NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

Harrison, Harry - "Przestrzeni! Przestrzeni!" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Douglas, Ian - "Star Carrier. Światłość"


 Ziębiński, Robert - "Piosenki na koniec świata"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Pilipiuk, Andrzej - "Przeszłość dla przyszłości"

 antologia - "Wigilia pełna duchów"

 Chesterton, Gilbert Keith - "Człowiek, który był Czwartkiem"

 Węcławek, Dominika - "Skoczkini. Zapiski z międzygwiezdnego lotu"

 Rusnak, Marcin - "Diabły z Saints"

Linki

Kay, Guy Gavriel - "Tigana" (Mag)
Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Tigana
Data wydania: Sierpień 2006
ISBN: 83-7480-029-1
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 608



Kay, Guy Gavriel - "Tigana" - prolog

Oba księżyce stały wysoko, przyćmiewając swoim blaskiem prawie wszystkie gwiazdy. Po obu stronach rzeki płonęły ciągnące się daleko w noc obozowe ogniska. Księżycowe światło i pomarańczowe blaski tych położonych najbliżej odbijały się w załamujących się, pomarszczonych falkach spokojnie płynącej Deisy. Wszystkie te świetliste linie prowadziły do jego oczu, do miejsca, gdzie siedział na brzegu rzeki oplótłszy rękoma kolana, rozmyślając o śmierci i swoim życiu.
Saevar pomyślał, że ta noc jest wspaniała. Głęboko wdychał łagodne, letnie powietrze, czuł zapach rzeki, wodnych kwiatów i trawy, patrzył na refleksy błękitnego i srebrzystego światła księżycowego na rzece, słyszał delikatny szmer Deisy i przytłumiony śpiew dobiegający od ognisk. Nasłuchując rozlokowanych dalej na północ wojsk wroga zauważył, że po drugiej stronie rzeki też śpiewają. Dziwnie trudno było przypisać tym zestrojonym głosom wrażenie absolutnego zła lub znienawidzić je tak ślepo, jak wymagało tego bycie żołnierzem. Co prawda Saevar właściwie nie był żołnierzem i nigdy nie potrafił naprawdę nienawidzić.
Nie dostrzegał żadnych postaci poruszających się w trawie po drugiej stronie rzeki, lecz widział ogniska i wcale nie miał trudności z ocenieniem, o ile więcej leżało ich na północ od Deisy, niż znajdowało się ich tu, za nim, gdzie na brzask czekali jego ludzie.
Prawie na pewno będzie to ich ostatni świt. Nie miał złudzeń - nikt z nich ich nie miał, przynajmniej od czasu bitwy, jaka rozegrała się nad tą samą rzeką przed pięcioma dniami. Mieli tylko odwagę i przywódcę, którego waleczności prawie dorównywała dzielność jego obecnych w obozie dwóch młodych synów.
Obaj byli urodziwymi młodzieńcami. Saevar żałował, że nigdy nie miał okazji wyrzeźbić posągu żadnego z nich. Oczywiście książę był jego modelem wiele razy. Książę nazywał go przyjacielem. Saevar pomyślał, że nie można powiedzieć, iż prowadził bezużyteczne czy też puste życie. Miał swoją sztukę, radość i podnietę, jakie mu dawała, i dożył pochwał wielkich swojej prowincji, a także całego półwyspu.
Poznał też miłość. Pomyślał o swojej żonie, a potem o dwojgu dzieciach. O córce, której spojrzenie w dniu jej narodzin przed piętnastu laty nauczyło go po części sensu życia. I o synu, o rok za młodym, by pozwolono mu wyruszyć na północ na wojnę. Saevar pamiętał wyraz twarzy chłopca, kiedy się rozstawali. Przypuszczał, że jego własne oczy wyrażały te same uczucia. Przytulił oboje dzieci, a następnie długo, w milczeniu, obejmował żonę. W ciągu przeżytych wspólnie lat wszystkie słowa zostały już po wielekroć wypowiedziane. Potem szybko się odwrócił, aby nikt nie dostrzegł jego łez, niezgrabnie dosiadł konia, nie przyzwyczajony do miecza u boku, i odjechał z księciem na wojnę przeciwko tym, którzy najechali ich zza morza.
Usłyszał z tyłu, z lewej strony, lekkie kroki. Tam właśnie płonęły obozowe ogniska i stamtąd dobiegały głosy splecione w pieśni granej na syrenyi. Odwrócił się.
- Uważaj - zawołał cicho - chyba że chcesz potknąć się o rzeźbiarza.
- Saevar? - mruknął rozbawiony głos. Głos dobrze mu znany.
- Tak, mój książę - odrzekł. - Przypominasz sobie, panie, tak piękną noc?
Valentin podszedł bliżej - było na tyle jasno, że widział, gdzie stąpa - i usiadł miękko na trawie obok Saevara.
- Nie bardzo - zgodził się. - Widzisz? Vidomni przybywa, a Ilariona odpowiednio ubywa. Oba księżyce razem stanowiłyby całość.
- Dziwna całość by to była - rzekł Saevar.
- Bo i dziwna jest ta noc.
- Czyżby? Czy noc jest inna przez to, co robimy tu, na dole? My, śmiertelnicy pogrążeni w szaleństwie?
- W naszych oczach tak - odparł cicho Valentin. Pytanie to rozbudziło jego bystry umysł. - Pięknu, jakie teraz dostrzegamy, przynajmniej częściowo nadaje kształt to, co przyniesie poranek.
- A co on nam przyniesie, panie? - wyrwało się Saevarowi. Zdał sobie sprawę, że ma cichą nadzieję, dziecinną nadzieję, iż jego łaskawy i dumny książę o ciemnych włosach zna odpowiedź na to, co czeka na nich za rzeką. Odpowiedź na wszystkie ygratheńskie głosy i ygratheńskie ogniska płonące na północ od nich. Odpowiedź, co najważniejsze, na straszliwego króla Ygrathu i jego czarnoksięstwo, oraz nienawiść, którą przynajmniej on, Saevar, wzbudzi w sobie jutro rano z największą łatwością.
Valentin siedział w milczeniu i patrzył na rzekę. Saevar spostrzegł spadającą gwiazdę, która przecięła niebo na zachód od nich, by najprawdopodobniej pogrążyć się w pustce morza. Żałował swego pytania - nie była to pora obarczania księcia fałszywą pewnością.
W chwili, kiedy już miał za nie przeprosić, Valentin odezwał się odmierzonym i cichym głosem, aby nie zostać usłyszanym poza ich ciasnym kręgiem ciemności.
- Chodziłem wśród ognisk, podobnie jak Corsin i Loredan, niosąc pociechę, nadzieję i tyle radości, ile nam się udało z siebie wykrzesać, by pomóc ludziom zasnąć. Niewiele więcej możemy zrobić.
- Obaj są dzielnymi chłopcami. Właśnie myślałem, że nie wyrzeźbiłem podobizny żadnego z nich.
- Żałuję tego - rzekł Valentin. - Jeśli przetrwa po nas cokolwiek, to właśnie sztuka, to, co robisz. Nasze księgi i muzyka, zielono-biała wieża Orsarii w Avalle. - Przerwał, a po chwili powrócił do poprzedniego wątku. - Tak, to odważni chłopcy. Mają jednak szesnaście i dziewiętnaście lat i gdybym mógł, kazałbym im zostać z ich bratem... i twoim synem.
Był to jeden z powodów, dla których Saevar kochał Valentina: książę pamiętał o jego chłopcu i nawet teraz, w takiej chwili, stawiał go w myślach obok najmłodszego księcia.
Na wschodzie i nieco z tyłu, z dala od ognisk, nagle zaczęła śpiewać trialla i obaj mężczyźni zamilkli, wsłuchani w jej srebrzysty głos. Saevara ogarnęło nagłe wzruszenie, bał się, że może sobie przynieść wstyd łzami, które mogłyby zostać wzięte za oznakę strachu.
Valentin powiedział:
- Lecz nie odpowiedziałem na twoje pytanie, stary przyjacielu. Tutaj, w ciemności, z dala od ognisk i trosk, jakie przy nich widziałem, prawda wydaje się łatwiejsza. Saevarze, tak mi przykro, ale prawda jest taka, że większość przelanej rano krwi będzie nasza, a obawiam się, że będzie to cała nasza krew. Wybacz mi.
- Nie ma tu nic do wybaczania - Saevar odparł szybko i na tyle stanowczo, na ile go było stać. - Nie ty, panie, wywołałeś tę wojnę, ani nie mogłeś jej uniknąć czy zapobiec. Poza tym może nie jestem żołnierzem, ale mam nadzieję, że nie jestem głupcem. To było niepotrzebne pytanie: sam dostrzegam na nie odpowiedź. Widzę ją w ogniskach po drugiej stronie rzeki.
- I w czarach - dodał cicho Valentin. - Bardziej w nich niż w ogniskach. Mimo że po zeszłotygodniowej bitwie jesteśmy osłabieni i pokryci ranami, to moglibyśmy odeprzeć liczniejszego wroga. Lecz ma on do pomocy magię Brandina. Przybył sam lew, nie zaś lwie szczenię, a ponieważ szczenię nie żyje, poranne słońce musi unurzać się we krwi. Czy powinienem się poddać w zeszłym tygodniu? Temu chłopcu?
Saevar odwrócił się z niedowierzaniem do księcia, by spojrzeć na niego w połączonym blasku księżyców. Dopiero po chwili odzyskał mowę i odezwał się stanowczym tonem:
- Zaraz po takim poddaniu się wróciłbym do domu, wszedł do Nadmorskiego Pałacu i rozbiłbym wszystkie twoje posągi, panie, jakie kiedykolwiek wyrzeźbiłem.
W chwilę później usłyszał dziwny dźwięk. Nie od razu zorientował się, że Valentin się śmieje, bo takiego śmiechu Saevar nigdy przedtem nie słyszał.
- Och, przyjacielu - powiedział wreszcie książę. - Chyba wiedziałem, że to powiesz. Och, ta nasza duma. Ta nasza straszliwa duma. Jak myślisz, czy kiedy nas zabraknie, ludzie będą pamiętać głównie o niej?
- Być może - odparł Saevar. - Ale będą pamiętać. Jedną rzeczą, którą wiemy z całą pewnością, jest to, że będą nas pamiętać. Tu na półwyspie, w Ygrathu, w Quilei, nawet na zachodzie za morzem, w Barbadiorze i w całym Imperium. Zostawimy po sobie imię.
- I zostawiamy nasze dzieci - rzekł Valentin. - Te najmłodsze. Synów i córki, które będą o nas pamiętać. Niemowlęta, które, kiedy dorosną, nasze żony i dziadowie nauczą opowieści o rzece Deisie, o tym, co tu się rozegrało, a nawet więcej - o tym, kim byliśmy w tej prowincji przed klęską. Brandin z Ygrathu może nas jutro zniszczyć, może najechać nasz dom, lecz nie może odebrać nam imienia czy pamięci o tym, kim byliśmy.
- Nie może - powtórzył Saevar czując dziwną, nieoczekiwaną lekkość w sercu. - Jestem pewien, że masz rację, mój książę. Nie jesteśmy ostatnim wolnym pokoleniem. Fale jutrzejszego dnia rozniosą się po wszystkich latach. Dzieci naszych dzieci będą nas pamiętać i nie ugną się niewolniczo pod jarzmem.
- A jeśli któreś z nich będą chciały postąpić inaczej - dodał Valentin innym głosem - to znajdą się dzieci czy wnukowie pewnego rzeźbiarza, które rozbiją im głowy, czy będą one z kamienia, czy też nie.
Saevar uśmiechnął się w ciemności. Chciał się roześmiać, ale nie znalazł w sobie dość siły.
- Mam nadzieję, panie, jeśli boginie i bogowie dopuszczą. Dziękuję. Dziękuję, że to powiedziałeś.
- Żadne podziękowania nie są potrzebne, Saevarze. Nie między nami i nie dzisiejszej nocy. Niech Triada strzeże i chroni cię jutro i później, oraz strzeże i chroni wszystko, co ukochałeś.
Saevar przełknął ślinę.
- Wiesz, panie, że jesteś tego częścią. Częścią tego, co kocham.
Valentin nic nie odrzekł. Dopiero po chwili pochylił się i ucałował skroń Saevara. Następnie uniósł dłoń, a rzeźbiarz, którego wzrok stracił nagle ostrość, uniósł swoją i przytknął ją do dłoni księcia w geście pożegnania. Valentin wstał i odszedł do ognisk swej armii, poruszając się w księżycowym blasku niczym cień. Śpiew ustał po obu stronach rzeki. Było bardzo późno. Saevar wiedział, że powinien wrócić i ułożyć się na kilka godzin do snu. Trudno mu było jednak wstać i porzucić doskonałe piękno tej ostatniej nocy. Rzekę, księżyce, gwiezdne sklepienie, świetliki i blask ognisk.
W końcu postanowił zostać nad wodą. Siedział samotnie w letniej ciemności nad brzegiem Deisy, mocnymi dłońmi oplótłszy luźno kolana. Obserwował zachód obu księżyców i powolne dogasanie ognisk, myślał o żonie, dzieciach i dziełach swych rąk, które będą żyły po jego śmierci, a trialla śpiewała dla niego przez całą noc.


Dodano: 2006-07-10 17:51:48
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Świąteczny konkurs z Warcraftem


Świąteczny konkurs z Rebisem i Szmidtem


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Cherezińska, Elżbieta - "Wojenna korona"


 Raduchowska, Martyna - "Fałszywy Pieśniarz"

 Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i anioł z kamienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"

 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS