NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Zagłada"


 Currie, Evan - "Odyssey One: Król wojowników"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilczy księżyc"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

Linki


Wywiad z Robertem J. Szmidtem

Katedra: Witam cię w imieniu wszystkich czytelników Katedry.
„Apokalipsa według Pana Jana” to dość dawne dzieje. Jak wyglądają twoje plany pisarskie, czy czytelnicy mogą spodziewać się nowych powieści?

Robert Szmidt: Z mojego punktu widzenia wcale nie takie dawne dzieje, choć z drugiej strony od napisania "Apokalipsy..." minęło już pięć lat. To były „dawne” dobre czasy, kiedy miałem sporo czasu na pisanie. Dzisiaj nie mam już tak lekko. Ale od czasu do czasu jeszcze siadam do klawiatury. Najbliższe plany to „Samotność anioła zagłady” – być może, a nawet na pewno powieść ta powinna pojawić się w sprzedaży pod koniec roku. Jak tytuł może sugerować, to też będą klimaty postapokaliptyczne, ale tym razem rzecz będzie się działa za oceanem. Tekst odleżał już kilka lat, powstał niedługo po „Apokalipsie…”, można powiedzieć na fali, choć pomysł jest stary jak świat. Krótszą wersją wygrałem kiedyś klubowy konkurs literacki, ale to było jeszcze w latach osiemdziesiątych.
Kolejna rzeczą, która jest przygotowywana do wydania, to „Pola dawno zapomnianych bitew”, tekst bazowy pojawił się na łamach „Science Fiction, Fantasy i Horror” parę miesięcy temu. Rzecz rozrosła mi się ponad miarę i musiałem zakończyć tekst typowym cliffhangerem. Całość, być może nawet w dwóch tomach, będzie akcyjną space operą. Rozrywkową, jak najbardziej.

K: Najbardziej kojarzony jesteś z utworami w realiach apokaliptycznych, rozgrywających się w miejscach nawet jeśli nam znanych – to po wojnie atomowej. Skąd wzięło się zamiłowanie do takiej scenerii?

RS: A dlaczego jestem kojarzony? Na kilkanaście opowiadań zaledwie dwa są w tych klimatach :-). Widzisz, jak łatwo dostać łatkę. Napisałem więcej utworów zabawnych i fantasy niż apokaliptycznych. Może to się bierze z tego, że „Apokalipsa według Pana Jana”, która sprzedała się swego czasu w naprawdę niezłym nakładzie, należy do tego gatunku. Tak naprawdę staram się być w miarę wszechstronny i klimaty postapokaliptyczne nie są dla mnie priorytetem, ani też specjalizacją. Ale lubię je. Kiedyś, dawno temu, za tzw. komuny miałem w szkole lekcje przedmiotu zwanego przysposobieniem obronnym, na których uczono nas, jak reagować na alarm nuklearny, parę razy lądowałem w bunkrze pod budynkiem szkoły. To odbija się na psychice. Ale potem poznałem dokładniej moc tej broni i dzisiaj raczej z przymrużeniem oka traktuję zagładę nuklearną. To paskudna broń, ale nie zniszczy życia na Ziemi, jak to opisywał Shute, nawet użyta w masowej skali. Zwłaszcza jej nowe generacje. Zada za to nieopisane cierpienia milionom ludzi, co czyni z niej paskudne narzędzie.

K: Mówisz, że nie masz już prawie czasu na pisanie. Jak właściwie udaje ci się podzielić czas na tworzenie pisma, pisanie, działalność internetową, hobby?

RS: Zapomniałeś wymienić pracę :-). Bo ja jeszcze normalnie pracuję. To chyba kwestia umiejętnego zawijania czasu w rulony :-). 16 godzin pracy, kilka godzin składania pisma, czytania itp., godzinka na forum, albo dwie, a czasem i trzy (QCF). No i film jakiś trzeba obejrzeć, obowiązkowo. No i jem jeszcze i śpię. Doba to stanowczo za mało :-). Trzeba było czas zawijać…
A poważniej mówiąc faktycznie ostatnio mało mam czasu na pisanie. Wydawanie pisma literackiego w tym kraju to niezbyt dochodowy interes, trzeba zarabiać, więc zarabiam. Pracuję nad lokalizacjami gier komputerowych dla jednej z największych firm w Polsce. To czasem kilkanaście godzin siedzenia przy komputerach dziennie – choć z drugiej strony można pograć w rzeczy, których nie ma na rynku i jeszcze za to płacą. Jestem tez copywriterem, opracowuje materiały reklamowe do filmów. Z drugiej, albo i trzeciej strony zajmuje się pismem. Aktualnie nawet je łamię i składam, to też cholernie czasochłonne zajęcie. Dodaj więc i DTP, to też moja działka… ale to lubię akurat. Na szczęście mam sieć recenzentów, którzy selekcjonują teksty do kolejnych numerów tak, że czytam tylko już przebrane opowiadania. A forum pisma to miejsce, w którym zbierają się aktywni czytelnicy pisma, byłoby nietaktem nie okazać im szacunku. Dzięki nim mam pełniejszy obraz mojej pracy. Kiedy trzeba, zjadą jak burą sukę, kiedy trzeba, pochwalą – godnym zauważenia jest fakt, że udało mi się namówić naprawdę sporą grupę ludzi do głosowania na tekst numeru, bywa, że i 70 osób się wypowiada, wiele z tych ocen jest naprawdę pomocnych przy komponowaniu kolejnych numerów pisma. Forum jest potężnym źródłem wiedzy i miejscem, które tworzy więź pomiędzy pismem, redakcją a czytelnikami. Dlatego zawsze znajduję czas, by zajrzeć do tego gigantycznego, międzynarodowego klubu miłośników fantastyki. I traktuję forumowiczów, jak partnerów przy robieniu pisma.
A w wolnym czasie… no, teoretycznie mam też czasem wolny czas, lubię sobie poleniuchować, film obejrzeć, zagrać w nową gierkę, zrobić grilla na balkonie i zaprosić znajomych albo autorów i pogadać o dupie Maryni i literaturze.

K: Mówi się o twojej fascynacji filmem, skąd ona się wzięła? Jaką rolę w twoim życiu odgrywa kino?

RS: A ciebie nie fascynowały filmy fantastyczne? Ja już stara dupa jestem, parafrazując pewien dialog filmowy, załapałem się na początki ery wideo. Miałem to szczęście, że uczestniczyłem aktywnie w tej rewolucji, jeszcze za komuny organizując pokazy filmów na wideo. Za starego fandomu byłem głównym specem w tej dziedzinie – generalnie do dzisiaj mogę powiedzieć, jaki film leci, już po kilku sekundach oglądania :-). Ta fascynacja przerodziła się potem w pracę zawodową. Wydawałem i prowadziłem pisma przeznaczone dla właścicieli wideotek („Video Business” i „Video Premiery”), miałem jedną z pierwszych w Polsce wypożyczalni kaset i hurtownię sprzedającą filmy do wypożyczalni. Tłumaczyłem też filmy dla ITI (w tym np. Conana), nawet dzisiaj, oglądając TVN możesz usłyszeć hasła i teksty, które piszę na promocje filmów – nie tylko fantastycznych. Byłem agentem dla kilku polskich dystrybutorów filmów, wyszukiwałem filmy na etapie produkcji, oczywiście specjalizując się w fantastyce i horrorze. A że branża filmowa to rozrywka, to i rozrywałem się przy okazji w niezłym towarzystwie. Festiwale i targi filmowe, od Cannes po Tokio, LA i Las Vegas. Trochę tego było. I nadal uwielbiam kino fantastyczne, zupełnie jak Jackson (Peter, nie Michael :-) ), choć granica tolerancji znacznie mi się podniosła, chyba przez zawodowe podejście do tematu.

K: Można łatwo zauważyć, że w twoich tekstach (choć można to powiedzieć również o innych twórcach) często przewija się Wrocław i miasto to jest głównym miejscem akcji twoich utworów. Co sprawia, że tak chętnie piszesz o tym mieście, jesteś z nim tak zżyty?

RS: Pochodzę z Wrocławia, mieszkałem w nim ponad dwadzieścia lat, tam zaczynałem przygodę z fantastyką, poznałem fantastycznych ludzi, miałem zaszczyt tworzyć klub fantastyki, w którym spotykali się Ziemiański, Drzewiński, Dębski, Ingot, Cebula i wielu, wielu innych piszących i nie piszących. Taka przeszłość zobowiązuje, a i sam Wrocław to miasto magiczne, z przewspaniałą historią i zabytkami. Wielokulturowe i wiecznie żywe, zwłaszcza teraz, kiedy więcej wolno.

K: Żółta Seria była promowana dość głośno, jednak jak wiadomo wydawnictwo Ares upadło. Czy można się spodziewać prób jej reaktywacji? Czy chociaż część książek zapowiadanych w ramach Żółtej Serii doczeka się wydania w nowym projekcie?

RS: Wydawnictwo Ares faktycznie już nie istnieje, ale seria była wydawana przez Dom Wydawniczy Ares, zupełnie inną firmę, która nadal istnieje, choć na razie nie wydaje książek. Przyznam szczerze, że nie widzę w tej chwili możliwości reaktywacji Żółtej Serii. Niektóre z zapowiadanych książek już się pojawiły – znakomite „Łzy Nemezis” Rafała Dębskiego odsprzedaliśmy Copernicusowi, „Horror Show” wyszedł w ostatnim numerze „Science Fiction”, a niedługo będzie miał premierę w formie tomiku, który będzie zawierał wersję rozszerzoną i zremasterowaną. Kilka zapowiadanych tytułów nie powstało, autorzy mimo zapewnień nie dostarczyli materiałów. Inne dzisiaj są już chyba za słabe, żeby wpuszczać je na rynek – przygotowywaliśmy je w momencie, gdy trwał boom na polską fantastykę, patrzyliśmy nieco bardziej optymistycznie. Ale to, co wartościowe, z pewnością ujrzy światło dzienne.

K: Drążąc temat: co można wymienić jako powody upadku przedsięwzięcia? Czy te książki, które wydaliście, nie przynosiły zysku?

RS: Rentowność to jedno, ściągalność należności drugie. Większość książek przyniosła zysk, kilka nawet spory, ale sytuacja na rynku dla niewielkich firm wydawniczych nie jest za dobra. Rozliczanie księgarń wygląda tak, że płacą największym dostawcom kosztem tych mniejszych. Sam rozumiesz, że wieczne użeranie się o pieniądze to nie interes. Chcieliśmy pracować bezpośrednio z księgarzami, reklamowaliśmy ich nawet, ale w efekcie spora grupa po prostu wykorzystała sytuację, licząc chyba na to, że za kilkaset złotych nie opłaci się ich ścigać. I to był główny powód, dla którego zaprzestaliśmy działalności wydawniczej na tym polu. Niemniej wśród księgarzy, z którymi współpracowaliśmy, byli też uczciwi odbiorcy, których przy okazji pozdrawiam.

K: Większość osób związanych z fantastyką kojarzy cię z twoim magazynem „Science Fiction”, późniejszym „Science Fiction Fantasy i Horror”. Jak oceniasz lata spędzone z tym pismem? Jego obecny kształt jest zgodny z twoimi wyobrażeniami? Jesteś w pełni usatysfakcjonowany?

RS: To chyba nic dziwnego, że kojarzą mnie z pismem. Ponad 5 lat na stanowisku redaktora naczelnego, 60 numerów pisma wydanych w tym czasie. Z 500 opowiadań. Pytasz, jaka jest moja ocena tego czasu. Myślę, że założenie pisma to był dobry ruch. Ryzykowny, końcówka XX wieku była tragiczna dla rodzimych autorów. 50-60 tekstów publikowanych w roku, „Nowa Fantastyka” lecąca na twarz, „Fenix” praktycznie przestawał istnieć. Pamiętam jak dziś, kiedy Marek Oramus i Maciek Parowski w Ząbkowicach na Frankensteinie wyrokowali, że trzy miesiące i będzie po piśmie. Wtedy panowało powszechne przekonanie, że tylko zachodni autorzy mogą pociągnąć wydawnictwo, i to ci z górnej półki. Polacy bywali kwiatkiem do kożucha, wręcz traktowano ich jak natrętów. W szufladach leżała masa tekstów, po prostu nie było gdzie wydawać. Znałem wielu autorów osobiście i pomyślałem, że warto wykorzystać ten potencjał. Okazało się, że pomysł chwycił. To było wtedy młodym ludziom potrzebne. Teksty i autorzy, z którymi mogli się identyfikować. Minął rok, potem drugi i nagle zaczęły się pojawiać inicjatywy kopiujące to rozwiązanie. Ale dopiero wtedy, kiedy było już pewne, że „Science Fiction” przetrwało i ma się niezgorzej. Lata kolejne to istny wysyp firm wydawniczych i pism, które chciały zdyskontować nasz sukces. Jak to się skończyło, widać dzisiaj na półkach kiosków.

K: A jaka jest twoja obecna ocena rynku i licznie publikujących ostatnio debiutantów?

RS: Jak każda fala w show businessie, tak i moda na polską fantastykę przeminie. Musimy mieć tego świadomość, że im wyżej wespnie się sinusoida mody, tym głębiej potem opadnie. W latach osiemdziesiątych nakłady rodzimych autorów szły w setki tysięcy egzemplarzy, dziesięć lat później o wielu z nich już nikt nie pamiętał, a książki rzadko przekraczały pięciotysięczne nakłady. „Science Fiction” wprowadziło na scenę kolejne pokolenie autorów, którzy poprowadzą fantastykę, aż do następnego przesilenia, za lat paręnaście. Moi faworyci pokolenia 2000 to (ale nie traktuj tego, jako listę hierarchiczną): Rafał Kosik, Rafał Dębski, Łukasz Orbitowski, Sebastian Uznański, Wojtek Świdziniewski no i Tomek Pacyński, oby tam, gdzie jest teraz, był bardziej ceniony. To ludzie, którzy z pewnością są w stanie tworzyć teksty, których nikt się nie powstydzi nawet za parę lat. Dzisiaj są to już stare wygi, ale pojawiają się też nowe nazwiska warte zapamiętania, choć już rzadziej, o wiele rzadziej, zważywszy ilości tekstów zalewających redakcje.
Z autorów, którzy mają taki potencjał, a pojawili się niedawno, mogę wymienić Magdę Kozak, Piotrka Rogożę, Jakuba Nowaka. Oni mają szansę deptać po piętach starej gwardii. Dopiero startują, a już dali się zauważyć.
Przepraszam pozostałych, dobrych autorów, którzy nie zostali tutaj wymienieni, starałem się wybrać nazwiska najbardziej charakterystyczne, ale wy też jesteście dobrzy, i kto wie, może niedługo zadziwicie wszystkich, tylko piszcie, piszcie i jeszcze raz piszcie.

K: Czy polska fantastyka jest modna? Czy ja wiem... raczej ma ugruntowaną pozycję dzięki kilku autorom (w tym najmłodszym, którzy opublikowali pierwsze utwory w Runie i Fabryce Słów) i chyba aż takiego „opadnięcia” nie będzie...

RS: A możesz podać mi nazwiska tych młodych z Runy i Fabryki Słów, którzy gruntowali te pozycje? Bez złośliwości pytam. Zdecydowana większość dobrych autorów tam prezentowanych opublikowała swoje teksty przed powstaniem tych wydawnictw. A parę nazwisk propagowanych w środowisku, poza nim nie jest w ogóle znanych.

K: Są tacy autorzy; fakt, że w tej chwili najbardziej czytani są starzy wyjadacze, ale oprócz debiutanckich gniotów znalazło się dużo pozycji ciekawych, które swojego czasu się sprzedały i były oceniane wysoko, w Runie są to chociażby Piskorski i Podrzucki, pewnym objawieniem jest zachwalany i czytany Mortka. Takich autorów jest dużo...

RS: Kiedy właśnie podajesz nazwiska, które nie funkcjonują poza wąską grupą fanów i sądzę, że wcale dużo więcej nazwisk nie wymienisz :-). Ci autorzy mieli to szczęście, albo nieszczęście – zależy, jak na to patrzeć – że trafili z książkami na rynek, nie mając uprzednio ugruntowanej pozycji na rynku wydawniczym. I pomimo znakomitych recenzji w fandomie, nie przebili się poza środowisko. Ktoś tam zlekceważył prostą zależność, że autora należy wypromować, na przykład serią publikacji w pismach. Oswoić czytelnika z nazwiskiem. Cała trójka wyżej wymienionych autorów nie zaistniała systematycznie na łamach NF, SF, MF, F i co tam jeszcze było wydawane. A pisma trafiają co miesiąc do kilkudziesięciu tysięcy czytelników, potrafią zbudować grunt pod debiut książkowy. I o tym ci mówiłem. O tym, że autorzy, którzy funkcjonują na rynku prasowym, zdołali wspiąć się na prawdziwe wyżyny sprzedawalności. Sam fakt, że książka się ukazała, nie oznacza, że jest znana, albo się sprzedała dobrze. I warto to mieć na uwadze. Dam prosty przykład: w plebiscycie takim, jak Nautilus, ci autorzy są praktycznie nieobecni, a jest to odbicie preferencji statystycznego czytelnika. Nie kolegów z klubu, uczestników konwentu, ale masowego, anonimowego odbiorcy. Na tym miała polegać różnica. Wielki problem naszego środowiska polega na tym, że utożsamia się sukces środowiskowy z masowym, a to czasem dwa bieguny świata. Skupieni na dobrych opiniach fanów, zapominamy, że to zaledwie kilkaset osób w dzisiejszych realiach, z czego spora liczba książek nie kupuje, bazując na bibliotekach klubowych. Zatem nie ma praktycznie żadnego przełożenia. Na koniec jedna uwaga, nie deprecjonuję tych autorów i ich talentu, rozmawiamy tylko o odbieralności, sprzedawalności i innych kwestiach technicznych.

K: A nie sądzisz, że rolę specjalistycznych czasopism z wolna przejmują serwisy internetowe poświęcone fantastyce? Sporo osób właśnie w Internecie szuka informacji czy recenzji książek, więc wpływ takiego czy innego środowiska jest obecnie o wiele większy niż te dziesięć lat temu.
Niegdyś też „Fantastyka”, „Fenix” czy późniejsze periodyki były jedynymi miejscami na debiut, obecnie młodzi stażem czy wręcz początkujący autorzy chętnie publikują swoje opowiadania na tego rodzaju stronach. Pewnie, że często są to utwory, które nie przeszłyby przez gęste sito redakcji medium „papierowego”, ale to też jest sposób na zaistnienie w świadomości czytelnika.

RS: Jak to mówi stare przysłowie, na dwoje babka wróżyła :-). Jak to bowiem przeliczyć? Pismo papierowe ludzie kupują, jeśli sprzedasz 10 tysięcy egzemplarzy, to znaczy, że czyta je 25-30 tysięcy ludzi. A jak policzyć wejścia na stronę? Czy ten, kto zajrzy, przeczyta? Nie sposób to ocenić. Jak patrzę na fora przy klasycznych zinach, to widzę, że aktywność ludzi jest tam mniejsza, niż przy papierowych – i nie kontruj mi forum MF, to zupełnie inna sprawa :-).
Z drugiej strony sieć jest zapleczem dla mnie. Przeglądam ziny, czasem korzystam z tekstów, które tam się pokazują. Łowię ludzi, którzy mogliby mi umknąć w natłoku. Ale sporo racji jest w tym, co powiedziałeś, na razie sieć pozwala na publikacje wszystkiego, a to zaniża poziom. Niemniej, jeśli rozwój techniki będzie nadal postępował w tym tempie, to może za lat parę będziemy mogli przeglądać interaktywne magazyny literacko-medialne w osobistych e-czytnikach. Ale i tutaj większe pole do popisu będą miały firmy, które zarabiają dzisiaj na wydawaniu, bo technologia to pieniądze. I to chyba jest największy hamulec dla sieciowych periodyków. Za darmo pisują tylko pasjonaci. A to rodzi konsekwencje. Niby masz więcej miejsca na debiut, ale obok są teksty, które mogą odstraszyć potencjalnego czytelnika, niby ludzie piszą wiele recenzji, ale jednocześnie opiniotwórczość niektórych znanych vortali znacznie osłabła. Grona ludzi, które je tworzyli, otworzyły się na nowych autorów, nie bójmy się tego powiedzieć, w większości zbyt słabych, by zaistnieć medialnie w realu – najjaskrawszym przykładem jest tu chyba Esensja, która kiedyś miała niezły poziom, a dzisiaj czasem pusty śmiech bierze, kiedy czytam recki pisane przez recenzentów, którzy nie mają wystarczającej wiedzy i piszą zwykłe dyrdymały. Do pewnego momentu ceniłem ich dorobek, ale gdy przeczytałem esej o filmie „Commando” Marka Lestera, w którym autor zastanawiał się, jak to możliwe, że na poważnie nakręcono film tak nieprawdopodobny, odpadłem. Biedak nie słyszał pewnie – bo i skąd, dzieckiem musiał wtedy być – że to był pastisz filmów akcji. Znakomity skądinąd, skoro po latach pseudokrytycy nadal się łapią na ten haczyk :-). To jest problem, napisać recenzje każdy może, zjechać książkę albo film też. Sztuka, żeby umieć to zrobić umiejętnie. Żeby być mądrzejszym od autora. A sporo tych recenzji to po prostu knoty. Albo załatwianie porachunków z autorami, jak w przypadku recenzji „Wojny balonowej” Pawlaka, wokół której zrobiła się ostatnio niezła awantura.
Inny przykład: na SkyNecie pisywał przeglądy prasy kolega Kenny, jechał po wszystkim równo, czasem nawet celnie, ale jak cenić uwagi człowieka, który sam zdania po polsku nie pisze poprawnie i otwarcie przyznaje się, że nie czytał tekstów, do których recenzowane książki się odnoszą. Z jednej strony chwała mu za to, że próbował, z drugiej gromy, że robił to w sposób tak niechlujny.
Trzeba będzie kilku kolejnych lat, żeby znów ukonstytuowała się grupa ludzi znających się na temacie, ale bardziej prawdopodobne jest, że nastąpi kolejne wypalenie pasji, albo znajdą się dla najlepszych etaty poza siecią i przyjdą nowi zdolni. A to największa bolączka w sieci. Ludzie pracują za darmo chętnie, ale niedługo – nie licząc wyjątków, oczywiście.
Wracając do sensu pytania, na razie nie czuję na karku oddechu konkurencji z tej strony. Dawne, dobre dla papieru czasy już nie wrócą, mam tego świadomość, ale literatura w sieci na razie nie jest realnym zjawiskiem. Dzisiaj sieć jest wielką pomocą w wyszukiwaniu nowych twarzy, ale chyba niczym ponad to. I nie będzie, dopóki nie stanie się częścią łańcucha sprzedaży.

K: Jak dziś, po tylu latach wygląda selekcja napływających tekstów?

RS: Tak samo, jak przed laty. Recenzenci, rekrutujący się z grona tzw. normalnych czytelników, dokonują wstępnej selekcji, teksty, które otrzymują pozytywne oceny trafiają na moje biurko, a ja z nich ustawiam kolejne numery pisma. Obserwuję sympatie czytelnicze i autorom, którzy dobrze się sprzedają, otwieram ścieżki szybszego dostępu. W „Nowej Fantastyce” obowiązywała do niedawna reguła jeden tekst rocznie i chwatit, ja oferuję autorom w takim czasie i sześć publikacji, jeśli będą w stanie stworzyć tyle interesujących tekstów.

K: A czy trudniej się przebić debiutantom dziś, czy w okresie owego boomu kilka lat temu? Czy poprzeczka jest postawiona wyżej, czy w związku z popularnością młodych autorów wydawane są rzeczy, które powinny zostać w szufladzie? Wyżej napisałeś, że na niektóre rzeczy zapowiadane w ramach Żółtej Serii patrzyliście zbyt optymistycznie – dziś, gdyby Ares dalej funkcjonował, już byś ich nie wydał?

RS: Dzisiaj będzie trudniej, czytelnik otrzymał już około 700-800 tekstów, zatem jego wrażliwość percepcyjna jest dzisiaj większa. To, co pięć lat temu wydawało się świeże, dzisiaj może być odrzucone. I tak, jak wspomniałem, dzisiaj bym już nie ryzykował ich wydania. To były książki na głód czytelniczy. Pamiętaj, że rynek czasopism różni się od księgarskiego. To, co w piśmie przechodzi, dlatego, że ginie w wachlarzu prezentowanych tekstów, to w książce będzie niestrawne.

K: Jak wyglądają dalsze plany odnośnie pisma? SFFH będzie ewoluować?

RS: Umiarkowanie. Jak widać po wynikach sprzedaży taka formuła pisma się sprawdziła. Maksimum tekstu, maksimum rodzimej fantastyki, sprawdzone nazwiska i ciekawe debiuty. Szczypta komiksu, felietony w odpowiedniej proporcji. Import – tu będzie trochę rewolucji, co widać już w nowym numerze. Raczej polityka drobnych kroczków. Reakcja na zapotrzebowania rynku, to jedyna zasada, jakiej trzeba się trzymać. Inaczej trafia się na skład makulatury. To naprawdę się sprawdza, aczkolwiek warto też czasem ryzykować, by wprowadzić nowe, wartościowe wzorce. Myślę, że udało mi się w tej materii osiągnąć kilka rzeczy. Kiedyś autorzy promowali swoje książki w pismach publikując ich fragmenty. Ja postawiłem poprzeczkę wyżej. I dzisiaj mamy już kilkanaście opowiadań równoległych do świata powieści, które wprowadzają czytelnika w akcję, pozwalają poznać bohaterów, a jednocześnie nie są częścią samej powieści. Idealnym przykładem może być „Vertical” Rafała Kosika, z numeru ósmego SFFH, genialne opowiadanie, które musi zachęcić czytelników do polowania na książkę. Wcześniej seria tekstów ze świata „Łez Nemezis” wypromowała książkę Rafała Dębskiego (parę głosów zabrakło, by znalazła się w tegorocznym finale Nautilusa).
Inna sprawa to remastering starych powieści. Autorzy zazwyczaj wydawali po latach te same teksty, choć świat się zmieniał i to, co kiedyś wydawało się nowatorskie, raziło archaizmem. Dawno temu, tłumacząc „Fundację” Asimova, trafiłem na kilka szczegółów technicznych, które wręcz zepsuły odbiór tej genialnej książki. Zapamiętałem tamte zgrzyty i zaproponowałem nową formułę reedycji po latach, w pewnym sensie kopiując rozwiązania z rynku filmowego. Directors Cut, Special Edition, jakkolwiek to nazwać. I widzę już, że akcja zaczyna przynosić owoce :-).

K: Ze „Science Fiction” związany jest plebiscyt Nautilus. Jesteś, o ile dobrze mi wiadomo, pomysłodawcą tego przedsięwzięcia – jakie miałeś założenia na samym początku? Sprawdziły się?

RS: To dość złożona historia, zaczęło się od prowokacji intelektualnej, której celem było zaktywizowanie środowiska związanego z Zajdlem i sprowokowanie go do wprowadzenia zmian otwierających formułę tej nagrody – którą, dodajmy, sam kiedyś i nie bez oporów ze strony tych, którzy teraz nią zawiadują, stworzyłem. Nowej nagrody, jako takiej, nie było w planie. Opracowałem założenia regulaminu, które diametralnie różniły się od tego, co było w Zajdlu i umieściłem podczas jednej z dyskusji w sieci (do tej pory wisi na liście FiF). Niestety, zamiast dyskusji rozpoczęła się otwarta wojna, która trwała przez następne dwa lata. W jej wyniku w końcu zmieniono zapisy regulaminowe Zajdla, ale bynajmniej nie w kierunku postulowanym przez krytyków. Padły też stwierdzenia, że proponowane rozwiązania są niemożliwe do realizacji. I podobnie, jak w przypadku pisma, trzeba było zrobić Nautilusa, żeby okazało się, iż jak się chce, to wszystko da się zrobić.
Tegoroczna edycja Nautilusa była robiona na wariackich papierach, niestety zamknięcie poprzedniej firmy wydającej pismo i sprawy formalno-prawne sprawiły, że plebiscyt wystartował z dużym opóźnieniem i nie miał żadnej reklamy. Ale mimo wszystko liczba głosujących była przyzwoita, choć mniejsza niż w latach ubiegłych, co pokazuje, że są jeszcze w Polsce ludzie, którym się chce wyrażać opinie. I w przyszłym roku dołożę wszelkich starań, żeby powrócić do szerokiej formuły Nautilusa.

K: Nie są tajemnicą złe stosunki jakie panują między Tobą a fandomem - ba, wręcz ostrzegano mnie, abym o to nie pytał, ale mnie korci. Nie masz już dość tej sytuacji, nie uważasz, że teraz o pewne rzeczy nie ma sensu się kłócić, że już starczy podziałów?

RS: Nie z fandomem, ale z paroma osobami na świeczniku. Myślę, że było wygodnie ustawić ten konflikt tak, by rozgrywał się na linii Szmidt – fandom. Podobnie, jak zrobiono to poprzednio z NUMP-em. Z wielką szkodą dla całego środowiska, które przez te kilka lat izolacji od jedynego dużego pisma na rynku znalazło się praktycznie w martwym polu. Są ludzie, którzy koniecznie muszą mieć wrogów, inaczej nie potrafią funkcjonować, no i jestem kolejnym wcieleniem fandomowego Cthulhu :-). Tyle, że mnie to nie wadzi, jak mawiają nasi południowi sąsiedzi. Zmieniły się warunki. Istnieje życie rozumne poza wąskim gronem moich przeciwników, co więcej, ich wpływ na rynek wydawniczy jest dzisiaj aktualnie niezauważalny. Można bez trudu zauważyć, że i ja, i pismo nie istniejemy wedle niektórych portali sieciowych, anegdotyczna jest też sytuacja, kiedy to na jednym z konwentów prelegent rozprawiający o polskiej fantastyce raczył był się zdziwić, że SFFH nadal jest wydawane, albo to słynne pytanie Belga na syffie, o polskie pisma fantastyczne. Ci ludzie żyją w swoim własnym Matriksie, i niech tak zostanie, tam są szczęśliwi. A z resztą fanów i autorów spotykam się na różnych imprezach – ostatnio we Wrocławiu na Dniach Fantastyki – i nie zauważam, bym był z nimi skłócony. Na tej imprezie przy jednym stole siedzieliśmy sobie z Parowskim, Piekarą, i chociaż byliśmy/jesteśmy konkurentami, potrafiliśmy w przyjaznej atmosferze napić się piwa i pogadać, jak starzy koledzy. Trzeba umieć schować urazy, trzeba tolerować ludzi, którzy mają inne zdanie. Większość ludzi czyta fantastykę, bo ją kocha, a nie dlatego, że to znajomy wydał, albo napisał. I dla tej większości pracuję, zostawiając kwestie wspomnianych przez ciebie sporów za sobą. Dla mnie one dzisiaj nie istnieją.

K: Dziękuję zatem, że odpowiedziałeś i na to pytanie, którego miałem nie zadawać. Mam nadzieję, że ten wywiad rzuci też nieco więcej światła na sytuację fantastyki w Polsce – prosty czytelnik wie o tym tak niewiele. Dziękujemy za poświęcony nam czas!

RS: I ja dziękuję.

Wywiad przeprowadził Daniel “Vampdey” Elkader



Autor: Vampdey


Dodano: 2006-08-05 11:00:11
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Benton, Michael J. - "Gdy życie prawie wymarło"


 Dashner, James - "Gra o życie"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

 Roth, Veronica - "Naznaczeni śmiercią"

 Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

 Sanderson, Brandon - "Bezkres magii"

Fragmenty

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Miller, Karen - "Skażona magia"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS