NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Radlak, Aleksandra - "Cynobrowe pola"

VanderMeer, Jeff - "Zrodzony"

Ukazały się

Antologia - "Za tamą"


 Haghenbeck, F.G. - "Diablero"

 Radecki, Łukasz - "Bóg Horror Ojczyzna"

 Larson, B.V. & VanDyke, David - "Wygnaniec"

 antologia - "Mroczne dziedzictwo. Antologia w hołdzie Jamesowi Herbertowi"

 Weber, David; Zahn, Timothy; Pope, Thomas - "Wezwanie do zemsty"

 Wolski, Marcin - "Pies w studni. Kot w windzie czyli rekonkwista"

 McDonald, Ed - "Zew kruka"

Linki


Inglot, Jacek - "Inquisitor. Zemsta Azteków"
Wydawnictwo: superNOWA
Data wydania: Kwiecień 2006
Liczba stron: 328
Cena: 27,50 zł



Inglot, Jacek - "Inquisitor. Zemsta Azteków"

Następnego dnia w szkole panował całkowity spokój i nie działo się nic niezwykłego. Po ostatniej lekcji Łucjan dał mi znać, abym nie wychodził z pokoju nauczycielskiego; został też Teogderyk, jak zwykle brodzący w stosie komputerowych wydruków. Geograf zaczął bardzo oficjalnie:
– Wiesz, mówią, że znasz się na sprawach dziwnych i niewytłumaczalnych, a nawet niesamowitych i, jakby tu powiedzieć...
– Diabelskich – poddałem mu uprzejmie.
– No właśnie – z miny Łucjana przebijał wstyd racjonalisty złapanego na niezłomnej wierze w krasnoludki.
– A jakże, na diabłach i czarownicach zna się jak nikt – zaśmiał się kpiarsko Teogderyk, od początku nadstawiający ciekawie ucha. – Młodzież nazywa go inkwizytorem.
– A w czym konkretnie rzecz? – zapytałem.
Łucjan chrząknął, zakłopotany. Wyraźnie nie wiedział, jak przejść do rzeczy.
– W klopie – wyjaśnił. – To było wczoraj, już po wypadku Hermana. Lepiłem z drugiej a plastelinowy model Ślęży i ubabrałem się po łokcie. Po lekcji zszedłem do ubikacji, aby się porządnie wyszorować. Odkręciłem kran i... – przerwał i zbladł jak ściana.
– I co? – zapytał Teogderyk, wyraźnie zaintrygowany. – Fenol czy rtęć?
– Krew!!! – wybuchnął Łucjan. – Siknęło tak, że po sekundzie obryzgało mnie od stóp do głów, strumień walił z kranu jakby pod ciśnieniem stu atmosfer. Miałem ją wszędzie, na twarzy, na ubraniu, ciepłą, wstrętną, lepką i dławiącą. Próbowałem zamknąć kran, ale kurek urwał się i został mi w ręku. Strumień walił jak oszalały, potem strzeliła głowica kranu, rozerwało ją na kawałki, w ścianie zrobiła się dziura wielka jak piłka do siatkówki, skąd wylewało się to świństwo z siłą górskiej kaskady. Nie mogłem nic zrobić, stałem już po pas w spienionej krwi, chciałem dobrnąć do drzwi, ale wypadająca ze ściany struga odpychała mnie w przeciwną stronę. Zbełtana krew sięgała mi po szyję i...
– Zemdlałeś – stwierdziłem beznamiętnie. – To najprostszy rodzaj ucieczki w takich sytuacjach. Czasami jedyny.
– Znalazła mnie woźna, leżącego na wznak przy umywalce. Po krwi nie było ani śladu, ciekła tylko woda z zatkanego zlewu. W powietrzu unosiła się woń... taka bardziej gorzkawa...
– Mandragory – podsunąłem.
– Racja – przyznał Łucjan. – Skąd wiesz?
Starałem się zmazać z twarzy debilny uśmieszek tryumfu.
– Tak sobie palnąłem... wiesz, gra wolnych skojarzeń.
– Ciekawe – mruknął w zadumie Teogderyk. – Plaga indywidualnych halucynacji?
– Jakich halucynacji?! – uniósł się geograf. – Czułem smak tej krwi, plułem nią i rzygałem...
Nie potrzebował mówić nic więcej – już miałem gotową hipotezę. Po rozmowie z nieszczęsnym ojcem nasuwała się zresztą sama. Jeszcze rano przestudiowałem dziennik jej klasy i sprawdziłem zapisy.
– Uczysz przypadkiem Patrycję?
– Tę rudą? Owszem, kiedyś była niezłą uczennicą, ale rozleniwiła się bestia aż strach, huknąłem jej ostatnio lufę...
– No właśnie – uśmiechnąłem się szeroko. – Zapytaj ją przy najbliższej okazji o byle co i postaw dobry stopień. Nie powinno być więcej halucynacji.
Łucjan popatrzył na mnie podejrzliwie, jakby niezupełnie pewien, czy jestem przy zdrowych zmysłach.
– Co takiego?
– Zrób jak mówię, później ci wyjaśnię, w czym rzecz – ziewnąłem i spojrzałem wymownie na zegarek. Z moich dotychczasowych ustaleń wynikało, że Herman postawił Patrycji trzy lufy, stąd groziło jej niezaliczenie semestru. Łucjan patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, potem machnął z rezygnacją ręką i chwycił za teczkę. Przy drzwiach zatrzymał się na moment.
– Naprawdę sądzisz, że to pomoże? – spytał.
– Tak – odparłem. – A jeśli nie, to pomyślimy o czymś innym.
Kiedy tylko za geografem zamknęły się drzwi, Teogderyk obrócił się ku mnie gwałtownie.
– Co ty wyprawiasz, chłopie? Co ma z tym wszystkim wspólnego Patrycja? I co to ma być to „coś inne”?
– Spokojnie, sytuacja jest pod kontrolą – oświadczyłem, niedbale oglądając sobie paznokcie. – Po prostu moim zdaniem Patrycja jest czarownicą.
Oczy Teogderyka o mało nie wyszły z orbit. Otworzył usta i przez chwilę poruszał nimi niemo jak ryba.
– Chyba żeś ocipiał albo i zwariował – wystękał w końcu. – To czytanie tych średniowiecznych bzdetów rzuciło ci się na mózg. Czarownice w XXI wieku! Czysty obłęd! Idź się leczyć, człowieku!
– A dlaczegóż by nie? – zreplikowałem spokojnie. – Skoro istnieje Bóg i Diabeł, to dlaczego nie czarownice? No chyba że pierwszych dwóch nie ma, to rzeczywiście czarownice wraz z nimi trzeba włożyć między bajki.
– Wykręcasz kota ogonem – mruknął Teogderyk, człek bardzo pobożny. – Nie o to mi chodziło.
– Dobrze, daj mi mi w takim razie jakiekolwiek racjonalne wyjaśnienie tego, co dzieje się w szkole od dwóch dni? Plaga indywidualnych halucynacji? Co to właściwie znaczy? Równie dobrze mógłbyś powiedzieć, że przechodzimy epidemię tropikalnego bzika, mimo że wiosna dosyć chłodna. Poza tym rozmawiałem z jej ojcem i opowiedział mi bardzo dziwne rzeczy. Z tą uczennicą naprawdę dzieje się coś niedobrego i, wierz mi, miesza w tym siła nie całkiem z naszego świata. Świadczy o tym choćby ta woń mandragory, którą czuć w całej szkole. Mandragora albo też alrauna to podstawowy składnik wielu czarnoksięskich receptur, nie tylko lubczyka.
Informatyk milczał, gryząc w zamyśleniu koniec długopisu. Nie wyglądał na przekonanego.
– No dobrze – powiedział wreszcie. – Załóżmy, czysto teoretycznie, oczywiście, że masz rację. Jej zachowanie w stosunku do nauczycieli jest w tym kontekście zrozumiałe – stawiają jej pały, to się mści. Ale co jej zawiniła Krystyna?
– To też już ustaliłem – radośnie wyszczerzyłem zęby. – Krystyna widziała Patrycję w tancbudzie o podejrzanej reputacji, zwanej Czerwonym Młynem. Mówił mi znajomy policjant, że to gniazdo młodocianej prostytucji i prawdopodobnie punkt rozprowadzania haszu. Już kiedyś wyrzuciliśmy uczennicę za konszachty z tamtejszym towarzystwem...
– Nie wiedziałem – powiedział Teogderyk.
– No to teraz wiesz.
– ...że nasza sekretarka prowadzi tak intensywne życie nocne.
• •
Oczywiście musiałem go zabrać ze sobą. Siedział skulony w kącie, pociągając przez słomkę sok pomarańczowy i gapiąc się na podstawową klientelę Czerwonego Młyna. Stanowili ją cyberhippisi, poobwieszani różnymi sznurami i wisiorami mających pełnić funkcję indiańskich amuletów; i właściwie tylko tyle łączyło ich z buntowniczymi poprzednikami zeszłowiecznej epoki sweet sixty, jako że ci dzisiejsi fryzowali sobie włosy w przeróżne kształty i kolory najnowszymi żelami, w ubiorze przeważały banalne hawajskie koszule, a wszelkie formy buntu wisiały im poniżej pasa. No i pozostawał jeszcze hasz, który dystrybuowano praktycznie jawnie i bez żadnych ograniczeń.
Między nimi kręciło się multum młodych dziewczyn, poubieranych wedle stylistyki lansowanej przez kolorowe pisemka, w znacznej części jeszcze licealistek. Miałem wrażenie, że dostrzegam pośród nich kilka twarzy, znanych mi ze szkolnych korytarzy. Tej, na którą czekaliśmy, nadal nie było. Z tłumu przy barze wynurzył się Ryszard, w obowiązkowej hawajskiej koszuli i lufką do marychy w zębach. Pomachał nam wesoło ręką, podszedł do naszego stolika i klapnął na wolne krzesło.
– Eeeść pracy, ooopaki – zagaił w stylu nowoluzackim. – Powiedzcie mi, co takie pracusie jak wy robią w tym przybytku uciech zakazanych? Tropicie jakichś uczniów?
– Zgadłeś – odparłem i czerpnąłem ze smakiem piwa. – Sam mi nadałeś ten dżob z córeczką twego najlepszego klienta – starałem się nie wypaść z konwencji stylistycznej.
– To ta mała naprawdę jest czarownicą? – zaśmiał się. – Zaproś mnie na egzorcyzmy...
– Jest – powiedział naraz Teogderyk i wskazał słomką przed siebie. – Tam, przy tym podświetlanym parkiecie.
Rzeczywiście, zobaczyłem tam Patrycję, co prawda sprytnie umalowaną na demona trzeciej klasy i w ciemnych, zakrywających pół twarzy goglach, ale z rudymi kłakami nic nie mogła zrobić. Spoglądała w naszym kierunku – w ręku trzymała krwistoczerwoną różę. Obrywała płatek po płatku i jadła je powoli, w rytualnym jakby namaszczeniu. Obok niej stała dziewczyna niewątpliwie znacznie młodsza, drobna, pulchna blondyneczka o twarzy niczym aniołek. Patrzyła na Patrycję jak w gwiazdę.
– Znasz tę dzieweczkę obok? – pochyliłem się ku informatykowi. Teogderyk poprawił okulary i spojrzał uważniej.
– To chyba mała Maria z pierwszej c – powiedział po chwili. – Wyglądają na bardzo zażyłe psiapsiółki.
W tym momencie discjockey wybełkotał coś do mikrofonu, ruszył kogut ze stroboskopowym światłem, a z głośników zaryczał Guns N’Roses w najnowszym remixie. Młodzież, opalona haszem i opita piwem, wlała się na parkiet szeroką strugą. Ale natychmiast można było spostrzec, kto tu rządzi – wokół Patrycji, która tańczyła z początku samotnie, od razu utworzył się krąg pięciu młodych samców, najwyraźniej aspirujących do roli wybrańców na resztę nocy. Wykonywali ruchy posuwisto-kopulacyjne, wypinając do przodu biodra, dobrze spęczniałe w kroku. Patrycja jednak falowała zupełnie jakby oddzielnie, w sennym, odurzającym rytmie, prawie nie zwracając uwagi na dudnienie głośników. W pewnej chwili wydało mi się, że ponad ich głowami patrzy wprost na mnie. Obróciłem się ku Teogderykowi i Ryszardowi.
– Wiecie, już Przybyszewski w swoich sławnych krakowskich wykładach zwracał uwagę, że kontakty z diabłem wpływają na chuć czarownicy, staje się ona seksualnie nienasycona...
– Naprawdę? – Informatyk wpatrywał się w tańczących przez zapotniałe z emocji okulary. – Zobacz teraz.



Dodano: 2006-06-29 12:46:08
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wywiad z Brandonem Sandersonem


 Wywiad z Dmitrem Glukhovskym

 Wywiad z Joe Abercrombiem

 Fantastyka 2017 - plebiscyt

 Modyfikowany Węgiel - powieść a serial

Recenzje

Stephenson, Neal & Galland, Nicole - "Wzlot i upadek D.O.D.O."


 Gaiman, Neil - "Ocean na końcu drogi"

 Le Guin, Ursula K. - "Wracać wciąż do domu"

 Lawrence, Mark - "Szara siostra"

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"

 Małecki, Jakub - "Nikt nie idzie"

 King, Stephen - "Uniesienie"

Fragmenty

 Haghenbeck, F.G. - "Diablero"

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Cadigan, Pat - "Alita: Battle Angel. Miasto złomu"

 Eames, Nicholas - "Królowie Wyldu"

 Bourne, J.L. - "Rozbita klepsydra"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Wyprawa"

 Straub, Peter - "Upiorna opowieść"

 Hejankowski, Sebastian - "Światłoczuły"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2018 nast.pl     RSS      RSS