NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

Ukazały się

Abnett, Dan - "Pancerz pogardy"


 Pilipiuk, Andrzej - "Traktat o higienie. Z dziejów dra Skórzewskiego"

 Jadowska, Aneta - "Kurczaczek i Salamandra"

 Jaumann, Bernhard - "Sępom na pożarcie"

 Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

Linki

Pilipiuk, Andrzej - "Wieszać każdy może"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Jakub Wędrowycz
Data wydania: Listopad 2006
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 328
Cena: 29,99 zł
Tom cyklu: 5



Pilipiuk, Andrzej - "Wieszać każdy może" #2

Skansen

Uczone rozważania przy szklance bimbru przerwało pukanie do drzwi.
- Kogo, u licha, niesie? – zdumiał się Jakub. – I to jeszcze o tej porze?
Gliniarze pukali zupełnie inaczej. Zazwyczaj używali podkutych buciorów, kolb pistoletów, pałek. Znajomi włazili bez pukania. Listonosz pukał zawsze dwa razy, zresztą nie często tu zaglądał. Od kiedy Jakub dał mu w łapę, pozwy sądowe wracały do nadawcy z adnotacją „Adresat nieznany”.
- Wlazł – warknął gospodarz.
Wsunięta pod stół ręka namacała spust pepeszy. Nigdy nic nie wiadomo. Drzwi uchyliły się ze zgrzytem nienaoliwionych zawiasów. Koleś był jeden. Na jego widok wszystko w Jakubie zwinęło się w supły. Gość wyglądał zupełnie od czapy. Ale jednocześnie jakby znajomo. Miał na sobie nowiutki, dobrze skrojony garnitur, w ręce trzymał neseser.
- Panowie Wędrowycz, Korczaszko i Paczenko? – zagadnął.
- To zależy kto pyta – burknął egzorcysta.
Ten typek jakoś mu nie pasował. Nie potrafił powiedzieć, co jest nie tak, ale szóstym zmysłem wyczuwał śmiertelne niebezpieczeństwo. A życie go nauczyło, by ufać instynktowi.
- Jestem przedstawicielem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – przedstawił się nieznajomy. – Mam do panów bardzo ważną i nie cierpiącą zwłoki sprawę...
- Nie mam żadnych ikon. A zresztą i tak ich nie znajdziecie. – Jakub osadził go z miejsca. – Moja chałupa też nie jest zabytkowa, więc nie próbujcie nawet zabierać jej do skansenu, bo tylko obciachu sobie narobicie.
Semen nie powiedział nic, ale z jego piersi znikły bez śladu ordery zdobyte w czasie wojny mandżurskiej.
- Tamten motor to już dawno na złom poszedł – dodał Józef. – To był i tak tylko poniemiecki szmelc.
Facet uśmiechnął się lekko i zrobił ręką uspokajający gest.
- Wybaczą panowie nieporozumienie. Przyszedłem zaproponować panom zajęcie.
Staruszkowie popatrzyli po sobie zaskoczeni. Coś tu śmierdziało. Bezrobocie w regionie sięgało czterdziestu procent, a oni już dawno osiągnęli wiek emerytalny.
- A co konkretnie trzeba zrobić? – zapytał Jakub. – Duchy wyganiać z zamków?
- Wręcz przeciwnie. Organizujemy pod Warszawą wielki skansen wsi polskiej.
- Moja chałupa?! - ryknął egzorcysta. – Nie dam!
Dla podkreślenia wagi swoich słów wyjął pepeszę spod stołu i pociągnął serię po suficie. Spodziewał się, że koleś natychmiast zwieje, ale tamten okazał się naprawdę twardy. Tylko zmrużył oczy, żeby nie nawpadało do nich próchna.
- Po co tak nerwowo? – powiedział. – Po kiego grzyba nam ta chałupa? Zechcę, to dwadzieścia takich w okolicy znajdę. Wy nam jesteście potrzebni.
- A tak konkretnie, to niby w jakim celu? – zainteresował się kozak.
- Zostaniecie atrakcją turystyczną. Powiem od razu, że będziecie mogli robić dokładnie to, co dotychczas. Do waszych obowiązków należało będzie wyłącznie picie bimbru i pędzenie oczywiście też. Zagrychę dostarczamy gratis, zapewniamy zakwaterowanie, kieszonkowe, kontrakt bezterminowy.
- A co z gliniarzami? – zaciekawił się Józef. – Nie będą nas ganiać?
- Oczywiście, że nie. Do skansenu wpuszczamy tylko zwiedzających.
Wojsławiczanie popatrzyli po sobie zaskoczeni. Koleś, choć wyglądał na urzędasa, mówił całkiem z sensem.
- To brzmi niegłupio – mruknął Semen.
- O, nie – powiedział Jakub. – Nie dam z siebie zrobić małpy w klatce. Wynocha mnie stąd!
- Po co tak nerwowo? – powtórzył obcy. – Napijemy się i pogadamy. Może jednak dojdziemy do porozumienia.
- Może – zgodził się gospodarz. – A może chcecie mnie spić i podsunąć kontrakt?
Przyjaciele parsknęli śmiechem. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby ktoś przepił Jakuba. Facet nie stropił się specjalnie. Przysunął sobie do stołu czwarte krzesło, wyciągnął z teczki flachę 1,75l żubrówki i najlepsze czeskie salami. Gospodarz zorganizował świeżą gazetę i musztardówki.
- No, to zdrowie skansenów. – Podniósł szklankę w stronę jedynej żarówki.
- Za spotkanie – poważnie powiedział biurokrata.

* * *

Świadomość wracała z wielkim trudem. Jakub otworzył jedno oko i spostrzegł nad sobą drewniane belki. Potem wszystko utonęło w zielonych plamach.
- O, kuźwa, ździebko przesadziłem...
Pogrzebał w pamięci. Impreza była co się zowie. Pili i pili, ten goguś zarzygał garnitur, ale twardo chlał dalej. Ile to było tych flaszek? Miał przed oczyma obraz: butelki na stole... Piętnaście, ale że troiło mu się w gałach, to pewnie pięć tylko. Ponad dwa litry na twarz... E, niemożliwe, żeby ten miastowy tyle wypił. Ale nie, pił równo, pilnowali przecież... Cholera. Taki twardziel? A nie wyglądał...
Egzorcysta otworzył ostrożnie drugie oko. We łbie mu się zakręciło. Z trudem zwlókł się z łóżka i, trzymając wezgłowia, rozejrzał po pokoju. Grube dechy na ścianach, na belce stropowej wyrzezana sentencja. Wyrko z dranic, piec z pieczką do spania i pasiastym materacem, gliniane talerze...
- Kuźwa, jak przed pierwszą wojną. – Ochrypły głos dobiegł z wyschniętego na wiór gardła.
Jakub powlókł się do stołu. Stała na nim blaszana kanka. Podniósł pokrywę i powąchał. Hm, serwatka. Wypił kilka solidnych łyków. Żołądek trochę się buntował, ale egzorcysta walnął pięścią w kałdun, i rebelia została stłumiona w zarodku.
- Gdzie ja jestem? – Pchnął drzwi.
Jak się okazało, prowadziły do sąsiedniego pokoju. Na szerokim małżeńskim łożu spoczywał z juwenaliami na wierzchu Józef. Chrapał jak lokomotywa.
- Ty, zbudź się! – Wędrowycz trząchnął go za ramię – Gdzie my jesteśmy?
Przyjaciel uchylił oczy i jęknął przeciągle. Wyglądało na to, że bardzo boli go głowa.
- Nie tak głośno – wychrypiał. – A jesteśmy, oczywiście, w tym zasranym skansenie.
- Co?! – Jakub ryknął, aż Paczence ślepia wyszły z orbit. – Jakim prawem?
- Normalnie. Żeście się założyli, że jak ciebie przepije, to pójdziemy do skansenu, a jak ty jego, to przez rok będzie naszym niewolnikiem. Jak ci się, durniu, niewolników zachciało, to trzeba było wcześniej powiedzieć, nałapalibyśmy sobie w Afryce, czy gdzie tam się ich chwyta... A tak, sami jesteśmy udupieni. I to już na zawsze, bo kontrakt bezterminowy.
- Przepił mnie? Niemożliwe!
- I wstał od stołu, i poszedł prosto. A ty leżałeś pod stołem, myśleliśmy, że już po tobie.
Skołatany Jakub zapragnął odetchnąć świeżym powietrzem. Wyszedł przed dom.
- O, kurde – mruknął.
Chałupa stała na wzgórzu. Wokoło ciągnęły się urocze pagórki i dolinki, wszędzie stały chaty, pościągane widać z całego kraju. Koło domostwa rósł ładny sad, dojrzewały jabłka i śliwki. Sąsiednia chałupa, utrzymana w stylu syberyjskim, pasowała tu jak pięść do nosa, ale pewnie specjalnie dla Semena ją postawili. Kozak, przewieszony przez płot, wymiotował jak wulkan. Widocznie zagrycha była nieświeża i mu zaszkodziło. Na ten widok Jakub nieco poweselał.
- Dobra – powiedział, widząc, że Józwa przyczłapał za nim. - Tylko kac minie, spieprzamy z tego ZOO...
- Oj tam, po co tak nerwowo? – zapytał goguś w garniturze, stając za płotem. – Nie podoba wam się tutaj czy co?
Egzorcysta rzucił na niego okiem i zdębiał. Koleś chlał przecież równo z nim, przepił go nawet, a nie było po nim widać śladu wczorajszej imprezy. W sumie, z takim twardzielem to nie wstyd przegrać...
- Kontrakty podpisywane po pijanemu nieważne – odwarknął, tak dla zasady. – Spływamy stąd. I co? Policję wezwiecie, żeby nas zatrzymała siłą?
- Panie Jakubie... – rzekł typek z uśmiechem. – Dlaczego tak niekulturalnie? Wydaje mi się, że mnie pan nie lubi, a zupełnie nie rozumiem, czym zasłużyłem. Może najpierw rzuci pan okiem do szopki?
- Może i rzucę – powiedział odrobinę zawstydzony egzorcysta. – Ale potem sobie idę.
- No to zapraszam.
Ruszyli przez sad. Po drodze Wędrowycz zerwał z drzewa śliwkę i spróbował.
- Idealna na śliwowicę – zachwalał facet z ministerstwa, czy kim on tam był. – Nawet cukru nie trzeba dodawać. I dojrzałe akurat, wystarczy pozrywać i do kadzi...
Pchnął drzwi sporej drewnianej szopy. Jakubowi szczęka opadła do pasa. Aparatura do pędzenia samogonu była wielka jak lokomotywa. Kotły, paleniska, zawory... Elementy żelazne oksydowano na czarno. Pokrętła lśniły barwą polerowanego mosiądzu. Tylko raz widział coś podobnego - gdy miał siedem lat, włamał się z dziadkiem do carskiej gorzelni.
- I to...? – wykrztusił.
- Dla was oczywiście, zgodnie z kontraktem. A na rozruch przygotowaliśmy trochę zacieru. – Goguś wskazał beczkę, w której coś właśnie dojrzewało.
Jakub zaczerpnął kubkiem cieczy i posmakował. Idealna, nic, tylko lać do kotłów, podkładać drewno pod paleniska. Minimum dziesięć procent mocy. Oszacował wielkość kadzi: dwadzieścia litrów dobrego produktu wyjdzie...
- Może i faktycznie zostaniemy kilka dni – mruknął. – Szkoda, żeby się zmarnowało.
Koło południa z kraniku popłynęła pierwsza aromatyczna strużka. Egzorcysta popatrzył na termometr, przeliczył szybko temperaturę pary na stężenie.
- Dziewięćdziesiąt dwa procent – ocenił.
Podstawił szklankę. Goguś z ministerstwa dotrzymał słowa także w sprawie zagrychy. Na stole leżała gazeta, na niej kiełbasa. Wyglądała pospolicie, ale w smaku była niebiańska. Wypili, zagryźli. Wypili na drugą nogę...
Oczywiście, byli i turyści. Biali, czarni, żółci. Zachodzili, zaglądali do szopy, kontemplowali ucztujących staruszków i szli zwiedzać dalej. Nawet nie przeszkadzali, a co najważniejsze, nie chcieli, żeby ich częstować
- Kuźwa, Jakub, zostańmy tu na stałe – poprosił Semen. – Tu jest jak... jak... – Szukał odpowiedniego słowa.
- Jak w raju – szepnął Józef.
Obaj przyjaciele spojrzeli na niego zaskoczeni.
- Sądzisz? – zapytał Jakub. – My, tacy grzesznicy, mielibyśmy trafić do nieba?
- Słusznie, pierdoły. – Józef palnął się głowę. – Po prostu ktoś z rządu nas lubi, stąd te spec-warunki i wyżywienie.
Teraz dopiero egzorcysta się zafrasował. Z rządem jak do tej pory miał raczej na pieńku. Nie mogąc rozwikłać sytuacji, nalał sobie kolejną porcję.

* * *

Facet w garniturze stał na pagórku i obserwował, jak impreza w szopie rozwija się w najlepsze. Zatarł z uciechy ręce. Tak, to był zdecydowanie dobry pomysł. Nieoczekiwanie powietrze zmętniało i wyrósł przed nim dyrektor.
- Mam cię, huncwocie – wycedził, łapiąc podwładnego za klapy garnituru. – Coś ty, sukinsynu, narobił...
- Ależ, Kluczniku – wykrztusił goguś przerażony. – To nic takiego. Ja zaraz wszystko wytłumaczę.
- Tylko migiem i niech to wygląda przekonująco. Co to za granda?
- No więc byłem przez prawie dziewięćdziesiąt lat aniołem stróżem Wędrowycza...
- Jego nie upilnowałeś i sam się nauczyłeś chlać – warknął zwierzchnik.
- Nie, nauczyłem się wcześniej...
- Do rzeczy!
- Czas mu zapisany minął w zeszłym roku. Ponieważ jakoś się sam do nas nie pofatygował, wysłaliśmy śmierć z oficjalnym zaproszeniem...
- Pamiętam. – Święty Piotr skrzywił wargi. - Sam ją przez miesiąc sklejałem butaprenem po tym, jak oberwała z pancerfausta. I co?
- No więc, jak doszła do siebie, chcieliśmy posłać ją raz jeszcze, ale się zaparła, że nie. Obiecywaliśmy jej nawet tytanową kosę, ale jakoś nie dała się przekonać. Nie było wyjścia, to postanowiliśmy nagiąć nieco przepisy.
- Ładnie mi nieco! – huknął święty Piotr. – Każdy musi umrzeć. Takie jest prawo.
- No więc nagięliśmy, trochę... – powtórzył bezradnie.
- A potem nagięliście tak, że wylądowali tutaj! To jest sabotaż! Jakub i jego kumple to niepoprawni grzesznicy. Nie wykazali w życiu nawet śladu skruchy. Powinni smażyć się w piekle! Taki dostali przydział!
- W piekle byliśmy. Ale oni też już kiedyś próbowali i nie chcieli ich brać. Zatem wymyśliliśmy...
- Żeby ich wziąć na etat i trzymać w raju jako atrakcję turystyczną dla zbawionych – domyślił się. – Złamaliście ze dwadzieścia punktów regulaminu, przekroczyliście kompetencje... A tak właściwie, dlaczego umarli?
- Od nadmiaru alkoholu. Sam to załatwiłem. Fajna imprezka była, ciężko szło, ale w końcu ostatni kipnął. Dwanaście promili jak obszył. Wątrobę miał jak ze stali, na szczęście serce mu nie wytrzymało.
- No to do listy zarzutów dorzucimy jeszcze chlanie z grzesznikami. I to na służbie... – syknął święty. – I zdaje się, nie pierwszy raz? – Wyciągnął z powietrza teczkę personalną. – Co my tu mamy? Piętnaście nagan w ciągu ośmiu ostatnich stuleci. Niezły wynik! Jak dotąd wszyscy ludzie, których miałeś pilnować, zostali potępieni.
- To nie moja wina. Kiepski materiał ludzki dostawałem i tak wyszło...
- I chciałeś się choć raz odegrać, żeby poprawić swoje notowania? – prychnął szef. – No ładnie... Co my tu jeszcze mamy? W czasie urlopu podejrzewany o rozprowadzanie samogonu w niebie i szmugiel do piekła. Jasne. To już wiem, skąd się tu wzięła ta aparatura... Cholera, nie mieli kogo oddelegować do sprawy Wędrowycza, tylko największego ochlapusa wśród aniołów – rozżalił się.
- Ale to w zbożnym celu... Znaczy ta aparatura. – Wskazał gestem szopę. – Zbawionym się skansen podoba...
- Właśnie widzę – burknął Klucznik. – Posprzątasz ten burdel. Migiem. I wynocha na ziemię! Popracujesz w terenie jako krawężnikowy. Nikim się nie będziesz opiekował, tylko chodził i spełniał dobre uczynki, po dziesięć dziennie. Przez sto lat... No, pal cię diabli, siedemdziesiąt - złagodniał. – I jeszcze jedno. Ta maszyna do samogonu, wywalić mi to w diabły. Żeby śladu nie było. Bo jeszcze kogoś skusi... Odmaszerować.
- Tak jest! – wykrztusił anioł.


Dodano: 2006-08-09 23:12:43
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Kulawego szermierza"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS