NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"

Haldeman, Joe - "Wieczna wojna" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"


 antologia - "Opowieści niesamowite z języka niemieckiego"

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Zagubiona przyszłość" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Proxima" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Kosmiczni bracia" (reedycja)

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper" (2020)

 Caldecott, Andrew - "Miasteczko Rotherweird"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Linki

Grzędowicz, Jarosław - "Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Lipiec 2006
ISBN: 978-83-60505-01-4
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 330
Cena: 28,99 zł



Grzędowicz, Jarosław - "Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy" #2

Drugi mnich

Droga wyglądała podobnie jak w świecie jawy. Ot, szosa. Tylko tutaj las ciągnący się za poboczami wyglądał inaczej, pełen pokręconych, szalonych Ka drzew, coś czarnego, jak strzępy nicości, śmigało czasem przez światło reflektora.
Jakiś romboidalny kształt podobny do płaszczki przepłynął mi tuż nad głową i pomknął w mrok.
Stali po obu stronach drogi. Najpierw minąłem jednego, potem następnego i kolejnego. U mnie stali tak sprzedawcy grzybów i dziwki. Ci, którzy stali tutaj, po tamtej stronie pozostawili po sobie tylko małe, drewniane krzyże na poboczu.
Nie próbowali mnie zatrzymywać. Nie wiem nawet, czy mnie widzieli. Po prostu stali na poboczu, jakby wciąż nie rozumieli, co się stało, i nie wiedzieli, co robić dalej. Wytrzeszczone, przerażone oczy, jak dziury w białych twarzach, mżące lekko fosforycznym, zielonkawozłotym blaskiem próchna. Z niektórych sączył się lekko dym, widziałem takiego, który ściskał pogiętą kierownicę. Stali wzdłuż drogi.
Witaj w domu.
Podkręciłem gaz. Silnik Marlene turkotał raźno między moimi udami.
Miasteczko wyglądało mniej martwo niż po tamtej stronie. Zupełnie jakby mogło żyć tylko przeszłością. Domy wydawały się większe, jakieś niesamowite, trochę jak ze snu szalonego gotyckiego architekta, a trochę jak z obrazu mistyka prymitywisty. Niektóre chyliły się do siebie, uliczki ginęły w dziwacznej, niemożliwej perspektywie.
Było pusto.
Czasem w martwym oknie mignęła biała, zwiewna twarz, niczym chiński lampion.
Przez rynek przebiegł chłopiec w spodenkach sięgających kolan, tocząc przed sobą obręcz od beczki przytrzymywaną końcem pogrzebacza.
Przejechałem przez plac bardzo powoli.
W górze krążyło stado wron, bombardując mnie upiornym krakaniem.
Przynajmniej brzmiało to jak wrony.
Nie do końca rozumiem, co tu spotykam. Zdążyłem się zorientować, że niemal wszystko ma jakąś duszę, i to często właśnie widziałem. Ka domów, ludzi i zwierząt, a także czasem Ka uczuć i pragnień. Te także wyglądały jakby miały jakieś życie i własną wolę. Czasem, choć rzadko, widywałem istoty, które pochodziły chyba skądinąd. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyłem. Trudno było je odróżnić, bo niemal każdy przedmiot i istota, jakie spotykałem, wyglądały dziwnie i groteskowo. Nawymyślałem kiedyś nazw, przypisałem tym zjawiskom różne role i usiłowałem zrozumieć, czym są, ale to były tylko teorie.
Ludzie, zwłaszcza zabłąkani tu zmarli, wyglądali tak, jak się czuli. Jeżeli chłopiec, który przebiegł ten plac, był jednym z nich, a nie zjawiskiem, które nazywałem „odbiciem”, być może umarł jako starzec, ale postrzegał siebie jako ośmiolatka w krótkich spodenkach. Najczęściej jednak po prostu nie wiedzieli, że umarli.
Minąłem ratusz wyglądający dziwnie złowrogo, jak nawiedzona twierdza, i usłyszałem gwar wielu głosów. Znienacka. Tak, jakbym brodząc w morzu, wszedł nagle w pasmo zimnej wody. Metr wcześniej była tu tylko pustka i martwota, a krok dalej zgiełk. W okamgnieniu pojawiły się stragany i krążący wokół nich ludzie. Usłyszałem zawodzące: „Szuwaaks! Szuuuwaks, ludzie, tanio, oryginalny angliczański!”, „Do gęsi, moje panie! Do tłustych gęsi!”, „Jaja po dwa grosze!”. Ogarnął mnie tłum. Wszyscy krążyli pomiędzy straganami, toczyłem się ostrożnie pomiędzy nimi, ale zdaje się, że nikt mnie nie zauważał. Widziałem, jak podnoszą nagle głowy, jeden po drugim, jak przestają się targować i patrzą gdzieś w upiorne niebo, pełne przelewających się leniwie kolorowych mgławic, osłaniają dłońmi oczy przed nieistniejącym słońcem.
Wtem na zatłoczone, półprzejrzyste targowisko, na stosy kartofli na drewnianych furach, na klatki ze stłoczonymi kurami i kobiety w chustkach na głowie spadł nieoczekiwany, ostry błysk, jakby ktoś zrobił zdjęcie z potężnym fleszem. Tłum wrócił do swoich zajęć, znowu zaczęli się targować i iść gdzieś, ale już na ślepo, frenetycznie i bez sensu. Kobiecina obmacująca gęś nie mogła sobie z tym poradzić, bo nagle miała tylko jedną rękę i tylko połowę twarzy, sprzedawca usiłował namacać na ślepo pieniądze, a z oczodołów strumieniami płynęła mu krew. W powietrzu jak śnieg fruwały strzępy sadzy i mnóstwo białych, tlących się piór. Bezgłowy przechodzień maszerował niczym nakręcana zabawka, usiłując przejść między straganami.
A potem wyjechałem o metr dalej i wszystko znikło. Plac znowu był pusty.
To właśnie nazywam „odbiciem”. Nie widzą mnie, nie można się z nimi porozumieć i chyba ich tu nie ma. Są jak cienie wypalone na murach Hiroszimy. Myślę, że to Ka chwili. Momentu w pewien dzień targowy, który wielu ludzi odczuło tak potężnie, że odbił się w materii świata i teraz powtarzał się, przeskakując jak zarysowana płyta. Choćby dlatego, że nagle spadła na nich bomba.
Ale to tylko kolejna teoria.
Nigdy w świecie Pomiędzy nie wchodziłem do kościołów. Czasem emanowało z nich coś dziwnego, a czasem wcale ich po tej stronie nie było, mimo że stały w moim świecie. Bałem się. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, czego można się tam spodziewać. Po tej stronie snu nie ma ateistów. Krążyłem między zmarłymi, widywałem demony, ale to nie było takie proste, że już wszystko było jasne i wyglądało, jak opowiadali katecheci. Aniołów nigdy nie zobaczyłem. Diabłów chyba też nie. Nie wiedziałem, co znajdę za kutymi wierzejami świątyni, i chyba na razie nie chciałem wiedzieć. Mogła tam tkwić odpowiedź, której bym nie pojął lub na którą nie byłem gotów.
Tym razem też objechałem farę, wyglądającą jeszcze bardziej niesamowicie niż w świecie jawy, olbrzymią, górującą nad placem i nad miastem, i wtoczyłem się w uliczkę.
Zasady są takie: albo pojawiasz się w tym świecie jako wędrująca dusza medytującego amatora podróży poza ciałem i jesteś wtedy jak jętka lub obłok dymu, albo Siergiej Cziornyj Wołk zafunduje ci krótki syberyjski kurs przenoszenia się tu jako pełnoprawne Ka i wtedy koniec z fruwaniem, przenikaniem przez ściany i drzwi. Wtedy jesteś silniejszy, ale żeby gdzieś wejść, musisz nacisnąć klamkę.
Na łukowatej, ciężkiej furcie w klasztornym murze siedział pająk, obejmując nogami całe skrzydło drzwi. Olbrzymi, jakby kanciasty i geometryczny, utkany z neonowego światła, jak zwierzę z morskich głębin, jakieś błyski i impulsy przepływały przez jego ciało, przez rozpostarte na całą szerokość wrót nogi i przez odwłok w kształcie kwadratowej, manekinowatej twarzy śpiącego człowieka.
Po raz pierwszy zobaczyłem Ka elektronicznego urządzenia. Zamka z kartą magnetyczną.
Znaczy, w dzisiejszych czasach i komputery mają dusze.
Shintoiści byliby zachwyceni.
Wyciągnąłem rękę do klamki.
Świecące dotąd błękitem, zielenią i bursztynem linie i wędrujące po ciele pająka plamki, rozjarzyły się nagle ostrzegawczym szkarłatem żarzących węgli, w śpiącej twarzy otworzyły się ślepe, płonące acetylenowym ogniem oczy.
Cofnąłem dłoń. Przecież nie jestem głupi.
Czerwień zaczęła powoli przygasać, upłynęło kilka sekund i stopniowo pojawił się znów spokojny błękit i turkus. Straszne, pałające oczy powoli kryły się pod opadającymi sennie szmaragdowymi powiekami. Jeszcze kilka czerwonych plamek przepłynęło wzdłuż nóg i znikło. Pająk znów spał.
Rozejrzałem się. Przełazić przez mur? Skoro zafundowali sobie takie zamki, to zadbali też o inne zabezpieczenia. Skoro domofon tak wyglądał, to w co zamienią się czujniki na murze?
Wysoko na dzwonnicy rozległ się cichy, krótki trzask. Ktoś otworzył okno.
– To nic osobistego – powiedziałem. – Po prostu nie mam czasu na te pierdoły.
Sięgnąłem za pazuchę, wydobyłem kordelas i wbiłem go w sam środek pająka. Rozległ się pisk, przypominający odgłos smażącego się krzesła elektrycznego. Linie eksplodowały czerwienią, syczące wyładowania oplotły ostrze, a potem zgasły. Pająk odpadł od drzwi na wznak, przebity na wylot moim nożem, kończyny poruszały się mechanicznie, obrzydliwie, wydając z siebie metalowe kliknięcia jak tłoki małej maszyny parowej. Świecił coraz słabiej, wreszcie zgasł i wyglądał, jakby upleciono go z czarnych, przepalonych wyładowaniami, kabli. W powietrzu rozszedł się paskudny smród spalonej izolacji i ozonu.
Przydepnąłem dymiące truchło i uwolniłem kordelas.
Nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka, czując się, jakbym miał w żołądku kamienną, armatnią kulę.
Dziedziniec był pusty. Coś śmignęło po murze, coś zaszeleściło w krzakach. Przemknąłem korytarzem, plecami do ściany, z uniesionym obrzynem w dłoni, usiłując rozpaczliwie przypomnieć sobie, którędy na dzwonnicę.
Tam na górze otwarto okno. Albo to było odbicie, albo nieszczęsny mnich wpakował się w obsesyjną pętlę wydarzeń, jak to często zdarza się samobójcom. I utknął tutaj. Będzie bez końca rozpatrywał te same rozterki i dylematy, i znowu poniesie klęskę, ponownie stoczy tę samą walkę z samym sobą lub okolicznościami, lub strachem, zakończoną kolejnym skokiem z gzymsu, z pętlą na szyi. I tak bez końca.
To niekoniecznie jest kwestia pokuty. Depresja, która popycha człowieka do samobójstwa, opiera się na zjawisku sprzężenia zwrotnego. Na błędnym kole. To, co dzieje się potem, to tylko kontynuacja. Błędne koło, które zostało utrwalone i które nieszczęśnik zabrał na tę stronę.
Skręciłem za róg, w korytarz, wzdłuż którego znajdowały się cele mnichów, i zatrzymałem się osłupiały, oblewany migotliwym, kolorowym blaskiem. Przez całą długość korytarza, na ścianach, podłodze i suficie rosły kwiaty. Świetliste, kolorowe i nierzeczywiste. Pędy wiły się po ścianach jak powój i dzikie wino, krzaki i łodygi wyrastały z podłogi i wszystkie były kolorowym światłem. Rozchylały kielichy, otulały się świecącymi zielenią liśćmi. Nie miałem pojęcia, co to jest. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
Szedłem przez ten korytarz jak przez neonową szklarnię i patrzyłem w osłupieniu. Na ogół wyglądało to pięknie. Tchnęło taką prostą, sielską urodą bożonarodzeniowej choinki. Gdzieniegdzie kwiaty wyglądały groźnie, najeżone kolcami, o drapieżnych kielichach, jak trujące albo owadożerne rośliny, a gdzieniegdzie były kiczowate, lejące wszystkimi kolorami, niczym z hinduskiej pocztówki. Czasami wydawały się mięsiste i wyuzdane, podobne lśniącym śluzem orchideom. Przedzierałem się przez nie jak przez dżunglę i szukałem korytarza odchodzącego w bok.
Minąłem drzwi, zza których pulsującym pierścieniem wypełzały całe fale małych, mrowiących się jak robaki myślokształtów. Nie wyglądało to dobrze. Widocznie za tymi drzwiami nie mieszkał nikt miły, za to właśnie chyba popadał w obsesję. Jego myśli rozpełzały się po ścianach i nikły w świecącym kolorowym gąszczu.
Znalazłem korytarz i ruszyłem po spiralnych schodach wwiercających się w szczyt wieży nade mną. Schizofrenicy często malują takie schody. Nieznośna spirala wznosząca się w nieskończoność, aż się niedobrze robiło. Stopnie skrzypiały pode mną, wokół widziałem kanciaste belki konstrukcji. Stawiałem stopy ostrożnie, zaglądałem za każdy zakręt i nie wypuszczałem z rąk lekko uniesionego obrzyna.
Minąłem podest dla dzwonnika ze zwisającymi nad nim linami, każda była gruba jak moje ramię. W górze majaczyło kilka dzwonów umocowanych do belek splecionych na krzyż. Wyżej usłyszałem coś jakby szloch i ostrożne kroki. Kolejne schody. Wyszedłem już na szczyt wieży, w kwadratowym otworze pośrodku podestu pod hełmem gnieździło się wielkie, lśniące cielsko dzwonu.
Okno było otwarte i dął stamtąd zimny, nieznośny wiatr.
Znów usłyszałem szloch.
Dobiegał zza okna, z dachu wieży. Odzyskałem oddech, schowałem obrzyna do olstra, westchnąłem i przelazłem przez wysoki parapet, przeciskając się przez wąskie okienko zakończone ostrołukiem niczym pocisk.
Nie mam pojęcia, jakie w Krainie Półsnu są konsekwencje upadku z kościelnej dzwonnicy na brukowane podwórze. Dopóki byłem błąkającą się duszą śpiącego młodzieńca, mogłem unosić się w powietrzu i pływać w nim jak ryba. Mogłem na ogół przenikać ściany i drzwi. Ale to się skończyło.
Chciałbym, żeby to było jak w „Matriksie” – „sekret w tym, że nie ma łyżki”; chciałbym, żeby ziemia odbiła mnie elastycznie, bez żadnej krzywdy. Ale po pierwsze, nie mam jak sprawdzić, a po drugie, wystarczająco często zostałem tu poturbowany. Nie budziłem się potem, brocząc z ran, które pojawiły się, kiedy byłem poza ciałem. Budziłem się po prostu chory. Poważniejsze zranienia dały efekt w postaci uszkodzenia wątroby, innym razem owrzodzenia ściany żołądka. Kiedyś znowu wyglądało na to, że dorobiłem się dusznicy bolesnej. Wszystkie te choroby z czasem cofały się, ale to wystarczyło, żebym nabrał respektu dla świata Pomiędzy i jego praw.
Wylazłem na dach. Na gotyckim dachu znajduje się mnóstwo elementów prawie niewidocznych z dołu. Widać tylko koronkową konstrukcję. Jest pokryty przeróżnymi skomplikowanymi ornamentami, z których jedne mają znaczenie konstrukcyjne, a inne nie, ale jest się czego łapać. Sterczyny, pinakle, przypory, czołganki. Gotyckie dachy są wygodne, neogotyckie tym bardziej.
Zobaczyłem go. Pełzał ostrożnie po pochyłej płaszczyźnie dachówek, holując linę, ciągnąc za sobą luźny, stanowczo za wielki habit i czepiając się czego popadło, jak brunatna ośmiornica. Biorąc pod uwagę, że od wczoraj nie żył, a właśnie zamierzał się po raz kolejny powiesić, zbytek ostrożności
Przypomniałem sobie, że miał lęk wysokości. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Tylko dzięki temu zdążyłem.
Zszedłem na gzyms, minąłem go i usiadłem sobie na skomplikowanej, murowanej przyporze, do której mozolnie wiązał linę. Wyglądałem, jakbym dołączył do gargulców, które i tak obsiadły ten dach.
Wysokość jakoś nie robi na mnie wrażenia. Od dziecka. Dla mnie przejście po szynie ułożonej pomiędzy wieżowcami jest równie łatwe, jak przejście po szynie leżącej na ziemi. Jeżeli mogę siedzieć na oparciu ławki i nie tracę równowagi, to dlaczego nie miałbym tak siedzieć na poręczy mostu albo balkonu? Przecież to to samo. W innym czasie mógłbym bez zabezpieczeń budować drapacze chmur.
Po tej stronie wyglądał na dwanaście lat. To dlatego tonął w habicie, zupełnie jakby okręcił się końskim kropierzem. Spod obszernego jak namiot kaptura wystawała mała, ogolona niemal na zero głowa, drobne, dziecięce dłonie usiłowały przywiązać linę.
– Po co to robisz? – zapytałem. Spojrzał nieprzytomnym wzrokiem i już zrozumiałem, że się wkręcił. Błędne koło. Sprzężenie zwrotne. Nie docierało do niego, co się dzieje, tylko wciąż próbował. Może tym razem się uda.
– Nie dostaną mnie – wybełkotał. – Idą po mnie, ale mnie nie dostaną.
– Kto po ciebie idzie?
– Żałobnicy... Idą po mnie! Dostali Michała, ale mnie nie dostaną!
– Przecież już nie żyjesz. Powiesiłeś się. Nie musisz tego robić. Przecież już widzisz, że to nie jest wyjście. – Scena z filmu: niedoszły samobójca i policjant. Brakowało strażaków na dole i poduszki przeciwupadkowej. – Przerwij to. Spójrz na mnie. Popełniłeś błąd. Straszny błąd. Ale nie musisz go powtarzać.
– Nnie... nie mogę... Idą po mnie.
– Obronię cię. Mogę cię stąd zabrać.
Spojrzał nagle z nadzieją tlącą się w szarych oczach dziecka. Zrobiło mi się go żal. Wszystko to popiół i kurz... Nic więcej. Potakiwał gorliwie, ale jego dłonie wciąż mocowały się ze sznurem, usiłując zaciągnąć nieudolny węzeł u podstawy przypory.
– Nie mogę... Nie mogę przestać. – Uniósł linę w połowie i zawiązał krzywą pętlę, przez którą przeciągnął niższą część sznura. Węzeł szubieniczny. – Nie mogę przestać... Idą po mnie...
Na dole ktoś stał. Tak czarny i nieruchomy, że go zrazu nie zauważyłem. Stał na samym dole, pośrodku dziedzińca, gdzie z całą pewnością niczego przedtem nie było. Kolejny mnich, ale wielki i utkany z ciemności. Właściwie wyglądał jak sam habit. Ciemniejszy od nocy. Dłonie krył w luźnych rękawach i tkwił bez ruchu. Trochę jak udający zakonników mimowie sterczący na rynkach, ukryci w habitach i nieruchomi, dopóki nie wrzucisz monety do puszki. Uniósł głowę i patrzył na nas pustym otworem kaptura wypełnionym czarną nicością.
A potem śmignął błyskawicznym ruchem, jak strzęp sadzy porwany wiatrem. Jeden momentalny, rozmazany błysk czerni i zniknął w drzwiach klasztoru. Jak pająk albo szczur. W mgnieniu oka.
Podwórko stało puste.
Niedobrze.
– Idą po mnie... – zajęczał Albert i zaczął szarpać się z liną, chcąc rozszerzyć pętlę.


Dodano: 2006-07-20 18:11:55
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Imię boga"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"


 Vonnegut, Kurt - "Recydywista"

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

Fragmenty

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS