NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Duszyński, Tomasz - "Impuls"

Kristoff, Jay - "Nibynoc"

Ukazały się

Dukaj, Jacek - "Katedra" (2017)


 Day, David - "Atlas Tolkienowski"

 Smith, Guy N. - "Przeklęci"

 Martin, George R.R. - "Rycerz Siedmiu Królestw" (wyd. ilustrowane)

 Lawrence, Mark - "Klucz kłamcy"

 Douglas, Ian - "Star Carrier. Mroczny Umysł"

 Mull, Brandon - "Smocza straż"

 Lovecraft, H.P. - "Nienazwane"

Linki




Wywiad z Michałem Jakuszewskim

Katedra: Witamy w imieniu czytelników Katedry. Zacznijmy może tradycyjnie. Mógłbyś się przedstawić w kilku zdaniach?

Michał Jakuszewski: Urodziłem się w roku 1958 w Łodzi. Fanem fantastyki jestem właściwie od zawsze, a członkiem fandomu od roku 1981, kiedy zostałem członkiem łódzkiego klubu Phoenix. Jako zawodowy tłumacz funkcjonuję na rynku od roku 1991. Z zawodu jestem lekarzem radiologiem.

K: Jak zostałeś tłumaczem? Czy to był świadomy wybór, czy też stało się tak przypadkiem?

MJ: Wszystko zaczęło się w latach osiemdziesiątych, od sławetnych klubówek. Każdy większy klub miał wówczas ambicje wydawania własnych pozycji i szukano ludzi, którzy chcieliby to robić. Również w naszym łódzkim klubie znalazło się kilka takich osób. Rzecz jasna, tego typu nielegalna działalność miała dość romantyczny charakter i wiązała się z pewnym ryzykiem (dzisiejsi fanowie pewnie już nie pamiętają, że parę osób naprawdę poszło siedzieć, choć na dość krótki czas), ale raczej nie można jej było traktować jako źródła utrzymania. Później, w roku 1990, zaczęły powstawać prywatne wydawnictwa. Wiele z nich zakładały osoby związane w latach osiemdziesiątych z fandomem i niektóre z nich, szukając tłumaczy, skontaktowały się ze mną. Od tej pory już jakoś poszło. Od chwili, gdy się okazało, że jakoś sobie z tym radzę i mogę w ten sposób zarabiać realne pieniądze, był to już świadomy wybór, do tego punktu raczej przypadek.
K: Czy utrzymujesz kontakty z ludźmi wywodzącymi się z łódzkiego klubu miłośników fantastyki?
MJ: Tak, nadal spotykam się regularnie z wieloma z nich. Przez pewien czas urządzaliśmy nawet coś w rodzaju oficjalnych spotkań grupowych, ale to z czasem się rozmyło. Niemniej nadal widuję wielu z nich dość często.

K: Jesteś kojarzony jako tłumacz fantastyki. Czy przekładałeś coś oprócz niej? Jeśli tak, to co? A jeśli nie, to dlaczego? Wpadłeś w getto fantastyczne, nie masz propozycji, czy też nie jesteś tym zainteresowany?

MJ: Zdarzało mi się przekładać pozycje mające dość luźny związek z fantastyką, na przykład „Rockowy Armagedon” George’a R. R. Martina, gdzie element fantastyczny jest właściwie tylko pretekstowy, choć oczywiście powieść łączy z fantastyką osoba autora. Ponieważ nigdy nie brakowało mi zamówień na pozycje fantastyczne i muszę powiedzieć, że miałem spore szczęście do doboru tytułów i z reguły udawało mi się tłumaczyć książki, które lubię, nigdy nie czułem potrzeby szukania czegoś innego, zwłaszcza że nie miałem doświadczenia jako tłumacz mainstreamu i raczej nie mógłbym liczyć na atrakcyjne tytuły. Oczywiście, od niczego się nie odżegnuję i jeśli okaże się, że z fantastyki nie da się wyżyć, z pewnością spróbuję czegoś innego.

K: Co sprawia Ci największą przyjemność w tłumaczeniu?

MJ: Bardzo lubię wymyślać nowe nazwy zarówno brzmiące groteskowo, jak u Eriksona czy Glena Cooka, jak i te poważniejsze. Z pewnością rozwiązanie każdego trudnego problemu, jak gra słów czy trudne odniesienie kulturowe sprawia sporą satysfakcję.

K: Jaki jest Twój stosunek do fantastyki? Jaką literaturę lubisz i czytasz? I dlaczego?

MJ: Jestem fanem fantastyki właściwie od zawsze. Byłem narażony na kontakt z nią już od wczesnego dzieciństwa - pierwszą książką, jaką przeczytałem w życiu byli „Robinsonowie kosmosu” czeskiego autora Františka Behounka. Miałem wówczas pięć lat i ta fascynacja jakoś mi została. Rodzice, uważajcie jakie książki dajecie dzieciom! W związku z tym fantastyka zawsze wydawała mi się czymś oczywistym i dobrze znanym, nie czułem więc potrzeby uzasadniania przed sobą tego wyboru. Oczywiście zdarza mi się czytać inne książki, ale szeroko pojęta fantastyka zawsze była i jest najbliższa mojemu sercu. Nie odżegnuję się od żadnego rodzaju fantastyki, ale wydaje mi się, że na największe uznanie zasługują pisarze czołówki Hard SF próbujący zadawać w swej twórczości podstawowe pytania o naturę wszechświata i miejsce w nim człowieka, tacy jak Greg Egan, Ted Chiang, Charles Stross czy w Polsce Jacek Dukaj. Wiążę też spore nadzieje z New Weird, choć jak dotąd chyba tylko China Mieville i Ian MacLeod są naprawdę oryginalnymi autorami tworzącymi w tym stylu.

K: Jaki tekst był dla Ciebie największym wyzwaniem?

MJ: To skomplikowane pytanie, ponieważ różne teksty mogą sprawiać różnego rodzaju trudności. Na przykład opowiadania Luciusa Sheparda wymagały ode mnie bardzo wiele pracy z uwagi na jego wyrafinowany styl i niezwykle długie, wielopiętrowe zdania, ale sprawiły mi też bardzo wiele satysfakcji i uważam, że ostateczny rezultat był niezły. Nie jestem natomiast zbyt zadowolony z tłumaczenia „Kronik Thomasa Covenanta” Stephena Donaldsona. Styl tego autora, cechujący się niezwykle rozbuchanymi metaforami, dziwacznymi porównaniami i bardzo bogatym słownictwem jest trudny do oddania po polsku, ponieważ język polski jest znacznie bardziej dosłowny od angielskiego i źle znosi daleko posuniętą metaforyczność. Innego rodzaju trudności sprawiają autorzy, którym udało się zgromadzić wiedzę w jakiejś wąskiej dziedzinie, i czują teraz potrzebę wpakowania do książki wszystkiego, czego się dowiedzieli. Na przykład sporo wysiłku kosztowała mnie terminologia marynistyczna w książkach Paula Kearneya. Na szczęście mamy teraz Internet, który bardzo ułatwia zadanie tłumaczom. Dawniej trzeba było z każdym takim szczegółem latać do biblioteki.

K: Jak oceniasz swój dorobek? Czy są jakieś przekłady, o których obecnie chciałbyś zapomnieć i poprawić, jeśli tylko można by było? Zdarzył Ci się jakiś rażący błąd? Z których przekładów jesteś najbardziej dumny?

MJ: Z pewnością do niektórych przekładów z początku kariery przyznaję się dziś bardzo niechętnie i z radością bym je poprawił, gdyby tylko była taka możliwość. Dotyczy to szczególnie powieści Roberta Heinleina, które tłumaczyłem dla Zyska w początku lat dziewięćdziesiątych. Jest w nich pełno odniesień do amerykańskiej kultury i literatury popularnej, o których miałem wówczas dość blade pojęcie i wielu rzeczy po prostu nie zauważyłem. Natomiast pierwszym moim przekładem, który został zauważony, była „Czarna Kompania” Glena Cooka, w której chyba po raz pierwszy na polskim rynku fantastyki odważyłem się przetłumaczyć wszystkie imiona i nazwy. Osobiście jestem też bardzo zadowolony z przekładu dość karkołomnego opowiadania Jamesa Tiptree „Miłość to plan, plan to śmierć”, które ukazało się w zbiorze wydanym przez Zyska.

K: Tłumaczysz dwa bardzo popularne cykle – „Pieśń Lodu i Ognia” Martina i „Opowieści z malazańskiej księgi poległych” Eriksona. W obu byłeś zmuszony do tłumaczenia nazw własnych. Jaki masz do tego stosunek? Czy należy przekładać wszystko jak leci, czy też znajdować złoty środek?

MJ: Oba cykle są pisane w bardzo różnym stylu i konieczne są inne rozwiązania. Martin stara się nadać swej opowieści realistyczny charakter i umieszcza ją w realiach zbliżonych do średniowiecznych - w tym również średniowiecznej Anglii. Natomiast opowieść Eriksona ma charakter surrealistyczny i groteskowy, świat malazański nie jest też bezpośrednio oparty na żadnej historycznej kulturze. Dlatego w przypadku Eriksona wskazane byłoby tłumaczenie wszystkiego - wiem, że zostawiłem część nazw nieprzetłumaczonych, ale to chyba jednak był błąd. Nie jest też prawdą spotykane niekiedy przekonanie, że groteskowe imiona eriksonowskich postaci brzmią po angielsku bardziej naturalnie niż po polsku. Na anglojęzycznych forach można znaleźć całkiem sporo wypowiedzi fanów, którzy nie mogą strawić takich imion jak Surly, Cutter itd. Brzmią one równie dziwacznie jak Gburka i Nożownik po polsku. Natomiast z Martinem, który musi brzmieć realistycznie i poważnie, sprawy mają się inaczej. Z jednej strony mamy takie nazwy jak Siedem Królestw czy Mur, których trudno by było nie przetłumaczyć, z drugiej strony zaś takie nazwy jak Westeros czy nazwiska bękartów, których tłumaczenie nie byłoby chyba najszczęśliwszym pomysłem. Co prawda, hiszpański tłumacz przetłumaczył nazwiska bękartów i w hiszpańskiej wersji „Pieśni Lodu i Ognia” nie ma Jona Snow i Ellarii Sand tylko Jon Nieve i Ellaria Arena, ale te nazwiska chyba rzeczywiście lepiej brzmią po hiszpańsku niż po polsku. Dlatego trzeba w tym przypadku znaleźć złoty środek gdzieś między tymi skrajnościami, a bez względu na to, w którym punkcie wytyczymy granicę, zawsze będzie to arbitralna decyzja.

K: Poruszyłeś problem gier słownych. Zawsze wydawało mi się, że to najtrudniejszy element w tłumaczeniu. Przecież wiele z nich jest specyficznych dla danego języka, nieprzetłumaczalnych. Wielokrotnie czytając książki zdawałem sobie sprawę z kontekstu, że w tym miejscu powinien być żart, dwuznaczność, ale w przekładzie tego nie było. Jak sobie z tym radzisz?

MJ: No cóż, bywa z tym różnie. Czasem udaje się znaleźć jakiś fajny odpowiednik po polsku i wtedy jest dobrze, ale zdarza się również, że się nie udaje i zostaje tylko udawać, że się nic nie zauważyło. Jest to również jedna z nieprzyjemnych stron tłumaczenia serii. Zwłaszcza Martin uwielbia przytaczać jakieś słowa rzucone mimochodem dwa tomy temu, nadając im zupełnie inny sens. W takim przypadku można tylko zgrzytać zębami i powtarzać sobie: „gdybym tylko to przewidział”.

K: Czy chciałbyś bardzo przetłumaczyć jakąś konkretną książkę?

MJ: Jak już wspominałem, raczej nie narzekam na książki, które dostaję do tłumaczenia. W zdecydowanej większości są to pozycje, które lubię. Niedawno udało mi się spełnić jedno z moich marzeń, gdy Zysk postanowił wydać „Rretrospektywę” George’a R. R. Martina i miałem okazję przełożyć sporo jego nieznanych jeszcze u nas opowiadań. Z chęcią przetłumaczyłbym dalsze książki z cyklu Johna Barnesa, którego pierwszą częścią jest „Milion otwartych drzwi”. Z nowszych autorów chętnie podjąłbym się tłumaczenia książek Johna C. Wrighta - zarówno science fiction, jak i fantasy - miałbym też wielką ochotę przełożyć niektóre opowiadania Iana MacLeoda.

K: Jaki masz stosunek do "odziedziczonego" tłumaczenia "Gry o tron", które później poprawiałeś?

MJ: Nie lubię krytykować pracy kolegów, ale to tłumaczenie rzeczywiście nie należało do dobrych. W późniejszej wersji udało się nam poprawić większość błędów, ale trochę i tak się prześliznęło z uwagi na dość partyzancki sposób w jaki było to robione. W notce przypisano całą zasługę mnie, w rzeczywistości jednak większość czarnej roboty wykonał Jacek Pniewski z wydawnictwa Zysk, który codziennie dzwonił do mnie ze wszystkim, co znalazł i wspólnie ustaliśmy ostateczną wersję.

K: Co myślisz o tłumaczeniu jednego cyklu przez kilku tłumaczy?

MJ: W zasadzie powinno być tak, że każdy cykl tłumaczy jeden tłumacz, ale w praktyce bywa z tym różnie. Głównym powodem takich praktyk jest brak tłumaczy. Dlatego wydawcy niekiedy rozdzielają cykle, zwłaszcza te, które nie są dla nich priorytetem, między tych tłumaczy, którzy akurat mają wolne okienko. Efekty nie muszą być złe, jeśli tłumacze następnych tomów ściśle przestrzegają przyjętej od początku terminologii (a, niestety, z tym też bywa różnie), ale w sumie nie jest to najlepszy zwyczaj.

K: Jak wygląda praca tłumacza? Jakie są kolejne etapy?

MJ: Osobiście nie uważam, żeby konieczne było przeczytanie książki przed tłumaczeniem, choć oczywiście trudno sobie wyobrazić, żebym nie przeczytał kolejnego tomu Martina czy Eriksona, gdy tylko dostanę go do ręki. Jeśli jednak książka mniej mnie interesuje, często zabieram się do tłumaczenia z marszu, a jeżeli okaże się, że coś zrozumiałem nieprawidłowo, uciekam się do opcji „Znajdź i zamień”. Przechodzę przez tekst co najmniej pięć razy - najpierw czytam pod koniec dnia wszystko, co dziś napisałem, a po ukończeniu tekstu co najmniej raz sprawdzam tekst pod względem stylu i porównuję go z oryginałem. Zawsze też czytam tekst w wydruku, ponieważ zauważyłem, że często zauważam na papierze rzeczy, które na ekranie umykają mojej uwagi.

K: Jak oddajesz styl autora? Czy czasem nie czujesz pokusy "wyretuszowania" go w razie pewnych niezgrabności/niezręczności?

MJ: Każdy autor ma własny styl. Czasami odnalezienie odpowiedniego głosu po polsku przychodzi łatwo, innym razem jest trudniejsze albo po prostu się nie udaje. Jest to chyba nie tylko kwestia różnic między językami, lecz również kompatybilności osobowości i sposobu patrzenia na świat. Jeśli chodzi o poprawianie autorów, to banalne błędy np. gramatyczne albo używanie słów w sensie różnym od ogólnie przyjętego (co anglosaskim autorom zdarza się zaskakująco często) same znikają w tłumaczeniu, jeśli zaś chodzi o niekonsekwencje czy błędy rzeczowe sprawa jest trudniejsza. Jeśli widzimy wyraźnie, że autor popełnił błąd, powinniśmy go poprawić, należy jednak zachować wielką ostrożność, bo trudno o bardziej kompromitującą wpadkę niż poprawienie dobrego na złe.

K: Z jakich źródeł pomocniczych korzystasz? Słowniki, Internet - te wydają się oczywiste, ale czy na przykład sięgasz do specjalistycznej literatury zajmującej się np. wspomnianym przez Ciebie żeglarstwem?

MJ: Tak, często jest to konieczne. Mam sporo słowników specjalistycznych - słownik żeglarski jest całkiem dobry, ale na przykład istniejące słowniki wojskowe są dość kiepskie. Tak czy inaczej, nieraz trzeba sobie pomagać literaturą specjalistyczną w języku polskim. W moim przypadku bardzo użytecznym narzędziem okazał się też słownik obrazkowy Wiedzy Powszechnej.

K: Kontaktowałeś się kiedykolwiek z autorem próbując wyjaśnić pewne niejasności?

MJ: Tak, robię to dość często, gdyż w dzisiejszych czasach jest to stosunkowo łatwe. Niemal każdy autor ma adres mailowy, który można znaleźć w sieci albo wydobyć od agenta. Jedni autorzy odpowiadają chętnie i wyczerpująco, inni mniej chętnie i zdawkowo, ale zawsze warto zapytać.

K: Jak rzecz wygląda z cytatami z innych książek, przytaczanych przez autorów - na przykład jako motto. Czy sam wyszukujesz istniejące już przekłady, czy robi to np. wydawnictwo. Wydaje mi się, że znalezienie jednego konkretnego zdania w cudzej książce jest dosyć żmudną pracą.

MJ: Na wydawnictwa nie ma co w takich sprawach liczyć. Zdarzało mi się parę razy wertować całą książkę, ale w większości przypadków cytaty należą do znanych i można je zlokalizować w anglojęzycznych słownikach cytatów, które podają np. w przypadku Szekspira akt i scenę, co znacznie zawęża pole poszukiwań.

K: Ile stron dziennie przekładasz? Ile książek rocznie? Czy masz jakąś dzienną "dawkę", czy też zależy to od dnia, nastroju?

MJ: Doświadczenie nauczyło mnie, że trzeba sobie wyznaczać ścisłe normy, ponieważ jest to jedyny sposób na przezwyciężenie wrodzonego lenistwa. Z reguły jest to dla mnie 25 000 znaków dziennie, czasami więcej, jeśli termin jest blisko, co z reguły przekłada się na 10 do 12 arkuszy wydawniczych miesięcznie.

K: 10-12 arkuszy wydawniczych? Większości osób mało to mówi. Możesz powiedzieć ile to jest średnio np. stron powieści?

MJ: To jest 400 000 - 480 000 tysięcy znaków, czyli bardzo krótka powieść, jak na przykład tomy Kearneya od trzeciego do piątego, a np. jedna piąta bardzo długiej powieści takiej „Łowcy Kości”. Jeśli przeliczać na strony, pewnie wyjdzie od 150 do 300, zależnie od czcionki i formatu.

K: Jak wygląda współpraca tłumacza z wydawcą?

MJ: Trudności z wymuszeniem korekty autorskiej są chyba stałą skargą wielu tłumaczy. Korekta autorska jest konieczna, ponieważ redaktorzy często dokonują poprawek, nie znając lub nie sprawdzając kontekstu, i w ten sposób wypaczają sens tekstu. Bywa z tym różnie, niestety, w niektórych wydawnictwach nadal uważa się podobne żądania za zawracanie głowy i utrudnianie życia przez tłumacza. W tym przypadku trzeba się twardo upierać przy swoim, a i tak nie zawsze się udaje.

K: Odwiedzasz serwisy internetowe poświęcone fantastyce? Jak oceniasz przydatność takich mediów dla przeciętnego czytelnika?

MJ: Tak, z pewnością są bardzo przydatne, trudno mi jednak ocenić ich zasięg. Zapewne warto by przeprowadzić jakieś badania statystyczne, które pozwoliłyby stwierdzić, jaki procent czytelników z nich korzysta.

K: Jakie są Twoim zdaniem najważniejsze różnice między polskim a angielskim?

MJ: Różnic jest oczywiście wiele, ale z mojego punktu widzenia najważniejsza wydaje się wysoka kontekstowość języka polskiego, przejawiająca się tym, że by móc w ogóle o czymś mówić, musimy o tym czymś wiedzieć znacznie więcej niż w wysoce abstrakcyjnym języku angielskim. Np. zawsze musimy znać płeć osoby, którą wymieniamy, a jeśli ktoś zwraca się w rozmowie do jakiejś nieznanej dotąd postaci, określając ją jednym słowem, musimy wiedzieć, czy jest to imię, nazwisko, czy np. tytuł, podczas gdy w angielskim taki problem w ogóle się nie pojawia.

K: Znasz jakieś inny język obcy poza angielskim?

MJ: Znam rosyjski w stopniu wystarczającym, żeby czytać książki, ale z pewnością za słabo, żeby z niego tłumaczyć.

K: Co teraz tłumaczysz? Jakie masz plany na przyszłość?

MJ: W tej chwili tłumaczę krótką powieść „Noc noży” Iana Camerona Esslemonta, przyjaciela Stevena Eriksona, który ma napisać jeszcze co najmniej pięć powieści osadzonych w świecie Malazu, którego jest współtwórcą. Myślę, że cykle Martina i Eriksona dość skutecznie zajmą mnie na kilka najbliższych lat, zwłaszcza jeśli - na co liczę - Martin będzie pisał następne tomy w szybszym tempie.

K: To już wszystko, dziękuję za poświęcony czas.


Wywiad przeprowadził Tymoteusz "Shadowmage" Wronka


Autor: Shadowmage


Dodano: 2006-07-28 11:59:30
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Max - 15:34 08-08-2006
Donaldsona rzeczywiście lepiej czytać w oryginale. Dosyć drogo ale i tak najtaniej jest tu - http://www.empik.com/search.jsp?searchForeign =on&currentCategory=1000000&query=Stephen% 20Donaldson&pageNumber=1

Komentuj


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Chambers, Becky - "Daleka droga do małej, gniewnej planety"


 Cameron, Miles - "Straszny smok"

 Lotz, Sarah - "Dzień czwarty"

 Weitz, Chris - "Młody świat"

 Avoledo, Tullio - "Krucjata dzieci"

 Weir, Andy - "Artemis"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Adams, Douglas - "Restauracja na końcu wszechświata. Życie, wszechświat i cała reszta"

Fragmenty

 Gromyko, Olga; Ułanow, Andriej - "Plus/minus"

 Lawrence, Mark - "Klucz kłamcy"

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #3

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #2

 Bardugo, Leigh - "Język cierni"

 Aaronovitch, Ben - "Szepty pod ziemią"

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #1

 Bourne, J.L. - "Więcej niż wygnanie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS