapnięć dawała mu jasno do zrozumienia, że jego korespondencja nie będzie mile widzianym dodatkiem do jej nóg. Poza tym i tak bardzo szybko się męczyła - po przeleceniu zaledwie pięciu metrów musiała robić sobie przerwę. Zamiast tego Barry skorzystał ze starej sowy Pierdzyka Gwizzleya, Pryszczatki.
Następnie przeszedł do pokoju Nigela we wciąż demonstracyjnie niezadaszonej wieży Graffitonu. Muszę ściągnąć tu zespół magów budowlanych, pomyślał Barry. Otwarcie na żywioły sprawiało, że w murach zbierała się wilgoć; Gderający Grzyb docierał nawet na niższe piętra. Barry opadł na kolana i zajrzał pod łóżko syna w poszukiwaniu swego starego mopa. Wręczył go Nigelowi, gdy tylko chłopak otworzył niezbyt entuzjastyczny list zapraszający do szkoły. Od tego czasu Nigel nawet nie tknął mopa, ozdobił go jedynie kilkoma kalkomaniami. W poprzednie święta dziadek Gringor podarował Nigelowi nowy, najmodniejszy model, w opinii Barry’ego nadający się dla pozerów, nie dla prawdziwych graczy. Nigel jednak nie dał się przekonać - uwielbiał swój nowy mop i nazwał go Daisy.
Nie zamierzał nawet zabrać starego do szkoły, Barry jednak zdołał go namówić.
- Przyda ci się zapas. Jeśli co najmniej raz nie połapiesz mopa, to znaczy, że grasz za miękko.
Zaczął macać na oślep. Coś śliskiego - kolorowe pismo? Coś miękkiego i puchatego - zapomniana kanapka? Ale ani śladu mopa.
- Aha! - rzucił znajomy głos. - Węszymy w pokojach w czasie zajęć! - To był Wkurzek, najbardziej irytujący duch w Hokpoku.
- Cześć, Wkurzku - odparł Barry chłodno i usiadł.
- Tylko bez takich, Trotter. Coś tu kradniesz. Chciałbym zobaczyć, jak się z tego wytłumaczysz. Graffiton straci pięćdziesiąt punktów, a ty nieźle oberwiesz i...
- Od lat ci się należało, ty gadający pierdzie! - Barry pochylił się, wycelował różdżką we Wkurzka i posłał go wprost do piekła. – Jebut! - zaintonował.
Wkurzek zawył, gdy małe diablęta rozszarpały go na strzępy. Następnie każdy stworek pożarł kawałek i wysrał go na oczach (skonsumowanych jako ostatnie) ducha. Potem drobinki odchodów stanęły w ogniu i zniknęły w obłoku ostrego fioletowego dymu.
- Boże, zawsze chciałem to zrobić! Czekałem tylko na właściwy moment... No, jest – Barry wyciągnął spod łóżka zakurzony mop.
Otrzepując go podszedł do okna, ostrożnie ułożył na rączce nadmuchiwane kółko przeciwhemoroidowe (teraz wiedział, czemu quitkit nazywają powszechnie „grą młodych czarodziejów”), po czym dosiadł mopa i pomknął nad boisko. Opadając ujrzał Nigela i resztę drużyny Graffitonu, wracających do szkoły z mopami na ramionach.
- Dokąd to, chłopcy? - zawołał radośnie Barry. - Nie poprawicie wyników, jeśli nie będziecie ćwiczyć.
- Deszcz pada - wyjaśnił kapitan.
Na bezchmurnym niebie świeciło słońce. Barry natychmiast pomyślał o numerze z własnych szkolnych czasów.
- Ty tam, jak się nazywasz?
- Mallory, proszę pana.
- Mallory, idź obudź Ferda i Jorgego Gwizzleyów i powiedz im, żeby tu przyszli. Reszta z was za mną.
Barry wystrzelił wprost w górę, a Graffoni podążyli za nim; faktycznie pięciu Ślizgorybów pod przywództwem Larvala Malgnoya sikało na nich z wysoka. Barry machnął różdżką, odwracając kierunek moczu i posyłając go z powrotem do ich pęcherzy; było to bardzo nieprzyjemne uczucie. Następnie dodał do tego zawartość pęcherzy drużyny Graffitonu i Ślizgorybi poczuli się nagle, jakby zaraz mieli pęknąć.
- Najstarszy numer pod słońcem - rzekł do uczniów; w dole dostrzegł dwóch kolejnych Ślizgorybów, z zajęciem wpychających gracza Graffitonu w kolistą bramkę. – Hej, wy, co tam wyprawiacie?
- N-nic - odparł wysoki, jasnowłosy chłopak.
- N-nic - przedrzeźniał go Barry; jakimś cudem udało mu się sprawić, że zabrzmiało to jeszcze bardziej kretyńsko niż oryginał. - Zjeżdżaj stąd!
- Mój tato zawsze pozwalał nam ćwiczyć, kiedy tylko chcieliśmy - oznajmił Larval, który sfrunął z góry, by dołączyć do kłótni. Był Szukaczem Ślizgorybu.
- Mogę załatwić sprawę tak, byś spędzał z nim dużo więcej czasu - oznajmił Barry. - Znikajcie.
- A kto nas zmusi? - Larval zsiadł z mopa i szurając nogami stanął w pozycji bojowej.
Barry spojrzał na swego nagle pobladłego syna.
- Nigel - polecił. - Zsiądź z mopa. Przylej temu złamiróżdżkowi.
- Ale mama mówi, że nie powinienem się bić - przypomniał Nigel blednąc jeszcze bardziej.
- Mamy tu nie ma - uciął Barry. - No już!
Nigel, zwykle miłośnik terra firma zsiadł niechętnie i zdjął okulary, wręczając je pięcioklasiście nazwiskiem Stevenson.
- Jeśli stanie się najgorsze, oddaj je mojej matce - powiedział. Stevenson przytaknął. - Nic nie widzę, tato - powiedział Nigel zwracając się do ojca. - Wiesz, że nie widzę.
- Magiczne pomaganie synowi jest nie fair! - zawołał ktoś do Barry’ego.
- Żadnej magii - odparł Barry. - To będzie uczciwa walka. Nigel, radź sobie sam.
Obie drużyny utworzyły wokół nich pierścień i do wtóru zachęcających okrzyków Nigel i Larval zaczęli okrążać się nawzajem. Larval skoczył naprzód i wymierzył Nigelowi cios prosto w nasadę nosa.
- Aaa!
Fala przeszywającego bólu zerwała wszystkie ograniczenia z mózgu Nigela. Błyskawicznie chwycił koszulę uśmiechniętego złośliwie Larvala, pociągnął go do siebie i z całych sił rąbnął w brzuch. To był cios jeden na sto. Larval eksplodował, obryzgując wszystkich moczem.
Cuchnący, rozradowany zespół Graffitonu porwał Nigela z ziemi.
- Chłopcy, niech to będzie dla was nauczką: nigdy nie walczcie z pełnym pęcherzem - powiedział Barry. – Ślizgorybi, jazda stąd.
Przeciwnicy z nadąsanymi minami niechętnie ustąpili im pola, zbierający po drodze kawałki Malgnoya.


Dodano: 2006-07-20 14:23:26
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Imię boga"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"


 Vonnegut, Kurt - "Recydywista"

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

Fragmenty

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS