NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Zagłada"


 Currie, Evan - "Odyssey One: Król wojowników"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilczy księżyc"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

Linki


Dłuto Cierpienia, czyli wstąp do trylogii!

W zamierzchłych czasach - czasach, których nie pamiętają najstarsi górale (oni ze względu na swój wiek niewiele pamiętają), w pradawnej krainie, której imię zostało zapomniane, toczyła się zażarta wojna pomiędzy dwoma siłami. Wojna ta stanowiła sens bytu tych sił: Dobra i Zła. Walczyły one o przewagę w kontroli świata materialnego. Każda z nich starała się znaleźć sposób na ostateczne unicestwienie przeciwnika i zakończenie tego już trochę przydługiego konfliktu.
Zło, zło bezimienne, najstraszniejsze i najciemniejsze zrodziło najpotworniejszego i najokrutniejszego zwyrodnialca, jaki chodził po świecie. Miał on być ostateczną klęską - narzędziem zniszczenia ostatnich resztek sił dobra. W swej niezmierzonej i niczym nieograniczonej inteligencji nadało swemu dziełu fizyczną postać, obdarzyło je nadludzką siłą, niewiarygodną mocą i genialnym umysłem. Niematerialne stworzyło materię. Materię będącą tylko bladą kopią swoich możliwości. Jednakże istotę, która w świecie materialnym budziła strach swoją potęgą i możliwościami. Pozostało mu ostatnie zadanie - znalezienie imienia odpowiedniego dla swego potomka. Zło wiedziało, że imię to musi być równie straszne, jak jego właściciel. Zaczęło poszukiwania. Na początek odwołało się do sprawdzonych metod. Kalendarze nie przyniosły jednak rozwiązania proponując jedynie imiona w typie Antymona, Niemira, Melchiora, Kryspina i innych, które budziły może i mocne odczucia, ale bynajmniej nie grozy... Studiowało mądre księgi, legendy i niezbyt mądrą literaturę fantastyczną. Tam też nie odnalazło tego jedynego. Były nawet całkiem mroczne imiona i przezwiska: Tepes, Sauron, Vader, Cthulhu, Boruta, Bierut, Stalin, Saddam czy Fiskus. Ale nie tego szukał Bezimienny. Zszedł więc na ziemski padół i ukryty w cieniu podsłuchiwał istoty materialne. Dowiedział się, że niektórzy boją się ciemności - inni starości. Byli tacy, co z lękiem opowiadali o ożenku. Ale nie było niczego, co równałoby się z irracjonalnym lękiem względem przypadłości zdrowotnych. Istoty materialne zawsze bały się wszelakich chorób, nienawidziły lekarstw i mędrców, którzy je przypisywali. Jednak najbardziej przerażały je niezrozumiałe nazwy chorób, które nękały owe istoty. Wśród nich była najstraszniejsza: IMPOTENCJA. Dotyczyła ona wprawdzie tylko mężczyzn, ale trwoga, jaką budziła, była wprost oszałamiająca. Gdyby zło miało usta i struny głosowe, usłyszelibyśmy potworny rechot. Zło znalazło idealną nazwę dla swego potomka. Wystarczyło tylko dokonać drobnej korekty formy, ponieważ potomek, zgodnie z szowinistycznym pojęciem zła, powinien być męskiego rodzaju. I tak narodził się Wielki Impotent: syn króla nikczemności, władca wszelkiego ziemskiego strachu. Z czasem Impotent dodał sobie tytuł szlachecki dla podkreślenia swej wielkości i od tego czasu nazywał się Wielki Lord Impotent. I tak Wielki Lord zbudował sobie ogromną twierdzę na kompletnym odludziu. Wielka Czarna Twierdza była imponującą budowlą w kształcie ludzkiej czaszki, co miało podkreślać jej przerażający charakter. Zło nie byłoby złem, gdyby nie miało swojej Okrutnie Wysokiej Wieży, z której mogłoby złorzeczyć niewinnym. Tak więc ze szczytu czaszki wyrastała smukła i niezwykle wysoka wieża zwieńczona stromym zadaszeniem. Oczywiście pod zamkiem wykuto w litej skale niezwykle skomplikowany labirynt. Miał on prowadzić do głównej komnaty - skarbca, gdzie znajdowały się wszystkie zgromadzone najcenniejsze skarby zła. Labirynt był pełen śmiertelnych pułapek. Niełatwo było przeżyć wizytę w podziemiach, które miały być miejscem spoczynku dla wielu sławnych bohaterów (tych sławnych, którzy nie słynęli ze swojej inteligencji. Każdy w końcu wiedział, czego można się spodziewać po takich podziemiach).
Jednak Wielki Lord postanowił uatrakcyjnić swój labirynt śmierci, sprowadzając do niego najniezwyklejsze i najbardziej paskudne bestie, jakie tylko można było zdobyć z importu. Były to maszkary tak przebrzydłe i nikczemne, że nawet służba Lorda obawiała się wejść do podziemi. A nie byli to byle chłystkowie. Świat nie widział gorszych barbarzyńców, kanibali, sadystów i lekarzy państwowej opieki zdrowotnej. Ci, co służyli Panu Chaosu, nie bali się niczego i nikogo, za wyjątkiem oczywiście wcześniej wspomnianego... no i tych bestii, a także światła dziennego, otwartych przestrzeni, wody, słodyczy, wszystkiego, co miłe, dobre i przyjacielskie i... Ech, nieważne, po prostu banda twardzieli.
Nie skończyło się jednak na powołaniu do życia jednego ucieleśnienia zła, które byłoby wspaniałym trofeum w doświadczeniach poszukiwaczy przygód. Zło potrzebowało narzędzia. Jak łatwo się domyślić - chodziło o jakiś potworny, magiczny artefakt, który swą mocą wspomógłby właściciela w opanowaniu świata. Mowa o czymś, co było okrutnie potężne i miało na tyle uniwersalne znaczenie oraz krótką nazwę, że nadawało się na tytuł poczytnej powieści bądź bardzo drogiej hollywoodzkiej produkcji.
Mowa o dziele szaleńca - Dłucie Cierpienia. Każdy posiadacz Dłuta Cierpienia był w stanie kontrolować słabe umysły, siać strach i zniszczenie, i wiele innych brzydkich rzeczy karanych przez większość sądów. Zło i Dobro już nieraz walczyły o tą potężną broń. Nieraz wyrywały sobie ze swych niematerialnych dłoni ów biedny przedmiot. Dłuto nie wytrzymało niestety walk i rozpadło się na kilka kawałków (wielu rzemieślników dotąd się zastanawia, jak taki prosty przedmiot jak dłuto może się rozpaść na więcej kawałków niż dwa). Kawałki spadły na ziemię - każdy w innej krainie. Dobro i Zło zaprzęgły więc swych materialnych podopiecznych do poszukiwań zaginionych części Dłuta.
Bowiem Ten, który połączy wszystkie elementy, odprawi odpowiedni rytuał (bardzo widowiskowy i mroczny, przewidziany na końcu filmu) stanie się posiadaczem niemal nieograniczonej mocy.
Tak więc Wielki Lord Impotep - nie, to nie pomyłka, często jeszcze nazywano go Impotetorem, obie nazwy lubił, pierwotnej nienawidził i tylko ojciec go tak nazywał, reszta świata znała go pod tymi pseudonimami - dzień w dzień prowadził poszukiwania części Dłuta, a wolny czas wypełniał sobie oglądaniem, jak dzielni bohaterowie ginęli rozkosznie w jego podziemiach. Czasem też stawał na balkonie swej okrutnie wysokiej wieży i knuł niecne plany, czasem też złorzeczył wszelakiemu dobru, choć najwięcej czasu jednak poświęcał rozrywkom ciała i ducha…

Obudził się. Spojrzał do góry i zobaczył siebie. Odniósł dziwne wrażenie, że nie powinien się widzieć patrząc na sufit. Podniósł głowę i rozejrzał się po sypialni. To nie była jego sypialnia. Znowu opuścił głowę na poduszkę i spojrzał w górę. Na lustro umocowane na suficie. Znowu spał w ubraniu. Znowu nie dotarł do swojej komnaty. Spojrzał sobie głęboko w przekrwione oczy. „Ty stary pijaku" pomyślał do siebie z dosadnym wyrzutem. „Odczep się, masz coś lepszego do roboty?" odpowiedział sobie. Podniósł głowę i jeszcze raz spróbował rozpoznać pomieszczenie, w którym zasnął. Lustro nad łóżkiem, lustro u szczytu łóżka, na ścianach różne scenki z dość sprośnego życia satyrów. Zaczynało mu się układać w głowie. Stwierdził, że jest tylko jedna rzecz, która utwierdzi go w przekonaniu, że jakimś sposobem wylądował w pokoju uciech swojego szefa. Wyjrzał poza skraj łóżka na podłogę. Czerwony dywan o wyjątkowo długich kosmykach mile łaskoczących stopy. Tego się spodziewał. Zerwał się z łóżka. Wyprostował się i głośno jęknął. Zahuśtało nim lekko, więc złapał się nocnej szafki. Rozejrzał się nerwowo po pokoju. Znalazł drzwi i wypadł na korytarz z napierającym uczuciem mdłości. Cieszył go fakt, że dom jego pracodawcy był także mroczny i ponury za dnia. Ruszył w stronę łaźni. Dotarł do niej, zdarł z siebie ubranie, przegonił krokodyla, który się wylegiwał w głównym basenie i wskoczył do wody. Zimnej, prawie czystej i całkiem smacznej wody. Kiedy już ugasił pragnienie, wylazł na zewnątrz i sięgnął po ręcznik. Spojrzał z obrzydzeniem na swoją pomiętą i mocno pachnącą dniem wczorajszym odzież. Stwierdził, że woli przemaszerować się w ręczniku niż zakładać te łachy. Po drodze do swojego pokoju minął tego samego krokodyla, który z wyraźnym wyrzutem spojrzał na niego i próbował odgryźć mu nogę. Roman odpowiedział mu pełnym obojętności kopniakiem i poleciał dalej do swoich komnat.
Wszedł do swojej sypialni. Spojrzał z tęsknotą na swoje wygodne łóżko i już zamierzał na nim dospać jeszcze kilka godzin, kiedy usłyszał pukanie. Poprawił ręcznik i wrzasnął:
- Czego, do cholery?!
- Pan wzywa – dało się słyszeć zza drzwi niewyraźny głos nowo przyjętej sprzątaczki.
- Zara! Ubiorę się i przyjdę! – odwrzasnął donośnie dużo milszym krzykiem. Pomyślał o sprzątaczce. Same zbereźne rzeczy w zasadzie. Z zakłopotaniem otrząsnął się z tego ciekawego zamyślenia i zaczął się ubierać.

Po drodze znów minął krokodyla. Krokodyl właśnie rozmawiał z jednym ze strażników dokańczając jedzenie czyjejś nogi. Obaj zauważyli jego obecność, krokodyl lekko skinął głową wskazując końcówką konsumowanej nogi na Romana. Strażnik mu lekko przytaknął głową i puścił pełne pogardy spojrzenie na przechodzącego. Roman dotarł do klatki schodowej. Schody wiły się serpentyną wysoko, wysoko do góry. Roman spojrzał na nie z odrazą i podszedł do pobliskiej ściany. Wcisnął jeden z kamieni. Odczekał minutę aż usłyszał charakterystyczne „ding dong". Ściana się rozsunęła w dwie strony ukazując wygodne wnętrze eleganckiej, klimatyzowanej windy. Wcisnął najwyższe piętro i winda ruszyła przy akompaniamencie rzewnej melodyjki płynącej z głośnika umieszczonego na konsolecie. Kiedy dotarła na żądane piętro, zdążył się uczesać, sprawdzić dokładnie uzębienie i zlustrować dokładnie swoją sylwetkę.
Odwrócił się od lustra i wyszedł z windy. Spojrzał z uśmiechem na wijące się w dół schody i ruszył do komnaty naczelnego znajdującej się na ostatnim piętrze smukłej wieży. Stanął przed przepastnymi wrotami z bardzo ciężkim i skomplikowanym zamkiem. Ziewnął doniośle i skupił myśli. W końcu chrząknął i wykrzyczał:
- O Panie w swej straszliwej wieży rządzący chaosem i okrucieństwem! O istoto ciemna w zakamarkach swego domu złorzecząca wszelakiemu dobru! O władco czarnych myśli i niecnych knowań zasnuty czarną mgłą bluźnierstw i klątw zechciej mnie przyjąć, bom przybył na twe żądanie.
Skomplikowany mechanizm ani drgnął. Roman usłyszał donośne chrząknięcie. Pomyślał chwilę poczym pacnął się w głowę.
- O synu zła niematerialnego, pomiocie czarci i demonie wśród ziemskiego padołu!
Zamek drgnął z jękiem. Ogromne tryby poczęły leniwie się obracać. Zgrzyt i jęk naprężających się sprężyn i zaskakujących zapadek nasilił się. W końcu wrota poczęły się ślamazarnie unosić do góry. Zniecierpliwiony Roman pochylił się i przeszedł pod powolnie podnoszącymi się wrotami nie czekając, aż przejście będzie całkowicie odsłonięte. Usłyszał pełne dezaprobaty jęknięcie. Ruszył przepastnym korytarzem prowadzącym do sali tronowej. Otworzył wysokie drewniane skrzydło drzwi i wszedł na czerwony dywan prowadzący do kamiennego tronu stojącego w najwyższym punkcie ciemnej Sali.
- Przybyłem na twoje wezwanie, milordzie. – Powiedział kłaniając się przed pustym kamiennym tronem. Ze szczelin skrytych w zakamarkach tronu zaczęła sączyć się blado zielona mgła. Próbowała się koncentrować w okolicach tronu, ale jakaś niesforna siła powodowała, że część mgły nieugięcie frunęła w stronę drzwi wejściowych. Salę wypełnił czyjś donośny, basowy głos:
- Romanie, drzwi!
Roman popędził do wejścia. Zatrzasnął drzwi i powrócił do tronu, gdzie wreszcie niewywiewana niczym mgła zaczęła przyjmować kształt wysokiej postaci.
- Cholerne przeciągi! - odezwała się formująca się postać. Po niecałej chwili przed Romanem stał bardzo wysoki i szczupły mężczyzna o najmroczniejszym obliczu i spojrzeniu pełnym ognia, i nieczystej siły. Elementem wskazującym na demoniczność postaci była para rogów dość niechlujnie wyrastających z czoła i niesymetrycznie zaginających się do dołu. Z kolei elementem kompletnie zaprzeczającym demoniczności postaci był dość niegustowny szlafrok, jaki przyodziewała postać. No i te rozchodzone kapcie. Roman pochylił się nisko sprytnie ukrywając uśmieszek, jaki zagościł na jego twarzy.
- Pokłony dla syna ciemności, Wielkiego Lorda Impotetora!
- Witaj Romanie. Przepraszam za ten szlafrok, ale trudno dziś o dobrą praczkę. Ostatnią musiałem wyrzucić (dosłownie – zleciała z wieży), a obecna kompletnie nie nadąża z robotą. Mam nadzieję, że moje ubrania wyschną do czternastej, ponieważ mamy dziś bardzo ważne spotkanie.
- Jakie, mój panie?
- Przybywa dziś do nas sławny heros - barbarzyńca, niszczyciel wszelkiego zła. Niestety nie pamiętam jego imienia. Coś z nieszczęściem związane. Pech, Niefart, coś w tym rodzaju.
- Jaki mamy repertuar dla niego?
- No właśnie! Efekt! Romanie, efekt to rzecz priorytetowa! Nie wolno nam zapominać o drobnych szczegółach, które składają się na odpowiedni efekt!
- Nie rozumiem, panie.
- Bo widzisz, to ja jestem geniuszem zła i wiem dobrze, że korzystanie z ekspresowej windy, nie czekanie na zupełne otwarcie wspaniałych wrót do mojej komnaty to drobne szczegóły, które stanowią o efekcie. Jakież wrażenie wywrzemy na naszym dzielnym gościu? Gdyby przypadkiem udało mu się przeżyć wizytę u nas, jakie historie by miała do przekazania? Że mamy tu ekspresową windę, że słudzy lekceważą wspaniały efekt monumentalnych wrót? Ach, Romanie!
- Przepraszam, mój władco. To była ciężka noc, nie pozwolę sobie na takie zachowanie w czasie pracy. Zatem jakimi efektami uraczymy naszego gościa?
- No cóż, na początek podejrzewam, że wpadnie główną bramą stosując jakiś wyszukany kamuflaż lub podstęp, później zacznie wycinać moich dzielnych wojowników. Upewnij się, by byli to niezbyt sprytni wojownicy, ale żeby groźnie wyglądali. Nie chcę go zniechęcić na dzień dobry. Mają głośno padać i mocno krwawić. Wydaj im koniecznie bukłaki z sokiem pomidorowym. To ma być krwawa jatka. Następnie skierujemy go do podziemi, proponuję spotkanie z krokodylami. Przy okazji, Albert uskarżał się, że znowu męczysz jego podopiecznych. Pamiętaj, że zwierzęta należy szanować, wtedy one będą szanować ciebie. Wiesz, że trudno w dzisiejszych czasach o porządne krokodyle.
- No, bo znowu kąpał się jeden w basenie...
- Nie chcę słyszeć żadnych wymówek! Wiesz, jak Albert kocha swoją pracę. To bardzo wrażliwy i pracowity ork! Chciałbym, by wszyscy tak przejmowali się swoją pracą. A pod twoim adresem wciąż słyszę skargi. Twoje pijackie wybryki wszystkim dają się we znaki.
- Przepraszam, mistrzu.
- Wracając do programu artystycznego...
- Panie?
- Tak?
- Może zamiast krokodyli trochę szkieletów? Krokodyle na wyższych poziomach strasznie szybko się męczą, ponieważ strasznie tam sucho. A szkielety dobrze działają w takich warunkach, a i potem można je pozbierać i na nowo użyć.
- Widzisz i właśnie dlatego wciąż przymykam oczy na twoje ekscesy. Masz dar do tej roboty i nie chcę tracić twojego talentu. Więc damy najpierw szkielety. Nie za dużo, bo one strasznie hałasują jak są w kupie. Następnie powinien dotrzeć do ołtarza piekieł. Tu objawię się naszemu bohaterowi pod postacią demona płomieni przy akompaniamencie huczącej lawy, strzelających ogni i wycia smoków...
Roman zaczął się wiercić niespokojnie na wspomnienie smoków.
- Jest mały problem.
- Jaki?
- Lawa się skończyła.
- Przecież kazałem zamówić w zeszłym tygodniu, specjalnie ze względu na zimę kazałem zamówić podwójną porcję.
- No, nie mieli jej dużo, wzięliśmy, co się dało. Resztę obiecali podesłać na początku przyszłego miesiąca. Dostaniemy za to dwudziestoprocentowy rabat...
- Co mi po rabacie, jak ja pracować nie mogę! Trzeba będzie poszukać innych dostawców. Kurna, to co tu dać? Wiem! Napalm! Tak, to jest to! Napalm! Ja pierdziu, ale będzie gorąc! Gościu narobi z wrażenia...
- Ehem...
- Co znowu?
- To pan nie wie, smoki wypiły. Tyfus znowu zapomniał zamknąć właz od ich jaskini i się rozlazły. Większość tych cwaniaków polazła właśnie do ołtarza, gdzie trzymaliśmy napalm po ostatniej ulewie, jak zalało nam niższe poziomy. No i opiły się tego świństwa.
- Tyfus! Do czarta! Nie będę poważał nepotyzmowi! Ostatni raz przyjmuję kogoś po znajomości.
- Ale....
Impotep machnął niechlujnie ręką, przed obliczem jego pojawił się Tyfus. Podciągał właśnie niezgrabnie portki do góry i był nieco zaskoczony tym nagłym przemieszczeniem w przestrzeni. W mig jednak zorientował się w sytuacji i stanął na baczność.
- Ostatni raz zawiodłeś mnie, Tyfusie. Przez ciebie mam same straty na magazynie!
- Ale - podjął dyskusję Tyfus podnosząc palec na znak protestu.
Z ręki Impotepa wystrzeliła kula ognia, trafiła Tyfusa w pierś i zamieniła go w mały płonący, bliżej niesprecyzowany element krzycząco-biegający. Po chwili niewielka eksplozja zdławiła całe widowisko pozostawiając jedynie na ziemi parę butów i czapkę. Nieopodal leżały też spodnie, których ofiara nie zdążyła zapiąć.
- Ale on jest kuzynem Hegemona – dokończył Roman.
- Był kuzynem Hegemona. Cały tydzień Hegemon łaził za mną, bym przyjął tego nicponia na stanowisko koordynatora smoków. Mówił, że nie ma lepszego do tej roboty. Jak widać, kłamał. Powinien sam ponieść karę. Co ze smokami?
- Już trzeźwieją, podamy im jeszcze kawę, to powinny być gotowe na czternastą. Ale myślę, że dzięki temu incydentowi z napalmem będą bardziej widowiskowo zionąć.
- Tylko niestety nie tylko otworami gębowymi, co mnie nieco martwi. Słyszałem też, że lubią one wybuchnąć po napalmie. Uważaj więc z kawą. No i powiedz mi, co ja mam zrobić z tym ołtarzem?
- No więc tak. Widzę to tak. Dajemy smoki po bokach, żeby w razie co tylni ogień szedł na ściany, może to wywołać niezły efekt. Chętnie bym dał pioruny, ale smoki się boją burzy, więc odpada. Damy więc robaki!
- Co?!
- No robaki, te wszystkie paskudne na tych swoich chudych nóżkach, czarne obślizgłe. Mamy tego nadwyżkę, więc jak smoki część spalą, to żadna strata. I ty, mistrzu, objawisz się nie jako demon ognia, tylko jako władca insektów. Król wszelakiego robactwa.
- Nie lubię tego przebrania, ale to jedyne wyjście. Kiedy pokażę mu się jako rozkładający się trup rozsiewający robactwo, może się nieźle wystraszyć. Ale jak mnie pokona będzie ogromnie zadowolony.
- Wejdzie dalej, do głębszych podziemi.
- Do którego może dojść?
- Najdalej do trzeciego poziomu, poniżej dalej woda stoi.
- Niedobrze, trzeba będzie skierować go, w razie co, objazdem.
- Jeżeli przeżyje do tego momentu.
- Tak, tu mógłby gdzieś zginąć. To bardzo dobra, widowiskowa i bohaterska śmierć. Robi nam dobrą reklamę. A jak przeżyje, to będzie już rzut beretem od skarbca. Wtedy damy mu kilka ciekawych, zabójczych pułapek i zagadek. Powinien być już dobrze rozgrzany po tych wszystkich, jakie napotka w lochach.
- Przypominam o modernizacji i o konserwacji części. Mam coraz więcej zgłoszeń o awariach.
- Wiem, wiem, tylko, że nie mamy zbytnio funduszy w budżecie na ten rok, sam widzisz, że musimy sporo jeszcze kupić zapasów na zimę, a już jedziemy na rezerwie. A w przyszłym roku na pewno o tym pomyślę.
– No, tylko żeby nikt potem nie narzekał na niesprawne pułapki...
- Musimy jakoś wytrzymać do przyszłego roku. A wracając do naszego bohatera, kiedy już pokona ostateczną zagadkę pojawiasz się ty i...
- I wprowadzam go w klimaty spotkania z prawdziwym twoim obliczem, mistrzu.
- Wtedy ja obiecuję mu skarb, jakiego zażąda i kolejny klient załatwiony! Świetnie, brzmi świetnie. Jest kilka zgrzytów, ale jak się postaramy, wypadniemy całkiem przekonująco. Aha! Tylko za żadne skarby nie wieź go windą! Sam też nie powinieneś jej używać. To jest winda na specjalne okazje, jak mi się służba o niej dowie, to będziesz się miał z czego tłumaczyć. A i pamiętaj, jak go przyprowadzisz przed moje oblicze, trzymaj go za tą linią. – Tu władca ciemności pokazał szarą linię oddaloną od tronu jakieś kilkanaście kroków. – Nie wiadomo, jakie choroby ze sobą przyniesie. Wiesz, że łatwo łapię różne infekcje.
- Tak panie – Roman pokłonił się i ruszył do wyjścia pozostawiając za sobą dematerializującego się przełożonego.

Czas szybko płynął, kiedy miało się tyle rzeczy to załatwienia. Wybranie odpowiednich zbirów do potyczki dziedzińcowej i poinstruowanie ich o zasadach widowiskowej śmierci zajęło dwie godziny. Potem wspólnie ze sprzątaczkami pozbierał i przygotował niewielkie oddziały szkieletów. Miał kłopoty z odpowiednią aranżacją miejsca spotkania z kościotrupami, ponieważ podziemia na wyższych poziomach były niedawno remontowane. Wykonawca nie bardzo zrozumiał, co miał Roman na myśli, mówiąc o mroczności, przerażającym klimacie i widowiskowych pajęczynach. Z pomocą kilku wyjątkowo szybkich trollów udało się Romanowi poszarzeć większą część otynkowanych ścian, zalać błotem i smołą marmurowe posadzki i ozdobić całość pajęczyną z aerozolu. Ostatnią godzinę spędził w kuchni na konsumpcji obiadu. O pełnej godzinie stał przy oknie spoglądając na dziedziniec, na kręcących się nerwowo wojowników. Wpatrywał się, jak oni, w zamknięte wrota wyczekując tego momentu. Momentu, w którym wrota wylecą z zawiasów z hukiem i trzaskiem. Zastanawiał się, kim będzie ów bohater. A może nie wtargnie przez bramę, może okaże więcej fantazji i przedostanie się podstępem, by na dziedzińcu, na oczach zbaraniałych strażników odrzucić zasłonę i obnażyć swoją prawdziwą bohaterską naturę, i zadać śmierć wszelkiemu złu. To by było coś, szef byłby wniebowzięty, nie musieliby zamawiać kolejnej bramy, same plusy jednym słowem.
Ciszę otaczającą dziedziniec przerwało ciche pukanie. Roman skupił wzrok na bramie. Strażnicy unieśli broń. Ktoś zasłonił się tarczą, ktoś poprawił zbroję. Wszyscy czekali w napięciu. Znowu usłyszeli ledwie słyszalne pukanie. Strażnicy zaczęli się wiercić. Nie wiedzieli, co zrobić. Jeden spojrzał w stronę Romana. Roman dał mu znak, by otworzyć bramę. Strażnik spojrzał z lekką niepewnością na swoich kompanów, poczym przeniósł coraz bardziej niepewne spojrzenie na bramę. Ruszył nieśmiało w stronę drewnianych wrót. Zbliżył się do nich, przyłożył ucho. Znów obejrzał się na kompanów, nabrał powietrza i sięgnął do zasuwy. Odblokował zamknięcie i uchylił skrzydło. Miał zamknięte oczy. Był gotowy do spełnienia wyznaczonej mu roli. Nic się jednak nie stało. Nie spadła na niego żadna straszliwa broń zadając mu szybką śmierć. Roman mało nie wypadł przez okno. Nie mógł już doczekać tej chwili, chciał poznać wybrańca. Strażnik stojący przy bramie otworzył niepewnie jedno oko. Zamrugał w ten charakterystyczny sposób. Każdy tak mruga, kiedy zastaje coś, czego kompletnie się nie spodziewa. Roman zastanawiał się, czy to strażnik tak dobrze gra swoją rolę, czy rzeczywiście zbaraniał. Strażnik spojrzał w stronę Romana. W jego oczach malowało się kompletne niezrozumienie sytuacji. Coś było nie tak. Roman zbiegł po schodach i ruszył przez dziedziniec.
- Co jest? – zapytał, gdy dotarł do zmieszanego strażnika. Ten tylko ustąpił mu miejsca, odsłaniając niewielkiego mężczyznę ubranego w jakiś dość elegancki, ale prosty strój urzędniczy.
- Dzień dobry - zaczął niepewnie ów niewysoki człowieczek, poprawiając nerwowo ułożenie kaftana.
Roman spojrzał z niepokojem na niewielką torbę leżącą przy nodze przybysza.
- Witam, w czym mogę pomóc? – odpowiedział, cały czas gapiąc się ze strachem na pakunek.
Człowieczek spuścił spojrzenie, odchrząknął.
- Ja do właściciela. Nazywam się Jan Szeląg. Jestem przedstawicielem lokalnych władz – mówił drżącym głosem. – Bo król postanowił przeprowadzić powszechny spis ludności kraju...
- Zdaje się, że siedziba zła nie podlega już pod władzę lokalną. Zdaje się, że władza nie uznaje nas za pełnoprawnych obywateli i zdaje się, że my wszyscy jesteśmy wręcz niemile widziani na ziemiach królestwa. Słyszałem, że król zapłaci sporą sumę za pozbycie się nas... – odpowiedział Roman. W głowie układał sobie plan ucieczki, kiedy już człowieczek zrzuci ten śmieszny kaftanik i okaże się być pełnym zabójczej bohaterskości wojownikiem. Trochę był zawiedziony, ponieważ intruz zdecydowanie źle obmyślił swoją wymyśloną historyjkę. No cóż, nie każdy może być mistrzem podstępu. Trzeba się cieszyć, że chociaż ten wysilił się i sporo pracy włożył w cały podstęp.
- No niby tak, ale rozporządzenie jest i nie ma żadnych wyłączeń dotyczących tego zamku. A ja mam obowiązek spisać wszystkich w okręgu, to spisuję. Za to mi płacą.
- Wie pan, ale my jesteśmy ci źli. Ci niepraworządni. Możemy pana zabić na przykład, zamiast dać się spisać...
- Hmm, w zasadzie to trochę się tego obawiam. W końcu istnieje takie prawdopodobieństwo. Jednak jest spis ogólny ludności.
- No dobrze, pogadam z... właścicielem. Niech pan zaczeka na dziedzińcu. – Roman uznał, że w zasadzie przyda się lekka pomoc z jego strony w rozegraniu podstępu intruza. W końcu, dlaczego miałby mu utrudniać pracę. Nikt tego nie lubił. Roman ruszył truchtem w stronę wieży. Nie biegł wcale do swojego przełożonego. Dobrze wiedział, że to nie ma sensu. Zaraz strażnicy odkryją prawdziwą naturę przeciwnika, który przedostał się fortelem za bramę i zaraz wymierzy wszystkim nikczemnikom tu zgromadzonym zasłużoną karę. Biegł, by nie stać się przypadkową ofiarą działań wojownika. Biegł, by nie znaleźć się w zasięgu jego ramienia sprawiedliwości. Wbiegł po schodach i wpadł do komnaty, z której mógł obserwować całą potyczkę.
Na dziedzińcu jednak nic się nie zmieniło. Niepozorny człowieczek siedział na brzegu studni, a strażnicy krążyli wokół niego oczekując ataku. Stan ten trwał i trwał, niepozorny człowieczek najwyraźniej nie zamierzał prędko się odsłonić. Strażnicy zaczynali już się niecierpliwić, spoglądali pytająco po sobie, to znów odwracali wzrok w stronę Romana. Ten tylko mógł wzruszyć ramionami. W końcu jeden strażnik nie wytrzymał. Zbliżył się nieśmiało do mężczyzny. Wyciągnął przed siebie miecz kierując jego koniec w stronę urzędnika. Tak jak chcemy sprawdzić gałęzią, czy dane zwierzątko już jest trupem (bo na taką ewentualność nie chcemy go dotykać gołymi rękami), tak właśnie strażnik mieczem chciał sprawdzić, czy człowieczek jest bohaterem. Stało się coś niezwykłego. Człowieczek zerwał się na równe nogi, zaczął potwornie wrzeszczeć, poczym ze swojej torby wyszarpnął solidny drągal. Naprawdę imponujących rozmiarów kawał kija. Zamachnął się nim na przestraszonego strażnika i ruszył biegiem w stronę najbliższych drzwi opędzając się kijem. Strażnik oczywiście odruchowo uniknął trafienia, poczym zrozumiał swój błąd, więc wyskoczył do góry udając potworne uderzenie. Upadł na ziemię rozbijając pojemnik z ketchupem. Pozostali strażnicy też starali się stworzyć wrażenie trafionych kijem urzędnika. Przewracali się wrzeszcząc okropnie, łapiąc się za rozmaite części ciała i rozchlapując sos pomidorowy. Człowieczek dotarł z krzykiem na ustach do drzwi. Dziwnym trafem było to zejście do podziemi...
Roman ruszył biegiem na dziedziniec. Zbeształ kilku strażników za zbytnią opieszałość przy umieraniu i nakazał rzucić im się w pogoń za uciekinierem. Potem pobiegł do kwater mistrza, gdzie znajdowały się magiczne portale do podglądu sytuacji w podziemiach. Akcja się rozwijała.

Tymczasem.

Na trakcie do siedziby Impotepa znajdujemy wielkiego bohatera, znanego gnębiciela demonów i pogromcy zła, Afarta. A raczej jego zwłoki. Niestety, wielkość czynów naszych za życia nie upoważnia nas do otrzymania poważnej i adekwatnie legendarnej śmierci. Tuż obok zwłok leży niewielka miseczka z na wpół spożytym posiłkiem. Trucizny tam jednak żadnej nie znajdziemy. Nasz bohater zadławił się zwykłą, dość niepozorną kością z udka królika. Sam wybrał życie samotnego bohatera. Taka go też spotkała śmierć. Gdybyśmy się cofnęli trochę w czasie, zapewne zauważylibyśmy, jak nasz bohater próbuje odkrztusić zablokowaną kość, łupiąc z całej siły plecami w drzewo, skacząc po ziemi i tarzając się po kamieniach. Gdyby jednak zdecydował się na czyjeś towarzystwo, może by tak źle nie skończył.<

Z powrotem w zamku, koniec „Tymczasem”

Los wyraźnie sprzyjał Janowi Szelągowi, wykwalifikowanemu urzędnikowi królewskiemu. Wpadł do głębokiej czeluści, pośliznął się na świeżo położonym błocie i storpedował znaczną część oddziału szkieletów. W postaci rozwrzeszczanego, nieco obłoconego i przyozdobionego kośćmi pocisku zdołał przejechać całą długość korytarza, sturlać się po krętych schodach i wpaść do jakiejś dużej komnaty pełnej smoków. Smoki wyraźnie przerażone tak nietypowym zjawiskiem natychmiast rozbiegły się po całej komnacie puszczając przy tym niekontrolowane salwy ognia. Przypadkiem jedna z salw podpaliła jakiegoś robaczywego trupa, który stał na drodze Jana. Zgrabnym łukiem Jan ominął postać wyraźnie zajętą ogniem. Wbiegł w drzwi celem uniknięcia kontaktu z płomieniami, choć tak naprawdę to nie wiedział, dokąd biegnie. Cała sytuacja prezentowała się irracjonalnie. Tak jak jego całe życie, jego praca. Wszystko było przepełnione absurdem rzeczywistości i niesamowitością szarego bytu w nudnym społeczeństwie mieszczuchów. Żeby tego było mało, musiał przeprowadzić spis w tak nieciekawym miejscu, jak zamek Impotetora. Nie wiedział, czy to królewska złośliwość tego smarkacza, który został królem chyba tylko po to, by robić wszystkim głupie żarty, czy może urzędnicza, durna skrupulatność machiny biurokracji.
Otrzepał spodnie, poprawił krawat, usunął z obrzydzeniem trupią rękę z ramienia. Rozejrzał się po nowo odkrytym korytarzu. Na jednej ze ścian dojrzał jakąś niewielką tabliczkę. Narysowany zieloną farbą ludzik wyposażony w miecz i tarczę wyraźnie biegł za zieloną strzałką. Nie zastanawiając się dłużej ruszył truchtem zgodnie ze wskazaniem strzałki. Co prawda nie miał ze sobą miecza, ale miał za to całkiem solidnego kija, w zasadzie nie posiadał też tarczy, ale podejrzewał, że nikt nie będzie mu miał za złe, jak użyje teczki. Po drodze napotkał kilka dziwacznych konstrukcji, które zapewne kiedyś służyły do unieszkodliwiania ludzi, ale najwyraźniej teraz stanowiły jedynie prezentację muzealną. W końcu dobiegł do wysokiej sali kolumnowej wyłożonej najciemniejszym granitem, jaki sobie człowiek mógł tylko wyobrazić. Usłyszał dziwne „ding dong", więc czmychnął za jedną z kolumn. Z zaciekawieniem zaobserwował, jak jedna ze ścian nagle zniknęła, ukazując wnętrze windy. Ze środka wyszedł wysoki mężczyzna bardzo zajęty dopinaniem guzików w swoim mrocznym stroju. Jan wykorzystał nieuwagę obcego i wśliznął się do windy. Nacisnął guzik najwyższego piętra mając nadzieję, że w ten sposób nareszcie wydostanie się na powierzchnię. Jednak wybrane piętro okazało się być najwyższym piętrem w wysokiej wieży, czego dowodem był oszałamiający widok z okna. Jan pobladł wyraźnie, nie znosił wysokości. Biegiem rzucił się do windy. Niestety ktoś już zdołał ją przyzwać. Urzędnik ruszył więc do schodów, ale zobaczył przepaść przestrzeni, która nie była oddzielona od schodów żadną barierką. Zrobiło mu się słabo, cofnął się o dwa kroki. W tym momencie usłyszał dźwięk windy. Przerażony rozejrzał się na wszystkie strony. Nie znalazł żadnej rozsądnej i osiągalnej dla niego drogi ucieczki, więc przykleił się plecami do ściany. W drzwiach windy stanął wyraźnie zmieszany jegomość, którego spotkał na dole.
Zobaczył Jana. Jan przyjrzał się postaci i odetchnął:
- To pan mi otwierał bramę? – zapytał.
- No... tak, w zasadzie, to ja panu otwierałem. Muszę pogratulować panu znakomitego sprytu i bohaterstwa. Jeszcze nikt nie stanął przed obliczem, to znaczy tym właściwym obliczem mojego zwierzchnika. Zapewne napotkał pan mojego władcę pod postacią króla insektów.
- A tak, mijałem. Jednak był on zajęty czymś innym.
- Tak też stoi pan przed możliwością poznania władcy tego zamku, a także najnikczemniejszej istoty na tym padole.
- To dobrze, właśnie po to tu przybyłem.
- Chodźmy zatem.
Ruszyli w stronę skomplikowanej konstrukcji przepastnych wrót z bardzo ciężkim i skomplikowanym zamkiem. Wysoki mężczyzna stanął przed drzwiami i krzyknął:
- O Panie w swej straszliwej wieży rządzący chaosem i okrucieństwem! O istoto ciemna w zakamarkach swego domu złorzecząca wszelakiemu dobru! O władco czarnych myśli i niecnych knowań zasnuty czarną mgłą bluźnierstw i klątw zechciej mnie przyjąć, bom przybył na twe żądanie. O synu zła niematerialnego, pomiocie czarci i demonie wśród ziemskiego padołu!
Mechanizm się zbudził. Ogromne koła zębate ruszyły. Pomieszczenie wypełniły odgłosy zgrzytów i jęków, jakie towarzyszyły unoszeniu się wrót.
- Chciałem przy okazji zapytać – odezwał się Roman, czekając cierpliwie, aż wrota uniosą się całkowicie. – Tak w zasadzie, czy jak pan już załatwi mojego przełożonego, to czy będzie pan musiał załatwić także mnie?
- Wie pan, przepisy dość jasno mówią, że nie mogę nikogo pominąć z mieszkańców tego zamku. Jako profesjonalista nie mogę sobie pozwolić na żadne ustępstwa – odpowiedział Jan, obserwując z zainteresowaniem działanie mechanizmu wrót.
- A jest taka ewentualność, że pan szefa nie załatwi?
- Nie wiem, co pan sugeruje, ale ja naprawdę mam taki obowiązek. Jestem do tego odpowiednio przygotowany.
- W zasadzie, po tym, co już widziałem, nie mogę panu nie ufać. Z taką łatwością poszło panu z przeciwnikami i z pułapkami. Tak sprytnie się pan tu wdarł. Nie brak panu pomysłowości i finezji.
Jan lekko się uśmiechnął.
- My, urzędnicy codziennie się spotykamy z różnymi trudnościami i przeszkodami. Dlatego niewielu się do tej roboty nadaje.
- Domyślam się - Roman już miał przed oczami obraz swojej śmierci. Czuł, że niepozorność tej istoty mogła zwieźć każdego, nawet Impotetora. W końcu nikt tak daleko nie zaszedł. Nie mogło być to dziełem przypadku, że udało się to jakiemuś chudemu szczęściarzowi. Ten niewielki człowieczek był wyjątkowo podstępną bestią. – A ten drąg jest panu do czegoś jeszcze potrzebny?
- Nie, w zasadzie nie. – Jan dopiero teraz zauważył, że wciąż ściskał nerwowo końcówkę kija. Schował go szybko do teczki. Ruszyli przed siebie. Korytarz wieńczyły wysokie drzwi o dużo prostszej i lżejszej konstrukcji. Jan spodziewał się kolejnych bluźnierczych sentencji z ust swojego towarzysza, jednak nic takiego się nie stało. Otworzyli drzwi, weszli i zamknęli za sobą. Przy czym Roman włożył dużo uwagi w upewnienie się, czy są dobrze zamknięte.
Stanęli przed obliczem wysokiego kamiennego tronu będącego jedyną ozdobą ogromnego, zimnego pomieszczenia wieńczącego szczyt wieży. Gdzieś w cieniu najodleglejszej ściany majaczyły schody prowadzące na taras widokowy. Roman nie mógł wiedzieć, że także Jan obmyśla różne metody ucieczki na wypadek niefortunnego obrotu wydarzeń. Obaj jednak rozumieli, że muszą wypełnić swój obywatelski obowiązek narzuconej im roli w tym spektaklu. Wiedzieli, że na wypadek niewykonania swoich powinności mogli spodziewać się zasłużonej kary. Musieli więc do końca brać udział w tej wojnie nerwów.
- Coś tu nieładnie pachnie - zauważył Jan.
- Naprawdę? – Zdziwił się ze strachem Roman nie wiedząc, czy jest to okrutna aluzja, czy dosadne stwierdzenie.
- Kiedy przybędzie właściciel zamku?
- Cóż, zapewne niebawem.
- No to mam chwilkę na przygotowania. – Jan podszedł do tronu i zaczął wyjmować nań różne papiery i przedmioty ze swojej, nieco zniszczonej teczki. Na marmurowej powierzchni znalazł się formularz spisu, dwa ołówki, gumka, dłuto, kilka par skarpetek i jedno eleganckie pióro. Po chwili zastanowienia urzędnik zaczął chować skarpetki. Kiedy sięgał po dłuto, Roman zbliżył się do niego i przyjrzał się przedmiotowi.
- Co to jest?
- Nie wiem, chyba dłuto. Znalazłem to niedawno temu przy zwłokach jakiegoś biedaka leżącego niedaleko stąd. Ja rozumiem, że nie wypada ograbiać nieboszczyka, ale to tak ładnie wygląda. Nie chciałem, by trafiło w niepowołane ręce. – Wypowiadając te słowa Jan obracał niezwykły przedmiot w swoich dłoniach. Czuł, że przedmiot staje się jakby ciężki i większy, czuł rosnącą w nim temperaturę.
- Czy zechciałby mi pan na chwilę udostępnić ten przedmiot? – zapytał Roman, starając się zapanować nad rosnącym przerażeniem.
- A proszę bardzo. – Jan wysunął rękę z dłutem przed siebie. Roman sięgnął po przedmiot, ale dłoń Jana nagle się cofnęła. – W zasadzie jednak nie, nie wiem. – Jan czuł ze zdziwieniem, że w duszy szybko rośnie uczucie niepohamowanej żądzy zatrzymania tego przedmiotu do własnej dyspozycji. Ręka zacisnęła się na drewnianej rękojeści dłuta.
- Dlaczego pan zmienił zdanie?
- Niby dlaczego mam go pokazywać. To moje! Ja je znalazłem! To moje dłuto! To mój skarb! – wykrzyczał ze złością urzędnik, zaciskając coraz silniej pięści. W jego oczach rósł ogień szaleństwa. Nagle w sali zrobiło się kompletnie ciemno. Zerwał się wiatr, porwał stronice protokołu spisu. Ze szczelin fotela zaczęła sączyć się dziwna mgła.
- Oddaj mi to dłuto, głupcze! – wrzasnął Roman i rzucił się na Jana z wyciągniętymi rękami. – Pragniemy tego skarbu! To nasze dłuto, oddaj je nam!
Jan przeraził się śmiertelnie, machnął dłutem na oślep. Ostrze zagłębiło się w brzuchu napastnika. W przestrzeni za szamoczącymi się mężczyznami zaczęła materializować się ogromna, demoniczna postać. Roman zacharczał: - Oddaj nam dłuto, glum, glum, to nasz skarb! Należy do nas. – Pochwycił zębami dłoń zaciśniętą na zakrwawionej rękojeści i zacisnął szczękę. Jan wrzasnął okropnie i wyszarpnął pogryzioną dłoń. Z ust konającego Romana wypadł odgryziony palec. Jan zatoczył się do tyłu, potknął się i z całą mocą niekontrolowanego upadku wbił się w zmaterializowanego Lorda Ciemności. Dłuto utkwiło w jednym z oczodołów. Zaskoczony Impotetor spojrzał drugim, płonącym, pozbawionym powieki okiem na zawieszonego na nim urzędnika. Chciał coś powiedzieć. Jednak nie zdążył. Potworna eksplozja ciemnej mocy rozerwała sylwetkę demona rzucając ciałem Jana przez całą długość sali.
Jan zrozumiał, że ze spisu nici. Uciekając z walących się z niewiadomych przyczyn budynków myślał o nieokreślonej przyszłości niesubordynowanego urzędnika i posiadacza niezwykłego dłuta. Posiadanie dłuta napawało go jednak jakimś niezwykłym szczęściem. Nie spodziewał się, że owe wydarzenia przysporzą mu rangi wielkiego bohatera i wielu kłopotów związanych z tą funkcją. Niewiele czasu upłynęło, a świat dowiedział się, że zło grożące spokojowi całego świata zostało unicestwione rękoma jednej niepozornej istoty. Jednego, niewielkiego urzędnika. Nikt jednak nie dowiedział się, że stało się to z pomocą Dłuta Cierpienia, tego Jedynego. Jan zachował w tajemnicy historię dłuta, ukrywając zazdrośnie jego istnienie przed innymi.
Daleko później zaczęły krążyć pogłoski o snującym się po świecie potworze pozbawionym włosów, oszpeconym nikczemnością, unikającym światła. Wszyscy z przerażeniem opowiadali historię gulgoczącej maszkary błąkającej się w mroku w poszukiwaniu zaginionego skarbu.
Czy istota ta odnajdzie drogę do nowego powiernika Jedynego Dłuta?
Czy Zło zostało ostatecznie pokonane? A może jakaś część jego przetrwała, wiążąc swoją moc z Okrutnym Narzędziem?
Czy znajdzie się ktoś, kto wykrzesa tyle siły z siebie i z całej tej historii by napisać choćby przyzwoitą trylogię?
Być może przyjdzie nam jeszcze długo poczekać, aż ktoś podejmie się tego zadania…

Warszawa, 2003-10-10

Redlin, 2006-08-10- Speszial Edyszyn, czyli reanimacja tekstu.


Autor: Cieślak, Jakub
Dodano: 2006-05-31 11:45:00
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

eliot - 17:38 19-02-2007
Podobało mi się, szczególnie początek, ale jakoś nie przypadło mi do gustu nawiązanie do Władcy.

Komentuj


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Benton, Michael J. - "Gdy życie prawie wymarło"


 Dashner, James - "Gra o życie"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

 Roth, Veronica - "Naznaczeni śmiercią"

 Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

 Sanderson, Brandon - "Bezkres magii"

Fragmenty

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Miller, Karen - "Skażona magia"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS