NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gwynne, John - "Gniew"

Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

Ukazały się

Jaumann, Bernhard - "Sępom na pożarcie"


 Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks, W. - "Grombelardzka legenda" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Pani Dobrego Znaku" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Porzucone królestwo" (edycja limitowana)

Linki

Pacyński, Tomasz - "Szatański interes"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Pacyński, Tomasz - "Matylda i Dziadek Mróz"
Data wydania: Listopad 2005
ISBN: 83-89011-75-1
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 416
Cena: 28,99 PLN
Tom cyklu: 2



Pacyński, Tomasz - "Szatański interes" #2

Szatański interes

Range rover miał kilka zalet. Ale najważniejsza Dziadkowi wydawała się jedna — o wiele mniej rzucał się w oczy niż wypasiony mercedes, jakim jeździł jeszcze pół roku temu.
Rozpadało się. Wycieraczki przecierały półkola na przedniej szybie, światła reflektorów nadjeżdżających z naprzeciwka samochodów skrzyły w kropelkach deszczu. I nic już nie było takie jak wczoraj. Pozostawała pustka, której nie było jak zapełnić.
Smutek. I tęsknota.
Dziadek Mróz wpatrywał się w mrok, przecinany smugami reflektorów. Nie wiedział sam, dokąd się tak spieszy, co każe mu coraz silniej dociskać gaz, wchodzić w zakręty na granicy ryzyka. Napędzany na cztery koła range rover radził sobie nieźle, choć przecież był terenówką, z twardym zawieszeniem. Drzewa, bezlistne jeszcze o tej porze roku, rozmazywały się w pędzie, kiedy tylko Dziadek spojrzał w bok.
Dobiegło końca pół roku ciężkiej pracy. Ciężkiej, niebezpiecznej, w dodatku wciąż trzeba było się użerać z różnymi SNT, w rodzaju pana posła „bez nazwisk”. Ale ta praca pozwalała zapomnieć. Pozwalała zasypiać twardym snem po całym dniu fizycznego zmęczenia do granicy możliwości. Pozwalała nie przewracać się w półśnie z boku na bok, nie budzić z łomocącym sercem i szukać miękkiego dotyku włosów. Ciepła.
Którego już nie było. I nigdy nie będzie.
— Czekaj, dupku... — mruknął Dziadek pod nosem, mrużąc oczy w światłach nadjeżdżającego z naprzeciwka tira. Wymacał przełącznik. Osiem halogenów na dachu przecięło mrok.
Po chwili mógł obserwować w lusterku, jak tylne światła ciężarówki zataczają łuk. Nie potrafił się powstrzymać od uniesienia wyprostowanego, środkowego palca, choć dobrze wiedział, że kierowca tira i tak nie dostrzeże tego gestu. Ma wystarczająco dużo problemów.
Dziadek pstryknął przełącznikiem, światła przygasły. Był rad z deszczu, śliskiej jezdni, sznureczku samochodów z naprzeciwka. Mógł się skupić na prowadzeniu i starać się nie myśleć.
Tylko starać.
Zastanawiał się ponuro, do czego właściwie się tak spieszy, co gna go wąską drogą, niebezpieczną jak wszystkie w tym kraju. Po co, myślał, przecież na końcu i tak nic nie czeka. Pusty apartament, w którym od trzech miesięcy zbiera się tylko kurz. Zimna, pachnąca stęchlizną pościel. Naczynia w zlewie z zaskorupiałym brudem, pudełka po pizzy, na których zastygł sos pomidorowy i roztopiony ser. Opróżnione butelki, których nie chciało się wynieść.
Dziadek zredukował bieg, mocniej chwycił kierownicę. Silnik range rovera, nieźle wprawdzie wytłumiony, zawył głośniej. Zapiszczały opony, kiedy wóz wszedł w zakręt.
Niech to szlag, przemknęło Dziadkowi przez głowę. Człowiek się nawet zapić nie może. Nie da rady, taki pieprzony los nieśmiertelnych. Kurewska niesprawiedliwość. Docisnął gaz prawie do podłogi, światła reflektorów wydobyły z mroku rząd przydrożnych drzew.
Nie ma dokąd się spieszyć. Samochód zatańczył na śliskiej nawierzchni, wytracając szybkość. A co najważniejsze, nie ma do kogo.
Jechał teraz wolno. Pozwalał się wyprzedzać nawet odrapanym polonezom, zjeżdżał posłusznie na same pobocze, poganiany niecierpliwymi błyskami reflektorów w lusterku.
Uświadomił sobie, że czuje żal do Bizonia. Zdawał sobie sprawę, że to irracjonalne i niesprawiedliwe, pułkownik zrobił, co mógł, a nawet więcej. Wywiązał się ze wszystkich zobowiązań, uczciwie i do końca. I parę razy, kiedy zwierzchnicy kwestionowali przydatność konsultanta Morozowa, potrafił postawić na swoim.
Dziadek uśmiechnął się krzywo. Kwestionowali — to nie było najwłaściwsze słowo. Przypomniał sobie posła od służb specjalnych. Ten łysy facet potrafił parę tygodni temu wywołać całkiem niezły skandal, na szczęście szybciutko wyciszony. Bizoń też miał swoje dojścia, co niejako potwierdzało zresztą spiskową teorię, która wyznawał parlamentarzysta.
Ale dojścia na dłużej nie wystarczyły, dobrze przynajmniej, że udało się wypełnić kontrakt do końca. Uśmiech Dziadka stał się cieplejszy. Dobre chłopaki, pomyślał, pokazali, co potrafią. Nauczyli się wiele, teraz muszą sobie radzić sami.
I ja też, dotarło do niego po raz któryś już, odkąd ruszył w drogę ciemną, wyboistą szosą. Coś trzeba zrobić z resztą życia. Poszukać sensu, o który coraz trudniej.
Wydawało się, że ten sens kiedyś się odnalazł. Jednak nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, jak głosi wyświechtany truizm. Nie odnaleźli już siebie nawzajem, on, Dziadek Mróz, i dziwna dziewczyna, która chciała, by nazywać ją Matyldą. Oddalili się, stali się obcy. Nic już ich nie łączyło, nawet wspólne cele, które okazały się nieważnie, w które oboje przestali wierzyć.
I pozostało to, co odpychało, nie pozwalało zapomnieć. Cień kogoś, kto kiedyś stanął między nimi.
Już tylko cień. Dziadek namacał paczkę papierosów leżącą na siedzeniu obok. Wyciągnął jednego, reszta rozsypała się po podłodze. Zaklął głośno.
I jeszcze gadam do siebie, przemknęło mu przez głowę. Sięgnął do elektrycznej zapalniczki na desce rozdzielczej, i rzucił kolejną klątwę, kiedy palec wpadł mu do dziury. Gniazdko było puste. Przypomniał sobie poniewczasie, że tak ze dwa dni temu pozwolił jednemu Wafli podłączyć tam laptopa.
Mrucząc coś pod nosem o pierdolonych bałaganiarzach zaczął obmacywać kieszenie w poszukiwaniu zapalniczki. Zjechał przy tym na środek szosy, dopiero mrugnięcie świateł nadjeżdżającego z przeciwka samochodu przywróciło go do rzeczywistości.
Wreszcie znalazł i odetchnął z ulgą. Nie usłyszał cichego pstryknięcia złotego ronsona, hałas silnika był zbyt głośny. Przybliżył błękitny, gazowy płomyczek do trzymanego w ustach papierosa, zerkając jednocześnie odruchowo w lusterko. I zamarł.
Zorientował się, że już od dłuższego czasu ktoś się za nim wlecze. Światła były dziwne, podwójne reflektory ustawione nie poziomo, lecz pionowo.
Dziadek przypalił papierosa, rzucił niedbale zapalniczkę na siedzenie obok. Miał ochotę skląć siebie samego. Powinien wcześniej się zorientować. Zaczynasz tracić instynkt, pomyślał niewesoło.
Zdjął nogę z gazu, jechał teraz zaledwie sześćdziesiątką. Ale dystans pomiędzy nim a jadącym z tyłu wozem nie zmniejszał się wcale. W błysku latarni, kiedy przejeżdżali obok jakiegoś wiejskiego, zamkniętego na głucho sklepiku, dostrzegł, że to miniwan. Ten, kto jechał za nim, starał się utrzymać stałą odległość.
Gdyby nie zdrowa paranoja, Dziadek nie dożyłby swojego wieku. Kilkuset lat albo, jak kto woli, krzepkiej pięćdziesiątki. Skoro tamten tak jawnie przykleił się do zderzaka, pomyślał, zależy mu na tym, żebym wiedział, że mnie śledzi. W porządku, uśmiechnął się złośliwie, zobaczymy.
Zredukował bieg, zwolnił jeszcze bardziej. Mignął prawym kierunkowskazem, jakby zamierzał zatrzymać się na poboczu, sunął wolno, co było zrozumiałe. Pobocze na tej drodze było czysto umowne, trudno było nazwać tak bagnisty rów, który zaczynał się w miejscu, gdzie kończył się zryty koleinami asfalt.
Światła w lusterku zbliżały się coraz bardziej, Dziadek dostrzegł błysk kierunkowskazu. Wciąż jechał wolno, prawym pasem, dając się wyprzedzić. Wkrótce maska miniwana wypełniła cale lusterko, i po chwili czarny samochód przemknął obok range rovera.
Chevrolet Suburban. Ciekawy wózek, pomyślał Dziadek, zanim jeszcze tamten zamrugał czerwono kierunkowskazem. Roześmiał się głośno. Amerykanin, niezwyczajny do toru przeszkód, jakim jest podlaska szosa, nawet międzynarodowa. Dlatego tak ostrożnie jedzie.
Zaciągnął się głęboko. Wariujesz, stary, nadpłynęła niewesoła myśl, zwidują ci się strachy. Po raz pierwszy tego dnia zatęsknił jednak do pustego mieszkania, do samotności. A przede wszystkim do butelki ozdobionej na kształt szklanej góry, która zawierała błękitnie opalizujący płyn. Perfumy „Biały niedźwiedź”, najlepsze lekarstwo na wszystkie smutki i zmory.
Docisnął gaz. Przez chwilę miał dziecinną ochotę pościgać się z chevroletem, pokazać durnemu kowbojowi, jak jeżdżą prawdziwi mężczyźni z Europy Wschodniej. Widział w oddali tylne światła miniwana, wciąż w zasięgu, czasem tylko znikały za zakrętami. I za chwilę pojawiały się znów.
Błysnęła pomarańczowo lampka rezerwy paliwa. Dziadek zmarszczył brwi. Mógł na rezerwie przejechać jeszcze sporo, ale odeszła mu ochota do wyścigów z Amerykaninem. Bez sensu, pomyślał, jeszcze się biedak zabije. Zaczął rozglądać się za stacją benzynową.
Dojrzał znak. Zaledwie kilometr, zastanawiał się przez moment, czy nie jechać dalej. Ale rozprostowałby przy okazji kości, a poza tym naszła go nagle ochota na kubek kawy. Nawet tego paskudztwa, które dają zwykle na stacjach benzynowych. Byleby było gorące, i zawierało odpowiednią dawkę kofeiny.
Prawie czuł już smak kawy z ekspresu, jej zapach. I aż się skurczył za kierownicą, kiedy ten wyimaginowany zapach przywołał inne, nieproszone i niechciane. Wspomnienia aromatu, który czuł kiedyś, unosząc do ust pełny kubek. I jeszcze innego.
Zapachu czarnych włosów.
Światła miniwana zbliżyły się znów. Przestało już padać, Dziadek widział wyraźnie czarną karoserię, po której przemykały odblaski rzadko rozstawionych latarni. Zbliżali się do jakiegoś miasteczka, rzędy drzew po bokach szosy zastąpiły blaszane hale hurtowni i magazynów, wszechobecne billboardy.
Dziadek klął jeszcze pod nosem, usiłując zepchnąć wspomnienia głąb świadomości, gdy ujrzał, niedaleko już, żółtawe światła sodowych latarni i wielkie logo koncernu paliwowego. Chevy przed nim też zwalniał, mrugał czerwony kierunkowskaz.

* * *

Kawa, zgodnie z przewidywaniami, była paskudna. W dodatku w styropianowym kubku, który wprawdzie udawał filiżankę z kształtu, ale tylko udawał. I jej zapach nie przywodził żadnych wspomnień, nie przywoływał obrazów. Może poza obrazem palonej tektury, rozmoczonej w wodzie.
Dziadek sączył podejrzany płyn, nawet nie czarny, ale lekko bursztynowy jak mocna herbata, z którą wszakże, prócz barwy, nie miał nic wspólnego. Nie spieszył się, godzina była na tyle późna, że mógł zostawić spokojnie swojego range rovera pomiędzy dystrybutorami bez obawy, że ktoś nadjedzie, i zrobi awanturę.
Uśmiechnął się. To nie byłoby nawet najgorsze, takie stare bmw albo odwijany z drzewa golf, pełen miejscowych drechów. Byłaby jakaś rozrywka. Ale to środek tygodnia, nie gorączka sobotniej nocy. Nie ma co liczyć na nabuzowaną młódź wracającą z dyskoteki.
Spoglądał na swe odbicie w wielkiej szybie, z której nie spłynęły jeszcze do końca wszystkie krople niedawnego deszczu. Widział starszego, siwego faceta o zmęczonej, pochmurnej twarzy. Sennego sprzedawcę, który był wyraźnie wściekły, że ktoś mu głowę zawraca o takiej nieludzkiej godzinie. I jedynego, poza sobą, gościa, zgarbionego nad stolikiem faceta w nieokreślonym wieku. Ciekawe, co on tu robi, przemknęło mu przez głowę, skąd się w ogóle wziął. Na całej stacji nie było innych pojazdów, prócz terenówki, którą przyjechał, i lśniącego suburbana tuż przed nią. Chevy stał zaparkowany jakoś krzywo, Dziadek pomyślał, że jeśli nie wróci kierowca, trzeba będzie wyjeżdżać tyłem. Był zły na siebie, dopiero teraz uświadomił sobie, że zajęty tankowaniem nie przyjrzał się pasażerom miniwana. Miał uporczywe wrażenie, że coś w wyglądzie samochodu mu się nie spodobało. Za nic nie mógł sobie uświadomić, co.
— Nieważne — mruknął pod nosem, i zaklął zaraz, tym razem w duchu, uświadomiwszy sobie, że znów mówi sam do siebie. Wariujesz, Morozow, skarcił się, głupiejesz od samotności, od...
Od tęsknoty? Której nigdy już nie zaspokoisz?
Gorąca kawa prysnęła na dłoń, kiedy bezwiednie niemal zgniótł styropianową filiżankę w wielkim łapsku. To przywróciło go do przytomności, serce uspokajało się, przestawało łomotać. Rozejrzał się dyskretnie, czy nikt nie spostrzegł, jak idiotycznie się zachowuje. W oczach sprzedawcy nie pojawił się choćby cień błysku zainteresowania.
Dziadek odetchnął z ulgą. Może jeszcze jakiś czas uda mi się nie zrobić z siebie ostatecznego durnia. Trzeba rozejrzeć się za robotą, taką jak ostatnia. Nie tutaj, gdzie agencyjna psychoza osiągnęła stadium paranoi. Ale mało to krajów, gdzie można sobie postrzelać? I zmęczyć się tak, by zasypiać jak kamień, bez snów. I bez wspomnień.
Matylda powinna coś wiedzieć, pomyślał, trzeba do niej zadzwonić. Robi jakieś interesy z tymi dwoma wariatami, Borejką i Kwiatkiem, może będzie miała coś na oku. Albo choćby poradzi.
Zatęsknił nagle za dziewczyną, zapragnął choćby usłyszeć jej głos. Przypomniałby może o czasach, kiedy wszystko wydawało się prostsze. I szczęśliwsze. Sięgnął do kieszeni kurtki po komórkę, zastygł w pół ruchu. Nie, nie teraz, postanowił.
Oszukiwał się. Tłumaczył sobie, że przecież jest środek nocy, a nawet bliżej już do rana, nie wypada telefonować. Zdąży przecież, choćby jutro. To jednak nie była cała prawda.
Oddalili się od siebie. Oddalali coraz bardziej. Ostatnio rozmawiali... Zamyślił się chwilę. Tak, przed trzema tygodniami. Wysłuchał zdawkowych pytań, udzielił podobnych odpowiedzi. Sam zadał kilka. Równie zdawkowych. I kiedy w słuchawce zapadła nagła cisza, kiedy chciał już powiedzieć coś cieplejszego, zburzyć mur, który pomiędzy nimi wyrósł, usłyszał pożegnanie.
Chłodne i obojętne. Cześć, miło cię było usłyszeć. Zadzwoń kiedyś.
Poczuł ukłucie żalu. Ją też straciłem, uświadomił sobie całkiem spokojnie i chłodno. I wiedział już, że nie zadzwoni rano. Ani nawet kiedyś.
Dopijał resztkę paskudnego płynu ze zgniecionej filiżanki. Trzeba się zbierać, pomyślał, i zastygł ze wzniesionym do ust naczyniem, czując na sobie czyjeś spojrzenie. Nie chciał się odwracać, popatrzył więc na odbicie w szybie.
Zgarbiony człowiek w czarnym płaszczu wbijał w niego nieruchomy wzrok. Właśnie w odbicie, jakby przewidział, gdzie Dziadek za chwilę spojrzy, jakby chciał, by ich oczy się spotkały.
Czarne, wielkie punkty źrenic. Nieruchome, jak u ptaka.
Nieznajomy nagłym, szarpiącym ruchem odwrócił głowę. Dziadek powoli wypuścił powietrze. Odstawił pustą już filiżankę, zgniótł ją w garści. Zaczynasz wariować, przemknęła mu po raz kolejny ta sama myśl.
Wstał, skinął głową sprzedawcy, który nie raczył odpowiedzieć na ten gest, jakby go wcale nie zauważył. Może rzeczywiście nie dostrzegł, pochłonięty obserwowaniem wiszącego tuż pod stropem telewizora, który odbierał jakiś muzyczny kanał, chyba MTV. Z wyłączonym dźwiękiem.
Dziadek rozprostował z ulgą plecy, aż trzasnęło w krzyżu. Cisnął celnie resztki kubeczka do kosza na śmieci. Stał jeszcze chwilę, zastanawiając się, czy nie kupić papierosów. Ale w gablocie za ladą nie dostrzegł uczciwych cameli, tylko białe paczki tych ponoć mniej szkodliwych. Ruszył do wyjścia.
Człowiek w czarnym płaszczu nie spojrzał nawet na niego. Wbił spojrzenie w brudny, pozalewany kawą, plastikowy blat. Dziadek poczekał, aż automatyczne drzwi rozsuną się przed nim, po czym wyszedł na zewnątrz i zaczerpnął głęboko w płuca haust chłodnego, przesyconego niedawnym deszczem powietrza.
I wtedy uświadomił sobie, co poczuł, mijając zgarbionego nieznajomego.
Ciężki, duszący zapach mokrych piór.

* * *

Suburban wciąż stał przy dystrybutorach, wciąż krzywo zaparkowany, tarasując wyjazd. Dziadek sięgnął do kieszeni po kluczyki, idąc przez podjazd z betonowej kostki myślał niechętnie, że trzeba będzie się wycofywać. Żadna fatyga, ale był zły. Co za baran, przemknęło mu przez głowę, nie potrafi nawet równo stanąć. Nie jest przecież, psiakrew, u siebie. Przystanął na moment, popatrzył na motel nieopodal, którego reklama pobłyskiwała pulsującymi, kolorowymi światełkami. Paradise, przeczytał, i splunął. Niezwykle oryginalnie. Pewnie tam siedzi ten debil, pomyślał bez związku, i chla porządną kawę, nie taką jak ja. Zresztą, co Amerykanin może wiedzieć o kawie.
Nacisnął guzik na breloczku, range rover pisnął, mrugnął światłami. Dziadek podszedł bliżej, ujął klamkę, by otworzyć drzwi. I zamarł.
Już wiedział, co nie pasowało mu w wyglądzie miniwana. Chevrolet Suburban z przyciemnianymi, nieprzejrzystymi szybami miał najzwyklejszą, białą, polską tablicę rejestracyjną. I czerwone, nieprzepisowe, amerykańskie kierunkowskazy. Nikt nie zarejestrowałby tego wozu, mógłby jeździć najwyżej na próbnych blachach.
Chciał się odwrócić, chociaż zdawał sobie sprawę, że już za późno. Zamiast tego zdjął rękę z klamki, powoli, starając się, by dłonie były widoczne, położył je na dachu.
— Kurwa mać — zmełł pod nosem przekleństwo.
Ten, który podszedł z tyłu, umiał to robić rzeczywiście cicho. Dopiero teraz słuch Dziadka Mroza uchwyci delikatny chrzęst kamyka pod podeszwą.
Jasne światło zalało podjazd przy dystrybutorach. Zajazgotał rozrusznik, po chwili dał się słyszeć miarowy warkot silnika. Drugi chevy podjechał powoli, blokując wyjazd od tyłu.
— Gospodin Morozow.
To nie było pytanie. Człowiek, na którego Dziadek wciąż nie spojrzał, doskonale wiedział, z kim ma do czynienia. W głosie można było dosłyszeć nutkę triumfu.
Trzasnęły otwierane drzwi drugiego miniwana. W świetle reflektorów Dziadek kątem oka zobaczył dwie czarne sylwetki. Wzniesione ręce, przedłużone czarnymi, tęponosymi konturami. Ingramy albo mini uzi.
Nawet nie czuł złości, tylko żal. No dobrze, musiał przyznać, trochę żalu też, do siebie, że mógł aż tak stracić czujność. Nie dostrzec wszystkich oznak, niepokojących szczegółów, które przecież wszystkie miał pod nosem, jak na talerzu.
Na każdego kiedyś przyjdzie pora, pomyślał filozoficznie, doskonale zdając sobie sprawę, że może już wyłącznie sobie pofilozofować. Jego desert eagle z pełnym magazynkiem leżał oddalony o niecały metr, oddzielony zamkniętymi drzwiami terenówki. Ale równie dobrze mógłby się znajdować na Antarktydzie na przykład albo w innym, równie irracjonalnym miejscu.
— Za głupotę się płaci — mruknął Dziadek i odwrócił się powoli. Wciąż starając się, by dłonie były widoczne. Nie miał wprawdzie wielkich złudzeń, podpadł Amerykanom wystarczająco, by resztę życia spędzić w Guantanamo, odziany w gustowny, pomarańczowy kombinezon. I roześmiał się niespodziewanie, aż po twarzy stojącego przed nim człowieka w eleganckim garniturze przeleciał nikły cień zdumienia.
Resztę życia, pomyślał Dziadek Mróz. Cóż, w jego przypadku amerykańskie wyroki kilkuset lat więzienia nabierają nowych znaczeń.
Spoważniał, przyjrzał się uważniej przystojnej twarzy agenta. Facet był młody, czarniawy, w świetle reflektorów widać było przebijający mocny, aż siny zarost. Wzrok Dziadka rejestrował machinalnie szczegóły. Lekkie wybrzuszenie marynarki, mimo iż typ ubierał się u niezłego krawca, nie dało całkiem ukryć potężnej spluwy. Słuchawka z cielistego plastiku, prawie niedostrzegalna, cienki kabelek niknął za kołnierzem.
Secret Service, skonstatował Dziadek z rezygnacją. Albo inna organizacja, powołana po jedenastym września, tak cholernie tajna i profesjonalna, że jej agentów można było rozpoznać na pół kilometra, do tego stopnia wzbudzali respekt. Ciekawe, czego się doszukali, zastanawiał się. Kilku Saddamów, jednego bardziej oryginalnego niż drugi? A może wpadli wreszcie, z jakiego powodu rozpoczęli tak naprawdę tę bezsensowna wojnę? Wszystko jedno, wszystkie drogi i tak prowadzą do Guantanamo.
— Gospodin Pawło Morozow? — powtórzył agent Tym razem zabrzmiało to na tyle pytająco, że Dziadek zdecydował się odpowiedzieć.
— Nie, Myszka Miki — odparł nonszalancko. Nie miał złudzeń, ale nie miał też zamiaru ułatwiać. — Co, nie poznajecie?
Uśmiech przemknął po twarzy agenta i zaraz znikł. Trzasnęły drzwi range rovera, jeden ze szperających w środku zaśmiał się krótko.
— Wy mnie tu, Morozow, nie podskakujcie — uciął sucho agent. Mówił po polsku, bez wyczuwalnego śladu obcego akcentu. Ale wyglądał na Włocha z pochodzenia, czarnowłosy, o smagłej cerze. Albo może Portorykańczyka. W każdym razie południowy typ.
Sięgnął w zanadrze. Dziadek sprężył się, choć przecież nie spodziewał się, iż smagłolicy typ wyjmie spluwę i zastrzeli go na miejscu. Ale ten wyjął tylko dużą odbitkę, mało pogniecioną. Popatrzył uważnie, przeniósł wzrok na twarz Dziadka.
— Nie, nie wyglądasz na Myszkę Miki — stwierdził z zadowoleniem. — Natomiast na Morozowa i owszem. Wsiądziesz sam czy mamy cię skuć i wrzucić przemocą? Uszkodziwszy nieco wprzódy, jeśli będziesz stawiał opór?
Dziadek rozluźnił mięśnie. To nie miało sensu, zdawał sobie sprawę. Złapali go, jak mawiali kumple ze Specnazu, z opuszczonymi gaciami. I mógł najwyżej rozbić sobie mordę, gdyby próbował uciekać z nogami skrępowanymi w kostkach.
I w dodatku obciach. Mimo to spróbował jeszcze.
— A to niby dlaczego? Kim wy w ogóle jesteście? Co do mnie macie? I jakie macie prawo działać tu, na tym terenie?
Smagłolicy uśmiechnął się ze znużeniem. Widać nie raz prowadził już takie rozmowy. Kiedyś może go bawiły, teraz musiał już tylko wypełnić obowiązek.
— Po kolei, Morozow, skoro tak ci na tym zależy... — zaczął.
Dziadek udawał, ze słucha z zainteresowaniem. Stał pozornie spokojnie, ale wszystko się w nim gotowało. Zwłaszcza kiedy z samochodu, przeszukiwanego teraz przez dwóch tajniaków, dobiegł trzask, który mógł bezbłędnie rozpoznać jako odgłos zapalanego ronsona. Nie dość, że wsadzą do pierdla, może zabiją nawet, pomyślał melancholijnie, to jeszcze i zapalniczkę podpierdolą
— Jesteśmy tajni, więc nie musimy ci się legitymować. Spytasz, dlaczego tajni? Odpowiedź jest prosta. Bo tak.
Agent skrzywił wargi w kpiącym uśmiechu.
— Czekasz, aż odczytamy ci twoje prawa? No fuckin’ way, Morozow. Nie masz żadnych.
Trzasnęły drzwiczki range rovera. Dwaj tajniacy zakończyli przeszukanie. Ten, który rozmawiał z Dziadkiem, stał nieruchomo, jakby na coś czekał.
I doczekał się. W Dziadku Mrozie obudziła się wreszcie bunt. Będzie, co będzie, raz kozie śmierć.
— Mam wsiadać? — parsknął zapalczywie. — To się okaże! Prędzej mnie diabli porwą...
Urwał, ujrzawszy, że smagłolicy agent nie uśmiecha się już, tylko śmieje pełną gębą, demonstrując garnitur równiutkich, białych zębów.
— Diabli porwą, powiadasz, Morozow? — spytał tajniak, wciąż krztusząc się od śmiechu. — To da się zrobić...
Dziadek poczuł, jak na obu ramionach zaciskają mu się silne palce.

* * *

Od kierowcy i agenta na przednich siedzeniach oddzielała Dziadka gruba szyba. Wyglądała na kuloodporną, ale gdyby nawet nie wierzył, to i tak nie miałby jak sprawdzić. Drzwi suburbana naturalnie nie posiadały klamek od środka.
Nie mógł nawet wyglądać. Okna miniwana, przynajmniej z tyłu, były nieprzejrzyste, zupełnie jak z zewnątrz, lśniły nieprzenikniona czernią.
I co ja mam, kurwa, zrobić? — zastanawiał się Dziadek z ponurą desperacją. Kiedyś wydawało mu się, że jest przygotowany na wszystko. I był. W obcasie jego buta krył się uniwersalny wytrych, którym mógłby otworzyć każde klasyczne kajdanki. Zaś na wypadek, gdyby związano mu ręce plastikową, zbrojoną kewlarem taśmą, miał inną niespodziankę.
Uśmiechnął się krzywo i przesunął końcem języka po siekaczach. Przypomniał sobie ów dzień przed laty. Iżewskij Awtomobilnyj Zawod, w którym, jak sama nazwa wskazuje, produkowano znakomite czołgi. Zapach rozgrzanego żelaza, stary mechanik, który pamiętał chyba jeszcze czasy zaraz po rewolucji. Pisk szlifierki kątowej, którą ów zacny człowiek szlifował Dziadkowi nowe koronki na siekaczach, z pierwszorzędnego karborundu.
Wszystko na nic. Agenci w swej perfidii nie skuli mu rąk. Ani tradycyjnymi kajdankami, ani plastykową taśmą.
Dziadek usiłował się zorientować, dokąd jadą. Ale z tylu widział tylko kawałek przedniej szyby, nie mógł dostrzec żadnych charakterystycznych punktów. Skręcili zresztą z szosy na boczne drogi, chevrolet kołysał się i podrzucał na wybojach. Światła reflektorów wydobywały z mroku pnie drzew, czasem rozwalające się opłotki. Mignął ukośny krzyż, zanim podskoczyli na szynach na niestrzeżonym przejeździe kolejowym.
Nie warto się wysilać, postanowił Dziadek. Dojedziemy na miejsce, to się zobaczy. A raczej dolecimy. Nie wiedzieć czego wyobrażał sobie, że podróż zakończy się na tajnym, wojskowym lotnisku. Samochód wjedzie w ciemną czeluść, podniesie się za nim rampa, i C-17 wyruszy w daleki, transatlantycki lot. A potem — witaj Kubo. Szkoda tylko, że po niewłaściwej stronie zasieków.
Co ma być, to będzie, pomyślał i rozchmurzył się nieco. Agenci byli perfidni, nie skuli rąk. Ale nie okazali się aż tak perfidni, żeby zabrać piersiówkę. Odkręcił metalowy korek, pociągnął spory łyk. Tego właśnie było mu trzeba.
Poczuł, jak znów wracają mu siły. Jak uchodzi pesymizm i zmęczenie. Cóż, pomyślał zadzierżyście, pociągając znowu, nie wiecie, kogoście złapali. Jeszcze się przekonacie.
Agent obok kierowcy odwrócił głowę. Dziadek widział teraz jego ciemny profil, ostry i wyrazisty, z dużym, garbatym nosem. Uniósł metalową flaszeczkę w parodii toastu. Z satysfakcją dostrzegł, jak grdyka tajniaka poruszyła się gwałtownie.
Dobrze ci tak. Kolejny łyk spłynął przez przełyk, grzał miło w żołądku. Nie był to wprawdzie Biały Niedźwiedź, napój prawdziwych wojowników. Ale bimber, który Bizoń z Waflem Cztery pędzili w chłodnicy pomocniczego agregatu prądotwórczego, też miał swoją moc.
Dziadek rozparł się na siedzeniu jakby jechał limuzyną na spotkanie z producentem filmowym. Co ma być, to będzie.

* * *

Nie dojechali na żadne lotnisko. Całą noc tłukli się po wertepach, aż Dziadek ukołysany wstrząsami samochodu zasnął smacznie, tuląc do piersi pustą już, blaszaną piersiówkę.
Obudził się dopiero, kiedy chevrolet zatrzymał się nagle. Dniało już, wstawał pochmurny, wiosenny dzień. Dziadek przetarł oczy, ze złością potrząsnął pustą flaszką. Zaczynało go suszyć.
Przez przednią szybę mógł dostrzec kawałek wysokiego, żelaznego ogrodzenia. Jedno skrzydło bramy. I ochroniarza, który niczym się nie wyróżniał, ponury facet w czarnym mundurku. Mógłby pilnować wszystkiego, od supermarketu poczynając, na supertajnej bazie wojskowej kończąc. Rozmawiał teraz przez komórkę, popatrując na oczekujące przed bramą samochody.
Obaj agenci na przednim siedzeniu też ożywili się nieco. Dziadek mógł się im wreszcie lepiej przyjrzeć. Aż zmrużył z niedowierzaniem oczy, było w nich obu coś niepokojąco znajomego. Wyglądali wręcz na braci swojego szefa, o ile oczywiście facet od dowcipów o prawach człowieka był szefem. W każdym razie sprawiał takie wrażenie.
Tajniacy byli ciemnolicy, smagli, o ostrych, wyrazistych rysach. Teraz, nad ranem, ich policzki pokrywał mocny zarost. Dziadek poskrobał się z namysłem po głowie. Coraz więcej znaków zapytania, ale też coraz mocniejsze wrażenie, że coś się zaczyna układać.
Strażnik skończył rozmowę. Schował telefon, machnął przyzwalająco ręką. Skrzydło bramy zaczęło się przesuwać po niewidocznych rolkach. Nie zdążyło jeszcze znieruchomieć, kiedy suburban minął już ogrodzenie. Za nim podążał drugi. Choć było już jasno, miał wciąż zapalone reflektory, ich światło było tak mocne, że przebijało przez tylną, przyczernioną szybę.
Pod oponami zazgrzytał żwir. Miniwany toczyły się wolno alejką, która wiodła raczej przez park niż przez ogród. I to rozległy park, nieźle utrzymany, jak mógł Dziadek zauważyć. Mignęła mu przez chwilę sylwetka człowieka, który grabił zawzięcie zeszłoroczną trawę. Przez plecy ogrodnik miał przewieszony karabin szturmowy, jakiś rzadki sprzęt, Dziadek nie zdołał nawet rozpoznać typu.
Ale i ogrodnik przywodził na myśl południowca.
Jeszcze jeden zakręt i przed maską suburbana wyłonił się budynek. Jak się należało spodziewać, był to stylowy pałacyk o ścianach porośniętych bluszczem. Wrażenie psuły wielkie talerze anten satelitarnych na rozległym tarasie.
Dziadek nie zdążył się bliżej przyjrzeć. Siła odśrodkowa rzuciła go w bok, zaklął głośno, kiedy blaszana piersiówka, którą wciąż bezwiednie ściskał w dłoni, upadła na podłogę. Kierowca zatoczył fantazyjny łuk i brutalnie wdepnął hamulec. Miniwan znieruchomiał, po chwili ucichł cichy pomruk silnika.
Klnąc pod nosem, Dziadek macał po podłodze w poszukiwaniu flaszki. Kątem oka widział ostry profil agenta za kuloodporną szybą z przodu. Tajniak był wyraźnie ubawiony.
Trzasnęły zwolnione zamki w drzwiach. Ktoś z zewnątrz ujął klamkę, do wnętrza wpadł rześki, chłodny powiew wiosennego poranka. Pachniało zgrabionymi liśćmi, mokra ziemią. I czymś jeszcze. Dziadek Mróz zmarszczył nos, węsząc niczym wyżeł. Zapach budził jednoznaczne skojarzenia.
— A niech was wszyscy... — mruknął i urwał. Omal nie roześmiał się na głos.
Poczekaj no, dodał w myśli, teraz już naprawdę wściekły. Niech no tylko się okaże, że mam rację.
Nie czekał, aż agent na zewnątrz poprosi, by wysiadł. Tak naprawdę nie czekał nawet, aż drzwi otworzą się do końca. Pchnął je brutalnie, z całej siły, i uśmiechnął się tylko pod wąsem, czując jak w coś uderzają. I słysząc bolesne stęknięcie.
Wygramolił się powoli. Stanął obok chevroleta, przeciągnął się, aż trzasnęło w stawach. Nocna podróż w nieznane dala mu mocno w kość. Obok agent w garniturze i ze słuchawką w uchu rozcierał ramię. Nie wyglądał na szczęśliwego.
— Prosimy, panie Morozow — mruknął wreszcie z uprzejmą nienawiścią w głosie. Gestem wskazał, by Dziadek ruszył przed nim.
Ten ani drgnął. Utkwił w tajniaku nieruchome, kpiące spojrzenie swych bladoniebieskich, poczciwych na pozór oka oczu. I milczał.
— Prosimy — powtórzył smagłolicy. Już zaczynał zdawać sobie sprawę, że nie udało się do końca. Nie całkiem dobrowolny gość już się zorientował.
— Nie zapomniałeś o czymś? — spytał chłodno Dziadek, potwierdzając jego przypuszczenia. Wyciągnął rękę, otwartą dłonią ku górze. I czekał.
Po smagłej twarzy tajniaka przebiegł ledwie wyraźny skurcz. Zmrużył głęboko osadzone, ciemne oczy, ocienione krzaczastymi, zrośniętymi brwiami. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
Wreszcie, z ociąganiem, agent przymknął powieki. Uniósł rękę, pstryknął palcami. Siwe wąsy Dziadka zadrgały, wargi rozciągnęły w nieznacznym uśmiechu. Za jego plecami zaskrzypiał żwir.
Bez słowa, nie spuszczając wzroku z tajniaka przed sobą, wysunął rękę w tył. Poczuł znajomy ciężar.
Uważnie przyjrzał się broni, zważył ją w ręce. Wyglądało, że wszystko jest w porządku. Chwilę stał bez ruchu, spoglądając, jak połyskuje niebieskawa oksyda. Tajniak przed nim zmarszczył brwi, wyraźnie zaniepokojony. Cofnął się o krok, śledząc poczynania siwego, zwalistego mężczyzny. W jego piwnych oczach zamigotało coś na kształt niepokoju.
Szczęknął przeładowywany pistolet. Pora na ostateczny test, pomyślał Dziadek i uśmiechnął się złośliwie. Ryzykowny, ale cóż, jest ryzyko, jest zabawa...
Uniósł powoli broń, zaszurał żwir, kiedy rozstawił nogi. Ugiął kolana. Wielki, izraelski pistolet wymagał, by traktowano go z szacunkiem, nie wybaczał lekceważenia. Lewa dłoń spoczęła na kabłąku osłony spustu, zanim jeszcze przyrządy celownicze zgrały się w samym środku klatki piersiowej agenta, któremu uśmiech całkiem już spełzł z twarzy. Smagłolicy cofał się niepewnie, strzelał oczami na lewo i prawo. Śmiesznym, zdawałoby się bezcelowym gestem wyciągnął przed siebie otwartą dłoń, poruszył wargami, jakby chciał coś powiedzieć, dokładnie w chwili, kiedy palec Dziadka zgiął się płynnie na spuście.
Desert eagle kopnął potężnie. Niewątpliwie było to złudzenie, ale Dziadkowi wydawało się, że tajniak zdążył kwiknąć z przestrachem, w tej krótkiej chwili, kiedy pocisk opuścił sześciocalową lufę i podążył do celu.


Dodano: 2006-07-03 12:21:11
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Kulawego szermierza"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS