NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Łukawski, Jacek - "Grom i szkwał"

Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

Ukazały się

Carroll, Jonathan - "Kolacja dla wrony"


 Henel, Łukasz - "Demon"

 Waletow, Jan - "Dzieci martwej ziemi"

 Komuda, Jacek - "Czarna bandera" (2017)

 Larson, M.A. - "Akademia Pennyroyal. Cienie kadetek "

 Atwood, Margaret - "Maddaddam"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Zdybska, Maria - "Wyspa mgieł"

Linki


Wywiad z Ewą Białołęcką

Katedra: Witamy w imieniu czytelników. Okazją do wywiadu jest twoja kolejna nominacja do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla za „Naznaczonych błękitem”. Jesteś także dwukrotną laureatką tej nagrody. Czy każde wyróżnienie przyjmujesz tak samo, czy też może któreś szczególnie zapadło ci w pamięć? Co czujesz, gdy zostajesz wyróżniona?

Ewa Białołęcka: Pierwszy Zajdel był zaskoczeniem takim, że właściwie nie do końca do mnie dotarło, co się stało. Odebrałam statuetkę, wygłosiłam jakąś mówkę i to wszystko. Nie wiedziałam, że właśnie zaiksowała się moja przyszłość jako Pierwszej Damy Polskiej Fantasy i teraz czytelnicy będą mnie oceniać znacznie surowiej niż innych, a wszystko, co napiszę później, będzie w cieniu „Tkacza Iluzji”. To denerwujące, takie przeskakiwanie samej siebie. Natomiast za drugim razem, kiedy Wiga Zajdel odczytała moje nazwisko, zdenerwowałam się tak, że miałam jakieś dziwne sensacje ze strony organizmu. Zrobiło się za głośno, za jasno, zakręciło mi się w głowie, prawdopodobnie źrenice miałam jak talerze. Twarda ze mnie baba i dotarłam na podium bez problemów, nikt się nie domyślał, że mało nie zemdlałam. Po uroczystości zatrzymała nas z Markiem Huberathem prasa i jakoś tak się stało, że wracaliśmy samowtór do akademika, na pozajdlową fetę, każde ze swoją nagrodą pod pachą. Zapadał zmrok, trasa wypadała przez jakiś parczek, więc żartowaliśmy, że w razie czego mamy broń ręczną. Statuetki ważą po parę kilo każda, można tym nieźle przywalić. Obecnie już nie liczę na najwyższe wyróżnienia, konkurencja zbyt duża, a ja piszę po prostu historie dla ludzi, bez fajerwerków, bez zadęcia. Teraz ważne są dla mnie nominacje, dorosłam do tego, żeby zauważyć, że nominanci są dziesiątką najlepszych w Polsce. Kto się dostał do nominacji, już wygrał. Ci ze statuetkami po prostu wygrali bardziej. Przegranych nie ma.

K: Jak stawiałaś swoje pierwsze pisarskie kroki? Czy trudno było się przebić?

EB: Moja sytuacja była wyjątkowa. Coś jakby historia Kopciuszka, z tym że to mój pantofelek okazał się pasować wielu innym osobom. Czwarte opowiadanie w druku, Zajdel, od razu znalazłam się na świeczniku – właściwie sytuacja, której nie polecam żadnemu debiutantowi. Jedni latami zarabiają na to, żeby znaleźć się na szczycie, a mnie na ten szczyt wykopano i teraz muszę pracować na to, żeby z niego nie zlecieć, czyli sytuacja postawiona na głowie. Debiutowałam w Czerwonym Karle, fanzinie Gdańskiego Klubu Fantastyki, potem ukazały się trzy moje teksty w Feniksie – i to był ten oficjalny debiut – potem awans do Nowej Fantastyki i to wielkie łubudu, zaczęła się w Polsce fantastyka tak zwana kobieca, choć dam konia z rzędem jak ktoś sformułuje sensowną definicję fantastyki kobiecej.

K: A właśnie – co sądzisz o pozycji kobiet w polskiej (i nie tylko) fantastyce: doganiają, przeganiają panów czy może nadal uważane są za wyjątki, czasem ich prześcigające? Pod jakimi względami fantastyka pisana przez kobiety różni się od tej pisanej przez mężczyzn?

EB: Fantastyka męska, a fantastyka kobieca? Temat rzeka, problem nierozwiązywalny – jeden z tych, których istnienie właściwie trudno stwierdzić. Różnice indywidualnie między pisarzami, niezależnie od płci, są czasem tak znaczne, że próby stwarzania dodatkowych podziałów właściwie tracą sens. Rozstrzygnięcie czy lepszy jest King czy Kay jest już w zasadzie niemożliwe, a tu jeszcze spróbujmy dyskutować, czy lepszy jest Gaiman czy Brzezińska, no way… Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy ktoś ma do wyboru dwa teksty, podpisane M. Mortka i M. Kozak – i wybierze M. Kozak, bo „baby nie umią pisać”, a Mortka to pewnikiem kobita. Idę o zakład, że chłopina by się nie zorientował, że czyta właśnie coś napisanego przez „babę”. Innymi słowy, podział na literaturę męską i kobiecą jest sztuczny. Jeśli chodzi o liczbę piszących pań, pozwolisz, że spojrzę na półkę. Wychodzi, że stosunek pań do panów mamy mniej więcej jak jeden do czterech. Z tym że – tu będę nieskromna – jest nas mało, a piszemy zwykle dobrze. Żadnej z książek koleżanek po piórze nie mogę określić jako jednoznacznie słabej, natomiast wśród utworów „męskich” zdarza się wręcz „muł i wodorosty”, na szczęście rzadko. Trudno powiedzieć, dlaczego. Może kobiety są wobec siebie bardziej krytyczne? A może to wydawca ostrzej ocenia debiutantkę płci żeńskiej, podczas gdy przepuszcza słabizny facetom? To chyba zadanie dla socjologa. Niewątpliwie potencjalne literatki mają mniej szans by zaistnieć, często po prostu z braku czasu. Świeży przykład: kobieta utalentowana, ogranicza się do prowadzenia bloga, z prozaicznego powodu posiadania pięciorga dzieci. Póki nie dorosną, nie będzie miała tyle wolnego czasu, by choćby rozpisać konspekt książki. Życie bywa brutalne.

K: Czy pisanie jest twoim sposobem na życie? Czy oprócz pisania masz jakieś pasje, zainteresowania, którym poświęcasz dużo czasu?

EB: Pisanie to nie jest sposób na życie. Żyje się na tyle rozmaitych sposobów, przejawia tyle różnych rodzajów działalności, że ani nie można tego tak określać, ani też zdrowe nie jest ograniczanie się do jednego hobby. Przede wszystkim maniakalnie czytam i łażę po antykwariatach; posiadam sporą kolekcję największych pereł literatury dziecięcej. Niektóre z początku zeszłego wieku. Ostatnio np. udało mi się zdobyć obie części Pollyanny, na oko z lat trzydziestych. Pisuję od czasu do czasu dla odprężenia fanfiction. Wyrabiam biżuterię, czasem szydełkuję, robię eksperymenty kulinarne (głównie zupy), rysuję, robię witraże, maluję na szkle, zbieram poziomki i grzyby… Swego czasu oprawiałam książki i projektowałam okładki do płyt z muzyką filmową. Po raz kolejny stawiam czoło kwiatom doniczkowym – nie mam do nich talentu, najlepiej mi rośnie fasola. Planuję wrócić do nurkowania – sportu, który uprawiałam dziesięć lat temu. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Hodowania kotów nie można uznać za hobby, bo one są członkami rodziny. Dużo tego? Niezbyt, uważam, że powinnam robić o wiele więcej, ale przeszkadza mi w tym wrodzone lenistwo. Straszny ze mnie kanapowiec. Kiedyś byłam w pierwszej kolejności witrażystką, a dopiero potem pisarką, teraz kolejność uległa odwróceniu.

K: Wśród pisarzy fantastycznych koty cieszą się ogromną popularnością, znacznie większą niż chociażby psy. Jak myślisz, skąd taki stan rzeczy?

EB: Rzeczywiście, jeśli rozejrzeć się po znajomych od pióra, większość preferuje koty. Jedyne wyjątki to Andrzej Pilipiuk i Eugeniusz Dębski (ale i on ma w domu również kota). Może dzieje się to dlatego, że pisarz jest również zwykle obsesyjnym czytaczem, a cóż jest milszego od wieczoru z książką i zwiniętym na brzuchu kotem? Pies domaga się większej uwagi, hałasuje, przeszkadza w czytaniu; jest też znacznie bardziej prostolinijny, brak mu tej tajemnicy, jaka zawiera się w kocie. Innym aspektem koegzystencji pisarza i kota jest tryb życia. Obaj preferują tryb nocny. Literatom najlepiej pracuje się wieczorami i nocą, co automatycznie ustawia poranne budzenie na godzinę minimum dziewiątą. Pies, domagający się spaceru o szóstej w mgnieniu oka awansuje na wroga. Kot co innego, kulturalnie załatwia swoje sprawy samodzielnie i da pospać.

K: Możesz powiedzieć kilka słów o swoich ulubieńcach?

EB: Aktualnie koegzystuję z dwoma kotami. Rudi to ten od wspólnego czytania. Kiedy kładę się z książką do łóżka i mówię „Chodź byku, poczytamy”, prawie od razu układa mi się na brzuchu i włącza motorek. Tori natomiast jest Strażnikiem Komputera – sypia na monitorze, a czasem patrzy jak pracuję. Z jej powodu musiałam zamontować na monitorze osłonę z pleksi, bo kocica zamiatała mi ogonem po ekranie.

K: Przejdźmy do nieco innej tematyki. Jak wygląda twój warsztat? Piszesz na akord, czy jak przyjdzie wena?

EB: Mój warsztat to strasznie zabałaganione biurko, na którym gromadzą się kubki po kawie, różne drobiazgi, a do tego służy za łóżko mniejszemu z moich kotów. Tuż obok mam też kilka półek, zawierających zbiór leksykonów, słowników i albumów tematycznych; no i przede wszystkim internet i google. Nie wyobrażam sobie pracy bez internetu, zbyt wiele szczegółów jest do sprawdzania. Poza tym jestem netoholiczką i mam syndrom odstawienia, jeśli sieć nagle padnie. Na akord nie pisałam nigdy, rzecz dla mnie niewyobrażalna, słowa to nie bułki, a wydawnictwo nie piekarnia.

K: Potrzebujesz jakiś stymulatorów podczas procesu twórczego czy też natchnienie samo przychodzi? Gdzie poszukujesz inspiracji, pomysłów?

EB: Stymulatory? Owszem, kawa i muzyka. Bez kofeiny nie działam prawidłowo, a muzyka pozwala się oddzielić od odgłosów otoczenia. Trochę trudno pisać, jak za ścianą leci M jak miłość, a za oknem dzieci rzucają piłką. Dlatego też wybieram soundtracki filmowe – nie powinno się mieć obcego tekstu, włażącego w uszy. Inspiracja i pomysły napływają ze wszystkich stron, byle tylko nastawić się na odbiór. Może to być facet z tatuażem, widziany przez pięć minut w autobusie, zdjęcie w gazecie, występ irlandzkich tancerzy, spektakularny wybuch jajka gotowanego w mikrofalówce, anegdota opowiedziana przez kogoś przy herbatce. Wszystko da się umieścić w opowieści, byle tylko wiedzieć jak przetworzyć zdobyty materiał.

K: Tajemnicą poliszynela jest twoja mniej oficjalna działalność literacka – twoje potterowskie fanfiki są zdaniem wielu osób ciekawsze od powieści Rowling. Skąd pomysł czerpania natchnienia akurat z książek dość powszechnie uważanych za literaturę niezbyt wysokich lotów?

EB: Fakt, tajemnica przestała być tajemnicą, ale jakoś się tym nie przejmuję. Literatura średnich lotów ma tę niezaprzeczalną zaletę, że znajdujemy w niej rozmaite niedoróbki, które z dziką rozkoszą można poprawiać. Rowling jest specyficzna w tym sensie, że stwarzając dość spójny świat ze sporym zapasem gadżetów, osadziła w nim postacie zwykle słabo określone – widzimy je tylko tu i teraz. Nie mamy pojęcia o sytuacji domowej Hermiony, o tym jaka była przeszłość Lupina, ani co zmotywowało Syriusza Blacka do ucieczki z domu. W tym cyklu jest wiele tajemnic i wyjątkowo mało odpowiedzi. Jednocześnie są to książki na tyle proste, by orientował się w fabule dwunastolatek – mniej więcej w tym wieku są najmłodsi twórcy fanfiction. Najstarsi są już dorośli. Wszyscy piszą dla przyjemności tworzenia i obcowania z ulubionymi bohaterami w szerszym zakresie. Tego rodzaju hobby jest bardzo powszechne, a międzynarodowe portale fanfiction (nie tylko do cyklu Pottera) zawierają tysiące tekstów. Mnie osobiście do cyklu HP przywiodła ciekawość. Cóż to za genialna rzecz, że tylu ludzi się tym maniakalnie zachwyca? Książeczki okazały się sympatyczne, potem zaczęłam szukać fanartów (czyli amatorskich ilustracji) do tej serii; od tego był już tylko krok do odkrycia zjawiska fanfiction. Pierwsze opowiadanko zostawiło niezatarte wrażenie: okropieństwo, szczyt kiczu, złego smaku i niewiarygodności; na szczęście niebawem natrafiłam na forum, gdzie rezydowali lepsi „pisacze”. Nie trwało długo, kiedy pomyślałam: A właściwie czemu nie miałabym się też w to pobawić? Przecież mi wolno. W ten sposób powstała pierwsza humoreska o Severusie Snape, ciepło przyjęta przez forumowiczów, a potem następne części cyklu Slytherinada.

K: Zatem co jest, twoim zdaniem, przyczyną fenomenu popularności „Harry'ego Pottera”? Dlaczego ten świat wciąga ludzi całkiem dorosłych i dojrzałych?

EB: A co przyciągnęło cały świat do Gwiezdnych Wojen? Obie te historie są wyładowane archetypami. Strony Jasna i Mroczna walczą ze sobą, młody bohater z pomocą wiernych przyjaciół przeciwstawia się Złu. A że historia leci w odcinkach, odbiorcy bardzo chcą wiedzieć co będzie dalej. „HP” to literacki serial, trochę jakby soap opera w wersji fantasy, choć na szczęście nie powiela zagrań gwiezdnowojennych. Voldemort nie powie w scenie finałowej „Harry, to ja jestem twoim ojcem”, a Hermiona nie okaże się jego zaginioną siostrą, którą w niemowlęctwie adoptowała para mugolskich stomatologów. Chociaż gwarantuję, że w fanfiction było już to i dużo więcej. Każdy dorosły, który zachował trochę wewnętrznego dziecka, chce je dopieścić. Dlatego nie wygasa popularność fantastyki, i z tego powodu „HP” przyciąga także dorosłych. Lubimy czytać fantastykę, bo nie wystarcza nam codzienność. Z podobnych powodów „Kroniki Drugiego Kręgu” wciąż cieszą się popularnością, choć premierę miały już ładne parę lat temu. Historia się rozrasta, mam jeszcze całkiem sporo do opowiedzenia, no i do lektury zaczyna dorastać nowe pokolenie czytelników. Słyszałam też, że moje książki podbierają swoim dzieciom rodzice. Najpierw z powodu, że chcą się zapoznać z lekturami latorośli (czy aby odpowiednie) a potem sami wsiąkają.

K: Jesteś też zaangażowana w tworzenie forum z fanfikami, udzielasz rad początkującym twórcom. Niektóre z tych utworów są całkiem nieźle napisane. Czy myślisz, że ich autorzy mogliby mieć szanse na wydanie własnych książek? Czy też, twoim zdaniem, trudno jest pokonać barierę przejścia od zabawy, jaką jest fanfiction, do poważniejszego pisania? Czy może komuś z ludzi tam publikujących się to udało?

EB: Jestem moderatorem na Forum Mirriel. Zaczęło się od zwykłej strony internetowej, założonej w 2003 roku, gdzie zamieszczaliśmy teksty rodzimych autorów i tłumaczenia z języka angielskiego. W rok później do strony zostało dołączone forum literackie, które rozrasta się w całkiem szybkim tempie. Od samego początku wrednie stawialiśmy ultimatum młodziutkim twórcom: żadnych wygłupów, jak chcesz być chwalony, to ciężko na to pracuj. Przykład szedł z góry, starsi i lepsi podciągali młodszych debiutantów. Do tej pory regułą jest wzajemne redagowanie sobie tekstów. Zwraca się uwagę na wszystko, od profilu psychologicznego postaci, dialogów, aż po przecinki. Prawdziwy literacki survival. Oczywiście czasem wybuchają zażarte dyskusje a nawet kłótnie, niektórzy się obrażają i idą do innej piaskownicy, ale ci co zostają, ambitnie pną się w górę. Ci, którym brakuje śmiałości lub talentu, by spróbować sił w pisaniu, zajmują się tłumaczeniem z języków obcych, w ten sposób łącząc przyjemne z pożytecznym. Czy trudno jest przejść barierę między pisaniem fanfikowym a własnym…? Dla wielu osób jest to niemożliwe. Nawet jeśli piszą „coś własnego”, jest to w rzeczywistości jeden wielki fanfik wymieszanych zapożyczeń z Tolkiena, Sapkowskiego i innych autorów. Natomiast jeśli fanfikciarz ma wyobraźnię i wpadnie na oryginalny pomysł, do twórczości takiej zupełnie własnej ma tylko jeden krok i to niewielki. Zresztą już niejedna osoba na forum zauważyła, że niektóre opowiadania tak odbiegają od pierwowzoru Rowling, że starczy zmienić bohaterom nazwiska, by zyskać utwór całkowicie odrębny. Na razie zjawisko fanfiction jest w Polsce zbyt świeże, by można mówić o nim, że z całą pewnością jest to wylęgarnia zawodowych pisarzy. Te młode talenty mają dopiero po kilkanaście lat, więc na wyniki należy poczekać jeszcze około pięciu. Pierwsze jaskółki już widać: jedna z dziewczyn wygrała konkurs literacki; stary wyjadacz, po ukończeniu dylogii potterowej zabrał się do tworzenia powieści z gatunku historia alternatywna II wojny światowej; wiem, że kilka innych osób też przymierza się do „własnego”; jedna z naszych tłumaczek, po roku ćwiczeń na angielskich fanficach, dostała pierwszą propozycję pracy nad przekładem książki fantasy. To wszystko podnosi na duchu.

K: Pomagasz młodym pisarzom próbującym swoich sił w fanfikach. Mogłabyś podać kilka rad dla osób, które chciałyby zacząć pisać, lub nawet to robią, ale chciałyby to robić lepiej?

EB: Chyba łatwiej powiedzieć czego nie robić, niż co robić, żeby lepiej pisać. Na przykład kardynalnym błędem przy pisaniu fantasy jest zaczynanie od stwarzania religii i całej otoczki kulturowej, wzorem Tolkiena. Spotkałam się z takim mądralą, który ambitnie porwał się na dzieło miary Sillmarillionu, i rok dumał nad bogami oraz demonami, a z właściwej historii nie napisał ani słowa. Wystarczy nakreślić realia świata grubszą kreską, zrobić sobie szkic użytkowy, a szczegóły dokładać tylko tam, gdzie będzie to potrzebne. Czytelnik chce poznać historię bohatera opowieści, a nie jego poglądy religijne i panteon bóstw. Inny początkujący pisarz zaczął z rozmachem, od wymyślenia zakonu wojowników, którzy się wynajmują na wojny, coś jakby ninja pół na pół z Krzyżakami. Mieli oni mieszkać w zamku na wysokiej skale, w ogóle niezdobytej i niewjezdnej. Zadałam grzeczne pytania, jak zbudowano zamek na skale, na którą może wejść tylko alpinista; gdzie rycerze trzymali konie, skąd brali wodę i żywność i jak wyglądała komunikacja ze światem, bo jakoś wieści o zleceniach otrzymywać musieli. Facecik się obraził i sobie poszedł, na odchodnym rzucając miażdżącą kwestię, że nie czuję fantasy. Dobra, nie czuję fantasy, ale wiem, że rycerz nie fiołek i coś jeść musi, a w zamku musi być studnia i kibel. Zbyt często amatorzy zabierają się do fantasy, uważając, że jest to gatunek łatwiejszy do opanowania. Otóż nie jest. Jeśli wyposaża się wojownika (zostańmy przy heroic fantasy) w Bóg wie jakie bronie, miecze, zbroje, zastanówmy się, czy go uniesie koń i czy z tym całym żelastwem będzie „galopował rączo poprzez puszczę”. Jeśli już koniecznie ów rycerz chodzi calusieńki dzień w zbroi płytowej, to dajmy mu chociaż giermka, żeby mu tę zbroję pomógł zdjąć na noc, bo sam się nie rozbierze z tych blach. Krótko mówiąc, jeśli się o czymś pisze, trzeba wziąć pod uwagę przynajmniej kilkanaście elementów na raz, wejść w skórę postaci i zastanowić się, jak my sami czulibyśmy się na miejscu tej osoby. Jest to rodzaj aktorstwa. Innym kiksem, nagminnie spotykanym u debiutantów, jest rewia mody. Dajmy na to, na scenę wkracza dama. Pisarz bardziej doświadczony opisze jej strój np. jako „czarną, jedwabną suknię z głęboko wciętym dekoltem”, koniec; rewia mody będzie polegała natomiast na opisywaniu z detalami kroju, materiału, dodatków, kokardek, koronek i tym podobnych dupereli – czasem na pół stronicy. Brakuje tylko adresu krawca. Absolutnie nic to nie wnosi do akcji, za to skutecznie usypia. U kogoś innego z kolei brak rozróżnienia językowego w dialogach. Król mówi tym samym językiem co parobek, a pokojówka używa tak samo uczonych słów jak jej chlebodawczyni. Jak już się wkłada jakieś słowo w usta postaci, trzeba się zastanowić, czy ona może je znać. Przykłady można mnożyć. Odsyłam do książki z felietonami Kresa „Galeria złamanych piór”. Całymi latami Feliks odchwaszczał poletko literackie, a i tak na nowo zarastało. Tym bardziej mnie się nie uda wiele zdziałać w paru słowach tutaj.

K: Utrzymujesz się z pisania, czy też normalnie pracujesz, a tworzysz w czasie wolnym?

EB: Utrzymuję się z pisania książek i redagowania cudzych tekstów. Jestem także redaktorem społecznym czyli „betą” na wspomnianym wyżej forum.

K: Czy czytając książki innych pisarzy oceniasz ich, myślisz „ja napisałabym to inaczej”?

EB: Jako zwykła czytelniczka oceniam książki tylko na zasadzie „podobało się – nie podobało”. Oczywiście, że napisałabym „to” inaczej, każdy by napisał, bo każdy literat ma inny styl. Starczy spojrzeć na forum literackie i zobaczyć jak do jednego tematu „wyzwania” zabierają się pisarze-hobbyści. Nie ma dwóch tekstów podobnych do siebie. Kiedyś ktoś rzucił pytaniem: „A dlaczego pani nie pisze tak jak Sapkowski?” Odpowiedziałam: „A na co nam, do cholery, potrzebnych dwóch Sapkowskich??” Nie moja wina, człowiek sam się podłożył.
Wyjątkowo rzadko rozbieram tekst na czynniki pierwsze, zwykle tylko wtedy, kiedy mam z niego napisać recenzję. Nawiasem, nie piszę recenzji z książek, które mi się nie podobały. Oczywiście co innego, kiedy dostaję powieść do redakcji, wtedy jest to moja powinność zawodowa. Wtedy muszę tekst znać i od wierzchu i od podszewki, i zastanowić się nad psychologią, i nad dialogiem, zasugerować zmiany, jeśli opowieść się gdzieś sypie. Natomiast jakoś sobie nie przypominam, żebym kiedykolwiek miała ochotę napisać cudzy tekst po swojemu.

K: Określiłaś się jako „netoholiczkę”, więc jak przypuszczam tajniki sieci nie są Ci obce. Jak oceniasz rolę internetu i zjawisk z nim powiązanych w kształtowaniu się obecnego społeczeństwa? Czy zastąpi inne, tradycyjne media, a nawet kontakty międzyludzkie, czy jest to niczym nieuzasadniona obawa części specjalistów?

EB: Jak najbardziej nieuzasadniona. Czym właściwie różnią się kontakty międzyludzkie przez internet, od tych bezpośrednich? Tylko tym, że rozmówcy się nie widzą. Ale to samo można powiedzieć o rozmowach telefonicznych, a nikt nie demonizuje przecież telefonu. Wręcz przeciwnie, uważam sieć internetową za błogosławieństwo. Ona nie dzieli ludzi, a łączy. Nikt przecież nie będzie chodził po swoim osiedlu i zaczepiał ludzi, pytając: „Przepraszam, czy ty też może czytasz Kossakowską? Porozmawiamy?” O wiele łatwiej znaleźć forum dyskusyjne o interesującej nas tematyce, zorientować się, czy są tam sensowni dyskutanci, a potem zadać pytanie czy ktoś nie mieszka w okolicy i czy nie spotka się z nami w realu. Potterowcy zbierają się w ten sposób w wielu miastach, raz na miesiąc lub dwa. Idą na spacer, do pizzerii, rozmawiają na różne tematy, nie tylko o cyklu Rowling. W ten sposób internet zbliża ludzi, którzy inaczej nie mieliby pojęcia o swoim istnieniu. Dzięki sieci mam stały kontakt z koleżankami i kolegami literatami, z którymi kiedyś spotykałam się tylko na konwentach. Nie można tego nazwać szkodliwą rolą internetu. Nie traci się kontaktu ze znajomymi, którzy wyjechali za granicę. Przez sieć mieszkańcy małych miejscowości mogą zamawiać książki niedostępne w miejscowych bibliotekach i księgarniach. Jestem w stanie znaleźć informacje potrzebne mi do książek – w ciągu pięciu minut mam to, czego kiedyś szukałabym w bibliotece, tracąc parę godzin na taką wyprawę.

K: Wielu polskich pisarzy fantastycznych przemyca w swoich utworach mniej lub bardziej zawoalowane aluzje polityczne i religijne. Co myślisz o takich praktykach? Nie korciło Cię kiedyś, by też spróbować czegoś takiego?

EB: Polityką się brzydzę, zwłaszcza ostatnio. W dodatku aluzje polityczne mają wyjątkowo krótki żywot. Przykładem może być „Komusutra” A. Olina, która była jedną wielką aluzją – zrobiła swego czasu klapę, i to nawet nie spektakularną a po prostu zwykłą. W moim „Profesjonalnym zabójcy smoków” występuje epizodycznie kichająca kaczka. Obecnie czytelnik zachichocze, skojarzywszy ją z prezydentem i ptasią grypą, ale ta sama kaczka zagra również za kilka lat, kiedy temat ptasiej grypy już nie będzie świeży. Religia jest mi doskonale obojętna, przynajmniej w sensie powszednim. Nie jestem nawet ateistką, po prostu nie widzę sensu w rytuałach, więc mój stosunek do tych spraw jest najbliższy poglądom Słonego – wierzącego na wszelki wypadek. Również chłopcy z Drugiego Kręgu nie wierzą, tylko wiedzą, a to stanowi dość istotną różnicę. Promień w powieści nie tyle modli się do Bogini, co z nią rozmawia i próbuje się targować. Nigdy natomiast nie przyszło mi do głowy wstawiać aluzji do aktualnej sytuacji w Kościele czy rządzie. Zanim książka przejdzie redakcję i znajdzie się na rynku, te aluzje zdążą się zestarzeć – miejsce takowych jest w komiksowych paskach i dowcipach. Jeśli już podejmuję jakieś tematy, są one ponadczasowe: odpowiedzialność, lojalność, samorealizacja, traktowanie kobiet, tolerancja – w tym także tolerancja mniejszości seksualnych. I tak mężczyzna próbujący uwieść Myszkę na targowisku jest co najmniej dwuznaczny moralnie, natomiast Wiatr, płacący męskiej prostytutce za „numerek” paradoksalnie wychodzi z tej sytuacji niezbrukany.

K: Twoje książki są kierowane raczej do młodszego czytelnika (a przynajmniej tak są przez część czytelników odbierane) – co nie znaczy, że nie sięgają po nie i ci całkiem dorośli. Czy taki wybór odbiorcy był Twoją świadomą decyzją, czy stało się tak bardziej przez przypadek?

EB: Nie piszę dla konkretnego odbiorcy. Przelewam na papier to, co sama chciałabym przeczytać jako czytelnik. Gdyby klasyfikować książki według bohaterów, okazałoby się, że „Lolita” Nabokova jest lekturą dla dwunastoletnich dziewczynek, a „Wodnikowe Wzgórze” powinny czytać króliki. Nie znam słów „nie wypada” jeśli chodzi o książki; z równą przyjemnością czytam „Mistrza i Małgorzatę”, „Blaszany bębenek” jak i Pratchetta, książki dla dorastających dziewczynek są tak samo dobre jak kryminały Akunina. Nawet boleśnie schematyczne powieści „kobiece” za kilka złociszy pozwalają odpocząć od myślenia, działając jak mentalny odkurzacz. Dlaczego moich książek nie mieliby czytać dorośli, jeśli to im sprawia przyjemność? Z drugiej strony, czasem docierają do mnie sygnały, że ktoś dziwi się, dlaczego w powieści niby dla dzieci umieszczam wątki homoseksualizmu, narkotyków, prostytucji. Tak jakby trzynastolatek nie zetknął się z tymi zjawiskami już dawno w rzeczywistym świecie.

K: Pomijając „Tkacza Iluzji”, Twoje książki mają bardzo ładną szatę graficzną – zarówno okładki jak i wewnętrzne ilustracje. Czy przywiązujesz do tego jakąś szczególną wagę?

EB: Owszem, wygląd książki jest dla mnie bardzo ważny. Od samego początku chciałam mieć ilustracje wewnętrzne. W Tkaczu się nie dało. Supernowa zamieściła ilustracje w jednym tomie Wiedźmina i stwierdzili, że się „nie opłaca”. Piłowałam swego czasu Polcha w sprawie okładki, chciałam żeby narysował smoka, ale miał inną wizję. I ta wizja, niestety, jest wizytówką książki – ponura morda z czułkami. Spuśćmy na to zasłonę miłosierdzia. Co mi się od razu spodobało w podejściu Runy, to pogląd, że okładka jest bramką do treści i ma czytelnika zachęcić do czytania lub chociaż zaintrygować. Dlatego wybrano graficzkę Puin-Mun Law, której prace chociaż nie mają wiele wspólnego z treścią, to chociaż są ładne wizualnie. Prosiłam też jeśli nie o ilustracje, to przynajmniej o ozdobne inicjały – skończyło się, ku memu zadowoleniu, na osobnych winietach, które są prawie ilustracjami. Runie się jakoś to opłaca. Pierwsze winiety rysowała dla mnie Kasia Chmiel, potem nie mogła się podjąć następnego zlecenia, więc zastąpiła ją Joanna Michalak, mająca podobną kreskę. W obu przypadkach współpraca polegała na tym, że rzucałam jakiś pomysł, robiłyśmy burzę mózgów przez internet, a potem dostawałam szkic do akceptacji. Szczególnie ciężko było przy obrazku do Róży, kiedy miał nie tylko odzwierciedlać treść, ale jeszcze spełniać wymogi kompozycyjne grafiki okładkowej.

K: Wiele osób zastanawia się, dlaczego zdecydowałaś się na wydanie „Naznaczonych błękitem”, a nie wznowienie „Tkacza Iluzji”. Doprowadziło to do sporego zamieszania. Jakie były powody właśnie takiego stanu rzeczy?

EB: Kiedy przeszłam do wydawnictwa Runa, z Supernową mnie już właściwie nic nie łączyło – przypominam, że nastąpił w tym czasie gremialny odpływ autorów z SN – wtedy padł projekt wznowienia „Tkacza Iluzji” w nowej szacie graficznej i przeredagowanego. Dystrybucja Tkacza była tak marna, że lwia część czytelników nie miała szans go kupić i zmuszona była czytać Kroniki od środka, czyli od „Kamienia na szczycie”. Wtedy okazało się, że za pomocą sprytnego kruczka w umowie, Supernowa odebrała mi (i nie tylko mnie) prawa wydawnicze do książki i tytułu. Innymi słowy, niby miałam prawa autorskie, ale i tak nic z własną pracą nie mogłam zrobić. Wydawnictwo Supernowa na moje protesty odpowiedziało, że owszem, zwrócą mi prawa wydawnicze jeśli im zapłacę 20000 (słownie: dwadzieścia tysięcy) dolarów, bo na tyle wyceniają swoje ewentualne „straty”. To były kpiny w żywe oczy, potraktowano mnie zresztą wtedy wyjątkowo nieuprzejmie. Pozostało tylko jedno wyjście: napisać powieść od nowa. Było mi to nawet na rękę, gdyż pierwotna wersja Tkacza przestała mi się podobać, błędy biły mnie w oczy, nijak też się miał do kolejnych tomów pod względem struktury. W ten sposób powstali „Naznaczeni błękitem” i wybuchła święta wojna.

K: Motywem przewodnim „Selerbergiady” są perypetie miłosne bohaterów. Jednakże są one przedstawione w nieco innym świetle, niż zwykle się to dzieje w opowieściach romantycznych. Co chciałaś przez to przekazać?

EB: Bardziej wnikliwy czytelnik, obdarzony poczuciem humoru, dostrzeże, że Selerbergiada jest w istocie pastiszem romansu, przynajmniej w dużej części. Wyszydza też w sposób żartobliwy bezrozumny pęd do bycia trendy. Kwikliwa Kamillea to nic innego jak ożywiona laleczka Barbie, wredna Lawinia skupia w sobie wszystkie wady dziewcząt, które w slangu nazywa się „flamingami” (chude, różowe i z ptasim móżdżkiem). Potężnie zbudowana Margerita zostaje obdarzona uczuciem przez chłopca, który ma nie tylko ponadstandardowy gust, ale też potrafi spojrzeć głębiej i docenić jej wnętrze. Takich Margerytek jest wszędzie na kopy również w świecie realnym. Agentka Lilith Astaroth – pokazana w krzywym zwierciadle bizneswoman, która całe życie przedkładała pracę nad uczucia, aż w końcu los naszykował na nią pułapkę. Właściwie sens sprowadza się do tego, że trzeba kochać, nawet jeśli uczuciem obdarzy się tylko kota. Tego rodzaju kazanie jak ulał pasowałoby do anioła stróża, ale zabrzmiałoby ckliwie, więc celowo wkładam je w usta Beritha, który jest po prostu diabłem. W ten sposób ta wypowiedź nabiera dodatkowego wymiaru, jakby z przymrużeniem oka. No i Rinaldo, rozważający swoją orientację, jest po prostu rozczulająco zabawny.
Podczas pisania Selerbergiady celów miałam kilka: rozbawić czytelnika, dać mu coś do czytania na czas wakacji, jako oddech od ciężkostrawnych lektur; poza tym rozprawić się z wszechobecnym kiczem i rzucić mimochodem jakąś inteligentną myśl. Stąd Kamilcia, Lawinia, uczulenie na kolor różowy, wystrój jadalni na Walentynki i kolekcja kiczowatych kotków, istniejąca zresztą w rzeczywistości jako własność mojej przyjaciółki. Z tego też powodu okładka ma taki a nie inny wygląd. Zalana różowością, w pierwszej chwili szokuje odbiorcę, padają opinie, że jest „obrzydliwa” ale potem część czytelników wycofuje się, stwierdzając, że istotnie dziewczę w koronkowym dessous i rękawicach bokserskich oraz polatujące serduszka są jak najbardziej uzasadnione. W zamierzeniu miało to przypominać te najbardziej straszliwe okładeczki mang a’la Sailor Moon.

K: „Róża Selerbergu” to zbiór bardzo zabawnych opowiadań. Do tej pory humor nie występował w twojej twórczości w takim natężeniu. Czy planujesz iść w tym kierunku?

EB: Kiedy już spróbowałam takiego rodzaju twórczości, okazało się, że świetnie się w tym czuję. Po prostu uwielbiam pisać takie zabawne historyjki. Już w Kronikach gdzieniegdzie wstawiałam lżejsze kawałki, ale w Róży poszłam na całość, co zresztą zaowocowało całkiem przychylnymi opiniami ze strony czytelników. Ludzie lubią się pośmiać. W końcu nie można pożywiać się tylko ciężką prozą, przedstawiającą katastrofy i upadek obyczajów. Jak już wspominałam, będzie powieściowa kontynuacja Selerbergiady, a jeśli wpadnę na jakiś odlotowy pomysł, też go z przyjemnością wykorzystam. Na przykład w pierwotnej wersji zbioru opowiadań miała się znaleźć parodia Matrixa, ale rozpoczęty tekst odłożyłam na bok, gdyż nie pasował kompozycyjnie do reszty. Prawdopodobnie wrócę jeszcze do niego za jakiś czas.

K: Skąd pomysł na futrzaste smoki? Muszę przyznać, że jestem nimi zauroczony, a do tego stanowią kontrast dla wielkich, gadopodobnych bestii, jakie dominują w fantastyce.

EB: Na stworzenie postaci Oury – bo to ona była pierwszym lengorchianem, nie Pożeracz Chmur – złożyły się następujące inspiracje: „Niekończąca się opowieść” i epos starochiński. „Wędrówka na zachód”. Smok tak rozczulająco podobny z mordy do spaniela, utkwił mi na dobre w pamięci. Z kolei chińskie smoki, jako stworzenia żywiołów, istoty w pewnym sensie eteryczne, potrafią przyjmować różne postacie, co jest powszechne we wschodniej mitologii. Oba te wątki splotły się, kiedy pisałam „Smoka” w pierwszej wersji do szuflady. Smok z łuskami wydał mi się strasznym prostactwem, wszędzie były smoki z łuskami, w każdym najmarniejszym RPG – gady. Smok z sierścią był o wiele bardziej oryginalny i atrakcyjny. Pisząc, jednocześnie rysowałam ilustracje, pierwsza wersja lengorchiana przypominała kosmatą, skrzydlatą jaszczurkę. Próbowałam wysklepiać temu smokowi czaszkę (miał być inteligentny), narysowałam częściowo chwytne łapy – nie zagrało, był niezgrabny. Kolejne wersje coraz bardziej upodabniały go do psa; finalna, szósta chyba, ostatecznie określiła lengorchiańskiego smoka jako „charta ze skrzydłami” i z długą szyją. Smok z okładki „Naznaczonych...” bardzo go przypomina, chociaż to czysty przypadek. Graficzka nie namalowała go na zamówienie Runy. Inna sprawa, że magia w mym świecie przypomina psychotronikę, nie ma tam miejsca na cuda w rodzaju latających zamków i smoków wielkich jak góry. Ten smok miał konkretnie latać, więc projektując go, brałam pod uwagę też biologię i fizykę (czasem naginając je trochę). To dlatego Pożeracz Chmur jest taki chudy, miał być lekki, ma też pneumatyczne kości, jak ptak. Nie zje też całej krowy za jednym posiedzeniem, choć tekst to jakby sugeruje, zapewniam, że ją tylko solidnie napoczął. W normalnych warunkach koczowałby przy dużej zdobyczy kilka dni, a potem nie jadłby dłuższy czas, aż do następnego polowania. Ale pewnie Pożeracz nie zrobiłby takiej furory, gdyby nie był taki pyskaty i charakterny. Jak zwykle liczy się wnętrze.

K: Imiona postaci z „Kronik Drugiego Kręgu” to słowa z naszego języka. Dlaczego zdecydowałaś się na takie rozwiązanie? Przecież w fantastyce dominują różnego rodzaju Boromiry i Garretty – czyli imiona stworzone specjalnie na potrzeby książki.

EB: Miałam okres fascynacji takimi Garrettami na samym początku, ale mi szczęśliwie przeszło. Pamiątką po okresie garretowym jest Berilan Stabort, taki strasznie amerykański, że aż mi samej śmieszno. No i Northland, co mi swego czasu wytknął Jacek Dukaj. Ale wtedy się zbuntowałam; skoro nożyczki po czesku to nóżki, a nóżki nożyczki, rosyjski kawior to dywan, skoro istnieje francuski rysownik podpisujący się w dobrej wierze DUPA, to skąd mianowicie wiadomo, że Northland to Północny Kraj, a nie na przykład Skalista Kraina, albo Ziemia Sosen? Albo jeszcze co innego. Tak więc Northland został, ale już się pilnowałam, żeby nie nadawać niczemu nazw anglosaskich. Pomysł nadawania bohaterom imion jak z indiańskich opowiastek, narodził się przypadkowo, jak większość pomysłów na tym świecie. Ostatecznie nikt nie siada i nie mówi: A teraz wpadnę na pomysł. Pisałam wtedy taką śmiesznostkę, która nosiła tytuł „Zarys smokologii”, i żeby nadać temu pozory prawdopodobieństwa, podpisałam dzieło imieniem jakiegoś maga, niby to smokozoologa. W pobliżu stało wtedy, z przeproszeniem, pudełko po śledziach Salar Fish czy coś w ten deseń, więc mag został Salarem Mówcą. I w ten sposób narodziła się idea maga Słonego, bo salar znaczy po prostu słony, solony. Kamyk, Płowy, Stokrotka byli już jakby dalszym rozwinięciem tej samej myśli. Cyzelując kulturę obu krajów, wynotowywałam pewne sprawy, o których nigdy nie napisałam wprost w fabule, ale wpływają one na kształt scenografii i realia. Książę lengorchiański nosi imię Promień, ale już northlandzki jest Torojem. Imiona lengorchiańskie są typowo życzeniowe, mają przynieść dziecku powodzenie, lub określić jego przynależność do jakiejś grupy społecznej. Chłopiec imieniem Bitewny jest synem oficera, dzieci hodowcy nazywają się Róg i Koziołek. W geografii mamy Słone Polany i Jezioro Wężowe, ale jest też Ogorant i Lenenja; te ostatnie to słowa, które zachowały się ze starego języka, podobnie jak Missisipi w Ameryce, czy Gdynia u nas. Northlandczycy noszą imiona takie jak Ti, Iditalin, Atael, bo u nich imiona nie mają oznaczać niczego poza osobą. Poza tym jest to takie robienie na przekór – dla odróżnienia od Lengorchian, z którymi Northland nie bardzo się lubi.

K: Pytanie od którego po prostu nie da się uciec, czyli jakie masz plany literackie – zarówno powieściowe jak i krótkie formy?

EB: Będę kontynuować Kroniki Drugiego Kręgu w tomie „Czas złych baśni”; piszę też coś całkiem odmiennego od tego, czym zajmowałam się dotychczas. Tę książkę można określić jako powieść obyczajowa z elementami fantastyki. Traktuję ją trochę jak eksperyment. W planach mam także kontynuację „Róży Selerbergu”. Co do krótkich form – plany są, ale nie wolno mi zdradzać tak zwanej tajemnicy handlowej wydawnictwa, więc nie powiem nic więcej.

K: Czy mogłabyś zdradzić jakieś szczegóły odnośnie fabuły „Czasu złych baśni”?

EB: Będzie wojna, ktoś zginie. Koniec szczegółów. Planuje pewien eksperyment stylistyczny, za który czytelnicy mnie pewnie zjedzą, ale noszę się z nim już od dwóch lat i nie mogę go sobie odmówić.

K: Czy wspomniana przez ciebie kontynuacja „Róży Selerbergu” będzie powieściowym rozwinięciem przygód rodzeństwa von Selerberg?

EB: Tak, będzie to powieść kontynuująca wątek „Selerbergiady”. Jak pamiętasz, w ostatnim tekście zastosowałam paskudny cliffhanger. W pięciu opowiadaniach przedstawiłam najważniejszych bohaterów, którzy pojawią się potem w kontynuacji powieściowej, kiedy będą musieli rozwikłać sprawę porwania Winicjusza. Pierwotnie miał być to cykl opowiadań, ale napływały nowe wątki i tak dobrze mi się pisało, że ostatecznie zdecydowałam się na pociągnięcie tego dalej. Porzucenie postaci Lill Astaroth i agencji H.E.L.L. byłoby straszliwym marnotrawstwem.

K: Jest szansa na jakieś twoje opowiadania zamieszczone w prasie?

EB: Z zamieszczaniem tekstów w pismach jest ostatnio kłopot. Nie dlatego, że pisma mnie nie chcą, wręcz przeciwnie. Maciej Parowski przy każdym spotkaniu do znudzenia pyta, czy coś dla niego piszę. W tym problem, że małych form piszę mało i zwykle z góry są zamawiane do antologii.

K: Czy przeczytamy coś jeszcze o przygodach Oury i Erila? Końcówka „Pierścienia dla bestii” daje taką nadzieję. Skąd pomysł by przedstawić fabułę z punktu widzenia dwóch zupełnie odmiennych istot?

EB: Znajoma mnie namawiała, żebym pociągnęła tę historię dalej, ale nie mam do tego serca. Trylogia to ładny układ, a zastosowanie półotwartego zakończenia nie nakłada na autora obowiązku pisania dalszego ciągu. „Do zobaczenia” Oury wcale nie znaczy, że ona i Eril jeszcze kiedykolwiek się spotkają. A konstrukcja podwójnej narracji po prostu nasuwała się sama. Obie postacie były tak interesujące, że zawężenie oglądania fabuły do tylko jednej strony położyłoby cały tekst. Narracja od Erila sprowadziłaby opowiadanie do jeszcze jednej historyjki o polowaniu na smoka, nuda. Widok tylko od strony Oury spłaszczyłby tekst i mógłby sprawić, że historia stałaby się trochę niezrozumiała. Dopiero oba wątki uzupełniają się wzajemnie i nadają cały smak.

K: Czekamy zatem na następne twoje książki. Dziękujemy za poświęcony nam czas i życzymy dalszych sukcesów!

Wywiad przeprowadził Tymoteusz "Shadowmage" Wronka.


Autor: Shadowmage


Dodano: 2006-07-06 15:47:27
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Ukrytego Asa"


Wygraj "Maddaddam" Atwood


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Waletow, Jan - "Dzieci martwej ziemi"


 Blatty, William Peter - "Egzorcysta"

 Podlewski, Marcin - "Głębia. Napór"

 Waletow, Jan - "Ziemia niczyja"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

 Lawrence, Mark - "Książę głupców"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

Fragmenty

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS