NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gwynne, John - "Gniew"

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Ukazały się

Abnett, Dan - "Pancerz pogardy"


 Pilipiuk, Andrzej - "Traktat o higienie. Z dziejów dra Skórzewskiego"

 Jadowska, Aneta - "Kurczaczek i Salamandra"

 Jaumann, Bernhard - "Sępom na pożarcie"

 Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

Linki

Paver, Michelle - "Wilczy brat"
Wydawnictwo: W.A.B
Cykl: Paver, Michelle - "Kroniki Pradawnego Mroku"
Tytuł oryginału: Wolf Brother
Tłumaczenie: Tomasz Piwowarczyk
Data wydania: Wrzesień 2005
Oprawa: twarda (obwoluta) i miękka (skrzydełka)
Format: 14,5 x 20,5 cm
Liczba stron: 360 stron
Tom cyklu: 1



Paver, Michelle - "Wilczy brat"

Kiedy cała czwórka pokonywała przerzuconą nad rzeką drewnianą kładkę, Torak patrzył na w wodę przepływającą w dole i zastanawiał się, czy skoczyć. Miał związane ręce, utonąłby. No i nie mógł zostawić Wilka.
Jakieś dziesięć kroków dalej w dół rzeki, pomiędzy drzewami jaśniała polana. Torak poczuł woń sosnowego dymu i świeżej krwi. Zobaczył cztery obszerne, kryte skórą renifera szałasy, niepodobne do żadnych, jakie dotąd widział. Dostrzegł też przerażającą liczbę ludzi: wszyscy byli pochłonięci pracą, i – jak dotąd – nieświadomi jego obecności. Strach sprawił, że Torak widział każdy szczegół z niespotykaną wyrazistością. Dwóch mężczyzn zdejmowało skórę z knura zawieszonego na drzewie, które rosło na brzegu rzeki. Rozpłatali już podbrzusze zwierzęciu, a teraz, schowawszy noże do pochew, zdzierali skórę gołymi rękoma, aby jej nie podrzeć. Byli nadzy od pasa w górę, na spodniach nosili ochraniacze z rybiej skóry. Wyglądali na przerażająco silnych, ich muskularne ramiona pokrywała plątanina żył. Krew zwierzęcia płynęła powoli do skopka z kory brzozowej. Dwie dziewczyny odziane w tuniki płukały na płyciźnie wnętrzności knura i chichotały. Nieopodal troje małych dzieci pieczołowicie stawiało babki z piasku, wtykając w nie skrzydełka nasion jawora. Dwie smukłe, obciągnięte skórą łódki leżały wyciągnięte ponad poziom wody. Piasek wokół nich mienił się od rybich łusek. Kilka dużych psów węszyło za resztkami.
Na środku polany, przy wiecznym ogniu – płonącym stosie drewna sosnowego, na matach wyplecionych z wierzbowych witek siedziała grupa kobiet pogrążonych w cichej rozmowie. Łupały orzechy laskowe i przebierały jagody jałowca w koszu. Żadna z kobiet nie była podobna do Horda czy Renn i Torak zastanawiał się przez chwilę, czy oni również, tak jak on, stracili rodziców.
Kawałek dalej stara kobieta przytwierdzała groty do strzał. Ostre jak igła płatki krzemienia nakładała na drzewce, przyklejając je pastą z żywicy sosnowej i pszczelego wosku. Okrągły, kościany amulet ze żłobieniami w kształcie spirali, który nosiła na piersi, pozwolił Torakowi zgadnąć, że kobieta jest Czarownikiem klanu. Tata opowiadał mu o Czarownikach: ludziach, którzy potrafią leczyć choroby, dowiedzieć się we śnie, gdzie szukać zwierzyny, przepowiadać pogodę. Stara kobieta wyglądała na taką, co potrafi robić rzeczy o wiele niebezpieczniejsze.
Nad skórzanym garnkiem zawieszonym nad ogniem pochylała się ładna dziewczyna. Rozdwojonym patykiem wrzucała do środka węgle rozżarzone do czerwoności. Jej włosy falowały pod wpływem buchającej z naczynia pary. Aromat gotowanego mięsa sprawił, że Torak przełknął ślinę.
Obok dziewczyny klęczał starszy od niej mężczyzna, oprawiając dwa zające. Jego włosy i broda były rudobrunatne, podobnie jak u Horda, lecz na tym kończyło się wszelkie podobieństwo. Uderzająco opanowaną twarz o nieruchomych rysach znamionowała siła, która przywodziła Torakowi na myśl rzeźbiony piaskowiec. Zapach strawy umknął z jego pamięci. Nikt mu nie musiał mówić, że to właśnie ten mężczyzna dzierży tutaj władzę.
Oslak rozwiązał ręce Toraka i pchnął go w kierunku polany. Psy doskoczyły do niego, ujadając wściekle. Stara kobieta klasnęła. Szczekanie ucichło, zastąpiły je pojedyncze warknięcia. Wszystkie oczy zwrócone były na Toraka. Wszystkie, nie licząc oczu mężczyzny przy ognisku, który nadal spokojnie sprawiał zające. Kiedy skończył, wytarł dłonie o piasek i podniósłszy się, czekał w milczeniu, aż się zbliżą.
Urodziwa dziewczyna zerknęła na Horda i uśmiechnęła się nieśmiało.
– Zostawiłam dla ciebie trochę bulionu – powiedziała.
Torak odgadł, że albo jest kobietą Horda, albo chce nią zostać.
Renn odwróciła się i obrzuciła Horda znaczącym spojrzeniem.
– Dyrati zostawiła dla ciebie trochę bulionu – powiedziała kpiąco.
Siostra, bez dwóch zdań, pomyślał Torak.
Hord zignorował obie i zaczął rozmawiać z mężczyzną przy ogniu. W krótkich słowach zrelacjonował, co się zdarzyło. Torak zauważył, że Hord przedstawił rzecz tak, jakby to on, a nie Oslak, schwytał „złodzieja”. Oslak nie zwrócił na to uwagi, natomiast Renn spojrzała na brata cierpko.
Tymczasem psy zwietrzyły Wilka. Z odsłoniętymi zębami zaczęły podchodzić do Renn.
– Precz! – rozkazała.
Usłuchały.
Renn zanurkowała do najbliższego szałasu i pojawiła się za chwilę znowu, niosąc zwój liny wyplatanej z łyka. Jednym końcem obwiązała torbę z Wilkiem w środku, drugi przerzuciła przez gałąź dębu i podciągnęła torbę w górę – znacznie wyżej, niż mogły doskoczyć psy.
I ja, uświadomił sobie Torak. Nawet gdyby pojawiła się teraz okazja ucieczki, nie mógłby z niej skorzystać. Nie mógł uciec bez Wilka.
Renn podchwyciła jego spojrzenie i uśmiechnęła się złośliwie.
Spojrzał na nią spode łba. Było mu niedobrze ze strachu.
Hord skończył opowiadać. Mężczyzna, który stał przy ogniu, skinął głową i czekał. Oslak popchnął Toraka w jego kierunku. Mężczyzna wwiercił się weń spojrzeniem błękitnych oczu. Nie mrugnął ani razu. Jego oczy wydawały się nadzwyczaj żywe na tle nieruchomej twarzy. Torak nie mógł w nie patrzeć długo – choć jeszcze trudniej było mu odwrócić wzrok.
– Jak się nazywasz? – odezwał się mężczyzna. Mówił cicho, co w jakiś sposób było bardziej przerażające.
Torak oblizał wargi.
– Torak. A ty? – zapytał, chociaż i tak znał odpowiedź.
Odpowiedział Hord.
– To Fin-Kedinn. Wódz klanu Kruka. A ty, nieszczęsny karzełku, powinieneś nauczyć się szacunku...
Fin-Kedinn uciszył Horda spojrzeniem i odwrócił się do Toraka.
– Do jakiego klanu należysz?
Torak potarł brodę.
– Do klanu Wilka.
– Cóż za niespodzianka! – zauważyła Renn, a kilka osób się roześmiało.
Jednakże nie Fin-Kedinn. Nie spuszczał płonących, błękitnych oczu z Toraka.
– Co robisz w tej części Lasu?
– Szedłem na północ – powiedział Torak.
– Mówiłem mu, że ta część Lasu należy teraz do nas – wtrącił pospiesznie Hord.
– Skąd miałem to wiedzieć? – powiedział Torak. – Nie byłem na zgromadzeniu klanów.
– Dlaczego? – zapytał Fin-Kedinn.
Torak nie odpowiedział.
Wódz Klanu Kruka przewiercił go spojrzeniem.
– Gdzie są ludzie z twojego klanu?
– Nie wiem – odpowiedział szczerze Torak. – Nie żyjemy razem. Żyję... żyłem... z ojcem.
– Gdzie on jest?
– Nie żyje. Zabił go... niedźwiedź.
Wśród przysłuchujących się rozmowie rozszedł się syk. Niektórzy obejrzeli się nerwowo za siebie, inni dotknęli skór zwierząt klanowych lub uczynili dłonią gest, który miał odegnać złe moce. Stara kobieta zostawiła strzały i ruszyła ku nim.
Na twarzy Fin-Kedinna nie malowały się żadne emocje.
– Kim był twój ojciec?
Torak przełknął ślinę. Wiedział – musiał to również wiedzieć Fin-Kedinn – że nie wolno wymawiać imienia martwej osoby przez pięć lat od jej śmierci. Można jedynie wymieniać imiona jej rodziców. Tata prawie nigdy nie wspominał o swojej rodzinie, ale Torak znał imiona jego rodziców, i wiedział, skąd pochodzili oboje. Matka Taty należała do klanu Foki, a ojciec do klanu Wilka. Torak wymienił ich.
Rozpoznanie jest jednym z uczuć, które najtrudniej ukryć. Nie udało się to nawet Fin-Kedinnowi.
Znał Tatę, pomyślał Torak w osłupieniu. Ale skąd? Tata nigdy o nim nie wspominał, podobnie jak o klanie Kruka. Co to znaczy?
Fin Kedinn przesunął powoli kciukiem po dolnej wardze. Nie sposób było powiedzieć, czy ojciec Toraka był jego najlepszym przyjacielem, czy raczej śmiertelnym wrogiem.
Wreszcie przemówił.
– Rozdzielcie pomiędzy wszystkich rzeczy chłopaka – powiedział Oslakowi. – A potem zabierzcie go w dół rzeki i zabijcie.

9

Torak poczuł, że kolana się pod nim uginają.
– C... co? – wydyszał. – Przecież nie wiedziałem nawet, że jeleń należy do was! Jak możecie uznać mnie za winnego, skoro o tym nie wiedziałem?
– Takie jest prawo – powiedział Fin-Kedinn.
– Dlaczego? Dlaczego? Dlatego że ty tak mówisz?
– Dlatego że tak mówią klany.
Ciężka dłoń Oslaka spoczęła na ramieniu Toraka.
– Nie! – krzyknął Torak. – Posłuchaj! Mówisz, że takie jest prawo, ale... jest przecież inne prawo – odetchnął – prawo walki. Będziemy... będziemy walczyć!
Torak nie był pewien, czy ma rację. Tata wspominał mu o tym tylko raz, kiedy uczył go prawa klanowego. Oczy Fin-Kedinna zwęziły się w szparki.
– Mam rację, prawda? – nie ustępował Torak, usiłując odpowiadać wodzowi Kruków spojrzeniem za spojrzenie. – Nie macie pewności, czy jestem winny, bo nie wiecie na pewno, czy wiedziałem, że jeleń należy do was. Walczmy więc. Ty i ja – przełknął ślinę. – Jeśli zwyciężę, jestem niewinny. Będę żył. To znaczy ja i wilk. Jeśli zostanę pokonany, umrzemy.
Kilku mężczyzn chrząknęło. Kobieta potarła brew i pokręciła głową.
– Nie walczę z chłopcami – powiedział Fin-Kedinn.
– Ale on ma rację, prawda? – wtrąciła się Renn. – To najstarsze prawo ze wszystkich. Ma prawo do walki.
Hord wystąpił naprzód.
– Ja będę z nim walczył. Nie dzieli nas duża różnica wieku. Tak będzie sprawiedliwiej.
– Niewiele sprawiedliwiej – rzekła sucho Renn.
Dziewczyna opierała się o drzewo, na którym zawiesiła torbę z Wilkiem. Wcześniej rozluźniła nieco zaciskający ją sznur i Wilk wytknął głowę na zewnątrz. Był nieco sponiewierany, przypatrywał się z niepokojem dwóm psom śliniącym się w dole.
– Co ty na to, Fin-Kedinnie? – spytała Czarownica. – Chłopak ma rację. Pozwól mu walczyć.
Wzrok Fin-Kedinna spotkał się ze wzrokiem starej kobiety, przez chwilę dało się wyczuć, że toczą pojedynek woli. Wreszcie Fin-Kedinn powoli pokiwał głową.
Torak odetchnął z ulgą.
Wszyscy byli chyba podekscytowani perspektywą zbliżającej się walki. Dyskutowali w grupkach, dreptali w miejscu, obłoki oddechów unosiły się w mroźnym wieczornym powietrzu.
Oslak rzucił Torakowi nóż jego ojca.
– Będzie ci potrzebny. Dostaniesz też włócznię i ochraniacz na ramię.
– Jak to? – spytał Torak.
Wielki mężczyzna podrapał bliznę, jedyną pozostałość po uchu.
– Wiesz, jak wygląda taka walka?
– Nie – powiedział Torak.
Oslak przewrócił oczami. Oddalił się w stronę najbliższego szałasu i powrócił z jesionową włócznią zakończoną groźnym, bazaltowym ostrzem oraz czymś, co wyglądało na pasek potrójnie zszytej skóry renifera.
Torak ujął nieśmiało włócznię i przypatrywał się niepewnie, jak Oslak obwiązuje mu prawe przedramię. Skóra była ciężka i nieporęczna niczym kawał jeleniego mięsa. Zastanawiał się, do czego ma mu się przydać.
Oslak wskazał głową na bandaż na drugiej ręce Toraka i skrzywił się.
– Zdaje się, że los ci niezbyt sprzyja.
Niezbyt, pomyślał Torak.
Gdy proponował walkę, miał na myśli zapasy, być może rzucanie nożem do celu, co często ćwiczyli z Tatą dla zabawy. Bez wątpienia dla Kruków walka oznaczała coś innego. Torak zastanawiał się, czy mają jakieś specjalne zasady i czy dopytywanie się o nie uznane będzie za słabość.
Fin-Kedinn kopnął ognisko, posyłając w górę chmurę iskier. Torak przypatrywał mu się przez ścianę rozgrzanego powietrza.
– Jest tylko jedna zasada – powiedział Fin-Kedinn, jakby w odpowiedzi na myśli Toraka. – Nie wolno używać ognia. Rozumiesz? – Jego wzrok podchwycił i uwięził spojrzenie Toraka.
Torak pokiwał ze zniecierpliwieniem głową. Zakaz używania ognia był najmniejszym z jego problemów. Widział, jak stojący za Fin-Kedinnem Hord obwiązuje sobie ramię. Mężczyzna zdjął kaftan. Wydawał się ogromny i przerażająco silny. Torak postanowił nie zdejmować kaftana. Po co podkreślać kontrast?
Odwiązał wszystkie rzeczy od pasa i położył na ziemi. Potem założył na czoło wyplataną z trawy opaskę, aby włosy nie wpadały mu do oczu. Ręce lepiły mu się od potu. Kucnął i wytarł je w piach.
Podskoczył, kiedy ktoś dotknął jego ramienia.
Renn.
Podała mu brzozowy skopek. Przyjął go z wdzięcznością i wypił. Ku jego zdumieniu był to sok z owoców czarnego bzu. Cierpki i krzepiący.
Renn spostrzegła jego zaskoczenie i wzruszyła ramionami.
– Hord też się napił. Tak jest sprawiedliwie. – Wskazała na naczynie stojące przy ogniu. – Tam jest woda, gdybyś potrzebował.
Torak oddał jej skopek.
– Nie wydaje mi się, żeby to potrwało aż tak długo.
Renn zawahała się.
– Kto wie...
Zapadła cisza. Pozostali uformowali krąg wokół polany, zamykając w środku Toraka i Horda, oraz ognisko. Nie było żadnych formalności. Walka się rozpoczęła.
Torak i Hord zaczęli ostrożnie krążyć wokół siebie. Pomimo swego wzrostu Hord poruszał się ze zwinnością rysia, uginając kolana, zmieniając położenie palców na nożu i włóczni. Jego twarz była napięta, ale mały uśmieszek błądził w kącikach ust. Uwielbiał być w centrum uwagi.
W przeciwieństwie do Toraka, któremu serce tłukło o żebra. Dobiegały doń głosy zgromadzonych wokół, zagrzewające Horda do walki. Stłumione, jakby spod wody.
Włócznia Horda pomknęła ku piersi Toraka, ten odskoczył w ostatniej chwili. Pot wystąpił mu na czoło.
Torak spróbował tego samego, pragnąc w duchu, żeby nie wyglądało to jak naśladowanie.
– Naśladując, niewiele zdziałasz – zawołała Renn.
Twarz Toraka spłonęła rumieńcem.
On i Hord poruszali się teraz szybciej. Tu i ówdzie ziemia była śliska od krwi knura. Torak pośliznął się i prawie upadł.
Zdawał sobie sprawę, że nie ma szans zwyciężyć siłą. Będzie musiał użyć sprytu. Problem w tym, że znał tylko dwie sztuczki, których mógł użyć podczas walki, a każdą ćwiczył jedynie kilka razy.
Teraz, pomyślał nierozważnie. Pchnął włócznię w kierunku szyi Horda. Tamten zgodnie z oczekiwaniem podniósł ramię, aby zablokować cios ochraniaczem. Torak szybkim dźgnięciem próbował dosięgnąć jego brzucha, lecz Hord odparował cios z przerażającą łatwością – włócznia Toraka ześliznęła się po naramienniku, nie czyniąc Hordowi szkody.
Znał tę sztuczkę, pomyślał Torak. Z każdą chwilą przekonywał się coraz mocniej, że Hord jest zaprawionym wojownikiem.
– No dalej, Hord! – wrzasnął jakiś mężczyzna. – Zafarbuj mu skórę na czerwono!
– Chwileczkę – zawołał w odpowiedzi Hord, wykrzywiając kącik ust.
Grupę przebiegł dreszcz śmiechu.
Torak spróbował drugiego triku. Udając całkowitą nieporadność, co nie było trudne, uderzył wściekle, kusząc Horda odsłoniętą klatką piersiową. Hord chwycił przynętę, lecz kiedy jego włócznia pomknęła naprzód, Torak ukośnym ruchem ramienia z ochraniaczem odparował cios. Grot włóczni Horda zagłębił się w grubej skórzanej osłonie, niemal zwalając Toraka z nóg, lecz on zdołał wykonać do końca swój plan, przekręcając ramię gwałtownie ku górze. Drzewce włóczni Horda pękły na pół. Widzowie zaszemrali z podziwu. Hord zatoczył się w tył, pozbawiony włóczni.
Torak był zdumiony. Nie spodziewał się, że trik zadziała.
Hord szybko się otrząsnął. Rzucił się naprzód i dźgnął nożem dłoń, w której Torak trzymał włócznię. Torak krzyknął, gdy krzemień wgryzł się między jego palec wskazujący a kciuk. Stracił równowagę i upuścił włócznię. Hord natarł ponownie. Torak zdołał jedynie przetoczyć się na bok i wstać.
Teraz żaden z nich nie miał włóczni. Czekała ich walka na noże.
Torak odskoczył za ognisko, by złapać oddech. Dyszał ciężko, ból szarpał zranioną dłoń. Pot lał się Torakowi po bokach. Gorzko żałował, że nie poszedł za przykładem Horda i nie zdjął kaftana.
– Pospiesz się, Hord – krzyknęła jakaś kobieta. – Skończ z nim!
– Rusz się, Hord – zawołał jeden z mężczyzn. – Czy tylko tyle nauczyli cię w Głębokim Lesie?
Teraz już nie wszystkie głosy zagrzewały do walki Horda. Można było usłyszeć również nieznaczny doping dla Toraka, choć on sądził, że to wsparcie raczej z uprzejmości niż rezultat przyjemnego zaskoczenia, że udało mu się wytrwać dłużej, niż oczekiwano.
Wiedział bowiem, że długo już nie wytrzyma. Siły opuszczały go gwałtownie i nie miał żadnych sztuczek w zanadrzu. Teraz warunki dyktował Hord.
Wybacz, Wilku, powiedział bezgłośnie do szczeniaka. Nie sądzę, byśmy się wykaraskali.
Kątem oka dostrzegł Wilka wysoko na drzewie. Szczenię wierciło się i skamlało w mgiełce gorącego oddechu. Co się dzieje? – pytało. Dlaczego nie przychodzisz, żeby mnie uwolnić?
Torak uskoczył na bok, by uniknąć pchnięcia nożem, które miało dosięgnąć jego gardła. Skup się, powiedział sobie ponuro. Zapomnij o Wilku.
A jednak coś nie dawało mu spokoju. Coś, co miało związek z Wilkiem. Co to mogło być?
Ponownie zerknął na popiskującego szczeniaka... Obłoczek oddechu...
„Nie wolno użyć ognia”, powiedział Fin-Kedinn.
Raptem Torakowi rozjaśniło się w głowie i wiedział już, co robić. Trzymając Horda na dystans za pomocą noża, przesuwał się bokiem tak, by przedzieliło ich ognisko.
– Znowu się chowasz? – zadrwił Hord.
Torak spojrzał na wypełniony wodą skopek z brzozowej kory.
– Muszę się napić. Mogę?
– Skoro musisz. Chłopaczku.
Nie spuszczając Horda z oka, Torak kucnął i podniósł naczynie. Pił powoli, by Hord myślał, że zamierza coś zrobić z naczyniem, oraz by odwrócić uwagę od wypełnionego buzującym płynem skórzanego garnka.
Poskutkowało. Hord podszedł do ogniska i pochylił się, chcąc przestraszyć Toraka.
– Też chcesz się napić? – zapytał Torak, wciąż kucając.
Hord parsknął z pogardą.
W jednej chwili Torak uderzył – lecz w garnek. Wbił nóż w twardą skórę, dźwignął garnek w górę i wylał wrzący rosół na rozżarzone do białości węgle. Twarz Horda spowiły syczące kłęby pary.
Wśród przypatrujących się rozszedł się szmer podziwu. Torak skorzystał z okazji i pchnął przeciwnika nożem w nadgarstek. Oślepiony parą Hord zawył z bólu i upuścił nóż. Torak kopnął go daleko i rzucił się na Horda, powalając go na ziemię.
Hord legł bez tchu, a Torak usiadł okrakiem na jego piersi, klękając na rękach mężczyzny, by je unieruchomić. Przez jedną, krótką jak uderzenie serca chwilę wzrok zaszedł mu czerwienią i poczuł pokusę, by zabić. Chwycił w garść ciemnorudą czuprynę Horda i uderzył jego głową o ziemię.
Poczuł czyjeś silne ręce na swych ramionach. Ktoś go odciągał.
– Już po wszystkim – odezwał się zza jego pleców Fin-Kedinn.
Torak usiłował wyrwać się z jego uścisku. Hord poderwał się na nogi i rzucił po nóż. Dyszeli ciężko, spoglądając po sobie z nienawiścią.
– Powiedziałem, że już po wszystkim – krzyknął Fin-Kedinn.
Wśród zgromadzonych wybuchł chaos. Mieli inne zdanie.
– Oszukiwał! Użył ognia!
– Nie, walczył uczciwie!
– Kto ma to rozstrzygnąć? Niech dalej walczą!
Torak i Hord nie wyglądali na zachwyconych tym pomysłem.
– Zwyciężył chłopak – powiedział Fin-Kedinn, uwalniając Toraka z uścisku.
Torak otrząsnął się i otarł pot z twarzy, przypatrując się, jak Hord chowa nóż do pochwy. Hord był wściekły, lecz nie sposób było powiedzieć, czy bardziej na siebie, czy na Toraka. Dyrati położyła mu dłoń na ramieniu, lecz strząsnął ją ze złością, przepchnął się przez grupę i zniknął w jednym z szałasów.
Żądza krwi opuściła już Toraka. Czuł się słaby i był roztrzęsiony. Schował nóż i rozejrzał się wokół za swoimi rzeczami. Zobaczył, że Fin-Kedinn nadal mu się przygląda.
– Złamałeś zasadę – odezwał się spokojnym głosem wódz Kruków. – Użyłeś ognia.
– Nieprawda – odrzekł Toraka. Zabrzmiało to daleko bardziej pewnie, niż się czuł. – Nie ognia, lecz pary.
– Wolałbym – ciągnął Fin-Kedinn – żebyś użył wody zamiast bulionu. To marnotrawstwo dobrego pożywienia.
Torak nie odpowiedział.
Fin-Kedinn przypatrywał mu się bacznie, przez jedną chwilę w jego błękitnych oczach zagościł ognik rozbawienia.
Przepchnął się do nich Oslak z Wilkiem w torbie.
– Trzymaj swojego szczeniaka! – wybuchnął, rzucając torbą w Toraka z taką siłą, że ten się zachwiał.
Wilk zwinął się z bólu i polizał Toraka po twarzy, mówiąc, jak było mu źle – wszystko naraz. Torak chciał mu powiedzieć coś na uspokojenie, ale powstrzymał się. Nie byłoby mądrze ujawnić się teraz.
– Prawo jest prawem – powiedział Fin-Kedinn. – Zwyciężyłeś. Możesz odejść.
– Nie! – rozległ się kobiecy głos. Wszystkie głowy się odwróciły. To była Renn. – Nie możesz go wypuścić! – wołała w biegu.
– Właśnie to zrobił – odrzekł Torak. – Sama słyszałaś. Jestem wolny.
Renn zwróciła się do wuja.
– Nie możemy go puścić wolno. To zbyt ważne. Może on jest... – Odciągnęła Fin-Kedinna na stronę, szepcząc coś z ożywieniem.
Torak nie był w stanie usłyszeć, co mówiła, ale ku jego niezadowoleniu, inni przysunęli się bliżej, by słuchać. Czarownica jęknęła i pokiwała głową. Nawet Hord wynurzył się z namiotu, a kiedy usłyszał, co mówią tamci, obrzucił Toraka dziwnym, badawczym spojrzeniem.
Fin-Kedinn przypatrywał się Renn w zamyśleniu.
– Jesteś tego pewna?
– Nie wiem – odpowiedziała. – Może nim jest, a może nie jest. Potrzebujemy czasu, by się przekonać.
Fin-Kedinn pogładził się po brodzie.
– Dlaczego przypuszczasz...
– Chodzi o to, jak pokonał Horda. A w jego rzeczach znalazłam to. – Wyciągnęła dłoń, na której Torak zobaczył swój gwizdek z kości głuszca. – Do czego ci to potrzebne? – spytała.
– Przywołuję tym szczeniaka – odpowiedział Torak.
Dmuchnęła, a Wilk zakręcił się niespokojnie w jego ramionach. Zgromadzonych przebiegł szmer niepokoju. Renn i Fin-Kedinn spojrzeli sobie w oczy.
– Nie wydaje żadnego dźwięku – rzekła oskarżycielskim tonem.
Torak nie odpowiedział. Właśnie zdał sobie gwałtownie sprawę, że jej oczy nie były jasnoniebieskie, jak oczy brata, lecz czarne – czarne niczym dół z torfem. Zastanawiał się, czy ona także jest Czarownicą.
Dziewczyna odwróciła się do Fin-Kedinna.
– Nie możemy go wypuścić, dopóki nie będziemy wiedzieć na pewno.
– Ma rację – odezwała się Czarownica. – Wiesz równie dobrze jak ja, o czym to świadczy. Wszyscy wiemy.
– O czym co świadczy? – wtrącił Torak błagalnym głosem. – Fin-Kedinnie, zawarliśmy umowę! Miałem stąd odejść razem z Wilkiem, jeśli wygram!
– Nie – powiedział Fin-Kedinn. – Umówiliśmy się, że będziesz żył, jeśli wygrasz. I będziesz. Przynajmniej przez jakiś czas. Oslak, zwiąż go.
– Nie! – krzyknął Torak.
Renn podniosła głowę.
– Powiedziałeś, że twojego ojca zabił niedźwiedź. Wiemy o tym niedźwiedziu. Niektórzy z nas nawet go widzieli.
Stojący obok niej Hord wzdrygnął się i zaczął obgryzać paznokieć kciuka.
– Pojawił się jakiś miesiąc temu – ciągnęła cichym głosem Renn. – Jak cień spowił Las mrokiem, zabijając bez powodu, nawet innych myśliwych. Wilki. Rysie. Jakby... jakby czegoś szukał. – Urwała. – Potem, trzynaście dni temu, zniknął. Tropiciel z klanu Knura dowiedział się, że ruszył na południe. Myśleliśmy, że już nie wróci. Wznosiliśmy modły do naszego klanowego opiekuna – przełknęła ślinę. – Ale wrócił. Teraz. Wczoraj przyszli z zachodu nasi zwiadowcy. Znaleźli wiele sztuk martwej zwierzyny, usłana nią była cała droga do Morza. Ludzie z klanu Wieloryba powiedzieli im, że trzy dni temu zabił dziecko.
Torak oblizał wargi.
– A co to ma ze mną wspólnego?
– W naszym klanie mamy Przepowiednię – powiedziała Renn, jakby go nie usłyszała. – Na Las naciera mrok. Nie oprze mu się nikt – przerwała i zmarszczyła czoło.
Czarownica dokończyła za nią:
– Przybywa Słuchający. Walczy powietrzem, przemawia ciszą. – Jej spojrzenie spoczęło na gwizdku w dłoni Toraka.
Wszyscy przyglądali się Torakowi bez słowa.
– Nie jestem waszym Słuchającym – powiedział.
– Sądzimy, że możesz nim być – odpowiedziała Czarownica.
Torak rozważył słowa Przepowiedni. Słuchający walczy powietrzem... Przecież właśnie to zrobił: użył pary w walce.
– Co... się z nim dzieje? – zapytał niskim głosem. – Co dzieje się ze Słuchającym z Przepowiedni? – Miał okropne uczucie, że zna odpowiedź.
Cisza panująca na polanie zagęściła się. Torak powiódł spojrzeniem po przestraszonych twarzach i zatrzymał wzrok na krzemiennym nożu u pasa Oslaka. Popatrzył na połyskującego, zabitego knura zwieszającego się z drzewa; na ciemną krew sączącą się do naczynia pod spodem. Poczuł na sobie wzrok Fin-Kedinna i płonące błękitne oczy znów przykuły jego wzrok.
– Słuchający – zakończył Fin-Kedinn – napoi Górę krwią swego serca. Cień będzie zgładzony.
Krew jego serca.
Lepka ciecz skapywała wolno do naczynia pod drzewem.
Kap, kap, kap.

10

– Co chcecie ze mną zrobić? – zapytał Torak, gdy Oslak skrępował mu ręce na plecach i przywiązywał je do pala podtrzymującego dach szałasu. – Co macie zamiar zrobić?
– Dowiesz się już niedługo – powiedział Oslak. – Fin-Kedinn chce, by decyzja zapadła do świtu.
Do świtu, pomyślał Torak.
Patrzył z ukosa, jak Oslak usiłuje przywiązać opierającego się Wilka do pala za pomocą krótkiej skórzanej smyczy.
Poczuł, że zaczyna szczękać zębami.
– Kto zadecyduje, co się ze mną stanie? Dlaczego nie mogę tam być, sam się bronić? Kim są ci wszyscy ludzie przy ogniu?
– Au! – krzyknął Oslak i zaczął ssać ugryziony kciuk. – Fin-Kedinn posłał kurierów, by wezwali ludzi na zgromadzenie klanów w sprawie niedźwiedzia. Rozstrzygną również o twoim losie.
Torak przypatrywał się przygarbionym postaciom stłoczonym wokół ogniska: twarzom dwudziestu czy trzydziestu mężczyzn i kobiet rozjaśnionym migotliwym blaskiem płomieni. Nie dawał sobie dużych szans.
Do świtu. Do świtu będzie musiał znaleźć jakiś sposób ucieczki.
Ale jaki? Siedział w szałasie, przywiązany do pala, bez broni i plecaka, i nawet gdyby się stąd wydostał, obóz był silnie strzeżony. Wraz z zapadnięciem ciemności obozowisko otoczono pierścieniem ognisk, przy których pełnili wartę mężczyźni z włóczniami i rogami z brzozowej kory. Fin-Kedinn zrobił wszystko, by nie dać się zaskoczyć niedźwiedziowi.
Oslak ściągnął Torakowi buty i związał mu razem kostki. Potem wyszedł, zabierając buty ze sobą.
Torak nie słyszał, co mówią ludzie na zgromadzeniu klanów, ale przynajmniej ich widział – pozwalała na to dziwaczna konstrukcja szałasu Kruków. Dach ze skóry renifera opadał stromo za jego plecami, natomiast od frontu ściany nie było w ogóle: jedynie poprzeczny pal, który nie pozwalał, by do wnętrza wtargnął dym z małego ogniska przed wejściem, a zarazem utrzymywał ciepło w środku.
Torak wykręcał się, jak umiał, by dowiedzieć się, co się dzieje. Widział, że ludzie przy ogniu wstają kolejno i przemawiają. Najpierw barczysty mężczyzna z ogromnym toporem do rzucania w dłoni. Potem kobieta o orzechowych włosach, z puklem na jednej skroni ufarbowanym czerwoną ochrą. Dziewczyna o dzikim spojrzeniu, z czaszką oblepioną dziwacznie żółtą gliną, która nadawała jej twardość kory dębu.
Nie mógł dostrzec Fin-Kedinna, widział natomiast, że w pewnej odległości od innych przykucnęła w pyle Czarownica. Przypatrywała się dużemu krukowi o połyskliwych piórach. Ptak przechadzał się przed nią bez strachu, wydając od czasu do czasu z siebie ostre „Krra!”.
Torak zastanawiał się, czy to opiekun ich klanu. Co ptak mówił kobiecie? W jaki sposób złożyć Toraka w ofierze? Wypatroszyć jak łososia czy obedrzeć ze skóry jak zająca? Nie słyszał, by klany kiedykolwiek składały ofiary z ludzi, jeśli nie liczyć bardzo odległej przeszłości, złych czasów zaraz po Wielkiej Fali. Ale nie słyszał też nigdy wcześniej o klanie Kruka.
„Fin-Kedinn chce, by decyzja zapadła do świtu... Słuchający napoi Górę krwią swego serca...”
Czy Tata wiedział o Przepowiedni? Nie mógł wiedzieć. Nie wysłałby własnego syna na śmierć.
A jednak – wymógł na Toraku przysięgę, że chłopak odnajdzie Górę. I powiedział: mam nadzieję, że nie znienawidzisz mnie później za to.
Później. Kiedy się dowiesz.
Dotknięcie szorstkiego języka na nadgarstku przywołało go do rzeczywistości. Wilk lizał więzy. Torak poczuł iskierkę nadziei. Gdyby Wilk zaczął gryźć...
Gdy Torak zastanawiał się, jak dać mu to do zrozumienia w wilczej mowie, jakiś mężczyzna siedzący przy ogniu podniósł się i ruszył przez polanę w jego kierunku. Był to Hord.
Torak warknął na Wilka gwałtownie, aby przestał. Ale szczeniak był zbyt głodny, nie usłyszał i wciąż lizał więzy.
Hord jednakże nie interesował się wcale Wilkiem. Stanął przy niewielkim ognisku u wejścia, obgryzając paznokieć kciuka i wpatrując się ze wściekłością w Toraka.
– Nie jesteś Słuchającym – burknął. – To niemożliwe.
– Powiedz to innym – odrzekł Torak.
– Aby zabić niedźwiedzia, nie potrzeba nam jakiegoś „chłopaczka”. Sami damy radę. Ja mogę go zabić. Ocalić klan.
– Nie miałbyś żadnych szans – powiedział Torak.
Poczuł, że Wilk zaczyna skubać rzemień jednym zębem i znieruchomiał, by go nie zniechęcać. Modlił się, by Hordowi nie przyszło do głowy się przekonać, co Wilk robi za jego plecami.
Lecz Hord był najwyraźniej nazbyt podekscytowany, by cokolwiek zauważyć. Przeszedł się kilkakrotnie tam i z powrotem. Potem stanął i znów spojrzał na Toraka.
– Widziałeś go, tak? Widziałeś niedźwiedzia?
– Oczywiście, że widziałem – odparł Torak zaskoczony. – Zabił mojego ojca.
Hord spojrzał ukradkiem za siebie.
– Ja też go widziałem.
– Gdzie? Kiedy?
Hord cofnął się, jakby chciał uniknąć jakiegoś ciosu.
– Na południu. Przebywałem w klanie Płowego Jelenia. Uczyłem się Magii. Saeunn – tu skinął głową w kierunku starej kobiety, która nadal rozmawiała z krukiem – nasza Czarownica, chciała, bym do nich pojechał. – Ponownie wgryzł się w paznokieć, który zaczynał już krwawić. – Tam pochwycono niedźwiedzia. Widziałem, jak powstawał.
Torak wybałuszył na niego oczy.
– Powstawał? Co masz na myśli?
Ale Hord już odszedł.

Minęła północ, wzeszedł blady księżyc, a zgromadzenie wciąż trwało. Wilk nie przestawał lizać i szarpać rzemieni. Oslak zacisnął jednak węzły mocno i pewnie, Wilk nie był chyba w stanie zacisnąć na nich szczęk. Nie przestawaj, błagał go Torak milcząco, proszę, nie przestawaj.
Nie czuł głodu. Był zbyt przestraszony, potłuczony i sztywny po walce z Hordem, a ramiona bolały go od długiego przebywania w tej samej pozycji. Nawet gdyby Wilk zdołał przegryźć więzy, nie było pewności, że Torak zbierze w sobie dość sił, by uciec i przemknąć się cichcem obok strażników.
Rozmyślał usilnie nad słowami Horda. „Widziałem, jak powstawał...”
Było coś jeszcze. Hord przebywał przez jakiś czas z ludźmi z klanu Płowego Jelenia, do którego należała też matka Toraka. Nigdy jej nie poznał – umarła, kiedy był jeszcze bardzo mały, ale jeśli ludzie z klanu Kruka żyli z jej klanem w przyjaźni, być może uda się ich przekonać, by go wypuścili.
Rozległ się odgłos szurania butami po piachu. Prędko! Nie mogą przyłapać Wilka przy jego nadgarstkach.
Torak miał akurat tyle czasu, by wydać z siebie krótkie, ostrzegawcze „Urrf!”. Wilk na szczęście usłuchał, a przy wejściu pojawiła się Renn, zajęta obgryzaniem nogi pieczonego zająca.
Jej bystre oczy dostrzegły Wilka siedzącego niewinnie za Torakiem, a potem spoczęły na chłopcu, który odpowiedział spojrzeniem, nie chcąc, by podchodziła bliżej.
Zrobił ruch głową w kierunku zgromadzonych, po czym zapytał, czy w spotkaniu bierze udział ktoś z klanu Wilka.
Potrząsnęła głową.
– Niewielu ludzi z klanu Wilka przetrwało do dzisiaj. Oni cię nie uratują, jeśli o tym myślałeś.
Torak nie odpowiedział. Właśnie bowiem naciągnął nieco więzy na nadgarstkach i poczuł, że odrobinę puściły. Zaczynały się rozciągać, jak to się dzieje ze skórą, gdy namoknie. Gdyby tylko Renn poszła sobie...
Nie ruszała się z miejsca.
– Z klanu Wilka nikogo – powiedziała z pełnymi ustami. – Lecz mnóstwo ludzi z innych klanów. Ta z żółtą głową należy do klanu Tura. To ludzie z Puszczy, wiele się modlą. Sądzą, że właśnie w ten sposób mamy stawić czoło niedźwiedziowi, wznosząc modły do Ducha Świata. Mężczyzna z toporem należy do klanu Knura. Chce za pomocą ściany ognia odeprzeć niedźwiedzia w stronę Morza. Kobieta z krwią ziemi we włosach należy do klanu Płowego Jelenia. Nie jestem pewna, co myśli. Jeśli o nich idzie, trudno powiedzieć.
Torak zastanawiał się, czemu dziewczyna tak dużo mówi. Chciała czegoś od niego?
Niezależnie od tego, czego chciała, postanowił wyjść jej naprzeciw, by odwrócić uwagę od Wilka.
– Moja matka należała do klanu Płowego Jelenia – powiedział. – Ta kobieta może być moją krewną. Może...
– Mówi, że nie. Nie ma zamiaru ci pomagać.
Torak myślał przez moment.
– Jesteście z klanem Płowego Jelenia w przyjaznych stosunkach, prawda? Twój brat powiedział, że uczył się u nich Magii.
– I co z tego?
– Powiedział... że widział, jak niedźwiedź „powstawał”. Co to znaczy?
Spojrzała na niego nieufnie, zwężonymi oczyma.
– Muszę wiedzieć – powiedział Torak. – Niedźwiedź zabił mojego ojca.
Renn obejrzała zajęczą nogę.
– Hord był u nich, w ramach wymiany między klanami. Wiesz coś o tym? – W jej głosie pojawiła się nutka szyderstwa. – Zostaje się w innym klanie przez jakiś czas, by zdobyć przyjaciół i może partnera.
– Słyszałem – potwierdził Torak. Poczuł, że Wilk ponownie dobiera się do jego nadgarstków za plecami. Usiłował odegnać go ruchem palców, ale nie podziałało. Nie teraz, pomyślał. Błagam, nie teraz!
– Był u nich przez dziewięć miesięcy – powiedziała Renn, odgryzając kolejny kęs. – Z całego Lasu oni najlepiej opanowali sztukę Magii. – Wykrzywiła usta w pozbawionym humoru grymasie. – A Hord zawsze chce być najlepszy. – Raptem zmarszczyła brwi. – Co robi twój szczeniak?
– Nic – odpowiedział Torak zbyt szybko. Odejdź, odejdź, odezwał się do Wilka nie swoim głosem.
Wilk, rzecz jasna, zignorował go.
Torak odwrócił się do Renn.
– Co się wtedy stało?
Kolejne spojrzenie.
– A dlaczego pytasz?
– A dlaczego ze mną rozmawiasz?
Twarz dziewczyny stała się nieprzenikniona. Potrafiła ukryć uczucia tak samo sprawnie, jak Fin-Kedinn.
W zamyśleniu wydłubała skrawek zajęczego mięsa spomiędzy zębów.
– Niedługo po tym, jak Hord trafił do klanu Płowego Jelenia – zaczęła – zjawił się w ich obozie nieznajomy. Wędrowiec z klanu Wierzby, okulawiony podczas jakiegoś polowania. A przynajmniej tak twierdził. Ci z klanu Płowego Jelenia przyjęli go. On jednak... – zawahała się i nagle wydała się Torakowi znacznie młodsza i bardziej niepewna – zdradził ich. Nie był zwyczajnym wędrowcem, znał Magię. Przygotował w lesie sekretne miejsce i przywołał demona. Przywołał i uwięził w ciele niedźwiedzia – umilkła na chwilę. – Hord dowiedział się o tym. Lecz wtedy było już za późno.
Cienie na zewnątrz robiły się coraz głębsze. Gdzieś w lesie odezwał się lis.
– Dlaczego? – zapytał Torak. – Dlaczego ten... wędrowiec to zrobił?
Renn potrząsnęła głową.
– Któż to wie? Może ten stwór miał coś dla niego zrobić? Ale stał się zły. – Jej ciemne oczy zapłonęły. – Gdy demon znalazł się w niedźwiedziu, stał się zbyt silny. Wyrwał się na wolność. Zabił trzech ludzi, nim ci z klanu Płowego Jelenia zdołali go odegnać. Tymczasem kulawy wędrowiec zniknął.
Torak milczał. Jedynym rozlegającym się w ciszy dźwiękiem był szept drzew wśród nocnej bryzy i skrobanie wilczego języka na rzemieniu.
Zwierzak chwycił niechcący Toraka zębami za skórę. Nie zastanawiając się, Torak odwrócił się i wydał z siebie ostre, ostrzegawcze warknięcie.
Wilk natychmiast odskoczył i przeprosił uśmiechem.
Renn westchnęła ze zdziwienia.
– Potrafisz z nim rozmawiać!
– Nie! – krzyknął Torak. – Mylisz się...
– Widziałam! – Jej twarz była jeszcze bledsza niż zwykle. – A zatem to prawda. Przepowiednia mówi prawdę. Jesteś Słuchającym.
– Nie!
– Co mu powiedziałeś? Co razem knuliście?
– Już ci mówiłem, nie potrafię...
– Nie mam zamiaru dawać ci okazji – szepnęła. – Nie pozwolę, byś spiskował przeciwko nam. Ani ja, ani Fin-Kedinn. – Wyjęła nóż, odcięła smycz, wzięła szczeniaka na ręce i pobiegła przez polanę w stronę zgromadzonych przy ognisku ludzi.
– Wracaj! – wrzasnął Torak. Z furią szarpnął więzami, ale trzymały mocno. Wilk nie miał dość czasu, by je poprzegryzać.
Ogarnęła go zgroza. Wszystkie nadzieje pokładał w Wilku, którego teraz nie było. Zbliżał się świt. Ptaki już nawoływały wśród listowia drzew.
Raz jeszcze zmierzył się z więzami wokół nadgarstków. Nic.
Fin-Kedinn i stara kobieta o imieniu Saeunn podnieśli się po drugiej stronie polany i ruszyli w jego kierunku.

11

– Co wiesz? – zapytał Fin-Kedinn.
– Nie wiem nic – powiedział Torak, wpatrując się w ząbkowany, kościany nóż u pasa wodza Kruków. – Chcecie mnie złożyć w ofierze?
Fin-Kedinn nie odpowiedział. Przykucnęli wraz z Saeunn po obu stronach wejścia i przyglądali mu się. Poczuł się jak zwierzyna.
Palcami rąk zawiązanych na plecach szukał czegokolwiek, co pomogłoby mu przeciąć rzemienie. Jego palce napotkały jedynie matę z witek wierzbowych – gładką i bezużyteczną.
– Co wiesz? – powtórzył Fin-Kedinn.
Torak zaczerpnął głęboko powietrza.
– Nie jestem waszym Słuchającym – powiedział tak pewnie, jak umiał. – Nie mogę nim być. Nigdy przedtem nie słyszałem Przepowiedni. – A jednak, myślał, dlaczego Renn była o tym przekonana? Czy miało z tym coś wspólnego to, że znał wilczą mowę?
Fin-Kedinn odwrócił się. Z jego twarzy nie sposób było jak zwykle nic wyczytać, ale Torak zauważył, że dłoń mężczyzny zacisnęła się na nożu.
Saeunn pochyliła się ku niemu i wpatrzyła w oczy Toraka. Widział ją bardzo wyraźnie w świetle ogniska. Nigdy nie zetknął się z kimś tak starym. Pod rzednącymi siwymi włosami jej czaszka połyskiwała niczym wypolerowana kość. Rysy twarzy były ostre jak u ptaka. Wiek wygnał z niej wszystkie ciepłe uczucia, pozostawiając jedynie srogą kruczą esencję.
– Zdaniem Renn – odezwała się szorstko – potrafisz rozmawiać z wilkiem. To też część Przepowiedni. Nie powiedzieliśmy ci o tym.
Torak popatrzył na nią.
– Renn się myli – powiedział. – Nie potrafię...
– Nie kłam – rzucił Fin-Kedinn, nie odwracając się.
Torak przełknął ślinę.
Raz jeszcze zaczął macać ziemię za sobą. Tym razem – tak! Wyczuł maleńki płatek krzemienia, nie większy niż paznokieć kciuka: zapewne upuszczony przez kogoś, kto ostrzył tu nóż. Zacisnął na nim palce. Jeśli tylko Fin-Kedinn i Saeunn wrócą na zgromadzenie, może uda mu się uwolnić. Potem znajdzie Wilka, przemknie się obok strażników i...
Opadły go czarne myśli. Trzeba będzie wiele szczęścia, by się to wszystko udało.
– Czy chcesz wiedzieć – zapytała Saeunn – dlaczego potrafisz rozmawiać z wilkiem?
– Co nam z tego przyjdzie, Saeunn? – wtrącił Fin-Kedinn. – Tracimy czas...
– On musi wiedzieć – powiedziała stara kobieta i umilkła. Potem żółtym, przypominającym szpon palcem dotknęła amuletu na piersi i zaczęła wodzić po spirali.
Torak patrzył na zataczający kręgi pazur. Zakręciło mu się w głowie.
– Wiele lat temu – odezwała się Czarownica Kruków – twój ojciec i matka opuścili swój klan. Odeszli, by ukryć się przed wrogami. Daleko, daleko, w głębi Puszczy, pośród zielonych dusz mówiących drzew. – Jej palec wciąż podążał za spiralą, spychając Toraka w przeszłość. – Trzy miesiące po twoich narodzinach – ciągnęła Saeunn – twoja matka umarła.
Fin-Kedinn wstał, skrzyżował ręce na piersi i wpatrzył się w ciemność.
Torak zamrugał oczyma, jakby przebudzony ze snu.
Saeunn nie spojrzała nawet na Fin-Kedinna. Całą uwagę skupiła na Toraku.
– Byłeś niemowlęciem – mówiła. – Twój ojciec nie mógł cię wykarmić. Zazwyczaj, gdy tak się dzieje, ojciec dusi dziecko, by uchronić je przed powolną śmiercią z głodu. Twój ojciec znalazł inny sposób. Wilczycę z małymi. Podrzucił cię do jej legowiska.
Torak bronił się przed przyjęciem jej słów.
– Byłeś z wilkami przez trzy miesiące. Miałeś trzy miesiące, by nauczyć się wilczej mowy.
Chłopak ścisnął odłamek krzemienia tak mocno, że wbił mu się w dłoń. Wyczuwał, że Saeunn mówi prawdę. Dlatego potrafił rozmawiać z Wilkiem. Dlatego przyszła ta wizja, gdy natrafił na jego legowisko. Baraszkujące szczenięta. Ciepłe, gęste mleko...
Skąd Saeunn mogła to wiedzieć?
– Nie – powiedział. – To tylko sztuczki. Nie możesz tego wiedzieć. Nie było cię tam.
– Powiedział mi twój ojciec – odrzekła Saeunn.
– Nie mógł tego zrobić. Nie zbliżał się do ludzi...
– Och, ale raz się do nich zbliżyliście. Pięć lat temu. Nie pamiętasz? Zgromadzenie klanów nad Morzem.
Serce załomotało Torakowi w piersi.
– Twój ojciec przyszedł tam, by mnie odnaleźć. Opowiedzieć mi o tobie. – Jej szpon zatrzymał się w samym środku spirali. – Jesteś inny niż wszyscy – zaskrzeczała jak kruk. – Jesteś Słuchającym.
Torak zacisnął dłoń na odłamku jeszcze mocniej.
– To... niemożliwe. Nie... rozumiem.
– A dlaczego miałby rozumieć? – rzucił Fin-Kedinn przez ramię, po czym odwrócił się do Toraka. – Ojciec nic ci nie mówił o tym, kim jesteś. Mam rację?
Torak pokiwał głową.
Wódz Kruków milczał przez chwilę. Jego twarz była nieruchoma, lecz Torak wyczuł walkę toczącą się pod tą nieprzeniknioną maską.
– Powinieneś wiedzieć tylko jedno – powiedział Fin-Kedinn. – Niedźwiedź nie zaatakował twojego ojca przez przypadek. To właśnie dlatego się pojawił.
Serce Toraka zamarło.
– Z powodu mojego ojca?
– Fin-Kedinn... – ostrzegła Saeunn.
Wódz Kruków spojrzał na nią ostro.
– Mówiłaś, że ma się dowiedzieć. Więc mu mówię.
– Ale – powiedział Torak – to przecież kulawy wędrowiec...
– Kulawy wędrowiec – przerwał Fin-Kedinn – był śmiertelnym wrogiem twojego ojca.
Torak oparł się plecami o pal.
– Mój ojciec nie miał wrogów.
Oczy wodza Kruków błysnęły groźnie.
– Twój ojciec nie był jakimś tam myśliwym z klanu Wilka. Był Czarownikiem klanu.
Torak poczuł, że zapiera mu dech.
– Tego też ci nie powiedział? – zapytał Fin-Kedinn. – Tak, był Czarownikiem Wilków. I właśnie z jego powodu to „stworzenie” sieje spustoszenie w lesie.
– Nie – szepnął Torak. – To nieprawda.
– O niczym ci nie mówił?
– Fin-Kedinn – powiedziała Saeunn. – On próbował chronić...
– O tak! I popatrz na rezultat. – Fin-Kedinn odwrócił się do kobiety. – Młody chłopiec, który o niczym nie wie. A ty prosisz mnie, bym uwierzył, że to jedyna osoba, która... – Urwał i potrząsnął głową.
Zapadła pełna napięcia cisza. Fin-Kedinn zaczerpnął głęboko tchu.
– Człowiek, który stworzył niedźwiedzia – odezwał się cicho do Toraka – zrobił to z określonego powodu. Stworzył go, by niedźwiedź zabił twojego ojca.

Kiedy Torakowi udało się w końcu przeciąć kawałkiem krzemienia więzy na nadgarstkach, niebo przejaśniało się już na wschodzie. Fin-Kedinn i Saeunn dołączyli właśnie do zgromadzonych i wdali się z nimi w gorący spór. W każdej chwili mogli podjąć decyzję i przyjść po Toraka.
Przepiłowanie więzów wokół kostek kosztowało go sporo wysiłku. Wirowało mu w głowie. „Twój ojciec podrzucił cię wilczycy... Był Czarownikiem klanu... Został zamordowany”.
Krzemień był śliski od potu. Wypadł Torakowi z rąk. Podniósł go. Wreszcie więzy puściły. Torak zgiął kostki – i niemal krzyknął. Nogi bolały po długim unieruchomieniu.
Bardziej doskwierał jednak ból w sercu. Tatę zamordowano. Mordercą był kulawy wędrowiec, który stworzył niedźwiedziego demona w jednym tylko celu – by bestia dopadła Tatę.
Niemożliwe. Ktoś musiał się pomylić.
A jednak w głębi ducha Torak wiedział, że to prawda. Przypominał sobie ponurą grozę malującą się na twarzy ojca w chwili konania. Wkrótce po mnie przyjdzie, powiedział. Ojciec wiedział, co zrobił jego wróg. Wiedział, w jakim celu niedźwiedź został stworzony.
To było zbyt wiele. Torak czuł, że wszystko, w co dotąd wierzył, rozsypało się w gruzy, jakby stał na jednodniowym lodzie, patrząc, jak od jego stóp rozchodzi się pajęczyna pęknięć.
Ból w nogach przywołał go brutalnie do teraźniejszości. Próbował je rozmasować, by wróciło nieco czucia. Nie zdołał zobaczyć, gdzie Oslak zabrał jego buty.
Będzie musiał niezauważony wymknąć się z szałasu i przedostać do leszczynowej gęstwiny na skraju polany. Jakimś sposobem będzie musiał ominąć straże.
Nie uda mu się. Zauważą. Gdyby tylko udało mu się w jakoś odwrócić ich uwagę!
W mglistym porannym powietrzu, po drugiej stronie obozu rozlegał się skowyt samotności. Gdzie jesteś? – wołał Wilk. Dlaczego znowu mnie zostawiłeś?
Torak zamarł. Usłyszał, jak obozowe psy przyłączają się do wycia. Zobaczył, jak zgromadzeni zrywają się z ziemi i pędzą sprawdzić, co się stało. Zrozumiał, że Wilk dał mu szansę.
Teraz szybko! Bez zwłoki wypełzł z namiotu i skoczył w mrok leszczynowej gęstwiny. Wiedział, co musi zrobić, i nienawidził się za to.
Musiał zostawić Wilka.

12

Lodowate powietrze piekło w gardle, gdy Torak przedzierał się przez gęstwinę wierzb ku rzece. Kamienie okrwawiały jego bose stopy. Ledwo to zauważał.
Dzięki Wilkowi udało mu się wymknąć z obozu niepostrzeżenie, ale wkrótce na pewno zauważą jego zniknięcie. Z tyłu rozległ się głęboki, odbijający się echem sygnał. Ogłoszono alarm, dmąc w rogi z brzozowej kory. Torak posłyszał krzyki mężczyzn i ujadanie psów. Kruki ruszały w pościg.
Ciernie szarpały go za spodnie, gdy zsuwał się zboczem rzeki. Wpadł z pluskiem w wysokie trzciny. Tkwiąc po kolana w lodowatym, czarnym błocie, zakrył dłonią usta, by nie zdradziła go para własnego oddechu.
Wiatr wiał na szczęście od strony prześladowców, ale pot lał się z Toraka strumieniami, i chłopak wciąż ściskał w dłoni rzemień, którym skrępowano mu stopy. Psy chwycą trop bez trudu. Nie mógł się zdecydować, czy wyrzucić sznur, czy zachować go na wypadek, gdyby mógł się przydać.
W głowie miał chaos, który pienił się niczym wściekła rzeka. Był bez butów, plecaka, broni – niczego, by je zrobić, prócz wiedzy, którą posiadał i zręcznych dłoni. Jeśli nawet umknie pogoni, co zrobi dalej?
Wtem ponad dźwięk rogów wzniósł się skowyt. Gdzie jesteś?
Gdy go usłyszał, wątpliwości zniknęły. Nie mógł zostawić Wilka. Musiał go uratować.
Bardzo pragnął odpowiedzieć na wołanie: Idę po ciebie. Nie bój się. Nie zostawiłem cię. Lecz oczywiście nie było sposobu. Skowyt trwał.
Torak poczuł, że marzną mu stopy. Musi wyjść z rzeki, zanim będzie zbyt odrętwiały, by biec. Zaczął szybko myśleć.
Kruki uznają, że będzie zmierzać na północ, bo gdy go schwytano, powiedział, że tam właśnie idzie. Postanowił robić dokładnie to, czego się spodziewają – przynajmniej przez jakiś czas – a potem zawrócić do obozu, wydostać jakoś Wilka i mieć nadzieję, że Kruki nadal będą iść na północ.
Niedaleko w dole rzeki trzasnęła gałązka.
Torak odwrócił się.
Nieznaczny plusk. Stłumione przekleństwo.
Wyjrzał spomiędzy trzcin.
Jakieś pięćdziesiąt kroków od niego dwóch mężczyzn skradało się po zboczu w stronę kępy trzcin. Przemieszczali się ostrożnie, chcieli go zaskoczyć. Jeden z nich miał łuk większy od Toraka, ze strzałą założoną na cięciwę; drugi bazaltowy topór do rzucania.
Zrobił błąd, kryjąc się wśród trzcin. Jeżeli zostanie na miejscu, znajdą go; jeśli spróbuje popłynąć, zobaczą i naszpikują strzałami. Trzeba wrócić i ukryć się w Lesie.
Zaczął się wspinać po zboczu, najciszej jak potrafił. Było bardzo strome, ale gęsto porośnięte wierzbami, które dawały dobre schronienie. Czerwona ziemia osunęła mu się spod stóp. Jeśli Torak wpadnie do rzeki, usłyszą plusk.
Kamyki staczały się do wody, gdy się wspinał, wbijając paznokcie w pył. Na szczęście głos rogów z brzozowej kory zagłuszył plusk, mężczyźni nie usłyszeli.
Dysząc ciężko, dotarł na szczyt zbocza. Teraz na północ. Niebo było zachmurzone, więc nie mógł się kierować słońcem, wiedział jednak, że rzeka płynie na zachód, czyli wystarczyło odwrócić się do niej plecami i iść przed siebie.
Wyruszył. Zagłębił się w gęsty zagajnik topoli i buków, uważnie ciągnąc za sobą rzemień, aby zostawić wyraźny ślad.
Z tyłu, zatrważająco blisko, wybuchło zaciekłe ujadanie. Zaczął zostawiać ślad zbyt wcześnie. Psy od razu wpadły na trop.
W panice wdrapał się na najbliższe drzewo – wrzecionowatą topolę. Zdążył jeszcze zwinąć rzemień w kulkę i rzucić najdalej, jak się dało, w stronę rzeki, kiedy wielki, rudy pies wypadł z gęstwiny.
Zaczął węszyć pod drzewem Toraka, szczęki ociekały mu śliną. W jednej chwili zwietrzył rzemień i pomknął w jego kierunku.
– Tutaj! – wołał ktoś z miejsca położonego kawałek dalej w dół rzeki. – Pies złapał trop!
Pod topolą przebiegło trzech mężczyzn. Dyszeli ciężko, usiłując dotrzymać psu kroku. Torak przywarł do pnia. Jeżeli któryś podniesie głowę...
Przyspieszyli i zniknęli. Kilka chwil później do uszu chłopca dobiegł nikły plusk. Przeszukiwali trzciny.
Odczekał chwilę na wypadek, gdyby pojawiło się więcej ludzi, i zeskoczył z drzewa.
Pomknął na północ przez topole, oddalając się nieco od rzeki, po czym zatrzymał gwałtownie. Teraz powinien skręcić na wschód i ruszyć z powrotem do obozu – pod warunkiem że znajdzie coś, co pozwoli mu zamaskować własny zapach. Odchody łosia? Na nic, psy i tak pójdą za nim. Liście krwawnika? Może. Ich silna, orzechowa woń powinna ukryć zapach jego potu.
U stóp jakiegoś buka Torak natknął się na kopczyk odchodów rosomaka: poskręcanych, pełnych włosów i tak cuchnących, że aż oczy zaszły mu łzami. Znacznie lepsze. Wstrzymując oddech, wysmarował stopy, łydki i ręce. Rosomaki osiągają rozmiary borsuków, atakują wszystko, co się rusza, i zazwyczaj wychodzą z tej walki zwycięsko.
Nagle rogi umilkły gwałtownie.
Cisza zadźwięczała Torakowi w uszach. Z przerażeniem skonstatował, że skomlenie Wilka również ucichło. Czy nic mu się nie stało? Czy... czy na pewno Kruki nie odważyłyby się go skrzywdzić?
Torak przedzierał się przez poszycie w stronę obozowiska. Teren wznosił się, rzeka płynęła wartko pomiędzy rozrzuconymi w nieładzie, porośniętymi mchem głazami. Kucnąwszy, nasłuchiwał odgłosów pogoni wśród szumu płynącej wody. W każdej chwili spodziewał się usłyszeć brzęk cięciwy i poczuć strzałę między łopatkami.
Nic. Może nabrali się na jego sztuczkę i ruszyli na północ?
Pomiędzy drzewami pojawiło się w polu widzenia coś dużego i zaokrąglonego. Torak gwałtownie przystanął. Odgadł, co widzi, choć miał nadzieję, że się myli.
Niczym ogromna ropucha piętrzył się przed nim wielki kopiec. Zdarzało się, że razem z Tatą napotykali kopce tego rodzaju. Najwidoczniej znalazł się na cmentarzu klanu Kruków – miejscu, w którym składają kości swych Zmarłych.
Droga do obozu – do Wilka – wiodła przez cmentarz. Czy się odważy? Nie należy do klanu Kruka. Nie może wtargnąć na cmentarz innego klanu, nie ściągając na siebie gniewu ich przodków.
Mgła snuła się w zagłębieniach pomiędzy kopcami. Trupio blade, przypominające szkielety krzaki pietrasznika wyrastały ponad jego głowę, fioletowe łodygi usychającej wierzbówki wiły się po ziemi. Wszystko wokół spowite było w mroku, drzewa nasłuchiwały; drzewa wiecznie zielone, drzewa, które nigdy nie zasypiają. Z gałęzi najwyższego cisu spozierały na Toraka trzy kruki. Zastanawiał się, czy któryś z nich nie jest opiekunem klanu.
Za nim rozległ się jazgot psów.
Dał się złapać w pułapkę. Bardzo mądrze ze strony Fin-Kedinna – zarzucił sieć niezwykle szeroko, a następnie zacieśniał ją wokół ofiary.
Nie miał gdzie uciec. Nurt rzeki był zbyt gwałtowny, by dało się płynąć, a jeśliby wspiął się na drzewo, kruki powiedziałyby myśliwym, gdzie się schronił, i strąciliby go jak wiewiórkę. Gdyby się zaszył w gęstwinie, psy wyciągnęłyby go stamtąd jak łasicę.
Odwrócił się w stronę ścigających. Nie miał przy sobie niczego do obrony, nawet kamienia.
Powoli zaczął się cofać – prosto do największego kopca. Stłumił jęk. Był uwięziony pomiędzy życiem a śmiercią.
Coś pochwyciło go z tyłu i pociągnęło w ciemność.

13

– Nie ruszaj się – usłyszał szept w swoim uchu. – Bądź cicho i nie waż się tknąć kości!
Torak ich nawet nie widział, nie widział nic. Wciągnięto go w cuchnącą zgnilizną ciemność i przyciśnięto nóż do krtani.
Zacisnął zęby, aby nimi nie szczękać. Wyczuwał wokół siebie chłodną, ciężką ziemię, oraz nagromadzone, rozsypujące się w pył kości Zmarłych Kruków. Modlił się, by wszystkie ich dusze były gdzieś daleko, u kresu Podróży Śmierci. Ale jeśli któraś została z tyłu...
Musiał wydostać się z tego miejsca. Gdy minął pierwszy szok po pochwyceniu, Torak usłyszał chrobot kamienia. Człowiek, który go pochwycił, zastawił wejście do kopca. Oczy Toraka przyzwyczaiły się do mroku, dostrzegł słabą poświatę przy wejściu. Czymkolwiek je zasłonięto, nie pasowało dokładnie.
Zastanawiał się, czy nie spróbować szczęścia i nie pobiec do wyjścia, ale usłyszał głosy na zewnątrz. Były stłumione, lecz przybliżały się ku niemu.
Torak znieruchomiał. Podobnie jak człowiek, który go schwytał.
Chrzęst i szelest stawały się coraz głośniejsze, aż zatrzymały się jakieś trzy kroki od kopca.
– Nie odważyłby się tędy przejść – odezwał się jakiś mężczyzna zduszonym, przestraszonym głosem.
– Nie wiadomo – szepnęła w odpowiedzi kobieta. – On jest inny. Widziałeś, jak wygrał z Hordem. Kto wie, do czego jest zdolny?
Torak usłyszał szelest mchu. Drgnęła mu noga – coś zadzwoniło w ciemności. Skrzywił się.
– Sza! – powiedziała kobieta. – Coś słyszałam!
Torak wstrzymał oddech. Prześladowca przycisnął nóż mocniej.
– Krra! – rozległ się krzyk kruka pośród drzew.
– Opiekun chce, żebyśmy stąd poszli – wymruczała kobieta. – Powinniśmy. Masz rację. Chłopak nie odważyłby się.
Osłabły z ulgi Torak słuchał, jak się oddalają.
Po chwili spróbował zmienić pozycję, lecz nóż powstrzymał go.
– Nie ruszaj się! – syknął prześladowca.
Rozpoznał głos. To była Renn. Renn?
– Cuchniesz – szepnęła.
Usiłował odwrócić głowę, ale nóż powstrzymał go ponownie.
– To żeby psy mnie nie wywęszyły – szepnął w odpowiedzi.
– I tak by tu nie weszły. Nie wolno im.
Torak zastanawiał się przez chwilę.
– Skąd wiedziałaś, że tędy pójdę? I dlaczego...
– Nie wiedziałam. A teraz bądź cicho. Mogą jeszcze wrócić.
Po chwili oczekiwania w chłodzie i niewygodnej pozycji, która wydawała się trwać wiecznie, Renn dała mu kopniaka i kazała się ruszyć. Zastanawiał się, czy nie spróbować jej obezwładnić, ale postanowił tego nie robić. Zamiast tego odsunął na bok płytę z łupka, która zagradzała wejście, i wyczołgał się na światło dzienne. Kopce były opustoszałe. Nawet kruki odleciały.
Renn szła za nim, wycofując się na czworakach i ciągnąc za sobą dwa plecaki z leszczynowych witek – z których jeden należał do Toraka.
Zdumiony, wpełzł pomiędzy wierzbówki i przypatrywał się, jak Renn wraca do środka i wychodzi z dwoma zwiniętymi śpiworami, dwoma kołczanami i łukami – zawiniętymi w skórę łososia dla ochrony przed wilgocią – i wiercącą się torbą ze skóry jelenia.
– Wilk! – krzyknął Torak.
– Cicho! – Renn spojrzała z napięciem w kierunku obozu.
Torak rozsznurował torbę i Wilk wystrzelił na zewnątrz, spocony i wymiętoszony. Pociągnął nosem i byłby uciekł, gdyby go Torak nie chwycił i nie zapewnił niskimi półszczeknięciami, że to naprawdę on, nie żaden morderczy rosomak. Szczeniak wyszczerzył się w wielkim wilczym uśmiechu, machając zadkiem i entuzjastycznie szturchając Toraka pod brodą.
– Pospiesz się – odezwała się z tyłu Renn.
– Idę – krzyknął Torak.
Zerwał pełną garść nasiąkniętego wilgocią mchu i wytarł z siebie większą część łajna, po czym wciągnął na nogi buty. Renn była na tyle przewidująca, że przyniosła je ze sobą.
Odwracając się, by sięgnąć po plecak, ku swemu zdumieniu zobaczył, że Renn założyła strzałę na cięciwę i wymierzyła w niego. Jego łuk i kołczan przewiesiła sobie przez ramię, toporek i nóż Toraka przytroczyła zaś do paska.
– Co robisz? – zapytał. – Myślałem, że chcesz mi pomóc.
Popatrzyła na niego z niesmakiem.
– Niby dlaczego miałabym ci pomagać? Pomagam jedynie swojemu klanowi.
– Więc czemu pomogłaś mi uciec przed pogonią?
– Bo chcę mieć pewność, że pójdziesz na Górę Ducha Świata. Gdybym cię nie zmusiła, nie spróbowałbyś nawet. Podwinąłbyś ogon pod siebie i zwiał. Bo jesteś tchórzem.
Toraka zatkało.
– Tchórzem?
– Tchórzem, kłamcą i złodziejem. Ukradłeś naszego jelenia, podstępem wygrałeś walkę z Hordem i skłamałeś, że nie jesteś Słuchającym. A potem uciekłeś. Mówię po raz ostatni: ruszaj!

Z Renn mierzącą z łuku w jego plecy i oskarżeniem płonącym w uszach, Torak ruszył w dół rzeki na zachód, trzymając się osłony wierzb. Niósł Wilka na rękach, aby psy nie poszły śladem jego łap.
Zdumiewające było jednak to, że nie dostrzegali żadnych oznak pogoni. Torakowi wydawało się to znacznie bardziej niepokojące niż natarczywy dźwięk rogów.
Renn narzuciła szybkie tempo, Torak często się potykał. Był zmęczony i głodny, a ona miała czas na odpoczynek i posiłek – co jeszcze bardziej utrudniało ewentualną ucieczkę. Ale była mniejsza od niego i sądził, że prawdopodobnie zdołałby ją obezwładnić, zanim wyrządziłaby swoim łukiem zbyt wiele szkody.
Pytanie brzmiało: kiedy? Jak na razie wydawało się, że sama najchętniej uniknęłaby spotkania z Krukami: wiodła ich wąskimi, krętymi ścieżkami łosiów, najbardziej osłoniętymi przed niepożądanym obserwatorem. Postanowił zaczekać, aż oddalą się bardziej od obozu. Zniewaga nie przestała go dręczyć.
– Nie jestem tchórzem – odezwał się przez ramię, gdy idąc wzdłuż rzeki, zagłębili się w ocieniony lasek dębowy i zagrożenie ze strony ścigających wydało się mniej realne.
– Więc dlaczego uciekłeś z naszego obozu?
– Chcieli mnie złożyć w ofierze!
– Nie podjęli jeszcze decyzji. O to się właśnie spierali.
– Więc co niby miałem zrobić? Czekać, żeby się przekonać?
– Przepowiednia może oznaczać dwie rzeczy – rzekła Renn zimno. – Gdybyś nie uciekł, dowiedziałbyś się, jakie.
– Jak sądzę, zaraz mi o tym powiesz – powiedział Torak. – Skoro wszystko wiesz.
Westchnęła ciężko.
– Przepowiednia może mówić tyle, że mamy cię złożyć w ofierze i napoić Górę twoją krwią, a gdy to zrobimy, niedźwiedź ulegnie zagładzie. Właśnie tak myśli Hord. Chce cię zabić, żeby osobiście zanieść krew na Górę. – Umilkła na moment. – Saeunn sądzi, że Przepowiednia ma inne znaczenie: twierdzi, że tylko ty możesz odnaleźć Górę i zniszczyć niedźwiedzia.
Torak odwrócił się i spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– Ja. Zniszczyć niedźwiedzia.
Obejrzała go od stóp do głów.
– Wiem, raczej trudno w to uwierzyć. Ale Saeunn jest przekonana. Podobnie jak ja. Słuchający musi odnaleźć Górę Ducha Świata, a potem, z Jego pomocą, unicestwić niedźwiedzia.
Torak zamrugał powiekami. Niemożliwe. Musieli się pomylić.
– Czemu wciąż musisz temu zaprzeczać – powiedziała Renn ze złością. – Jesteś Słuchającym. Dobrze o tym wiesz. Walczysz powietrzem, jak głosi Przepowiednia. Przemawiasz ciszą, za pomocą tego gwizdka. A pierwsze słowa Przepowiedni mówią, że Słuchający potrafi rozmawiać z innymi myśliwymi Lasu i ty to potrafisz, bo twój ojciec podrzucił cię wilczycy, gdy byłeś mały.
Torak zmrużył oczy.
– Skąd o tym wiesz?
– Słuchałam, co mówili – odrzekła.
Wciąż podążali wzdłuż rzeki na zachód. Torak słyszał delikatne ćwierkanie gili objadających krzaki jagód; kowaliki postukiwały w gałązki w poszukiwaniu pędraków. Skoro wokół było tyle ptaków, niedźwiedź nie mógł być blisko...
Nagle Wilk postawił uszy, wąsy drgnęły mu nerwowo.
– Na ziemię – syknął Torak, pociągając za sobą Renn.
Kilka chwil później dwie drążone łódki przepłynęły obok. Torak widział dobrze tę, która była bliżej. Wiosłujący mężczyzna miał krótkie, brązowe włosy, przycięte na linii brwi. Na szerokie ramiona zarzucił sztywną skórzaną opończę, z jego piersi zwieszał się na rzemieniu kieł knura. Topór do rzucania z czarnego łupka spoczywał na kolanach. Podobnie jak towarzysz w sąsiedniej łódce, mężczyzna przeczesywał wybrzeże, zagarniając wodę potężnymi uderzeniami. Było aż nazbyt jasne, czego wypatruje.
– Klan Knura – szepnęła Torakowi do ucha Renn. – Fin-Kedinn musiał ich skłonić do pomocy przy poszukiwaniach.
Ogarnęły go nagle podejrzenia.
– Skąd wiedzieli, że będziemy tędy przechodzić? Zostawiłaś im jakiś trop?
Przewróciła oczami.
– Po co miałabym to robić?
– Z tego, co mi wiadomo, możesz równie dobrze prowadzić mnie do jakiegoś innego klanu, żeby mnie tam złożono w ofierze.
– A może – odrzekła znużona – ci z klanu Knura przepływali tędy, bo ich jesienny obóz leży gdzieś w dole rzeki, i... – Urwała. – Skąd wiedziałeś, że nadpływają?
– Nie wiedziałem. Wilk mi powiedział.
Wydała się najpierw poruszona, a potem – przestraszona.
– Naprawdę potrafisz z nim rozmawiać...
Nie odpowiedział.
Wstała, starając się zwalczyć niepokój.
– Popłynęli. Czas skręcić na północ.
Schowała strzałę do kołczana i przewiesiła łuk przez ramię, i przez krótką chwilę Torak myślał, że przytrafiła mu się okazja jedna na milion. Ona jednak wyjęła nóż i szturchnęła go, by szedł dalej.
Dotarli do strumyczka wypływającego gwałtownie z kamienistego zbocza, i ruszyli pod górę. Torak nie spał poprzedniej nocy i nie jadł od poprzedniego dnia.
W końcu nie był już w stanie zrobić ani kroku i opadł na kolana. Wilk zeskoczył mu z ramion i pobiegł łapczywie chłeptać wodę.
– Co ty wyrabiasz? – krzyknęła Renn. – Nie możemy zatrzymać się tutaj.
– Właśnie to zrobiliśmy – zadrwił Torak.
Zerwał garść liści mydlnicy, zanurzył w wodzie, i starł z siebie resztki odchodów rosomaka. Potem schylił się i ugasił pragnienie.
Poczuł się znacznie lepiej i zaczął przetrząsać plecak w poszukiwaniu jednego z zawiniątek suszonego jeleniego mięsa, które przygotował – jak się mu zdawało – wiele miesięcy wcześniej. Najpierw odgryzł kawałek i cisnął go Wilkowi, a potem sam zabrał się do jedzenia. Smakowało cudownie. Od razu poczuł, jak w jego ciele zaczęły krążyć jelenie siły.
Renn wahała się przez moment, po czym zdjęła plecak i uklękła, trzymając nóż ciągle wymierzony w Toraka. Zagłębiwszy jedną rękę w plecaku, wyjęła trzy cienkie, czerwonobrązowe ciastka. Podała jedno Torakowi.
Przyjął i odgryzł mały kawałek. Ciastko było smakowite, słone i aromatyczne.
– Suszony łosoś – wyjaśniła Renn z pełnymi ustami. – Ucieramy go z tłuszczem łosia i jagodami jałowca. Nie psuje się przez całą zimę.
Ku jego zaskoczeniu, próbowała podać ciastko Wilkowi.
Ten po prostu ją zignorował.
Renn zawahała się, po czym wręczyła ciastko Torakowi. On zaś potarł je w dłoniach, by przykryć jej zapach swoim, i podał Wilkowi, który natychmiast je przełknął.
Renn starała się nie pokazywać po sobie, że ją to zraniło.
– No i co? – powiedziała, wzruszając ramionami. – Wiem, że on mnie nie lubi.
– Może dlatego, że ciągle nosisz go w torbach – mruknął Torak.
– Dla jego własnego dobra.
– On o tym nie wie.
– Nie możesz mu powiedzieć?
– Nie ma sposobu, żeby powiedzieć coś takiego w wilczej mowie. – Odgryzł kolejny kawałek łososiowego ciastka. A potem zadał pytanie, które nurtowało go już od dawna: – Dlaczego wzięłaś go ze sobą?
– Co takiego?
– Czemu go przyniosłaś. Wykradłaś z obozu. To nie mogło być łatwe. Dlaczego?
Milczała przez chwilę.
– Wydaje mi się, że go potrzebujesz. Nie wiem, do czego. Pomyślałam, że może być ważny.
Torak poczuł pokusę, by jej powiedzieć, że Wilk jest przewodnikiem, ale rozmyślił się. Nie ufał Renn. Pomagała mu co prawda uniknąć pogoni Kruków, ale to nie zmieniało faktu, że zabrała mu broń i nazwała tchórzem. Poza tym, jej nóż ciągle groził mu ostrzem.

Skarpa zrobiła się bardziej stroma. Torak uznał, że bezpieczniej będzie puścić Wilka samopas. Szczeniak ruszył przed nim z opuszczonym ogonem. Nie lubił się wspinać, tak samo jak Torak.
Około południa dotarli do grzbietu, z którego rozciągał się widok na rozległą, porośniętą lasem dolinę. Torak dostrzegł pomiędzy drzewami migotanie odległej rzeki.
– Szeroka Rzeka – powiedziała Renn. – Największa w tej części Lasu. Swój początek bierze z pokrytych lodem rzek w Wysokich Górach, rozlewa się w jezioro Ostrze Topora, przepływa przez Wodogrzmoty, i dalej do Morza. Wczesnym latem rozbijamy tam obóz i łowimy łososie. Chwilami, kiedy wiatr powieje ze wschodu, słychać stąd odgłos Wodogrzmotów... – Jej głos załamał się.

(...)


Dodano: 2006-05-05 00:00:00
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Kulawego szermierza"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS