NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"

Ukazały się

Wlazło, Alicja - "Iskra"


 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

 Kuang, Rebecca F. - "Wojna makowa" (zintegrowana)

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Kuang, Rebecca F. - "Wojna makowa" (miękka)

Linki

Bujold McMaster, Lois - "Cetaganda"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Cykl: Bujold McMaster, Lois - "Barrayar"
Tytuł oryginału: Cetaganda
Tłumaczenie: Łukasz Praski
Data wydania: Sierpień 2000
ISBN: 83-7255-624-5
Oprawa: miękka
Format: 142 mm x 202 mm
Liczba stron: 288
Tom cyklu: 7



Bujold, Lois McMaster - "Cetaganda"

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Jak to szło - zapytał Ivan - „Dyplomacja to sztuka wojenna uprawiana przez innych” czy odwrotnie? „Wojna to sztuka dyplo...”
- Dyplomacja to dalszy ciąg wojny, prowadzonej innymi środkami - wyrecytował Miles. - Czou En-laj, dwudziesty wiek, Ziemia.
- ty co, chodząca księga cytatów?
- Ja nie, to komandor Tung. Kolekcjonuje stare chińskie maksymy i zmusza mnie, żebym uczył się ich na pamięć.
- Stary Czou był więc dyplomatą czy wojownikiem?
Porucznik Miles Vorkosigan zastanowił się nad tym przez chwilę.
- Moim zdaniem musiał być dyplomatą.
Zagrały dysze korygujące, pasy wpiły się w ciało Milesa, a lądownik lekko się przechylił. Ławki, na których siedzieli naprzeciw siebie z Ivanem, były ustawione równolegle do ścian niewielkiego kadłuba. Miles wyciągnął szyję, by ponad ramieniem pilota lądownika spojrzeć na planetę w dole.
Ceta Eta IV, serce i kolebka rozrastającego się imperium Cetagandy. Miles sądził, że dla każdego rozsądnego człowieka osiem zajętych planet, otoczonych przez sprzymierzone lub marionetkowe państewka, stanowiło dowód, że istotnie Cetaganda poszerza obszar swoich wpływów. Co wcale nie oznaczało, że cetagandańscy gemmowie nie mają ochoty go powiększyć kosztem sąsiadów, gdyby tylko nadarzyła się taka sposobność.
Jednak bez względu na swoją potęgę, armia mogła przepychać przez tunel przestrzenny tylko po jednym statku, jak wszyscy.
Tyle że niektórzy mieli ogromne statki.
Lądownik, odłączywszy się przed chwilą od okrętu kurierskiego Cesarstwa Barrayaru i kierując się w stronę stacji przekazowej Cetagandy, powoli wchodził na orbitę planety, której powierzchnia mieniła się barwną nocną poświatą. Ciemna strona lśniła złowrogo. Kontynenty połyskiwały morzem kolorowych świateł. Miles mógłby przysiąc, że przy tym blasku cywilizacji można by było czytać jak przy pełni księżyca. Jego ojczysty Barrayar wydał mu się nagle spowitym w ciemność, ponurym wiejskim bezkresem, z rozsianymi tu i ówdzie punkcikami miast. Przepych rozwoju technicznego Cety Eta był wręcz... wyzywający. Tak, planeta wyglądała zupełnie jak wypacykowana, obwieszona ponad miarę biżuterią kobieta. Zupełne bezguście, przekonywał się w myślach Miles. Nie jestem żadnym prowincjuszem. Poradzę sobie. Jestem lordem Vorkosiganem, oficerem i szlachcicem.
Oczywiście porucznik Ivan Vorpatril także był szlachetnie urodzony, lecz fakt ten nie napawał Milesa otuchą. Miles przyglądał się kuzynowi, który z rozchylonymi ustami wyciągał szyję, szeroko otwartymi oczyma chłonąc widok planety. Przynajmniej on choć trochę wyglądał jak przedstawiciel jadący z misją dyplomatyczną: wysoki, ciemnowłosy, zgrabny, ze swobodnym uśmiechem wiecznie przyklejonym do przystojnej twarzy. Na jego wysmukłej sylwetce zielony mundur polowy leżał idealnie. Myśl Milesa odruchowo zwróciła się ku przykrym porównaniom.
Jego własny mundur trzeba było uszyć na zamówienie, by pasował i tym samym jak najlepiej maskował wrodzone ułomności ciała, które przez wiele lat medycyna próbowała naprawić. Powinien być pewnie wdzięczny medykom za to, że potrafili zrobić tak wiele z czymś tak niewielkim. W wyniku ich wysiłków dziś miał metr czterdzieści pięć centymetrów wzrostu; wprawdzie nie pozbył się garbu i jego kości nadal były kruche, ale lepsze to niż gdyby go miano wszędzie nosić. Na pewno.
Mógł sam stać, chodzić, nawet biegać, jeśli było trzeba, zaopatrzony w klamry na nogach i tak dalej. Poza tym Cesarska Służba Bezpieczeństwa Barrayaru dzięki Bogu nie płaciła mu za to, żeby był ładny, ale inteligentny. Mimo to nie mógł się pozbyć natrętnej myśli, że wysłano go na to przedstawienie po to, by stał obok Ivana i stanowił kontrast dla jego fizycznej doskonałości. Służba nie dawała mu żadnych ciekawych misji, chyba żeby rzucone szorstko ostatnie polecenie dowódcy CesBezu, Illyana - „...nie wplącz się tylko w kłopoty!” - uznać za tajne zadanie.
Z drugiej strony może to właśnie Ivan został wysłany, by stanowić kontrast dla elokwencji Milesa. Na tę myśl Miles rozchmurzył się odrobinę.
Zbliżali się do orbitalnej stacji przekazowej, zgodnie z planem. Nawet dyplomatyczni wysłannicy nie mogli wpadać bezpośrednio w atmosferę Cety Eta. Uważano to za naruszenie dobrych obyczajów i czyniąc to, można się było spotkać z reprymendą w postaci ognia z broni plazmowej. Miles musiał przyznać, że większość cywilizowanych światów miała podobne przepisy, choćby po to, by zapobiec skażeniom biologicznym.
- Ciekawe, czy śmierć cesarzowej matki naprawdę była naturalna? - rzucił od niechcenia Miles. Przecież Ivan i tak nie po-trafiłby mu odpowiedzieć. - Nastąpiła tak nagle.
Ivan wzruszył ramionami.
- Była starsza prawie o całe pokolenie od wuja Piotra, a on zawsze był stary. Jako dziecko strasznie się go bałem. Być może masz rację, ale ja raczej nikogo nie podejrzewam.
- Obawiam się, że Illyan jest tego samego zdania. Inaczej nie pozwoliłby nam tu przylecieć. Swoją drogą byłoby o wiele ciekawiej, gdyby zamiast cherlawej starej ihumki, ducha wyzionął cetagandański imperator.
- Ale wtedy obaj tkwilibyśmy na służbie gdzieś na jakimś posterunku - zauważył całkiem przytomnie Ivan - frakcje kandydatów walczyłyby o tytuł książęcy. A tak mamy podróż, w perspektywie wino, kobiety, śpiew...
- To państwowa uroczystość pogrzebowa, Ivan.
- Mogę chyba mieć nadzieję, nie?
- każdym razie mamy po prostu obserwować. I składać meldunki. Nie wiem, co mamy obserwować ani dlaczego. Illyan podkreślał, że czeka na pisemne raporty.
Ivan jęknął.
- Jak spędziłem wakacje, napisał Ivan Vorpatril, lat dwadzieścia dwa. Jakbyśmy wrócili do szkółki.
Miles kończył dwadzieścia trzy lata niedługo po Ivanie. Jeżeli nudne zadanie na Cetagandzie potoczy się zgodnie z planem, powinien wrócić do domu na uroczystość urodzinową. To miło. Oczy Milesa rozbłysły.
- może zabawnie będzie trochę ubarwić prawdziwe wypadki, żeby Illyanowi było przyjemniej. Dlaczego urzędowe raporty zawsze mają być pisane w tak śmiertelnie poważnym i suchym stylu?
- Bo są dziełem śmiertelnie poważnych i suchych umysłów. Mój kuzyn, niewydarzony dramaturg. Daj spokój, Illyan jest pozbawiony poczucia humoru. Gdyby miał go choć odrobinę, nie nadawałby się do tej pracy.
- Nie jestem taki pewien... - Miles przyglądał się, jak lądownik przemyka po przydzielonym torze lotu. Znaleźli się wewnątrz stacji tranzytowej, wielkiej jak góra i skomplikowanej jak labirynt schematów elektronicznych. - Ciekawie byłoby poznać staruszkę, kiedy jeszcze żyła. Musiała być świadkiem historii prawie półtora wieku. Poza tym oglądała ją ze specyficznego punktu widzenia - od środka pałaców ihumów.
- Takich barbarzyńców z zewnątrz jak my na pewno by do niej nie dopuszczono.
- Mhm, chyba nie. - Kapsuła zatrzymała się i wyminął ją ogromny statek ze znakami jednego z pozaplanetarnych rządów, z nadzwyczajną zręcznością ustawiając swe monstrualne cielsko w doku. - Wygląda na to, że mają tu zjechać wszyscy namiestnicy ihumowie ze swymi świtami. Idę o zakład, że cetagandańska służba bezpieczeństwa już ma nie lada zabawę.
- Jeżeli przyjedzie chociaż dwóch gubernatorów, pewnie zaraz zjawi się reszta, żeby patrzeć im na ręce. - Ivan uniósł brwi. - Ale będzie widowisko. Sztuka urządzania ceremonii państwowych. Do diabła, Cetagandanie potrafią zrobić sztukę nawet z wycierania nosa. Tylko po to, żeby z ciebie szydzić, kiedy zrobisz coś niezgodnego z etykietą. Poczucie wyższości do entej potęgi.
- To jedyna rzecz, która mnie przekonuje, że ihumowie są jeszcze ludźmi, mimo całej genetycznej dłubaniny.
Ivan skrzywił się.
- Celowo wyprodukowany mutant to i tak mutant. - Zerknął na kuzyna, który nagle zesztywniał, po czym odchrząknął i zaczął wypatrywać na niebie czegoś ciekawego.
- Świetny z ciebie dyplomata, Ivan - rzekł Miles, uśmiechając się krzywo. - Nie próbuj... w pojedynkę wszczynać wojny, dobrze? Choćby domowej.
Ivan wzruszył ramionami, otrząsając się z zażenowania. Pilot lądownika, barrayarski sierżant w czarnym mundurze, ulokował ich niewielki pojazd w wyznaczonej zatoczce. Na zewnątrz widać było tylko półmrok. Światełka kontrolne pozdrowiły ich wesołym mrugnięciem. Serwomechanizm sapnął, gdy elastyczne tunele wskoczyły na miejsce i zablokowały się u włazu. Miles odpiął pasy o ułamek sekundy później niż Ivan, udając obojętność albo ogładę. Żaden Cetagandanin nie miał prawa przyłapać go z nosem przylepionym do szyby, jak ciekawskiego szczeniaka. W końcu był Vorkosiganem. Mimo to serce zabiło mu żywiej.
Pewnie czekał już na nich ambasador Barrayaru, by zabrać swoich dostojnych gości i, Miles przynajmniej miał taką nadzieję, pokazać im, jak mają sobie dalej radzić. Miles przećwiczył w myślach prawidłowe pozdrowienia i formy oddawania honorów oraz powtórzył zapamiętaną wiadomość, jaką miał przekazać od ojca. Szczęknął zamek i rozsunął się właz z prawej strony kadłuba, bliżej Ivana.
Do środka wpadł jakiś człowiek, zatrzymał się raptownie z ręką na uchwycie włazu i wlepił w nich szeroko otwarte oczy, dysząc ciężko. Jego usta poruszyły się, lecz Miles nie umiał odgadnąć, czy przybysz chciał zakląć, czy zmówić modlitwę.
Był to starszy, lecz wcale niewątły mężczyzna; barczysty i wzrostem niemal dorównujący Ivanowi. Miał na sobie połyskliwy stalowoszary uniform, który, jak sądził Miles, nosili pracownicy stacji. Na jego czaszce wiły się kosmyki miękkich białych włosów, ale lśniąca skóra twarzy była zupełnie pozbawiona owłosienia; nie miał zarostu ani brwi - nawet śladu najlżejszego puchu. Jego ręka błyskawicznie sięgnęła do bocznej kieszeni bluzy, w pobliżu serca.
- Broń! - wrzasnął ostrzegawczo Miles. Przestraszony pilot lądownika jeszcze nie wyplątał się z pasów, a Milesowi warunki fizyczne nie pozwalały skoczyć na napastnika. Natomiast Ivan w ciągu długiego szkolenia i dzięki udziałowi w prawdziwych akcjach zdołał wyćwiczyć w sobie prawidłowe odruchy. Szybko obrócił się wokół własnej osi, trzymając się uchwytu, i zagrodził intruzowi drogę.
Walka wręcz w stanie nieważkości zawsze jest wyjątkowo męcząca i niewygodna, choćby dlatego, że jeśli pragnie się zrobić komuś poważniejszą krzywdę, trzeba go najpierw mocno złapać. Już po chwili obaj mężczyźni założyli sobie nawzajem chwyty zapaśnicze. Intruz ściskał kurczowo coś, co wyciągnął nie z kieszeni bluzy, tylko ze spodni, lecz Ivan zdołał wytrącić mu z ręki lśniący porażacz nerwów.
Broń poleciała ze stukotem na drugi koniec kabiny, stając się w ten sposób zagrożeniem dla wszystkich obecnych na pokładzie.
Porażacze nerwów zawsze przejmowały Milesa lękiem, ale nigdy jako pocisk sam w sobie. Broń odbiła się jeszcze dwa razy o ściany lądownika i wreszcie Miles chwycił ją w locie, szczęśliwie nie postrzeliwszy ani siebie, ani Ivana. Był to mały model, ale naładowany i śmiertelnie niebezpieczny.
Tymczasem Ivanowi udało się zajść intruza od tyłu i próbował skrępować mu ręce. Miles odczekał i w odpowiednim momencie sięgnął do kieszeni jego szarej bluzy, by wyszarpnąć stamtąd drugą broń. W dłoni poczuł krótki przedmiot, który w pierwszej chwili wziął za ogłuszacz.
Mężczyzna krzyknął i skręcił się gwałtownie. Przestraszony i niezbyt pewien, co zrobił, Miles odskoczył od sczepionych ciał i przezornie schował się za pilotem. Sądząc po rozdzierającym wrzasku, Miles obawiał się, że właśnie wyrwał intruzowi zasilacz sztucznego serca albo coś w tym rodzaju, lecz mężczyzna nadal walczył, nie mogło to być więc tak poważne, jak się z początku wydawało.
Intruz wywinął się z uchwytu Ivana i cofnął się w stronę włazu. Nastąpiła owa szczególna przerwa w morderczej walce wręcz, kiedy naładowani adrenaliną przeciwnicy ciężko łapią oddech. Starszy człowiek spojrzał na Milesa, który wciąż ściskał w ręku pałkę; wyraz lęku na jego twarzy ustąpił miejsca... co właściwie oznaczał ten grymas, triumf? Na pewno nie. Obłąkane natchnienie?
Do walki włączył się wreszcie pilot, napastnik stanął więc wobec przeważających sił wroga i umknął do rękawa tunelu wyjściowego, z którego po chwili dobiegł głuchy łoskot. Ivan puścił się w pościg, a Miles ruszył za nim i zdążył zobaczyć, jak intruz, który stał już na nogach w sztucznym polu grawitacyjnym stacji, obutą stopą wymierza Ivanowi potężny cios w pierś i posyła młodego porucznika z powrotem w stronę włazu. Zanim Miles i Ivan zdążyli się pozbierać, a oddech Ivana się uspokoił, mężczyzny już nie było. W zatoce słychać było tylko echo oddalających się kroków. Którym wyjściem mógł uciec? Upewniwszy się, że pasażerowie są na razie bezpieczni, pilot wbiegł z powrotem do lądownika, skąd doleciał brzęczący dźwięk jego komunikatora.
Ivan wstał, otrzepał się z kurzu i rozejrzał. Miles poszedł za jego przykładem. Znajdowali się w małej, obskurnej i kiepsko oświetlonej zatoce dla frachtowców.
- Słuchaj no - odezwał się Ivan. - Jeżeli to był celnik, wpadliśmy w tarapaty.
- Chciał nas zaatakować - odrzekł Miles. - Wszystko na to wskazywało.
- Krzyknąłeś, zanim jeszcze zobaczyłeś broń.
- Nie chodziło o broń. On to miał w oczach. Wyglądał na kogoś, kto zamierza zrobić coś, co go śmiertelnie przeraża. I wyciągnął broń.
- Ale dopiero po tym, jak na niego skoczyliśmy. Kto wie, co naprawdę miał zamiar zrobić?
Miles wolno obrócił się na pięcie, baczniej przyglądając się otoczeniu. Nie dostrzegł żywej duszy, cetagandańskiej, barrayarskiej, wszystko jedno.
- Coś tu jest nie tak. Albo on pojawił się w niewłaściwym miejscu, albo my. Niemożliwe, żeby ta zatęchła nora miała być naszym dokiem. Gdzie ambasador Barrayaru, gdzie kompania honorowa?
- Czerwony chodnik i pląsające dziewczęta? - Ivan westchnął. - Wiesz co, gdyby tamten naprawdę chciał cię zabić albo porwać lądownik, powinien wpaść na pokład z porażaczem w ręku.
- To nie był żaden celnik. Popatrz na monitory. - Miles wskazał dwa ekrany kontrolne, które zostały wyrwane ze ściany i smętnie dyndały na kablach. - Zepsuł je, zanim wszedł na pokład. Nie rozumiem. Przecież powinno się tu już roić od ochroniarzy stacji... Myślisz, że chodziło mu o lądownik, a nie o nas?
- Nie nas, ale ciebie, stary. Kto by chciał uprowadzać mnie?
- Zdawało mi się, że bardziej przestraszył się nas niż my jego. - Miles odetchnął ukradkiem w nadziei, że uda mu się uspokoić łomoczące serce.
- Mów za siebie - powiedział Ivan. - Mnie na pewno przestraszył.
- Nic ci się nie stało? - zreflektował się nagle Miles. - Nie masz złamanych żeber czy czegoś takiego?
- Wszystko w porządku. Będę żył. A ty?
- Nic mi nie jest.
Ivan zerknął na porażacz nerwów, który Miles trzymał w prawej dłoni, i pałkę w lewej, po czym zmarszczył nos.
- Jak mu zabrałeś broń?
- No... niezbyt dobrze pamiętam. - Miles wsunął porażacz do kieszeni spodni i podniósł do światła tajemniczą pałeczkę. - pierwszej chwili pomyślałem, że to ogłuszacz, ale nie. Jakiś elektroniczny detal, tylko nie mam pojęcia, do czego służy.
- Granat - podsunął Ivan. - Bomba zegarowa. Można ją zrobić tak, że wygląda jak cokolwiek.
- Nie sądzę...
- Milordowie. - luku wychynęła głowa pilota. - Kontrola lotów każe nam opuścić ten dok. Mamy się wycofać i czekać na pozwolenie. Natychmiast.
- Wiedziałem, że trafiliśmy w złe miejsce - rzekł Ivan.
- Takie współrzędne dostałem, milordzie - odparł trochę urażony pilot.
- Jestem pewien, że to nie wasz błąd, sierżancie - powiedział pojednawczo Miles.
- Kontrola nalegała, żebyśmy się pospieszyli. - Twarz sierżanta zdradzała napięcie. - Proszę, milordowie.
Miles i Ivan posłusznie poczłapali z powrotem na pokład lądownika. Miles mechanicznie zapiął pasy, podczas gdy jego myśli pędziły w zawrotnym tempie, próbując znaleźć jakieś wyjaśnienie dziwacznego powitania na Cetagandzie.
- tej części stacji na pewno usunięto całą obsługę - uznał w końcu. - Założę się z tobą o każdą sumę betańskich dolarów, że służba bezpieczeństwa Cetagandy już węszy i szuka tego faceta. Uciekiniera. - Kim on mógł być? Złodziejem, mordercą, szpiegiem? Kuszące możliwości.
- tak się przebrał - powiedział Ivan.
- Skąd wiesz?
Ivan zdjął ze swego zielonego rękawa kilka białych pasm.
- To sztuczne włosy.
- Naprawdę? - Miles jak zahipnotyzowany dokładnie obejrzał podany mu przez Ivana kłaczek. Jeden koniec sztucznych włosów powleczono substancją samoprzylepną. - Aha.
Pilot skończył odbierać nowe współrzędne; lądownik mknął teraz w odległości kilkuset metrów od doków dla statków. W żadnym nie cumował pojazd.
- Zgłoszę o tym incydencie władzom stacji, dostanę zgodę? - Sierżant sięgnął do włączników nadajnika.
- Zaczekajcie z tym - powiedział Miles.
- Jak to, milordzie? - Pilot podejrzliwie spojrzał na niego przez ramię. - Myślę, że powinniśmy...
- Zaczekajcie, aż sami nas zapytają. Ostatecznie nie do nas należy naprawianie błędów cetagandańskiej służby bezpieczeństwa, prawda? To ich problem.
Szeroki uśmiech, choć zaraz opanowany, był odpowiedzią, że pilot uznał słuszność tego rozumowania.
- Tak jest - powiedział, przyjmując rozkaz, który zdejmował z prostego sierżanta odpowiedzialność za tę decyzję, nakładając ją na jego lordowską mość Milesa. - Co tylko pan rozkaże, milordzie.
- Miles - mruknął Ivan. - Co ty wyprawiasz?
- Obserwuję - odrzekł sztywno Miles. - Zamierzam się przekonać, jak dobrze działa ochrona stacji Cetagandy. Sądzę, że Illyan też chciałby to wiedzieć. Och, na pewno się zjawią, żeby nas przesłuchać i zabrać nam te cacuszka, ale w ten sposób uzyskamy więcej informacji. Uspokój się, Ivan.
Ivan rozparł się wygodniej w fotelu, stopniowo się rozluźniając. Mijały długie minuty, których nudy nic nie zdołało przerwać. Miles oglądał swoją zdobycz. Porażacz nerwów pochodził od jakiegoś cywilnego producenta z Cetagandy; z pewnością nie wojskowy model, co samo w sobie było dziwne; Cetagandanie nie popierali powszechnego dostępu do śmiercionośnej broni. Porażacz nie miał jednak żadnych wymyślnych zdobień, które mogłyby wskazywać, że jest zabawką jakiegoś miejscowego gemma. Prosta i praktyczna broń, której niewielkie rozmiary umożliwiały łatwe ukrycie.
Pałeczka stanowiła jeszcze większą zagadkę. W przezroczystej obudowie spoczywał mocno błyszczący, ozdobny kształt; Miles był pewien, że pod mikroskopem ujrzałby gęstą sieć obwodów. Jeden koniec urządzenia był gładki, natomiast drugi zaopatrzony w jakąś nasadkę zabezpieczającą.
- Wygląda, jakby się to gdzieś wkładało - powiedział do Ivana, obracając pałkę w świetle.
- Może to wibrator? - rzekł z uśmieszkiem Ivan.
Miles parsknął.
- Po gemmach wszystkiego można się spodziewać. Ale nie, nie sądzę. - Karbowana pieczęć na końcu nasadki wyobrażała sylwetkę szponiastego i groźnie wyglądającego ptaka. W głębi nacięć lśniły metalowe nitki - połączenia obwodów. Ktoś gdzieś musiał mieć podobną rzecz do pary - podobnym wizerunkiem wzbijającego się do lotu ptaka i jakimś skomplikowanym kodem, dzięki któremu mogło się unieść wieko, ukazując... no właśnie, co? Kolejny kod? Klucz do klucza... Przedmiot był niezwykle elegancki. Miles uśmiechnął się z prawdziwym zachwytem.
Ivan przypatrywał mu się, lekko zaniepokojony.
- Masz zamiar im to oddać, prawda?
- Oczywiście, jeżeli mnie o to poproszą.
- jeżeli nie?
- Wtedy chyba zostawię to na pamiątkę. Zbyt ładna rzecz, żeby ją wyrzucać. Może zabiorę ją do domu i dam w prezencie Illyanowi, żeby pokazał ją swoim magikom z laboratorium. Niech się tym pobawią powiedzmy przez rok. To nie jest jakaś zwykła błyskotka, nawet ja to mogę stwierdzić.
Zanim Ivan zdążył wyrazić kolejną porcję wątpliwości, Miles rozpiął zieloną tunikę i wsunął urządzenie do wewnętrznej kieszeni bluzy. Nie ma przedmiotu, nie ma dyskusji.
- Chcesz zatrzymać tę zabawkę? - Podał kuzynowi porażacz nerwów.
Najwyraźniej chciał. Ivan, udobruchany podziałem łupów, już jako wspólnik zbrodni, błyskawicznie ukrył broń pod własną tuniką. Miles przewidywał, że budząca grozę świadomość obecności sekretnej broni na pokładzie wystarczy, by Ivan był miły i miał czym zająć myśli podczas zbliżającego się wyjścia na ląd.
Wreszcie kontrolne światło stacji ponownie skierowało ich do doku. Przybili do zatoki oddalonej o dwa miejsca od przydzielonej poprzednio. Tym razem właz otworzył się bez żadnych przygód. Po chwili wahania Ivan skierował się do tunelu, a Miles podążył za nim.
W szarej sali, podobnej do poprzedniej, tylko czystszej i lepiej oświetlonej, czekało na nich siedem osób. Miles od razu poznał ambasadora Barrayaru. Lord Vorobyev był solidnie zbudowanym, rosłym mężczyzną w wieku około sześćdziesięciu lat, o bystrym spojrzeniu i uśmiechu świadczącym o dużym opanowaniu. Miał na sobie mundur Domu Vorobyevów, według Milesa trochę za oficjalny jak na tę okazję - barwy czerwonego wina, z czarnym wykończeniem. Jego świta składała się z czterech żołnierzy w zwykłych zielonych mundurach Barrayaru. W pewnej odległości od Bar-rayarczyków stało dwóch urzędników stacji Cetagandy, odzianych w stalowoszare stroje podobne w stylu, lecz trochę lepiej skrojone niż ubranie intruza.
Tylko dwaj? A gdzie tajna policja, wywiad wojskowy albo przynajmniej prywatni agenci frakcji któregoś z gemmów? Gdzież ci wszyscy, którzy jak przewidywał Miles, mieli ich zasypać gradem pytań?
Zamiast tego witał się z ambasadorem jak gdyby nigdy nic, tak jak sobie wcześniej przećwiczył. Vorobyev był człowiekiem z pokolenia ojca Milesa i właściwie został przez niego wyznaczony na tę placówkę jeszcze w czasach, kiedy hrabia Vorkosigan sprawował funkcję regenta. Vorobyev utrzymał swój urząd przez sześć lat, rezygnując z kariery wojskowej, by służyć cesarstwu jako cywil. Miles powstrzymał chęć oddania mu honorów wojskowych i po prostu skłonił przed ambasadorem głowę.
- Witam, lordzie Vorobyev. Ojciec przesyła panu wyrazy uszanowania oraz te wiadomości.
Wręczył mu zalakowaną dyskietkę poczty dyplomatycznej, co jeden z cetagandańskich urzędników pieczołowicie odnotował na swym pulpicie sprawozdawczym.
- Sześć sztuk bagażu? - upewnił się Cetagandanin, podczas gdy pilot skończył układać bagaż na czekającej platformie napowietrznej, zasalutował Milesowi i wrócił do swego pojazdu.
- Tak, to wszystko - powiedział Ivan. Zdaniem Milesa kontrabanda za bardzo wypychała bluzę Ivana, który starał się wyglądać zbyt naturalnie, ale najwyraźniej cetagandański urzędnik nie umiał wyczytać z jego miny tyle, ile Miles.
Cetagandanin machnął ręką, a ambasador skinął głową swojej straży; dwaj żołnierze zrobili zwrot i stanęli po obu stronach platformy, pilnując jej w trakcie inspekcji. Cetagandanin zabezpieczył dok i odprawił bagaż.
Ivan przyglądał się temu z niepokojem.
- Dostaniemy go z powrotem w całości?
- końcu tak. Po jakimś czasie, jeśli wszystko będzie się zgadzało z deklaracją - odparł Vorobyev. - Mieliście dobrą podróż, panowie?
- Bez żadnych przygód - rzekł Miles, zanim Ivan zdążył się odezwać. - Dopóki nie przybiliśmy tutaj. To normalne lądowisko dla gości z Barrayaru czy skierowano tu nas z jakichś innych przyczyn? - Mówiąc to, nie spuszczał wzroku z drugiego Cetagandanina, ciekaw jego reakcji.
Vorobyev uśmiechnął się kwaśno.
- Skierowanie lądownika do przejścia dla obsługi miało nas poniżyć. Zgadza się, to zamierzona obelga. Mnie to już od dawna nie drażni, radzę, abyście i wy nie zwracali na to uwagi.
Cetagandanin pozostał zupełnie obojętny. Vorobyev poświęcał mu tyle uwagi, ile meblowi, a on w rewanżu zachowywał się jak mebel. Wyglądało to na praktykowany od dawna zwyczaj.
- Dziękuję, zastosuję się do pańskiej rady. Nie spóźniliśmy się? Najpierw uzyskaliśmy zgodę na cumowanie w innym doku, ale potem wysłali nas z powrotem w przestrzeń.
- Dziś szczególnie pieczołowicie celebrują swoje zwyczaje, powinniście się więc czuć uhonorowani, moi panowie. Proszę tędy.
Gdy Vorobyev odwrócił się, Ivan posłał Milesowi błagalne spojrzenie, lecz ten nieznacznie pokręcił głową: zaczekaj...
Prowadzeni przez urzędnika o nieprzeniknionej twarzy i mając po bokach strażników ambasady, obaj młodzi ludzie przeszli w towarzystwie Vorobyeva przez kilka poziomów stacji. Wahadłowiec planetarny, będący własnością ambasady Barrayaru, stał w doku pasażerskim. Był tu hall dla VIP-ów, wyposażony w system sztucznej grawitacji w tunelu, by nikt nie musiał szybować podczas wsiadania. Zostawiwszy cetagandańską eskortę, weszli na pokład, gdzie z Vorobyeva opadło wcześniejsze napięcie. Posadził Milesa i Ivana w luksusowych fotelach przy przyśrubowanej do podłogi konsolecie komunikacyjnej. Na znak ambasadora strażnik zaproponował gościom coś do picia, zanim zjawi się bagaż i dostaną pozwolenie na start. Za przykładem Vorobyeva wybrali wino barrayarskie wyjątkowo dobrego rocznika. Miles ledwie sączył swoje wino, chcąc zachować jasność umysłu, podczas gdy Ivan i ambasador rozmawiali o podróży i wspólnych znajomych Vorach z Barrayaru. Okazało się, że Vorobyev znał matkę Ivana. Miles zignorował kilka niemych zaproszeń Ivana, by przyłączył się do rozmowy, i wspomniał ambasadorowi o małej przygodzie z intruzem.
Dlaczego nie zjawił się nikt z władz Cetagandy i o nic ich nie zapytał? Miles gorączkowo rozważał możliwe scenariusze wydarzeń.
To był fortel, dałem się złapać na haczyk, a tymczasem oni zaczęli popuszczać żyłkę. Biorąc pod uwagę to, co wiedział o Cetagandanach, Miles umieścił tę wersję na czele listy możliwości.
A może to tylko gra na zwłokę i lada chwila tu będą. Albo przyjdą dopiero potem. Najpierw trzeba było złapać uciekiniera, wydusić z niego relację o ich spotkaniu. To musiało potrwać, zwłaszcza gdyby napastnik został, powiedzmy, ogłuszony w trakcie zatrzymania. Jeżeli w ogóle uciekał. Jeżeli rzeczywiście władze stacji, poszukując go, przeczesywały teren lądowiska. Jeżeli... Miles wpatrywał się w kryształ kieliszka, po czym upił duży łyk ciemnorubinowego płynu i uśmiechnął się do Ivana.
Bagaż, i jego eskorta, pojawił się dokładnie w chwili, kiedy skończyli wino, co jak ocenił Miles, zawdzięczali wyczuciu czasu doświadczonego Vorobyeva. Gdy ambasador wstał, by dopilnować załadunku i formalności związanych ze startem, Ivan nachylił się nad konsoletą i szepnął do Milesa:
- Nie zamierzasz mu o tym powiedzieć?
- Jeszcze nie?
- Dlaczego?
- Tak ci spieszno oddać zdobycz? Założę się, że ambasada odebrałaby ci porażacz równie szybko jak Cetagandanie.
- Chrzanić to. Co ty knujesz?
- Nie... nie jestem pewien. Jeszcze nie. - Nie spodziewał się takiego biegu wypadków. Przewidywał, że znajdą się w krzyżowym ogniu pytań ze strony połączonych sił władz Cetagandy, którym musieliby oddać zdobytą broń w zamian za informacje, udzielone świadomie bądź nieświadomie. Nie jego wina, że Cetagandanie nie robili tego, co do nich należało.
- Musimy przynajmniej złożyć meldunek attaché wojskowemu ambasady.
- Zgadza się, zameldujemy, ale nie attaché. Illyan mówił mi, że w razie kłopotów - takich, jakimi zajmuje się nasz departament - mam się zwrócić do lorda Vorreediego. Oficjalnie pracuje tu jako urzędnik protokolarny, ale w rzeczywistości jest pułkownikiem i szefem CesBezu na Cetagandzie.
- Cetagandanie o tym nie wiedzą?
- Oczywiście, że wiedzą. Tak jak my dokładnie wiemy, kto jest kim w ambasadzie Cetagandy w Vorbarr Sultanie. Legalna i kulturalna fikcja. Nie martw się, zajmę się wszystkim. - Miles westchnął w duchu. Przypuszczał, że pierwszym krokiem pułkownika będzie odsunięcie go od przepływu informacji. Nie potrafiłby jednak wytłumaczyć, dlaczego Vorreedi nie powinien tego robić.
Ivan rozparł się w fotelu i umilkł na chwilę. Miles był pewien, że jedynie na chwilę.
Wkrótce wrócił do nich Vorobyev i zajął miejsce, szukając dłońmi pasów.
- Załatwione, milordowie. Nic nie ubyło z waszego bagażu i nic nowego nie doszło. Witamy na Cecie Eta Cztery. Dziś nie ma żadnych oficjalnych uroczystości, które wymagałyby waszej obecności, ale jeżeli nie jesteście zbytnio zmęczeni podróżą, panowie, ambasada Marilacu urządza dziś nieoficjalne przyjęcie dla miejscowych dyplomatów i ich dostojnych gości. Polecam je waszej uwadze.
- Poleca pan? - odezwał się Miles. Gdy ktoś o tak długiej i błyskotliwej karierze jak Vorobyev polecał coś ich uwadze, oznaczało to, że muszą tam iść.
- w ciągu dwóch tygodni będziecie widywać wiele osób z tego towarzystwa - powiedział Vorobyev. - Dzisiejsze przyjęcie może stanowić coś w rodzaju rekonesansu.
- w co mamy się ubrać? - zapytał Ivan. Cztery z sześciu walizek bagażu należały do niego.
- Zwykłe zielone mundury, jeśli można prosić - odrzekł Vorobyev. - Strój wszędzie stanowi rodzaj języka kulturowego, lecz tutaj jest wręcz tajemnym kodem. Bardzo trudno poruszać się wśród gemmów i nie popełnić żadnej gafy, a w wypadku ihumów to prawie niemożliwe. Mundur zawsze jest odpowiedni, a jeżeli nawet niezupełnie odpowiedni, jego właściciel nie ponosi za to żadnej winy, ponieważ nie ma wyboru. Biuro protokolarne da panom listę umundurowania na każdą okazję.
Miles poczuł ulgę; Ivan wyglądał na nieco rozczarowanego.
Przy akompaniamencie zwykłych stuków, syków i trzasków odłączyły się rękawy tunelów wejściowych, po czym wahadłowiec opuścił dok i zaczął odsuwać się od stacji. Przez właz nie wpadł nikt, aby ich aresztować; żaden nagły komunikat nie wyrwał ambasadora z pokładu. Miles pomyślał o innym możliwym scenariuszu.
Intruzowi udało się uciec. Władze stacji nic nie wiedzą o naszej przygodzie. Tak naprawdę nikt nie wie.
Poza samym intruzem, rzecz jasna. Miles opuścił rękę, nie dotykając ukrytego pod tuniką przedmiotu. Cokolwiek to było, facet musiał wiedzieć, że teraz ma to Miles. Łatwo też mógł się dowiedzieć, kim Miles jest. Teraz ja cię mam na haczyku. Jeżeli zacznę wybierać żyłkę, coś mi musi wpaść w ręce, zgadza się? Zapowiada się niezłe ćwiczenie z działania wywiadu/kontrwywiadu, znacznie lepsze niż manewry, ponieważ wszystko działo się naprawdę. Za plecami nie było żadnego czyhającego na błędy egzaminatora, który potem mógłby je drobiazgowo analizować. Kawałek prawdziwej praktyki. Na pewnym etapie rozwoju oficer musi przestać mechanicznie wykonywać rozkazy, a zacząć sam je wydawać. Miles bardzo pragnął awansu na kapitana Cesarskiej Służby Bezpieczeństwa, to jasne. Może jakoś przekona Vorreediego, żeby poza obowiązkami dyplomatycznymi pozwolił mu się zająć również tą sprawą.
Przymrużywszy oczy, Miles snuł swe wizje, a tymczasem wahadłowiec począł się obniżać, wpadając w mętną atmosferę Cety Eta.

(...)


Dodano: 2006-06-28 15:23:13
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"


 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

 Flint, Eric - "1632"

Fragmenty

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

 Lebbon, Tim - "Milczenie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS