NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Martin, George R.R.; Tuttle, Lisa - "Przystań wiatrów" (2019)

Liu, Cixin - "Era supernowej"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Szolc, Izabela - "Jehannette"
Wydawnictwo: Runa
Data wydania: Wrzesień 2004
ISBN: 83-89595-09-5
Oprawa: miękka
Format: 125x185 mm
Liczba stron: 304
Cena: 27,50 zł



Szolc, Izabela - "Jehannette"

ZWIASTUN (fragment)

1. „Po wysłuchaniu zdania naszych braci biskupów i kardynałów, powagą świętych kanonów potępiliśmy opracowane dla nas przez Waszą Mądrość główne artykuły błędów i wszystkie wywrotowe nauki tego Abelarda i nakazaliśmy mu jako heretykowi wieczne milczenie”.

* * *

Słońce dopiero wschodziło, a już upał stawał się uciążliwy. Niemiłosiernie pozbawiał tchu pątników i żebraków, którzy wczesną porą przybywali gromadnie w błogosławione mury opactwa. Wśród pielgrzymów wyróżniała się postać wychudłego starca siedzącego na zgrzanym mule. Mąż ów przystanął w pobliżu bramy – miast ją przekroczyć, usuwał się tylko przed coraz gęściej napływającą ludzką tuszą. Piotr Wielebny obserwował z okna niezdecydowanie Abelarda. Widząc, że tamten jest bliższy raczej ucieczki z Cluny niż przekroczenia progu, wyszedł mu na spotkanie.
– Bądź błogosławiony, Piotrze Wielebny.
Abelard pochylił zarośniętą głowę przed opatem. Potem pozwolił pomóc sobie w zejściu z muła. Sam poruszał się z widocznym trudem, niczym człowiek trawiony przewlekłą chorobą. Nie to jednak zaniepokoiło Wielebnego, lecz wyraz znużenia malujący się na pokrytej kurzem twarzy filozofa; grymas wędrowca pozbawionego nadziei na dotarcie do celu.
– Wielu u was zostaje? – zapytał Abelard. Z ociąganiem pozwolił wprowadzić się do bramy. Ten i ów podejrzliwie spoglądał na wyniszczonego, tyczkowatego mężczyznę, wspartego na ramieniu małego opata. Muł postępował za nimi niczym pies.
– Jesteśmy pokojem – padła odpowiedź.
– Wiedziałeś, że w końcu tu dotrę?
– Dwadzieścia lat czekałem, byś przyjął mą gościnę.
Abelard zwiesił głowę.
– Dwadzieścia lat – powtórzył Wielebny. Nie było w tym wyrzutu. Jedynie ulga, że to oczekiwanie właśnie się skończyło. – Czy ktoś na moim miejscu ośmieliłby się stracić nadzieję?
Jego towarzysz gwałtownie przystanął.
– Jestem heretykiem. Papież...
Spojrzenia obu mnichów spotkały się: oczy Abelarda przepełnione były mądrością, bólem i pokorą, o którą nikt nie posądzał go przed laty.
– Mistrzu Abelardzie, napiszę w twojej sprawie do papieża. – Piotr Wielebny patrzył nań z radością obdarowanego dziecka. Zanurzyli się w błękitny chłód bramy. I wtedy z piersi Abelarda wydobyło się głębokie westchnienie: opat tylko się uśmiechnął.

* * *

„Następnie z mojej namowy, a jeszcze bardziej – jak w to wierzę – z Boskiego natchnienia wyrzekł się szkoły i kłopotów związanych z pracami naukowymi, i tutaj, w naszym kluniackim opactwie, wybrał sobie miejsce dozgonnego pobytu. W przekonaniu, że takie przedstawienie sprawy odpowiada i jego starości, i osłabionym już siłom, i pobożności, zgodziłem się na to życzenie, mając nadzieję, że jego wiedza, w całej swej rozwlekłości dobrze chyba Wam znana, przyniesie pożytek wielkiej rodzinie naszych braci. Pod warunkiem, że to będzie mile widziane przez Waszą Łaskawość i uznane za dobre, pozwoliłem mu chętnie i szczerym sercem, aby pozostał z nami, którzy, jak wiecie, jesteśmy Waszymi sługami we wszystkim. Proszę więc Waszą Świątobliwość gorąco, ja, najniższy wprawdzie, ale zawsze wierny wasz sługa, prosi oddany wam całym sercem kluniacki klasztor, prosi on sam w imieniu własnym i naszym, prosi przez list, który napisałem na jego prośbę, przez doręczycieli niniejszego pisma, a Waszych synów, abyście pozwolili mu w Waszym opactwie w Cluny spędzić resztę dni życia i starości, których, być może, pozostało mu już niewiele. I kiedy już jak wędrowny wróbel znalazł mieszkanie, kiedy jak gołębica – gniazdo i z tego się cieszy, niech nikt nie ma prawa wypędzać go siłą ani mącić jego spokoju. Zgodnie więc z Waszą ojcowską dobrocią, zgodnie z poszanowaniem, jakie macie dla każdego prawego człowieka, oraz ze względu na miłość, jaką zawsze żywicie do Abelarda, osłońcie go łaskawie tarczą swej apostolskiej opieki”.

2. „Musisz zrozumieć, że tym większa jest suma twoich względem mnie powinności, ponieważ związał cię ze mną sakramentalny węzeł małżeński. Tym większej jestem godna troski twej i pamięci, że cię zawsze, jak cały świat przyzna, kochałam miłością bez granic... Tylko ty jeden mnie możesz zasmucić, tylko ty jeden możesz mnie również pocieszyć i rozweselić... A jak bardzo miłe są listy od nieobecnych przyjaciół, o tym sam Seneka uczy nas swoim przykładem... Bądź tak dobry i powiedz mi jedno, mój drogi: dlaczego po naszym nawróceniu, o którym ty sam zadecydowałeś, wcale nie pytając, jaka jest moja wola, dlaczego stałam się dla ciebie taka obojętna i tak niegodna twojej pamięci, że ani razu nie rozweselisz mnie w bezpośredniej rozmowie ani na odległość nie pocieszysz w liście dla osłodzenia rozłąki? Odpowiedz, proszę, jeżeli masz śmiałość, albo nie! – ja raczej sama odpowiem za ciebie szczerze, co myślę, owszem, co cały świat podejrzewa: namiętność, nie przyjaźń, zew krwi płomiennej, nie miłość zbliżyły cię do mnie, więc kiedy wygasł żar twoich uczuć, na palenisku zostały same popioły. Pomyśl, o jak niewiele cię proszę, a zobaczysz, że to rzecz bardzo łatwa do wykonania. Oto, kiedy już nie mogę się cieszyć z twojej obecności, zechciej przynajmniej w słowach wyrazić prawdziwe nastroje twej myśli, które by we wspomnieniach pozwoliły mi odczuć wdzięk twej postaci. Serce moje biło wtedy nie dla mnie, ale dla ciebie. Ale i dziś zwłaszcza bardziej niż kiedy indziej, jeżeli nie jest przy tobie, nie ma go nigdzie, ponieważ żyć bez ciebie jest dla mnie niemożliwością. Spraw tylko, proszę, aby mi dobrze było przebywać myślą przy tobie, a będzie mi dobrze na pewno, jeżeli cię znajdę życzliwym, jeżeli w zamian za miłość okażesz miłość, jeżeli mi oddasz małe łaski za wielkie, za czyny – słowa”.

* * *

Opat znalazł Abelarda w ogrodzie, siedzącego nieruchomo pod dorodną lipą – upał zelżał, lecz nie na tyle, aby gardzić kojącym cieniem drzewa.
– Ciekaw jestem, jakie w tym roku będą zbiory wina... Da Bóg, że się udadzą. Gdyby jednak zechciał inaczej, to w klasztornych piwnicach mamy całą baterię „braci mniejszych”.
Abelard wybuchnął śmiechem, widząc przyniesioną przez Wielebnego Piotra omszałą butelkę. Opat pierwszy raz usłyszał ten śmiech. Śmiech pełen radości życia, na co dzień zapomnianej już przez wyniszczonego starca.
– Wiedziałem, Piotrze, jakie opactwo wybrać – powiedział.
Wielebny usiadł obok niego.
– Ziemia jest nagrzana, nie ciągnie od niej chłodem – mruknął. – Mnisi donieśli mi, że wciąż tu przesiadujesz... Przesiadujesz, aby wpatrywać się w jeden punkt, o, w tamten...
Abelard nie odpowiadał przez dłuższą chwilę.
– Tak, patrzę w stronę Parakleta. Chciałbym być tam pochowany... To jakbym wpatrywał się w życie wieczne.
– Czyż to nie tam ksienią jest Heloiza? Nie przyszedłem do mistrza Abelarda, aby rozmawiać o Bogu, tylko o Heloizie... O tęsknocie, która zmusza cię do codziennych wędrówek tutaj.
Abelard upił łyk burgunda wprost z butelki.
– A nie chcesz wiedzieć czemu... czekałeś dwadzieścia lat?
Abelard miał swoje powody – podążył oczyma za wzrokiem gościa.
– Długa droga wiodła go do tej lipy... Czy uświadomiłeś już sobie, mistrzu, że zamknąłeś w klasztorze ziemską miłość?
Filozof ciężko oparł się plecami o pień. Raz i drugi postukał weń potylicą. Kiedy tak czynił, mężczyzna zwany Wielebnym ze względu na swą świątobliwość podkładał mu dłoń pod głowę.
– Heloiza... Ona nie popełniłaby żadnego szaleństwa!
– Czyżbyś tak mało ją znał?! – zdumiał się opat. – Chyba nie myślałeś, że ci się sprzeciwi?!
Abelard wstał na tyle gwałtownie, na ile pozwalało mu schorowane ciało. Butelka trącona sandałem wywróciła się i ciężki trunek, wydzielając aromat dopieszczonych słońcem winogron, począł wsiąkać w rozgrzaną ziemię.
– Powiem ci coś, o czym nie wspominają w pieśniach. Nie kochałem jej wtedy. I nie wiem, czy kocham teraz.
– Głupiś. Jak to człowiek – wysapał Wielebny, ratując z pogromu resztki wina.
Abelard żachnął się jeszcze i powłócząc nogami, krokiem kogoś toczonego przez ciężką chorobę, ruszył w stronę dormitorium.

* * *

„Jeżeli od czasu naszego nawrócenia do Boga nie zwróciłem się jeszcze ani razu, droga Heloizo, do ciebie w liście ze słowami pociechy ani zachęty, przyczyną tego, wierz mi, nie jest moja oziębłość, lecz twoja mądrość, do której mam zawsze największe zaufanie. Byłem przekonany, że po prostu nie potrzebujesz tego rodzaju pocieszeń, lecz sama Łaska Boża udziela ci wszystkich koniecznych środków – tak, że i błądzących możesz oświecać, a i podupadłych na duchu pocieszać, i obojętnych zachęcać. Ale jeżeli w swej pokorze masz o tym odmienne zdanie i w sprawach, zwłaszcza które się odnoszą do Boga, potrzeba ci mej nauki i wskazówek na piśmie, owszem, daj mi znać, proszę, na jaki temat chcesz mieć odpowiedź, a ja ci odpiszę według tego, jak Bóg mi dopomoże”.

* * *

– Heloiza posiadała wszystkie zalety, które mają przyciągającą siłę dla zakochanych. Wtedy w Paryżu, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, była bardzo młoda, w swoim złotym wieku. Dorównywała mi wzrostem. – Podniósł oczy na słuchającego z uwagą Wielebnego. – Gdy dobrze ją poznałem, zrozumiałem, że w zaskakujący sposób potrafi wyglądać to przeciętnie, to oszałamiająco... Zmieniała się w piękność, nim ktokolwiek zdołał zobaczyć, że jest brzydka.
Piotr Wielebny głośno wypuścił powietrze.
– Była też mądra. Jej wuj Fulbert, skądinąd kanonik, pod którego opieką przebywała, szukał dla niej nauczyciela. Wszystkiego jednak ja ją nauczyłem, później. Szukałem okazji, by przez codzienne rozmowy zbliżyć się do niej i łatwiej skłonić do uległości. W tej myśli zwróciłem się do Fulberta i przy poparciu niektórych jego przyjaciół (a imię moje jako wykładowcy i filozofa wiele już wtedy znaczyło) prosiłem go, aby ze zwrotem kosztów utrzymania w dowolnej wysokości zechciał mnie przyjąć do swego domu, położonego bardzo blisko przy naszej szkole. Prośbę mą przystroiłem w pozory, że troska o gospodarstwo domowe jest dla mnie poważną przeszkodą w zajęciach szkolnych, a związane z tym nadmierne wydatki wielkim ciężarem...
Światło księżyca wpadające przez wysokie okna do Domu Opata nadawało twarzom siedzących naprzeciw siebie mężczyzn nieziemski wyraz. Wielebny starał się przeniknąć niezdrowe cienie i ujrzeć oblicze sprzed wielu lat. Oblicze kogoś, kogo pragnął mieć za przyjaciela.
– Dziwne, że noce teraz takie zimne – burknął, przerywając.
Abelard przytaknął.
– Fulbert spełnił moje życzenie i zaradził potrzebie kochania, oddając mi bez zastrzeżeń na wychowanie Heloizę, abym jej pomagał w nauce i poświęcał każdą chwilę wolnego czasu, tak w dzień, jak i w nocy, kiedy wrócę ze szkoły, a nawet abym surowo ją karał, gdybym widział, że jest niedbała... Ale nie była. Czy mówiłem ci, że włosy Heloizy są czerwone jak ogień? Słuchający pokręcił przecząco głową.
– Tym namiętniej chłonęliśmy czar miłosnych uniesień, nie doznając przesytu, że były to dla nas rzeczy dotąd nieznane. Pod pozorem nauki cały czas poświęcaliśmy sobie. Nad otwartymi zwojami więcej było mowy o miłości niż o nauce, więcej pocałunków niż uczonych sentencji. I częściej ręce me sięgały do jej piersi, niż dotykały kart książek. W miłosnym roznamiętnieniu przeszliśmy wszystkie stopnie kochania, spełniając każde szaleństwo rozigranej fantazji...
Dzwony poczęły bić na jutrznię.
– Fulbert, cóż... To o czym w końcu dowiadujemy się, musi wreszcie dotrzeć do naszej świadomości, a co wszystkim rzuca się w oczy, nie może na dłuższą metę ukryć się przed oczami kogoś jednego. Tak też po upływie wielu miesięcy się stało.
– Pora nam iść, bracie – rzekł Wielebny cicho.
– Heloiza była już w ciąży, wysłałem ją do klasztoru, aby pod opieką mniszek bezpiecznie urodziła. Sam zostałem w mieście. „Wujowi” obiecałem, że dam mu wynagrodzenie za krzywdy ponad jego oczekiwania, że mianowicie wezmę za żonę jego kuzynkę, którą uwiodłem. Pod jednym tylko warunkiem, że cała sprawa będzie utrzymana w tajemnicy, by nie przyniosła ujmy dla mego imienia... Jednej nocy, kiedy spokojnie spałem w odosobnionej izbie mojego domu, zbiry Fulberta przekupili złotem jednego z moich służących, wtargnęli i rzucili się na mnie, by dokonać okrutnej, a zarazem haniebnej zemsty...
– Musimy iść Abelardzie. Wszyscy pewnikiem już czekają.
Do tamtego jakby nic nie docierało.
– Myślałem w duchu, jak wielka sława, którą cieszyłem się do niedawna, za jednym podmuchem już nie tyle zmalała, ale raczej całkiem przygasła.
Groźne cienie rozpełzły się po kątach. Mrok ustępował przed nadchodzącym świtem.
Abelard podniósł się.
– Niemało zmartwienia miałem i z tego powodu, że według zabójczej litery prawa ludzie pozbawieni organów płciowych są w tak wielkim obrzydzeniu u Boga, że jak nieczystym i cuchnącym nie wolno im wejść w próg świątyni, Wielebny...
– Czy ożeniłeś się z Heloizą?
– Tak, tak. Jestem mężem mojej kochanki.
Dzwony rozdzwoniły się jeszcze głośniej, z wyraźnym przynagleniem dla wciąż nieobecnych.


Dodano: 2006-06-28 12:52:12
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nawiedzenia"


Wygraj "Ostatniego strażnika"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS