NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Majka, Paweł - "Berserk"

Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Rój"


 Maszczyszyn, Jan - "Hrabianka Asperia"

 Rochala, Paweł - "Ballada o czarownicy"

 Staveley, Brian - "Ostatnia więź"

 Komuda, Jacek - "Czarna szabla" (wyd. 3)

 Majka, Paweł - "Wojny Przestrzeni"

 Sanderson, Brandon - "Biały piasek"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

Linki


Egzekucja

„Szlachetny rycerzu, Ty masz swój miecz i wiarę, że nie wspomnę o kodeksie,
a ja… Ja mam swoją magię i ręczę że uda mi się ciebie jakoś z tego wyciągnąć!”


I stało się to, co było nieuniknione. Komuś nie spodobały się jego wyczyny. Nie wiedzieć, czemu- skończył dzisiejszy dzień wrzucony jak worek kartofli do ciemnicy. Otłuczony, z bólem głowy, niekoniecznie spowodowanym tylko alkoholem. Tępy ból rozbijał jego świadomość, a w uszach nadal szumiało. To wszystko złożyło się na zamroczenie.
Doszedł do siebie dopiero po dwóch godzinach. Leżał na kamiennej posadzce, zimnej, zasłanej starą słomą. Niezbyt świeże, ale chłodne powietrze przywróciło mu nieco świadomości. „No to doigrałeś się Christianie. Tego dziadek na pewno nie przeżyje. Hańba i skandal na całą okolicę. Jak mogłem być taki głupi! Sibilla po prostu zabawiła się moim kosztem. Oralius mi tego nie daruje” pomyślał podnosząc się z wysiłkiem i opierając plecami o ścianę.
Spróbował rozejrzeć się po celi. Nikłe światło rzucane przez świecę nie ułatwiało tego. Jedno jednak było pewne, musiał tu być jeszcze jeden przymusowy lokator, na podłodze obok wejścia rzucono dwie miski z niezbyt ładnie pachnącym jedzeniem. Sylwetka współlokatora mignęła w słabym świetle świecy. Postać przesunęła się bliżej. Teraz łatwiej było dostrzec, kto to był.
- O tobie też zapomną kochaneczku- wyszeptał niepewnie mieszkaniec celi. Zapach bijący od niego i stan odzienia świadczył, że ów człowiek już od dawna tu przebywał.- Tak, tak, kochaneczku, nie wypuszczą cię zbyt prędko, chyba żeś przeskrobał więcej niż stary Lokim- wyszczerzył w szyderczym uśmiechu całe uzębienie, jakie miał, a było to ledwie pięć nadpsutych i połamanych zębów.
Lokim obwąchał miskę i zabrał się do konsumpcji jej zawartości, zupełnie zapominając o swoim współlokatorze. Kiedy skończył, oblizał jeszcze miskę i rzucił pod drzwi. Naczynie odbiło się z brzdękiem od ściany. Christian nie miał ochoty na jedzenie czegokolwiek, wszystkie organy wewnętrzne buntowały się w nim. Mdliło go, bo dla zmiękczenia jego ,,oporności” knechci zaaplikowali mu kilka solidnych ciosów w brzuch. Gdyby nie był pijany dałby sobie radę z nimi… chyba dał... Później pamiętał, że zleciało się ich więcej, potem na wpół przytomnego zawlekli i wrzucili go do ciemnicy.
To, co zdarzyło się wcześniej pamiętał mgliście, ale obecnie nie miał ochoty sobie tego przypominać. Gdy tak leżał spostrzegł, że współlokator zajął się jego porcją jedzenia. Wyglądał jak człowiek, który nie lubi marnować nadarzającej się okazji. W duchu postanowił nie usnąć, bo może obudzić się bez butów lub odzienia. Sakiewki nie miał, bo przepuścił trochę grosza w gospodzie, a resztą zajęli się ludzie Oreliusa, gdy wywlekali go z komnat Sibilii. Nie za wspaniale wyglądała jego sytuacja, z pewnością trafi pod sąd, choć niewiele było jego w tym winy- zaczął wicekanclerz, on skończył waląc go prosto na odlew, później jakoś tak się stało, że zabawa ,,rozkręciła” się na całą gospodę. Znalazło się paru „życzliwych” gości i knechci Oreliusa wraz ze strażnikami po bójce zaciągnęli go do lochów. Ich pan, mocno poturbowany zaczął się odgrażać, a jego niewierna żona przyglądała się całej tej sytuacji.
- Nawarzyłeś piwa teraz go wypijesz.- powiedział głos z oddali. Należał do Sibilii.
Christian zastanowił się chwilę.
- Może powinienem zawołać strażnika? -Odparł próbując w nikłym świetle przyjrzeć się pięknej twarzy kobiety.
- Myślisz, że wszystko, co cię spotkało to moja wina? Trzeba było uważać!
- Przyczyniłaś się do stanu, w którym się znajduję. Na przeszłość, która nas kiedyś łączyła, zawiadom mojego dziadka .
- Nie trzeba, Christianie pół opactwa i miasto huczy od plotek. Wszyscy wiedzą, że wicekanclerzowi „doprawiłeś rogi”. Wszyscy wiedzą, że uciekłeś jak pies z podkulonym ogonem z mych komnat. A w gospodzie wywołałeś prawdziwą bitwę. Wicekanclerz poważnie ucierpiał.
- Po, co tu przyszłaś kobieto, by mnie dręczyć?
- Nie, by popatrzeć ostatni raz na twoją osobę w całości. Za dwa tygodnie skrócą cię o głowę za próbę gwałtu.
- Co?
- Tak, tak, Christianie, wszyscy sądzą, że siłą zmusiłeś mnie do zdrady męża.
- Opuść jak najszybciej to miejsce! Pół miasta zna twoje uczynki, kobieto!
- To nie zmienia twej sytuacji.
- Oszukałaś mnie. Nie rozumiem, dlaczego wszyscy wierzą w twoje bajki?
- Naiwny jesteś, młody i niedoświadczony -Sibilla poczęła śmiać się przeraźliwie.- Mój mąż jest ślepo zakochany we mnie, tak jak ty i wielu innych.
- Niestety za późno odkryłem twój prawdziwy charakter.
- Żegnaj szlachetny rycerzu.



Christian de Lorge Starszy nerwowo wyczekiwał przybycia mnicha. Borelius nie śpieszył się z przybyciem. A kiedy już stanął w drzwiach karczmy ,,Pod grubym niedźwiedziem”, kazał sobie zamówić suty obiad. Nim go skończył, popijając sporą ilością tutejszego wina, zaczął pytać gościa o powód jego wezwania.
Chrystian Starszy przyjrzał się mnichowi. Pochłonął on ogromną porcję jadła, a pomimo tego dalej wyglądał jak wygłodniały wilk.
- Parszywe mają tu wino, choć jadło przednie- odparł zakonnik ocierając rękawem brodę i tym dając znak o skończonym posiłku.
- Pojedliście, panie? – zapytał się grzecznie staruszek.
- Ano żem pojadł. No gadajcie, czego to oczekujecie od starego Boreliusa zakonnika.
- Ech taki z ciebie zakonnik jak z koziej rzyci bęben. Wszyscy wiedzą, że was biskup ekskomunikował.
- My tu o interesach, a jaśnie pan raczył mnie obrazić!
- Dwie godziny napatrzyłem się na pana, gdy raczył pałaszować zawartość półmisków, a dwa tygodnie już szukam ratunku dla wnuka. Gotów jestem dać więcej pieniędzy niż się spodziewasz mnichu.
- Zamieniam się w słuch. Co mam zrobić?
- Uratować mego wnuka.
- Czyżby opętanie, choroba lub jakaś inna przypadłość?
- Eee, zaraz tam choroba! Człowiek, który was polecił mówił, że ,,niemożliwe” nie występuje w waszym słowniku. Znacie się na tym i owym.
- Tak i dzięki takim to plotkarzom muszę opłacać inkwizytorów, bo bym dawno już spłonął na stosie. Mów, zatem co się dzieje twemu wnukowi.
- Nazywam się Christian de Lorge, Lotaria oraz kilka pomniejszych wiosek jest pod moim władaniem. Niestety nie mam ja szczęścia. Mój syn, wraz z żoną umarł po ostatniej zarazie. Zostałem sam na tym świecie z wnukiem, którego musiałem wychowywać sam. Christian, bo dostał na chrzcie imię po mnie, to dobry chłopak, rycerz niedawno pasowany, co mnie dumą napełnia, ale..
- A więc TO wnuk wasz…-Borelius otworzył oczy szeroko udając zaskoczenie. Skorzystał z okazji i zamówił jeszcze trochę wina, by lepiej było mu wysłuchać opowieści staruszka.
- W rzeczy samej. A więc słyszałeś o nim?
- A, kto by nie słyszał o młodziku, który to jakoby przyprawił rogi wicekanclerzowi Oraliusowi. Przepraszam, dopuścił się gwałtu, w co nikt nie wierzy. Jak to jego żona miała na imię?
- Sibilla… Wnuka mi na zatracenie… Nikt Sibilii nie wierzy, a Christiana zetną za dwa dni, tak dla przestrogi. Zrobili z tego sprawę nie tyle, co publiczną a polityczną. Obraził wicekanclerza. Wiedźma jedna.
- No co to, to nie. Na wiedźmach znam się. Ona wiedźmą to nie jest, co najwyżej użyła jakiegoś wywaru i zbałamuciła zmysły chłopakowi.
- Ano bardzo możliwe. Słyszałem ja raz o takim przypadku. Niejaka Izolda zza morza, co tam z królem miała być zaślubiona ponoć taki specyfik zażyła przez przypadek. Raz spojrzała na takiego tam łapserdaka jak mu tam?
- Tristan, on nazywał się Tristan -dopowiedział zakonnik, dobrze wiedział, o kogo chodziło. Sam przez swoją głupotę uczestniczył w całym zajściu, lecz nie chciał nic wyjaśniać.
- Kontynuując, nawet nie wiem jak cała historia się skończyła?
- Drogi Christianie, wszyscy zginęli- (na szczęście dla zakonnika dość szybko zanim ktoś dopatrzył się jego udziału w całej sprawie).
- Christian zostanie za dwa dni ścięty, a jest to jedyny mój dziedzic. Użyj mistrzu swej wiedzy i magii i ocal chłopaka.
- Tu nie potrzeba odwoływać się do magii. Pytaliście Oreliusa, co chce jako zadośćuczynienie?
- Głowy mego wnuka. Niczym się nie da ubłagać.
- To komplikuje trochę sprawę. Hmmm… zastanówmy się. Mam! Znasz ty biskupa Mikaela z Vitenbergii?
- Osobiście nie, to za bardzo wpływowa osoba jak dla mnie.
- A szkoda… ale ja znam. Mikael ma hopla na punkcie krucjat, co jakiś czas wysyła kogoś by w walce o wiarę z Saracenami odkupił swoje winy. Jeżeli przekonamy go, że wnuk wasz jest dobrym rycerzem...
- To czyste szaleństwo! A jaką mam gwarancję, że Christian wróci cały i zdrowy z wyprawy?
- Moje słowo.
- To za mało.
- Jeśli chcesz by go uratować… Acha, i zasadnicza kwestia. Audiencja u biskupa kosztuje, sporo kosztuje.
- Mistrzu, ratuj mi wnuka, dostaniesz ile chcesz.
- Przy najbliższej okazji upomnę się o to, co obiecałeś mi, rycerzu.

Szybko zebrał się, pożegnał z nowym chlebodawcą i czym prędzej udał się do Vitenbergii by nie marnować cennego czasu.


* * *


W dniu egzekucji przez celę, do której przeniesiono Christiana przewinęło się dużo osób. Wpierw przyszedł sługa Christiana z ubraniem. Drugim odwiedzającym był dziadek. Pożegnał się z chłopakiem.
- Wiedz, że starałem się poruszyć niebo i ziemię by cię ratować. Niestety człowiek, który miał cię uratować, nie przybył.
- Dziękuję ci za wszystko, co uczyniłeś.
- Masz jakieś życzenie?
- Sprowadzić kanonika, chcę się wyspowiadać przed egzekucją.
Stary Chrystian opuścił celę i choć nie przystoi mężczyźnie płakać, zapłakał nad losem nieszczęsnego wnuka. Opuszczał celę z poczuciem żalu. Borelius wziął od niego połowę sumy, jaką mu obiecał, a pomimo to nic nie zrobił. Nie przysyłał żadnych wieści, ani prawdopodobnie nic nie wskórał u biskupa, bo ten ostatnio nie przyjmuje nikogo.


* * *


Kanonik przybył. Christian spojrzał na niego. Nie przypominał typowego zakonnika. Twarz skrywał pod kapturem. Był rosły i szczupły. Trudno było określić wiek człowieka. Mógł mieć trzydzieści lat a może o wiele więcej. Wyglądał na kogoś zaprawionego w boju a nie biegłego w naukach kościelnych i modłach.
- Christian de Lorge?-zapytał.
- Tak.
- Czego oczekujesz, Christianie?
- Chcę się wyspowiadać.
- Na twoim miejscu nie robiłbym tego. Pożyjesz jeszcze trochę.
- Dzisiaj mnie zetną.
- Dam ci dobrą radę, trzymaj głowę nisko, bo tylko pokorni dostąpią łaski Pana.
Pamiętaj, co ci powiedziałem. A jak chcesz to spowiadaj się u klechy przed egzekucją.
Zakonnik opuścił celę.



* * *


Mistrz katowski ujął w potężną dłoń swoje narzędzie pracy. Zważył, obejrzał dokładnie trzon i ostrze topora. Był ekspertem w swym fachu, dobrze wiedział jak pobudzić publikę, nadać odpowiedniego dramatyzmu egzekucji. Poprawił kaptur, częściowo osłaniający twarz, zważył ponownie topór w ręce- pasował jak ulał. Przeszedł się po drewnianym postumencie i stanął przy klęczniku. Odwrócił się w stronę tłumu, przez chwilę była widoczna jego szpetna twarz z wielką szramą przedzielającą ją groteskowo. Całość dodatkowo przyozdobiona była dziobami po ospie. Spojrzał na wkraczającego na podest nieszczęśnika. Klecha odprawił nad nim kilka rytuałów, przeżegnał i zakończył zdawkowym:
- "Niechaj Bóg odpuści ci wszelkie winy synu.”
Skazanemu najwyraźniej było obojętne to, co mówił ksiądz. Wprowadzono go po wąskich schodkach na górę, przywiązano do klęcznika i próbowano założyć worek na głowę. Skazany odmówił. Kat stanął z jego lewego boku, przodem do tłumu. Uniósł ciężki topór, zamachnął się i zatrzymał w połowie, przymierzając się do ciosu. Z wrażenia omdlało kilka osób na placu. Drugi cios nie był zamarkowany, zdążył dosięgnąć celu. Głowa ku uciesze gawiedzi nie wpadła do kosza, lecz przetoczyła się przez scenę i upadła wprost pod nogi jakiegoś nieboraka. Ten uznał to za zły omen przeżegnał się kilkakrotnie i o mało, co nie wyzionął ducha, bo głowa denata spoglądała nań otwartymi oczyma. Kat spisał się dobrze, choć były i takie wypadki, że nie szło tak łatwo pozbawić głowy skazańców. Bywało, że ciosy były nie dość mocne i celne, wymagały poprawek, wszędzie tryskała krew, brudząc wszystko dookoła. Dzisiaj nie było miejsca na takie błędy w,,sztuce”.
Kat nie zarobił jeszcze swoich pieniędzy. Szybko uprzątnięto ciało poprzedniego skazanego i drewnianą scenę. Podest nakryto czerwonym suknem, klęcznik, do którego przywiązywani byli więźniowie również. Będą ścinać jeszcze raz dzisiaj i to nie byle kogo. Na placu zgromadziło się jeszcze więcej ludzi. Szlachta stała na uboczu, jednak większość zgromadzonych stanowili mieszczanie, służba i kupcy z pobliskiego jarmarku. Dużo było też młodzieży i żaków, oraz młodych panien.
Wóz wtoczył się na plac. Strażnicy ciągnęli więźnia, rozwiązali nogi, pozostawiając skrępowane ręce. Kobiety głośno westchnęły.
Jedni wołali „ Hańba!”, inni byli zdania, że zasłużył sobie na taki los. Co do szlachty zgromadzonej na placu, nie była ona jednomyślna, tak samo jak tłum za nimi. Baron Daimon aen Cllan był jednym z tych, którzy nie wierzyli w winę Christiana, nie było mocnych dowodów jego winy, toteż pojawiały się wątpliwości.
Wyrok jednak wydano i dziś jego głowa spadnie na sukno. Kat przygotowywał się w spokoju. Skazany kroczył powoli, pomiędzy tłumem a eskortą. Przekupki spoglądały na niego z podziwem.
- Ech , taki młody- mówi jedna do drugiej.
- Szkoda go oddawać kostusze- odrzekła inna.
- Szkoda, nie szkoda zasłużył sobie i już.
- Ta tylko o jednym, przecie patrz, drugiego takiego widowiska nie będzie długo. Wygląda on jak upadły anioł z fresku w naszym kościele. Ja bym i go nałęczką okryła, byleby go uratować !
- Bredzisz babo, nasłuchałaś się ballad tych jarmarcznych trubadurów i ci się we łbie poprzewracało.
Jakaś młoda kobieta podeszła do skazanego, zaraz została odsunięta przez strażników. Chłopak dochodził do stopni prowadzących na podest, przystanął. Ksiądz, tym razem inny, bo dla tych, co pochodzą z,,lepszej” części społeczeństwa, zaczął odprawiać modlitwę za jego duszę.
Christian przyklęknął, później wstał i rozejrzał się dookoła.
- Choć rzadko jest to praktykowane, synu – powiedział ksiądz- możesz mieć ostatnie życzenie, zastanów się.
Najchętniej zażyczyłby sobie, by go uwolniono, lecz było to niemożliwe. Bardzo chciał by coś się wydarzyło, co zatrzyma egzekucję, przecież nic nie zrobił. Czas dany na zastanowienie minął szybko.
- Co postanowiłeś?
- Chcę po raz ostatni pożegnać się z dziadkiem- wypowiedział. Sekretarz kazał przyprowadzić Christiana de Lorge. Tłum patrzył w skupieniu na wzruszającą scenę.
Jon Black stał za drewnianą sceną, w milczeniu obserwując całe wydarzenie. Śmieszyło go to całe widowisko. Wydało mu się głupie. Nie lubił, gdy Borelius w coś go wplątywał, a że zdarzało się to dostatecznie często zdążył się do tego przyzwyczaić. Black podszedł bliżej drewnianych schodów i przypatrywał się Christianowi.
Skazany stanął na pierwszym z nich w towarzystwie dwóch barczystych strażników. Jon ocenił sytuację wokół, nie było sensu atakować ich. Trzeba posłużyć się podstępem. Zaciągnął mocniej kaptur na twarz i wszedł na schody.
- Te a przecie, kto pozwolił wleźć - odezwał się skrzeczącym głosem strażnik.
-Panie, jaśnie panie ja od burmistrza przyuczać się, bo kata naszego nie mamy a ten straśnicko dużo talarów żąda- wyseplenił Jon i wykrzywił się udając ułomnego. Strażnik spojrzał na jego posturę lekko przygarbioną i o nic więcej nie pytał. Przyjął wytłumaczenie i przepuścił dalej.
Jon skorzystał z sytuacji i podszedł do Christiana. Jakimś cudem strażnicy dalej nie protestowali.
- Nie zginiesz dzisiaj, trzymaj się mnie i głowa nisko.
Christian posłuchał. Pochylił się.
Chwilę później coś przecięło powietrze i kat wraz z strażnikami padli na ziemię. Na scenie zapanowała „jasność” i mgła, która po chwili zasłoniła także skazanego. Zaczęło się wielkie zamieszanie. Coś świszczącego dalej raziło ludzi.
Jon pociągnął za sobą chłopaka w stronę rynku, jak najdalej od tego miejsca.
- Co to było? - zapytał zdziwiony Christian.
- Iluzja, trochę saletry i takie tam, nie pytaj za wiele, jeszcze nie czas.
- Panie, w jakim celu wyciągnęliście mnie stamtąd?
- Komuś zależy na tym byś żył. Borelius postara się załatwić ułaskawienie dla ciebie. Mieliśmy mało czasu i musieliśmy działać w pośpiechu. Biskup Vitenbergii za tydzień wyda ułaskawienie. Niestety nie jest mu śpieszno. Do tego czasu ukryjesz się u dziadka.
Black wsadził go na konia. Nakazał jechać prosto do Lotarii nie oglądając się za siebie. Sam postanowił wmieszać się w tłum i poczekać na dalszy rozwój sytuacji.
Christian minął bramę, nikt ze strażników go nie zatrzymywał. Do domu było jeszcze daleko.


* * *


Black zabawił jeszcze kilka następnych dni w okolicznych karczmach, nasłuchał się trochę o egzekucji.
Ludzie wciąż opowiadali między sobą o „cudownym” ocaleniu skazanego. Ślad po nim zaginął, wszyscy sądzili, że Pan się ulitował i zabrał go do siebie, bo w miejscu gdzie stał, pozostała wyrwa. Nikt nie sądził, że udało mu się zbiec. Black zdumiony był tym, w jaki sposób wyjaśniano zniknięcie Christiana. Po kilku dniach o całej sprawie zaczęli się wypowiadać przedstawiciele władz i Kościoła. Jasno dali wszystkim do zrozumienia, że o cudzie nie może być mowy. To, co tam się stało to sprawka szatana, a jak tak dalej będzie to ściągną Inkwizytorów, by przeprowadzili śledztwo. Tego nikt nie chciał. Ich wizyta sprowadziłaby prawdziwe nieszczęście na całą okolicę. Oni dopiero wywołaliby prawdziwą hekatombę. Oficjalnie uznano, że Christian został wysadzony w powietrze, czego dowodzi biała substancja, którą znaleziono wokół sceny. Wicekanclerza nie zadowalała ta odpowiedź. Dalej prowadził poszukiwania na własną rękę.

W międzyczasie Borelius udał się do biskupa. Wiedział, że często Mikael choruje z obżarstwa i chętnie przyjmie medyka zza morza. Szczęściem we Vittenbergi przebywał Mistrz Rodan, znany medyk. Postanowił podszyć się pod jego osobę.
Przekupił kilku strażników, podał się za Mistrza Radana i w przebraniu udał się do komnat biskupa.
Borelius rozejrzał się wokoło. Komnata przypominała muzeum. Wszystko było tu stare, począwszy od złoconych fresków na ścianach, ciężkich palisandrowych mebli, skończywszy na opasłym biskupie.
Mikael siedział w rzeźbionym fotelu z otwartymi ustami i ,,rybią” twarzą. Ciężko nabierał powietrza. Zaanonsowano go jako mistrza medycznego z dalekiej Flandrii.
Borelius przedstawił się i pokłonił uniżenie.
- Mam prośbę-wypowiedział Borelius.- Chciałbym zbadać Najjaśniejszą Eminencję, lecz to wymaga osobności a w sali jest za dużo osób…
Biskup zastanowił się, poczym kazał wszystkim wyjść. Nie chciał sprzeciwiać się tak znanemu lekarzowi.
Borelius rad z samotności podszedł do biskupa. Ten spojrzał na medyka i to, co zobaczył nie spodobało mu się. Biskup poczerwieniał ze złości.
- Myślałem, że już dawno zabrał cię ze sobą diabeł, podły czarowniku.
- Nic się nie zmieniłeś, zrzędliwy jak zawsze. Pomimo wszystkiego przyznaj, że nikt tak jak ja nie umiał leczyć twej przypadłości…
- Przyznać muszę tylko jedno- lekarstwo, które kiedyś mi poleciłeś na mą przypadłość, podziałało. Gdyby nie to, to już dawno wezwałbym straż.
- Tobie Eminencjo, jak już wcześniej wspomniałem pomóc najlepiej może wstrzemięźliwość. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu to grzech.
- Nie przyszedłeś tu prawić mi kazania.
- Nie. Przyszedłem prosić o łaskę.
- Dla siebie?
- Nie, dla Christiana de Lorge.
- Tego cudzołożnika? Przecież on nie żyje.
- O ile wiem, ma się lepiej niż my razem wzięci.
- Mogłem się tego domyślić. Tym razem przesadziłeś. Lud burzy się, opowiada o cudach, a nie jest to po naszej myśli… Postaram się o ułaskawienie, ale ma ono swoją cenę. Już dawno nie wysyłałem nikogo na krucjatę. Pojedziesz na nią ty i ten twój cudzołożnik. Ja ze swojej strony mogę obiecać, że postaram się porozmawiać z wicekanclerzem i oficjalnie zakażę mu poszukiwań. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy.
Biskup uśmiechnął się szyderczo, dobrze wiedział, że jest to mało prawdopodobnie.
Z jego krucjat rzadko wracało się w jednym kawałku. Pomimo wszystko Borelius, tak jak obiecał, wyprosił u biskupa ułaskawienie dla rycerza. Miało jednak swoją cenę- musiał udać się z krucjata do Ziemi Świętej razem z nim.
Stary de Lorge dalej obawiał się o los wnuka, choć później zaczął sądzić, że to będzie dobra szkoła dla nieokrzesanego Christiana.
Borelius pożegnał się przed wyprawą, zainkasował należną mu sumę pieniędzy. Poczuł, że właśnie rozpoczął nowy okres w jego życiu. Znowu jest o dwadzieścia lat młodszy. W Ziemi Świętej czekają go nowe przygody i nowe możliwości zarobku. Jon Black dołączy do nich niebawem. W Vitenbergii nic go nie trzyma. Tak to w trzech raźniej będzie im pokonywać wszelkie trudy podróży.




Autor: Agne Revana
Dodano: 2006-09-12 16:21:38
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Azirafal - 13:04 21-11-2006
Sporo ciekawego, trochę amatorszczyzny. Widać znaczną inspirację "trylogią śląską" ASa i/lub Brzezińską. Nieźle napisane, choć irytuje brak dobrego wprowadzenia do niektórych akapitów (taka "narracja na chybcika", coby tylko przeskoczyć wstęp i dojść do sedna). Czasem niektóre zdania są tak sformułowane, że niezrozumiałe.

Ale ogólnie in plus, to na pewno. Z chęcią zobaczę co autorka (czy autor?) dalej pokaże.

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Księcia głupców"


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Delaney, Joseph - "Rytuał"


 Golden, Christie - "Assassin's Creed"

 Atwood, Margaret - "Rok Potopu"

 Gaiman, Neil - "Mitologia nordycka"

 Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

 Aczel, Amir D. - "W poszukiwaniu zera"

 Łukawski, Jacek - "Grom i szkwał"

 Tregillis, Ian - "Mechaniczny"

Fragmenty

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

 Sanderson, Brandon - "Idealny stan"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 Liu, Cixin - "Problem trzech ciał"

 Clare, Cassandra i inni - "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS