NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Szmidt, Robert J. - "Ostatnia misja Asgarda"

Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

Ukazały się

Douglas, Ian - "Star Carrier. Światłość"


 Ziębiński, Robert - "Piosenki na koniec świata"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Pilipiuk, Andrzej - "Przeszłość dla przyszłości"

 antologia - "Wigilia pełna duchów"

 Chesterton, Gilbert Keith - "Człowiek, który był Czwartkiem"

 Węcławek, Dominika - "Skoczkini. Zapiski z międzygwiezdnego lotu"

 Rusnak, Marcin - "Diabły z Saints"

Linki

Miłoszewski, Zygmunt - "Góry żmijowe"
Wydawnictwo: W.A.B
Data wydania: Sierpień 2006
Oprawa: twarda
Format: 14,5 x 18,5 cm
Liczba stron: 160
Cena: 24,90 zł



Miłoszewski, Zygmunt - "Góry żmijowe"

[...]
Kiedy tylko przekroczyli próg, drzwi zatrzasnęły się za nimi. Filomena usłyszała stuk siedmiu zamków. Byli teraz w małym pomieszczeniu z dwiema parami drzwi. Jedne właśnie się zamknęły, drugie – przed nimi – jeszcze były zamknięte. Pod ścianą stał wózek, na którym leżały ciasno jeden przy drugim małe pakuneczki wielkości pudełek od zapałek. Na każdym z nich wypisano numer składający się z kilku cyfr.
– To będzie twoja służba – powiedział Żmij. – Co trzy dni musisz przyjść tutaj – nigdy sama, zawsze razem ze mną – wziąć ten wózek, a potem wejść do groty i rozdać wszystkie pakunki tym, którzy tam są.
W pobladłej twarzy Filomeny świeciły rozszerzone przerażeniem oczy.
– Co tam jest? Kto tam jest? – spytała łamiącym się głosem.
Żmij wahał się przez moment i w końcu odpowiedział:
– Źli ludzie. Czasami bardzo źli. Ale nie martw się, nie zrobią ci krzywdy.
[...]

Raz na dwanaście dni, kiedy pełnia księżyca wyznaczała dzień spotkań i targów, Eryk płynął razem z rodzicami do miasteczka. Rodzice wymieniali baśnie na szkle oraz trofea myśliwskie na potrzebne im rzeczy. Nie byli bogaci, ale nie narzekali. W ostatnią dwunastnicę, kiedy sprzedali już wszystko, co przywieźli, i kupili wszystko, co było im niezbędne, ojciec zniknął w świątyni i przyniósł stamtąd rzecz bardzo tajemniczą – pakunek zawinięty w ozdobne granatowe płótno w zielone gwiazdki, z których każda miała w środku czerwony trójkąt. Ani Tor, ani Valia nie chcieli zdradzić umierającemu z ciekawości Erykowi, co to jest.
– Tajemnica – mówili. Wieczorem nadal nie chcieli nic powiedzieć i Eryk poszedł spać smutny. W nocy ktoś zaczął nim potrząsać. Była to mama.
– Ubieraj się i chodź – powiedziała uśmiechnięta. – Dziś jest twój wielki dzień. A raczej twoja wielka noc – poprawiła się.
Eryk założył ubranie i razem poszli nad jezioro.
– A gdzie tata? – zapytał.
– Czeka na nas – odpowiedziała mama.
Tor stał już na pomoście, trzymając w dłoni pochodnię. Obok niego na falach jeziora kołysała się ich łódź. Na burtach paliły się małe ogniki, a pośrodku, obok masztu, leżał tajemniczy pakunek. Eryk poczuł się dziwnie. Nie to, żeby się bał, co to, to nie, ale cała ta sytuacja była zupełnie inna niż wszystko, co znał. Ojciec puścił do niego oko i to trochę uspokoiło chłopca. Ale tylko trochę.
– Eryku – powiedział Tor – mija dokładnie jedenaście lat, jedenaście miesięcy i jedenaście dni, odkąd się urodziłeś. Nadeszła pora, aby zgodnie z tradycją poddać cię magicznej próbie. W tym pakunku jest coś, co otrzymaliśmy ze świątyni mocy, aby wyznaczyć twoją przyszłość. Nie wiemy, co tam jest, i nie wiemy, czym się stanie. Wiemy, że musisz wejść do łodzi, odpłynąć kawałek, rozpakować pakunek i wziąć do ręki to, co znajdziesz w środku.
– I co d-d-d-dalej? – zapytał Eryk, który zawsze się trochę jąkał, gdy był zdenerwowany.
– Nie wiem – odparł ojciec. – Ja w swoim pakunku znalazłem zasuszony kwiatek. Gdy wziąłem go do ręki, zamienił się w wędkę i zrozumiałem, że mam zostać rybakiem. Znasz tę wędkę, nigdy bez niej nie wypływam.
– Ja też chcę być rybakiem – powiedział Eryk.
– Zobaczymy. Wsiadaj do łódki – przynaglił łagodnie Tor.
– Sam? – upewnił się Eryk.
– Sam – potwierdził ojciec.
Eryk wsiadł do łódki i odepchnął się od pomostu. Szybko rozpakował pakunek. Nie chciał odpływać za daleko.
W środku był kawałek zwykłej gałązki. Eryk nie wiedział, z jakiego drzewa. Na pewno z żadnego z tych, które rosły w okolicy. Wziął ją delikatnie do ręki i uniósł w górę. „Mam nadzieję, że nie będzie bolało i mam nadzieję, że będę miał nową wędkę” – pomyślał.
Na początku nic się nie działo. Potem na burtach łódki zabłysły ogniki mocnym fioletowym światłem. Eryk spojrzał przestraszony na rodziców, którzy stali na pomoście przytuleni do siebie. Poczuł, jak gałązka w jego dłoni grubieje i wydłuża się.
– Wędka! – zawołał radośnie do taty, bo rzeczywiście gałązka stała się piękną wędką z drzewa żelaznego.
Chciał ją chwycić obiema rękami, ale wędka nagle zwiotczała i zamieniła się w kawałek liny. Eryk patrzył zdziwiony na sznur.
– Tato! – krzyknął. – Czy ty też... – nie zdążył skończyć pytania, gdyż lina wyprężyła się, stwardniała, zabłysła jaskrawo i zamieniła w ognisty pręt. Eryk wrzasnął i chciał otworzyć dłoń, aby go wyrzucić, lecz nie mógł. Ogień nie parzył. Nagle z czerwonego zrobił się błękitny i już po chwili Eryk trzymał w dłoni kawałek lodu, który złowrogo odbijał płonące na łódce ogniki. W końcu lód zamienił się w twardą drewnianą laskę. Nie wędkę, lecz laskę, sękaty kij do podpierania się w czasie wędrówki.
– No, dawaj, zmieniaj się w wędkę – mówił cicho do laski Eryk, ale nic się nie stało. Ogniki przygasły, a łódka podpłynęła do pomostu.
Załzawionymi oczami spojrzał na tatę.
– Chciałem wędkę, naprawdę – powiedział. – A mam kawał kija. Co to znaczy? Kim mam zostać?
– Nie wiem – odparł Tor. – Już czas pójść spać. Jutro porozmawiamy.
Kiedy ich syn był w łóżku, Valia spytała męża: – Widziałeś kiedyś coś takiego?
– Nie – rzekł Tor. – Nigdy nawet o czymś takim nie słyszałem. Ale mam nadzieję, że to nie oznacza nic złego dla naszej rodziny, zwłaszcza dla Eryka.
Valia westchnęła i chwyciła męża za rękę. Spojrzał na nią uważnie i zapytał:
– Ty wiesz, prawda?
– Czy to oznacza coś złego? – odpowiedziała pytaniem. – Nie wiem. Wiem natomiast, że na pewno oznacza zmiany, wielkie zmiany.
– Czy możesz...
– Nie, nie mogę. I nie pytaj więcej.
Filomena oparła łokcie na parapecie okna swojego pokoju, położyła twarz na dłoniach i ze smutną miną patrzyła na miasto, które rozciągało się pomiędzy królewskim zamkiem i brzegiem Morza Bez Końca. Drugie słońce przed chwilą schowało się za horyzontem, ale pierwsze jeszcze nie zaszło za górami i w jego fioletowym świetle wyraźnie było widać stojące w porcie statki. Jeden z nich, o pojedynczym kwadratowym żaglu opuszczał właśnie Nargilię, zostawiając za sobą pas spienionej wody.
– Chciałabym popłynąć z wami – westchnęła Filomena. Ale porządek zabraniał kobietom z Wielkich Rodów opuszczać dom, dopóki nie odbędzie się wielki bankiet z okazji ukończenia jedenastu lat, jedenastu miesięcy i jedenastu dni życia. Fila skończyła niedawno dziesięć lat i musiała czekać jeszcze prawie dwa lata. Przez swoją lunetę często obserwowała Morze Bez Końca, Góry Żmijowe i miasto u stóp pałacu. Jakże by chciała pływać na statkach, wędrować, pójść na targ i bawić się z dziećmi, które hasały po uliczkach, goniąc z kijkami za toczącą się drewnianą piłką. Oddałaby wszystkie zabawki, słodycze i cudowne stroje, żeby biegać, rozpryskując kałuże i śmiać się do utraty tchu. Ileż razy prosiła rodziców, żeby jej pozwolili iść tam choć na trochę, ale oni pozostawali nieugięci. Nawet tata. Gdy o tym mówiła, poważniał i powtarzał, że nie wolno sprzeciwiać się tradycji i woli Starej Magii, która ustaliła Porządek.
Smutne rozmyślania królewny przerwało pukanie.
– Kimkolwiek jesteś, odejdź – warknęła Fila.
– Pora na kąpiel, panienko – usłyszała zza drzwi przytłumiony głos niani.
– Jestem czysta, nie chcę się myć – krzyknęła w kierunku drzwi. Odruchowo powąchała swoje ciemne, proste jak druty włosy. Pachniały miodem. Nic dziwnego, skoro kąpała się wczoraj. Po co ma się myć codziennie, skoro całe dnie leży na łóżku.
– Panienko, proszę, będę miała kłopoty przez panienkę...
Filomena wstała i podeszła do drzwi.
– Dlaczego kłopoty, Sylwio? Czy Stara Magia wymierza jakieś straszliwe kary służącym, które nie potrafią skłonić księżniczek, aby wyszczotkowały królewskie włosy i wyszorowały zęby?
Sylwia nie odzywała się przez chwilę, jakby zbierała się na odwagę, w końcu powiedziała:
– Magii to ja się nie boję, ale królowa będzie na mnie zła. Powie, że to moja wina, że sobie z panienką nie radzę.
„Co prawda to prawda” – pomyślała Filomena i bez słowa wróciła do swojego punktu obserwacyjnego na parapecie okna.
– No dobrze, niech będzie, jak panienka chce. Ja rozumiem, że panience jest ciężko. Wymyślę coś, żeby królowa nie była zła. Niech panienka wytrzyma.
Filomenie zrobiło się smutno, że wyrządziła przykrość starej Sylwii. Wyprostowała się, żeby otworzyć drzwi i pójść z nią do pokoju kąpielowego. Tak naprawdę co to za różnica. Jej kąpiel nie zaszkodzi, a Sylwii będzie miło. Zmusiła się jednak do tego, żeby zostać. „Nie obchodzi mnie ani ona, ani nikt inny” – pomyślała.
„Niech panienka wytrzyma”. Dobre sobie, to samo mówił tato, kiedy przyszedł do niej po awanturze przy śniadaniu. – To już niedługo, córeczko – tłumaczył się i patrzył na nią przepraszająco. – Wytrzymaj jeszcze trochę – mówił.
Ale ona nie chciała wytrzymać. Nie chciała Porządku, Starej Magii, codziennej kąpieli i wszystkich tych głupot. Chciała zobaczyć świat poza pałacem. Ten, który widziała z okien, i ten jeszcze dalszy, którego nie mogła ujrzeć.
– Zrobiłabym wszystko, żeby się stąd wydostać – powiedziała na głos i uderzyła pieścią w okno. – Wszystko! – krzyknęła w kierunku morza. A potem przebiegła na drugą stronę komnaty i znów krzyknęła: – Wszystko! – jak tylko umiała najgłośniej.
Fioletowe słońce skryło się za horyzontem.
Przez otwarte okna dmuchnął przeciąg, gasząc wszystkie świece i ogień na kominku. Fila zadrżała z zimna. Lodowaty wiatr zakręcił leżącymi na stoliku kartkami i przewrócił buteleczkę z atramentem. Dziewczynka szybko podbiegła, żeby ją podnieść, i zobaczyła, że plama rozlanego atramentu ułożyła się na jednej z kartek w pytanie: „Wszystko?”.
Nie myśląc o tym, co robi, przytrzymała łokciem fruwającą na wichrze kartkę, zamoczyła palec w atramencie i napisała dużymi literami „TAK”.
Pytanie „Wszystko?” zniknęło i pojawiły się nowe słowa. Fila przeczytała: „A czy przyszłabyś do mnie na służbę?”. Zawahała się. Wiatr wył jak oszalały, trzaskając oknami, targając ją za włosy i za ubranie. Z trudem stała, przytrzymując się ręką stolika. Widziała, jak z łóżka sfruwają poduszki i kołdry i wylatują przez okno. Umazała palec w rozlanym atramencie i jeszcze raz napisała „TAK”.
Wtedy dmuchnęło mocniej. Przywarła do podłogi, żeby nie odlecieć. Puszczony przez nią stolik podskoczył i rozbił się o ścianę, na którą rzucił go huragan. Ciężkie łóżko zaczęło przesuwać się w stronę okna. Dopiero teraz zauważyła, że wiatr nie wieje do pokoju, lecz wysysa wszystko z komnaty. Za chwilę porwie i ją! Ktoś szarpał za klamkę z drugiej strony drzwi. – Tato, tato! – krzyknęła i wtedy usłyszała potworny, syczący głos, na którego dźwięk cała zdrętwiała: – A więc chodź, moja nowa ssssłużżżko.
Nie dała rady trzymać się dłużej szpary w podłodze. Puściła ręce, a huragan momentalnie podniósł ją z ziemi, obrócił i wyssał przez okno, niosąc w powietrzu daleko, w stronę Gór Żmijowych. Lecąc, widziała oddalający się pałac, wieżę i okienko swojej komnaty, które robiło się coraz mniejsze i mniejsze, i mniejsze, aż w końcu znikło zupełnie.

Eryk obudził się rano później niż zwykle. Choć słońce schowało się za chmurami, to i tak było zbyt jasno jak na porę, kiedy zwykle wstawali i razem z ojcem wyruszali na jezioro. „Może to przez to, co działo się w nocy” – zaniepokoił się chłopiec. – „A może dlatego, że nie dostałem wędki i nie będę mógł już jeździć na ryby?” Spojrzał z niechęcią na stojący obok łóżka kij. Jak kij może być jego przeznaczeniem? Ma zostać włóczęgą? A może zbójcą, który będzie okładał podróżnych i zabierał im pieniądze. Podniósł laskę i rzucił nią z całej siły o ścianę.
Nic się nie stało. Kij odbił się i upadł na podłogę.
Eryk szybko się ubrał, narzucił na plecy płaszcz z kapturem i wyszedł. Już przez okno głównej izby zobaczył, że rodzice stoją na pomoście. Nie widział za to nigdzie łodzi. Czyżby ktoś ją ukradł? Popędził w tamtą stronę.
Biegnąc ścieżką, wiedział, że coś jest nie w porządku. Nie słyszał plusku fal, nie czuł też chłodnego, ziemistego zapachu wody. Kiedy dotarł do pomostu, zrozumiał dlaczego i ukląkł z wrażenia.
Jeziora nie było. Zniknęło.
Tam, gdzie jeszcze wczoraj falowała woda, teraz był sięgający aż po horyzont wielki dół. Przy pomoście dość płytki, a dalej coraz głębszy, tak głęboki, że nie można było ujrzeć dna. Ich łódź leżała na piasku przy pomoście, przechylona na bok, w pobliżu Eryk zobaczył przedmioty, które kiedyś wpadły do wody – mosiężny garnek, upuszczony w czasie mycia, duży błyszczący kamień w kształcie ryby, który wrzucił do wody, jak był mały, żeby się przekonać, czy popłynie, kapelusz ojca zdmuchnięty miesiąc temu przez wiatr, trochę starych sieci. Było też mnóstwo martwych ryb, spacerowały po nich zdezorientowane raki.
Eryk był tak zdumiony, że nawet się nie rozpłakał. Klęczał tylko i patrzył. Nie zauważył, kiedy rodzice do niego podeszli. Dopiero gdy ojciec położył mu rękę na ramieniu, odwrócił wzrok od pustki po jeziorze.
– Tato, co się stało? – wykrztusił.
– Coś bardzo złego – odparł Tor.
– Ale co?
– Nie wiem, nie wiem dokładnie...
Eryk spojrzał w oczy swojego taty i ujrzał, jak bardzo jest on smutny.
– Podobno kiedyś zdarzyło się coś takiego... Dawno, bardzo dawno temu... Zawsze myślałem, że to legenda, bajka, jaką opowiada się dzieciom przed zaśnięciem, nieprawdziwa historyjka wymyślona przy kominku. – Tor popatrzył na syna. – Tobie też ją kiedyś opowiadaliśmy, pamiętasz?
Eryk pokiwał potakująco głową.
– Jasne, tato. O tym, jak wszystko zamieniło się w pustynię, wyschły studnie i uschły drzewa, trawa zrobiła się żółta i nawet deszcz przestał padać.
– Właśnie. W tej legendzie to była kara, jaka spadła na świat za naruszenie Porządku w czasie, kiedy wszystko jeszcze było nowe. Pamiętasz, jak udało się przywrócić Porządek?
Eryk zastanowił się przez chwilę i odpowiedział: – Trzeba było chyba znaleźć pióro ognistego ptaka, ale nie jestem pewien, czy to ta bajka – przerwał gwałtownie i przejętym głosem mówił dalej: – Tato, chyba nie chcesz powiedzieć, że będzie jak w tej bajce, że wszystko uschnie i że wszyscy umrzemy? Przecież to tylko bajka, ktoś ją wymyślił, tak jak my z mamą wymyślamy nasze. To nieprawda!
Tor zerknął na żonę. Stała niewzruszenie niczym posąg na końcu pomostu, nie patrząc nawet w ich stronę,
– Twoja mama mówi, że żadna bajka nie jest zmyślona – powiedział do syna. – Że wszystko się kiedyś zdarzyło, a my to sobie jedynie przypominamy. Ci, którzy mają najlepszą pamięć – jak mama – zostają malowaczami. Być może Szertata rzeczywiście uschnie. A być może jutro spadnie ulewa i jeziora się napełnią. Nie wiem. Jedno jest pewne – tak jak w dniach początku ktoś z mieszkańców Szertaty musi wyruszyć w stronę gór. Tam, gdzie podobno mieszka ognisty ptak.
– Ciekawe k-k-k-to? – wyjąkał Eryk. Ojciec nie odpowiadał i chłopiec zdał sobie sprawę, jak cicho zrobiło się bez wody. Nic nie chlupotało, łódka nie obijała się o deski pomostu, nie skrzeczały mewy. Wiatr nie szumiał liśćmi drzew i nie buczał w linach przymocowanych do żagli. Eryk zastygł w bezruchu, bojąc się przerwać ciszę szelestem ubrania, wstrzymał oddech. Było w tym coś przerażającego. „Świat nigdy taki nie jest” – pomyślał chłopiec i usłyszał szept matki, która, ciągle stojąc daleko na pomoście, odpowiedziała na jego pytanie:
– Ty, Eryku. Ty musisz iść i odnaleźć pióro ognistego ptaka. Takie jest twoje przeznaczenie.


Dodano: 2006-08-17 16:01:44
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Świąteczny konkurs z Warcraftem


Świąteczny konkurs z Rebisem i Szmidtem


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Cherezińska, Elżbieta - "Wojenna korona"


 Raduchowska, Martyna - "Fałszywy Pieśniarz"

 Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i anioł z kamienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"

 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS