NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Chambers, Becky - "Daleka droga do małej, gniewnej planety"

Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

Ukazały się

Bourne, J.L. - "Więcej niż wygnanie"


 Mastai, Elan - "Inne dziś"

 Brzezińska, Anna - "Córki Wawelu"

 Kristoff, Jay - "Nibynoc"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Janusz, Aleksandra - "Cień Gildii"

 Canavan, Trudi - "Obietnica następcy"

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

Imprezy

Copernicon 2017
Od: 2017-09-22
Do: 2017-09-24

Linki


Dzień, w którym sczerniało niebo

- Strasznie dziś gorąco – rzekł Paweł do sprzedawczyni, grubej, zaniedbanej baby, wciśniętej pomiędzy krzesło a kasę.
- Cy ja wim... – Odparła tamta z wiejskim akcentem. – Bywało gozej, gorencej bywało.
Rzucił na ladę wyliczony stos drobniaków, wziął puszkę coli i wyszedł ze sklepu. Upał był niemiłosierny. Żar zlewał się z czarnego nieba sprawiając, że asfalt topił się pod stopami, a wszyscy ludzie pocili się jak nieboskie stworzenia.
Paweł przyłożył chłodną puszkę do czoła.
-Od jak dawna jest tak jak teraz? – Zastanawiał się idąc do domu. – Od jakiegoś miesiąca, od dnia, w którym sczerniało niebo. Temperatura powyżej trzydziestu stopni i to coś przypominającego smolistą płachtę rozciągniętą od horyzontu po horyzont. Od miesiąca... Wszedł do swojego mieszkania.
Łóżko niepościelone, kołdra zrzucona na podłogę. Zupełnie tak, jak wtedy, gdy ona tu była. Ale już jej nie ma, nie ma mojej Patrycji, nie ma jej od dnia, w którym sczerniało niebo. Usiadł przed biurkiem i jednym haustem wypił całą zawartość puszki. Z portfela wyjął mały woreczek z białym proszkiem, zrolowany banknot i kartę kredytową.
Patrycja też to uwielbiała.
Wysypał zawartość woreczka na blat. Przy pomocy karty uformował z proszku kreskę. A potem, przez banknot, wciągnął proszek do nosa.
Tamtego dnia było prawie tak samo – przypomniał sobie. – Ćpałem razem z Patrycją. Tutaj, w tym mieszkaniu. Wziąłem trochę za dużo i na chwilę straciłem przytomność. Gdy doszedłem do siebie, moja dziewczyna zniknęła, a na niebie pojawiło się to czarne cholerstwo, przysłaniające wszystko jak gigantyczny baldachim. No i temperatura z miejsca skoczyła o kilkanaście stopni.
Odchylił się w fotelu i zamarł z wyrazem ekstazy na twarzy.
A pieprzyć ją! Szukałem wszędzie. Nie było jej w mieszkaniu, nie odbierała telefonów, nie odpowiadała na maile. Cóż to za dziewczyna?! Tylko pomyśleć, że kiedyś uważałem ją za jedyną bliską mi osobę.
Otworzył portfel i popatrzył na zdjęcie Patrycji, które nadal tam trzymał.
Gdzie ty się podziewasz, kochanie?...

***


Pamięta, że na samym początku tej „zmiany” sądził, iż postradał zmysły. Że oszalał od ćpania.
Było południe. Stał na chodniku i gapił się w nieprzeniknioną, czarną kopułę nieba, ocierając pot z czoła. Nie widział ani słońca, ani chmur, ani księżyca, ani gwiazd... tylko czerń... niekończącą się otchłań.
Podszedł do jednego z przechodniów, siwego pana w okularach z bardzo grubymi szkłami.
- Przepraszam... Od jak dawna niebo jest takie jak teraz? – Spytał.
Nieznajomy wzruszył ramionami.
- Od zawsze, chłopcze. Jest dziś tak samo czarne jak było wczoraj, rok temu, czy nawet sto lat temu.
Ale Paweł pamiętał, że kiedyś było inaczej. Pamiętał, że barwa nieba była inna, że zmieniała się w zależności od pory dnia, czy pory roku. Nie mógł sobie tylko przypomnieć, jaki to był kolor. Zielony, czerwony... a może szary jak płyty chodnika? Nie wiedział, jaki, domyślał się tylko, że inny. Kiedyś przestworza nie były takie jak teraz.
No i było znacznie chłodniej.

***


>Drrrrrrrrrrriiiiiii!!!< - Dzwonek do drzwi w mieszkaniu Pawła wydał z siebie przerażający dźwięk, który mógłby wybudzić człowieka ze śpiączki.
Paweł zerwał się z łóżka, na którym drzemał śniąc o Patrycji. Poszedł otworzyć. W progu stał mężczyzna odziany w czerń. Miał spojrzenie szaleńca, a gdy uśmiechnął się, wyszło na jaw, że wszystkie jego zęby są srebrne i zaostrzone.
- Witam młody przyjacielu! – Krzyknął. – Przepraszam, że przychodzę tak późno, ale miałem sporo pracy. Jak długo już tu jesteś?
- O co konkretnie panu chodzi? – Spytał Paweł nie kryjąc zdziwienia. Wziął nieznajomego za żebraka albo może za natrętnego akwizytora.
- O nic szczególnego. Gorąco jak w afrykańskim burdelu, no nie?... Tak to już bywa tutaj, u nas. Ale i tak mogłeś trafić gorzej.
- Naprawdę nie mam drobnych, więc jeśli mógłby pan...
- Nie o kasę się tutaj rozchodzi, chłoptasiu. Jesteś nowy, więc szef kazał mi cię przywitać. Z resztą, tak samo jak setki innych, którzy przybywają co dzień. Tylu was jest, że już nie nadążamy. Trzeba by zatrudnić jakichś nowych pracowników, ale szef mówi, że nie ma jak, bo dziura w budżecie jest wielka jak rów mariański.
- Czy dowiem się wreszcie, czemu zawdzięczam pańską wizytę? – Spytał Paweł, ze znudzeniem wsuwając ręce do kieszeni dżinsów.
- No pewnie, mój ty złociutki. Raz w miesiącu będę cię odwiedzał, bo mam tu napisane, żeś ćpał, cudzołożył, klął jak szewc i nie okazywał szacunku dla świętości. Ale nie kradłeś, ani nikogo nie zabiłeś, więc nie ma potrzeby, byśmy się częściej widywali.
- Co też pan opowiada?...
>Jeb!< - Uderzenie pięści zwaliło Pawła z nóg. Na moment zrobiło mu się ciemno przed oczami. Leżał na podłodze i czuł jak ten szaleniec kopie go po brzuchu. Potem stracił przytomność...
Gdy ocknął się, zobaczył, że całe mieszkanie jest zdemolowane. Drzwi szaf były pourywane, telewizor leżał przewrócony na podłodze, a łóżko było złamane na pół.
Z trudem stanął na nogi i ruszył w kierunku łazienki, gdzie w rozbitym lustrze oszacował swoje obrażenia.
Twarz miał siną jak chmura burzowa. Dwie zasychające strugi krwi wypływały z nosa.
Ale najgorszy był ból. Ból ogarniający całe ciało i sprawiający, że zaczęło mu się zbierać na wymioty.

***


Po kilku dniach, gdy doszedł do siebie i uporządkował mieszkanie, wrócił do pracy. Był zatrudniony w dużej firmie produkującej zabawki. Jego funkcja polegała na zatwierdzaniu projektów nowych zabawek i stwierdzaniu, czy nadają się one dla dzieci, a jeżeli tak, to w jakim przedziale wiekowym.
Przez ostatni miesiąc był na urlopie, bowiem od momentu, kiedy stracił Patrycję, od dnia, w którym sczerniało niebo, a upał stał się nie do wytrzymania, był w ciężkiej depresji i nie był w stanie robić nic poza ćpaniem, jedzeniem, wydalaniem i spaniem.

Dopiero teraz odzyskał siły na tyle, by wrócić do normalnych zajęć. Kolor nieba przestał mu przeszkadzać, a i wypełniającym atmosferę żarem nie zawracał już sobie głowy. Jedynie tęsknota za ukochaną pozostała. I bolała jak świeża rana, która nie chce się zagoić. Wszedł do budynku firmy Toycorp, której był pracownikiem, i od razu zauważył, że podczas jego nieobecności nastąpiły potężne zmiany. Wystrój wnętrz, z bajecznie kolorowego i „cukierkowego”, przemienił się w bardziej mroczny. Na ścianach zawisły przerażające obrazy przedstawiające zapomniane, krwawe rytuały oraz bestie nie z tego świata. Wszyscy pracownicy ubrani byli na czarno i poruszali się wolno jak żywe trupy, wędrując po ciemnych korytarzach budynku.
Paweł poszedł do swojego biura. Tam również czekały na niego nowe niespodzianki. Jego dawna sekretarka została zastąpiona przez upiorną kobietę noszącą się na styl gotycki i malującą usta czarną szminką.
- Witam pana, panie Pawle – powiedziała wykrzywiając twarz w złowieszczym grymasie, który prawdopodobnie miał imitować uśmiech.
Paweł skinął głową na przywitanie i nie wdając się w zbędne rozmowy wszedł do swojego biura.
Było tam ciemno jak w jaskini. Mrok spływał z nieba i przenikał do środka przez rozsunięte żaluzje.
Paweł zaświecił światło i jego oczom ukazała się leżąca na biurku sterta projektów zabawek. Wszystkie one czekały na jego zatwierdzenie bądź odrzucenie. Widać podczas jego nieobecności nikt nawet tutaj nie zaglądał.
Wziął do ręki pierwszy z projektów i jęknął ze zgrozy.
Rysunek przedstawiał zmaltretowane, posiniaczone dziecko z urwanymi nogami.
- Kto wymyśla takie chore rzeczy? – Myślał wrzucając projekt do śmietnika i sięgając po następny. – Ciekawe, czy jakieś dziecko chciałoby bawić się czymś takim.
Na kolejnej planszy widniał domek dla lalek jako żywo przypominający dom Freddiego Kruegera z „Koszmaru z Ulicy Wiązów”. Wewnątrz domku znajdowały się kukiełki, które wyglądały jak ludzie obdarci ze skóry.
Do kosza z tym.
Następny projekt – szubienica z zapadnią, działająca na baterie R6.
Zakrwawiona siekiera z plastiku.
Granat wypełniony sztuczną krwią.
Średniowieczna sala tortur.
I w końcu plastikowy Hitler, mający na brzuchu guzik, po którego naciśnięciu lalka mówiła – „Sieg hail”.
Tego już było za wiele.
Paweł postanowił spotkać się z prezesem Toycorp i spytać go o te projekty i o zdrowie psychiczne ich twórców (a raczej jego brak).
Poszedł do gabinetu szefa i... zamarł.
Przy biurku prezesa firmy siedział nieznajomy mężczyzna do złudzenia przypominający szaleńca, który kilka dni temu pobił Pawła.
Jak to możliwe, że w ciągu miesiąca zmienili nie tylko większość pracowników, ale także prezesa? – Zastanawiał się Paweł stojąc przed nowym szefem.
- Wydajesz się zdziwiony, Pawełku – powiedział prezes uśmiechając się. Oczom Pawła ukazały się srebrne zęby, zaostrzone na końcach jak noże. – Widzisz, w ostatnim czasie wiele się zmieniło.
Paweł wybiegł z gabinetu tak szybko, jakby próbował umknąć przed własnym szaleństwem. Popędził korytarzami budynku firmy Toycorp aż do wyjścia, aż do samych obrotowych drzwi, w które wpadł, a które siłą rozpędu wyrzuciły go na zewnątrz.
Przewrócił się i uderzył plecami w miękki od upału asfalt.
Poczuł jak zapada się w roztopionym gruncie, lecz nie mógł nic zrobić, gdyż lepkie podłoże krępowało jego ruchy. Tonął w płynnej powierzchni chodnika, patrząc na niebo czarne i puste niczym oczodoły umarłego boga...

***


Patrycja zapaliła znicz i postawiła go na marmurowej płycie nagrobka. Przychodziła tu co tydzień i co tydzień modliła się, zadając sobie w kółko te same pytania: Dlaczego on? Dlaczego w tak młodym wieku? Dlaczego w tak głupi sposób?
Lekki, chłodny wiatr suszył łzy na jej twarzy.
Nieraz wznosiła wzrok ku niebu i tam szukała odpowiedzi. Lecz niebo było niewzruszone i niebieskie.


Autor: Kain, Dawid
Dodano: 2006-02-01 00:00:00
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e03)

Recenzje

Tchaikovsky, Adrian - "Dzieci czasu"


 Riggs, Ransom - "Baśnie osobliwe"

 Cetnarowski, Michał - "Podwójna tożsamość bogów"

 Dashner, James - "Dziennik osobliwych listów"

 Schwab, V.E. - "Zgromadzenie cieni"

 Orliński, Wojciech - "Lem. Życie nie z tej ziemi"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Kosik, Rafał - "Różaniec"

Fragmenty

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #2

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #1

 Duszyński, Tomasz - "Impuls" #2

 Duszyński, Tomasz - "Impuls" #1

 Butcher, Jim - "Zdrajca"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS