NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gwynne, John - "Gniew"

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Ukazały się

Abnett, Dan - "Pancerz pogardy"


 Pilipiuk, Andrzej - "Traktat o higienie. Z dziejów dra Skórzewskiego"

 Jadowska, Aneta - "Kurczaczek i Salamandra"

 Jaumann, Bernhard - "Sępom na pożarcie"

 Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

Linki

Pawlak, Romuald - "Inne okręty"
Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza Runa
Data wydania: Listopad 2003
Format: 185 x 125 mm
Liczba stron: 264
okładka miękka



Pawlak, Romuald - "Inne okręty"

Awayampa zachowywał się wobec jeńców tak brutalnie, że więźniowie modlili się o jego nagłą i bolesną śmierć. Kiedy jednak dotarli wreszcie do celu, de Manjarres uznał, że modły były stanowczo przedwczesne – i dotyczyły nie tej osoby, której powinny. Wódz poprowadził ich aż do Bambamarki, tak przynajmniej nazywał to miejsce Hijar, uparcie dowodząc, że kiedyś już tu był. Skoro wrzuciłeś pieniążek do fontanny, ironicznie pomyślał de Manjarres, nic dziwnego, że się teraz przepowiednia spełnia.
Ironia kapitana była jedynie rozpaczliwą próbą zdławienia rozpaczy. Tydzień morderczego marszu, z rzadka przerywanego odpoczynkami w przydrożnych tambos – a wszystko po to tylko, aby na koniec ujrzeć wielką schodkową piramidę, gigantyczny ostrosłup z dużych cegieł licowanych płaskimi płytami szarego wapienia tkwiący pośrodku rozległego placu. W cieniu piramidy stało kilka baraków, największy z nich długi może na sto kroków.
Z tego właśnie baraku na powitanie indiańskiemu oddziałkowi wyszedł kapłan, któremu towarzyszyło dwóch uzbrojonych żołnierzy. De Manjarresa przeszył dreszcz strachu i obrzydzenia, a tląca się iskra nadziei na jakiś szczęśliwszy los zgasła.
Za to Awayampa wyraźnie się ożywił. Z dostrzegalną ulgą przekazał więźniów, swoim ludziom rzucił krótki rozkaz i wkrótce razem zniknęli za piramidą.
– No, teraz to dopiero wpadliśmy w kłopoty – szepnął kapitan Hijarowi. Ten twierdząco skinął głową. Być więźniem żołnierza to coś zupełnie odmiennego od bycia jeńcem w rękach kapłana. Przykładów na tę różnicę dostarczała choćby praca Świętego Oficjum.
Oblicze długouchego nie pozostawiało złudzeń: przyglądał się im jak ludziom, z których bólem i strachem wyciskać będzie hiszpańskie tajemnice, zanim wreszcie pozwoli umrzeć. Byli przecież znienawidzonymi obcymi – a pomiędzy dwoma narodami od zawsze tkwił miecz wojny. W takich okolicznościach przestaje mieć znaczenie sposób zdobycia informacji, liczy się tylko jej jakość.
Długouchy szczególnie uważnie przypatrywał się de Manjarresowi. Wydawało się, że usilnie próbuje sobie coś przypomnieć. Ale chyba nie zdołał, bo zamamrotał do siebie gniewnie i machnięciem ręki kazał prowadzić więźniów za sobą, do baraku. Umieścili ich w osobnych celach. Wędrując korytarzami, kapitan słyszał niekiedy hiszpańską mowę. A więc nie byli sami, Indianie zebrali tu więcej nieszczęśników takich jak oni!
* * *
Zamknięty w pomieszczeniu długim na pięć, szerokim na trzy jego kroki, już po kilku chwilach de Manjarres poczuł się nieswojo. Nie potrafił pozbyć się widoku pobrużdżonej, nienawistnie uśmiechniętej twarzy kapłana – twarzy wojownika gotującego się do bitwy, w niczym nieprzypominającej oblicza duchownego zatopionego w modlitwie. Nastrój kapitana pogorszył się jeszcze bardziej, kiedy dotarło do jego świadomości, że skoro znalazło się tu więcej Hiszpanów, skoro wszystkich sprowadzono w jedno miejsce, oddając w ręce kapłanom, musiało to być elementem jakiegoś szerszego, długofalowego planu zrodzonego w głowie samego Manqu Yupanqui lub jego doradców.
To zaś oznaczało, że Inkowie wcale nie są tacy głupi, jak by się to mogło niektórym wydawać. Być może, poprzez swoich szpiegów, już wiedzieli o zbliżającej się hiszpańskiej armadzie?
* * *
– Chodź!
Chłopak miał nie więcej niż piętnaście, szesnaście lat, przy starszym kapłanie wydawał się jeszcze dzieciuchem. Ale to on odezwał się chropowatym hiszpańskim, tamten zaś milczał, beznamiętnie przypatrując się de Manjarresowi, jakby oceniał, czy więzień będzie sprawiał kłopoty.
– Chodź z nami – powtórzył niecierpliwie chłopak, gestem ponaglając jeńca.
Już wcześniej kapitan postanowił, że nie będzie się sprzeciwiał losowi, choć jeśli nadarzy się okazja ucieczki, wykorzysta ją. Dlatego nie zdradzał się ze swoją, słabą co prawda, znajomością keczua. To się może kiedyś przydać.
W głębi baraku, przy jednym z pomieszczeń zasłoniętych grubą kotarą z bawełnianej tkaniny, de Manjarresowi wydało się, że słyszy głos Hijara. Ale kiedy chciał go zawołać, dostał kijem po plecach, Hijar zaś (jeśli to naprawdę był on), nie dał znaku życia.
Wreszcie trafili do dużego pomieszczenia, gdzie czekała na nich spora grupa kapłanów. Pedro rozejrzał się po pokoju. Stołek pośrodku wolnej przestrzeni, dziwne siedzisko z wysoką żerdką z tyłu jako wsparciem dla pleców, zapewne przeznaczony był dla niego. Jeden z oczekujących, ten stary, który wyszedł im na spotkanie, siedział przy stoliku, na którym leżały niewielkie kero i miotełka spleciona z gałązek drobno ulistnionego krzewu. Pozostałych ośmiu kapłanów, usiłujących godnością dorównać swemu zwierzchnikowi, zajęło miejsca na niskiej ławie biegnącej pod ścianą po prawej, od strony piramidy.
Gdyby nie szaty i język, niczym by się nie różnili od Świętego Oficjum, pomyślał ponuro de Manjarres. Poza jednym: ci tutaj chyba nie wydają skazańca świeckim władzom, sami wykonują wyroki.
– Rozbierz się – zażądał chłopak.
Dziwny rozkaz, posłusznie jednak zdjął kubrak, koszulę, spodnie. Stanął przed nimi nagi.
Kapłani głośno zaczęli wymieniać pomiędzy sobą spostrzeżenia. Zaabsorbowany rozdziewaniem się z odzieży, dopiero teraz zorientował się, w czym rzecz. Zauważyli jego bliznę w kształcie grotu strzały, ślad na piersi po uderzeniu pioruna. Przeżył kiedyś taką przygodę, jeszcze w Hiszpanii, kiedy wędrując przez Mesetę, jako młody chłopak brał udział w przepędzaniu wielkich stad owiec na letnie pastwiska. Nie zdążył uciec w bezpieczne miejsce, gdy nadeszła gwałtowna burza. Piorun uderzył wprost w niego, ale jakimś cudem przeżył. Właściwie zdążył już zapomnieć o bliźnie, choć wyglądała faktycznie dziwnie, bo mimo że pierś miał porośniętą jak borsuk, dawna rana odcinała się gładką skórą.
Niespodziewanie dyskusję uciął stary kapłan.
– To tylko dzikus zza wody – rzekł z naciskiem, i reszta natychmiast zamilkła, jakby blizna de Manjarresa nigdy nie istniała. Chłopak posadził nagiego jeńca na krześle, po czym związał w taki sposób, żeby ten nie mógł się wyzwolić z pęt, końce sznura wiążąc do żerdzi za jego plecami. Siedział więc w tej niewygodnej, coraz bardziej doskwierającej pozycji – i czekał.
– Jak się nazywasz? – padło wreszcie pierwsze pytanie, które w wersji chłopaka brzmiało bardziej jak “co cię zowią”.
Spokojnie spojrzał staremu prosto w oczy.
– Pedro de Manjarres, kapitan na “Gwieździe Morza”. Macie ją w rejestrach portowych Tumbez, kilka razy w roku tam przypływam.
– Po co przybyłeś tym razem?
De Manjarres mimowolnie skrzywił się, co nie umknęło uwadze przesłuchujących. Najstarszy spojrzeniem wskazał chłopcu gałązki. Ten podszedł, ujął je ostrożnie za końce owinięte płótnem i ruszył w stronę jeńca.
– W interesach – powiedział szybko.
Chlast! – gałązki smagnęły przedramiona więźnia. Pociemniało mu w oczach. Ból był nieludzki, nigdy takiego nie zaznał, nawet postrzał z arkebuza w ramię sprawił mu mniejsze cierpienie. Coś musiało być w liściach, jakiś jad. Zwinął się na stołku, napinając więzy. Czuł ślinę i krew z przygryzionego języka cieknące mu po brodzie.
– Jesteś szpiegiem?
Z wysiłkiem uniósł głowę...
Chłopak już znów podnosił się z ławki.
– Nie! – powiedział szybko de Manjarres. – Garnki i mięso za kukurydzę, złoto za tkaniny...
Chlast!
Stracił przytomność.
* * *
– Jesteś szpiegiem?
Skinął głową. Przecież nie miało znaczenia, co powie. Był Hiszpanem, więc musiał być szpiegiem, innej możliwości zebrani nie przewidzieli.
– Ile waszego wojska ma tu przybyć?
Ból był straszny. Niezależnie od odpowiedzi, chłopak co jakiś czas na znak kapłana smagał jeńca miotełką. A kiedy wydawało się im, że kapitan kłamie lub nie mówi całej prawdy, od razów aż świszczało. Pod stołkiem zebrała się kałuża krwi, śliny i ekskrementów.
– Nie wiem, na rany Chrystusa, nie wiem! – wychrypiał. Czy jest głównodowodzącym, żeby to wiedzieć?
Stary kapłan przyglądał mu się chwilę w milczeniu. Skubnął miotełkę czubkami palców i nawet się nie skrzywił. Wreszcie zdecydowanym gestem odsunął ją od siebie i sięgnął po kero. Chłopak zrozumiał jego intencje i wziął naczynie z rąk długouchego. Podszedł do de Manjarresa i uniósł je do jego ust.
– Wypij – rzekł. – Chyba że chcesz dalej cierpieć.
Gorliwie przytknął usta do brzegu naczynia. Nie powiedział im o Asarpay – to dobrze. Już wiedział, że sam jest stracony, ale może chociaż dziewczyna się jakoś wywinie. Podejrzewał, że staremu nie spodobałyby się jej kontakty. Niewygodny stołek jakby mniej sprawiał niewygód, ból topniał... Pedro stawał się coraz lżejszy, jego ciało coraz bardziej przezroczyste... aż wreszcie odpłynął w ciemność pełną strasznych i niepojętych wizji.
* * *
Jakaś przyodziana w biel kobieta poiła go jak dziecko.
– Pij – mówiła, a on posłusznie przełykał wodę, nie wiedząc, czy to dalszy ciąg przesłuchania i wizje przyprawiające go o drżenie ciała i krzyk czy rzeczywistość.
– Pij – mówiła, a on, czując na wargach chłodny dotyk naczynia, pił.
Później śnił, choć po przebudzeniu nic nie pamiętał, poza ulotnym wrażeniem, że były to straszliwe koszmary.
* * *
Któregoś dnia poczuł się lepiej. Wkrótce przyszli po de Manjarresa świątynni żołnierze i powiedli go korytarzem do innego pomieszczenia, położonego w drugim końcu baraku. Tam obejrzał go sobie jeden z młodych kapłanów.
Później wyprowadzili go na światło dnia, gdzie czekała niespodzianka: na niewielkim wewnętrznym dziedzińcu świątynnego baraku siedzieli pozostali przy życiu Hiszpanie. Na widok kapitana podnieśli się z okrzykami radości. Ach, jakżeż cudnie było widzieć te zarośnięte hiszpańskie gęby. Ściskali się bez opamiętania, krzyczeli, bili po plecach, jakby wygrali w kości pokaźną kwotę, nie zaś siedzieli w niewoli, w przededniu wojny, z dala od swoich, czekając na niechybną śmierć.
Pedro pierwszy się opamiętał.
– Więc żyjecie...
– A jakże – odparł Diego Monroy e Hijar we własnej osobie, z krzywym uśmiechem ściskając dłoń de Manjarresa. – I jak widać, ty także przeżyłeś ten paskudny napitek, którym nas uraczyli... choć pono ciężko było z tobą po tej truciźnie. Głupi, chcieli, żebyśmy im powiedzieli całą prawdę o wojnie. – Hijar roześmiał się szyderczo. – Ja tam nic nie wiem, to i tyle im powiedziałem... No, a teraz stłoczyli nas tu, i czekamy Bóg jeden wie na co...
Rzeczywiście, po przesłuchaniu rozpoczął się dla jeńców czas wyczekiwania. Usługiwały im wciąż te same kobiety – i wciąż, mniej czy bardziej dyskretnie, pilnowało ich kilku uzbrojonych strażników.
Skracali tę przymusową bezczynność rozmowami o swoim własnym życiu, bo tematów poza nim niewiele mieli do omówienia. Zawiązały się swoiste grupki, we własnym gronie usiłujące jakoś zagospodarować ten czas. Podstawowe pytanie brzmiało: co dalej? Co z nami będzie?
– Skoro nie zabili nas od razu po przesłuchaniu – perorował któregoś razu Hijar, dla podkreślenia wagi słów stukając w ścianę budynku, o którą się opierał – możliwości są w zasadzie dwie. Albo przeznaczyli nas na ofiarę, za czym, niestety, przemawia fakt, iż złożenie białych w wojnie z białymi to stosowna ofiara w tych ich pogańskich kultach, albo chcą nas wymienić na swoich... być może kiedy wybuchnie wojna i pojawią się jeńcy.
Hijar właściwie nie powiedział niczego nowego. Reszta jednak słuchała go jak przywódcy, bo był wprawny w mowie i w kilku słowach zawarł to, co innym w postaci luźnych myśli plątało się po głowach.
De Manjarres przysłuchiwał się tej dyskusji (jak i wszystkim innym) z obojętnością. Hijar rozwodził się nad tym, co uczynią z nimi Indianie, podczas kiedy naprawdę liczyło się to, co oni będą potrafili zrobić sami dla siebie. Kapitan nie zamierzał czekać, aż jakiś długouchy złoży z jego trzewi czy serca ofiarę swojemu bałwanowi. Im dłużej przyglądał się pozostałym, tym wyraźniej dostrzegał, że odcięci od swoich, wywiedzeni w góry – już pogodzili się z przydzielonym im losem.
Owce, myślał z pogardą, owce na rzeź. Tylko beczeć potrafią.
Opowiedział im więc, nie żałując soczystych szczegółów, historię, która wydarzyła się jeszcze w czasach, kiedy terminował w Sewilli: jednym statkiem przewozili wtedy barany i starego granda de Castro w dół rzeki, do portu Los Horcades. Słuchali z rozdziawionymi gębami, jak to grand zirytowany hałasem czynionym przez głupie zwierzęta – a nie mogąc zejść ze statku i odbyć podróży w inny sposób – zapłacił za ładunek i kazał barany wywalić do rzeki, co też rozbawieni marynarze uczynili z ochotą.
Śmiał się razem z nimi, bo choć w jego opowieści kryła się okrutna drwina z nich samych, żaden nie pojął ironii, co szczerze go rozbawiło.
* * *
– Słyszysz? – obudził kapitana kułak w bok. Stęknął i otworzył oczy. Busquero nachylał się nad nim. – Słyszysz? – powtórzył niecierpliwie.
Przez cienkie ściany baraku niósł się odgłos piszczałek i bębnów. Niemal natychmiast, nim któryś z towarzyszy niedoli zdążył się odezwać, przemknęła de Manjarresowi myśl: zaraz złożą ich w ofierze! W twarzach pozostałych Hiszpanów, oświetlonych blaskiem księżyca wpadającym przez wąskie okno, wyczytał taki sam paniczny strach.
Śpiewy i hałasy nie milkły przez całą noc. Dopiero rankiem Ucent podsłuchał rozmowę dwóch strażników i rzecz się wyjaśniła: kapłani gościli dowódców maszerujących w stronę wybrzeża wojsk jednego z plemion podległych wielkiemu Ince. Nie tylko Hiszpanie gromadzili i przegrupowywali wojska przed rozpoczęciem walk.
De Manjarres zmienił swą decyzję sprzed kilku dni. Trzeba uciekać, nie czekając na to, co przyniesie los. Bo z każdym dniem może być jedynie gorzej.
* * *
Dni mijały więźniom na rozmowach i grach. Hijar miał talię kart, dwaj inni kości – i wokół tego koncentrowało się ich obecne życie. Któregoś dnia, gdy de Manjarres wraz z resztą Hiszpanów pod strażą wracał na noc, w głębi korytarza, kilkadziesiąt kroków dalej, pojawiła się grupa Indian. Przez mgnienie oka – tę króciutką chwilę, nim strażnicy wepchnęli go do celi – miał wrażenie, że dostrzega pośród nich Asarpay. Była niemal zasłonięta, ale przecież znał ją tak dobrze, jej sposób poruszania się, gesty... Nim jednak ochłonął i odezwał się, zniknęli mu z oczu.
Usiadł na swoim posłaniu i zaczął się zastanawiać, czy naprawdę ją widział, czy to nie złudzenie, wywołane tęsknotą.
Wreszcie nie wytrzymał.
– Jak myślisz, Diego: możliwe, żeby w tej grupie, która przeszła tamtym bocznym korytarzem, mogła być ta moja Indianka, Asarpay? – spytał półgłosem Hijara, który siedział na posłaniu obok.
Ten uśmiechnął się lekko, skrzywił usta w grymasie mającym pewnie oznaczać “A pewnie, oczyma wyobraźni to nawet diabła na księdzu można zobaczyć”.
Tymczasem reszta bractwa przyglądała się de Manjarresowi z niesmakiem. Rozmowy o kobietach na mocy milczącej umowy były zakazane. Każdy gdzieś zostawił a to żonę, a to kochankę, a jeszcze, nie daj Boże, pierworodnego syna. Zachowanie kapitana, który już wcześniej, pomijając szczegóły, opowiedział im o Asarpay, teraz przypomniało im o tamtej rzeczywistości.
– Myśmy chocia za złotem poszli w te pierdolone górzyska, dla zarobku, życie odmienić, do kraju wrócić z trzosikiem i dobrą ziemię kupić... A jak nie, to przynajmniej wojnę dla króla wygrać, chwała zwycięzcy, zawsze to coś warte, choć nie w pieniądzu – warknął wreszcie Torregoya ze złością, gniewnie błyskając oczyma. – A ty? Za głupią babą polazłeś, w dodatku Indianką. Na fury takich w Panamie, za sztukę złota setkę bym ci przyprowadził, tylko powiedz, dokąd ten babiniec kierować.
Tego już było de Manjarresowi za wiele. Rzucił się na Torregoyę z pięściami, krzycząc:
– Głupia? Ty mule, ty...
Torregoya nie pozostał mu dłużny.
– To ty głupi – odparł, uśmiechając się złośliwie. Bez ostrzeżenia uderzył kapitana pięścią w twarz. Zaczęli się tarzać po ziemi, kopać, Torregoya ugryzł de Manjarresa w szyję, gdy ten zaczął go dusić. Hijar rzucił się do rozdzielania walczących. Uczynili to również obserwujący ich dotąd spokojnie strażnicy. Włóczniami rozpędzili resztę Hiszpanów, później zawlekli obu mężczyzn do śmierdzących, wąskich, ciemnych komórek w pobliżu kojców dla świnek morskich i lam.
Torregoya ze swej komórki próbował zagadywać de Manjarresa, prowokował do słownej utarczki, ale Pedro milczał. Słowa Torregoi wciąż dzwoniły mu w głowie.
Prawda, pognał w góry za kiecką jak szczeniak, ale tego nie żałował. Kochał tę dziewczynę, zbliżała się wojna, musiał dokonać jakiegoś wyboru, więc go dokonał. Wojna nie była jego sprawą, mógł na niej wygrać lub przegrać, ale mógł się przede wszystkim w nią nie mieszać. Wpakował się w kłopoty, bo chciał spod skrzydeł nadciągającej nawałnicy wyrwać Asarpay. Nie miał o to do siebie pretensji.
Ciężko mu było z innego powodu. Zostawił statek, to raz. Może “Gwiazda” zawinie bezpiecznie do Panamy, oby – niepokój jednak pozostaje, a i Tenorio, który wyłożył pieniądze na wyprawę, nie pochwali takiego zachowania. Gryzło to kapitana jak pchła.
Jeszcze gorzej mu było, gdy wspomniał los swego przewodnika. Gdyby odnaleźli Asarpay, wrócili do Tumbez, albo gdyby nie odnaleźli, ale chociaż bezpiecznie powrócili, nie miałby jego śmierci na sumieniu. A tak czuł się odpowiedzialny – nie za lawinę, oczywiście, na to nie miał wpływu, w to wmieszały się indiańskie bóstwa, naturalne żywioły albo sam Bóg. Niemniej ponosił winę za to, że wyciągnął spokojnego Indianina w góry, w swojej przecież sprawie. W dodatku Lumenaui zginął na próżno, skoro de Manjarres został wzięty w niewolę, w beznadzieję.
Może bijatyką próbował zamazać prawdę, którą tamten miał odwagę wypowiedzieć?
Torregoya wkrótce zaczął chrapać. Pedro tymczasem spędził noc bezsennie, na jałowych rozmyślaniach, które prowadziły donikąd. Rankiem, gdy ich wypuścili i pozwolili dołączyć do reszty Hiszpanów, kapitan ledwie widział na oczy przez piasek niewyspania, a do żadnych nadzwyczajnych konstatacji i tak nie doszedł.
* * *
Obudził go dotyk dłoni na ramieniu. Wstrząsnął się i otworzył oczy.
I zobaczył ją. Nim zdążył się odezwać, gestem nakazała mu milczenie. Wzięła go za rękę i powiodła przez zasłonę. Strażnik, Indianin o regularnych rysach twarzy, uśmiechnął się do nich i odwrócił. Zaprowadziła go do pustego pokoju, prawie na drugim końcu baraku, niemal pod piramidę. Stały tam oparte o ścianę bele tkanin. I niewielki stoliczek, na którym czyjaś szczodra ręka postawiła bukłak z winem i dwa proste drewniane kero.
– Och, Pedro... – powiedziała tęsknie Asarpay, obejmując de Manjarresa i przytulając się mocno do niego.
– Ty tutaj?! – żachnął się, bo wszystko mu się mieszało, szczęście z rozpaczą, a gniew z radością. – To ja... a ty... – ucinał zdania. – Uch... – zmełł w ustach grube przekleństwo.
– Tutaj... – przytaknęła, nawet nie próbując zrozumieć jego zachowania. – Źle? Mogę odejść...
W sercu wroga, w cieniu inkaskiej świątyni, pleść takie bzdury... Odejść? Jak mogła odejść?! Teraz, kiedy ją wreszcie odnalazł?! Refleksja, że raczej przywiedli go jak barana, przyszła dopiero po chwili.
– Odejść – nabrał tchu. – Tak, razem ze mną.
Asarpay tylko się uśmiechnęła.
– To niemożliwe, Pedro – rzekła. – Jak chcesz pokonać drogę do oceanu? Dokoła tyle wojska, że mysz się nie prześlizgnie. Zresztą nie masz się czego obawiać. Nic ci nie grozi, nie po tym widowisku, jakie im zafundowałeś...
De Manjarres szeroko otworzył oczy ze zdumienia. Widowisko? O czym ona mówiła?
– Bóg Grom, po naszemu Illapa, wybiera swoich posłańców tu, na ziemi – zaczęła wyjaśnienia Asarpay. – Blizna od pioruna to znak jego wybrańców...
Ach, blizna... – wspomniał. Cóż ma do rzeczy ten dziwaczny wybryk losu?
– Ale przecież widziałaś ją setki razy... i nic nie mówiłaś!
Roześmiała się. Dotknęła jego piersi, jakby chciała pogładzić bliznę przez materiał kaftana.
– I nic nie mówiłam, rzeczywiście. To są nasi bogowie, nie twoi, tak jak nasze święte skały to nasza sprawa, nic wam do tego. Zresztą kto mógł przypuszczać, że Illapa zechce się posłużyć Hiszpanem, przybyszem, że to nie zwykły kaprys żywiołu?
De Manjarres otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.
– I ty w to wierzysz? Że jestem posłańcem waszego boga?
Asarpay sięgnęła po kubki, nalała wina. Podała kero mężczyźnie, upiła łyk ze swojego, nim odpowiedziała.
– Nie wiem. Zresztą, naprawdę kapłani wystraszyli się czegoś innego – ciągnęła z wahaniem. – Uajenno, główny kapłan świątyni, zignorował ten znak, wbrew opinii reszty. Nakarmili cię zielem prawdy...
– Zielem prawdy? – powtórzył za nią zdumiony. – A cóż to jest, do cholery? Czy działa jak te proszki arabskiej proweniencji? Ale żaden z nich nie dawał prawdy, wręcz przeciwnie, wiem, bo sam próbowałem... i potem tylko głowa bolała.
Dziewczyna niecierpliwie machnęła ręką, żeby jej nie przerywał.
– O waszych, arabskich, nic nie wiem. To nasze zioło, po którym wypytywany człowiek mówi prawdę, choćby nie chciał, nawet jeśli to wielka tajemnica. No więc dali ci wypić napar z ziela i wtedy zamiast prawdy o przygotowaniach do wojny przepowiedziałeś śmierć Manqu Yupanqui, upadek Tawantinsuyu, kres naszego narodu i państwa, straszne zbrodnie, upadek wiary... Podobno wieszczyłeś tak strasznie, że Uajenno chciał cię natychmiast zabić, by twoje słowa nie plamiły naszych świętych gór.
De Manjarres zaśmiał się w oszołomieniu.
– Dobrze, że się powstrzymał.
Asarpay pokręciła głową.
– Uajenno przestał być głównym kapłanem – wyjaśniła z okrutnym uśmiechem, jakby miała z nim osobiste porachunki i była zadowolona z losu, jaki go spotkał. – Orzekli, że jesteś niby podziemne źródło, które za przyczyną ziół wyszło na powierzchnię. Jesteś Pocyo Illapo, Źródło Illapy. Dlatego boją się zrobić ci krzywdę. Ale uciec nie pozwolą.
– A właściwie, jak mnie znalazłaś? – zaciekawił się de Manjarres.
– Miałam w Chaguarpampie własne sprawy do załatwienia... I nie wiedziałam, że mnie szukasz... Potem powędrowałam do Cajas... stamtąd tutaj... a kiedy rozeszło się, że w świątyni jest biały z blizną w kształcie grotu włóczni, który głosi proroctwa, od razu się domyśliłam, że to o ciebie chodzi – odparła. – Reszta była prosta. Tamamsa, nowy główny kapłan świątyni, szybko dał się przekonać, że znając biegle hiszpański i ciebie, od dawna szpiegując dla naszych, będę cię miała lepiej na oku niż inni... choć pewnie nie wie, z jak bliska.
– Więc jednak jesteś szpiegiem... jak podejrzewałem.
Asarpay roześmiała się, pogroziła mu palcem.
– Ech, Pedro, po co udawać? A ty to niby nie jesteś szpiegiem, jak wszyscy Hiszpanie? Przecież cię nie sprzedałam... Mogłam, a nie sprzedałam. Teraz próbuję cię chronić – to mało? I kocham cię też naprawdę, to żadne udawanie – dodała ciszej. Znacznie ciszej. A potem, pokrywając nagłe zmieszanie, znów sięgnęła po kero, nalała sobie wina, wypiła duszkiem.
– Zaraz – rzekł nagle de Manjarres. – Jedną chwilę. A ci kapłani, w Tumbez? Co się wtedy stało? Nie odkryli bijącego w mojej piersi źródełka?
Dziewczyna popatrzyła na niego dziwnym wzrokiem, jakby urażona taką ironią, lekceważącym tonem.
– Są różni kapłani, tak jak wasi księża. Mówiłam, tamci zbagatelizowali ten znak – a może dawka, jaką cię za pierwszym razem nakarmili, była za słaba, byś zaczął wieszczyć? Pojęcia nie mam. Zresztą Uajenno też cię zlekceważył. Dopiero twoje proroctwa wypowiadane pod wpływem ziela zmieniły sytuację. Gdyby nie to, nikt by sobie nie zawracał głowy znakami na piersi jakiegoś tam Hiszpana... Chodź tu, pomóż mi rozwinąć tę belę... – podeszła do wspartych o ścianę rulonów tkanin i dotykiem starała się wybrać najdelikatniejszy.
Być może to, co uczynili później, było świętokradztwem, ale jeśli tak – było to piękne świętokradztwo.
– Co ty mu właściwie powiedziałaś? – spytał szeptem Pedro, spoglądając na strażnika, gdy Asarpay odprowadziła go pod drzwi pomieszczenia dzielonego przez wszystkich Hiszpanów. Indianin udawał, że niczego nie widzi, jego wzrok na wskroś przenikał przez kapitana, niby przez czyste górskie powietrze, sięgając wiejących chłodem lodowych kolosów.
– Że chcę sprawdzić, czy masz takiego samego ptaszka jak on.
* * *
Pomimo wszelkich przeciwności odnaleźli się więc, co zdjęło de Manjarresowi pewien ciężar z serca. Teraz pozostawało im wrócić w bezpieczne strony. Ba, tylko jak tego dokonać?
Nie było dnia, żeby Hiszpanie nie słyszeli ściągających z gór w stronę Tumbez oddziałów Inki. Jedni świętowali z hałasem, robiąc sobie w Bambamarce postój, inni wędrowali dalej przez miasto. Któregoś dnia Asarpay – kapitan wciąż potajemnie spotykał się z nią nocami, gdy reszta Hiszpanów zapadała w sen – niechętnie przyznała, że ściągnęło tu ponad czterdzieści tysięcy żołnierzy i pojawiły się duże kłopoty z ich utrzymaniem i wyżywieniem.
Wojna. Będzie wielka, krwawa wojna, rozmyślał de Manjarres. A my pośród wrogów. Jak stąd uciec, na Boga? Jak wymknąć się i dotrzeć do swoich?”
Wciąż i wciąż nakłaniał Asarpay do ucieczki, ona zaś wciąż i wciąż przecząco kręciła głową, mówiąc:
– Jesteś tu bezpieczny, Pedro. A wokół aż gęsto od wojska, łatwo zginąć. Kapłani obawiają się ciebie zabić, gdyż wiedzą, że naznaczył cię Bóg Grom, ale prosty żołnierz, gdzieś w zamieszaniu czy ciemnościach... Nie, Pedro, lepiej o tym nie myśl. Nie trzymają was na ofiarę, jak twierdzi ten głupi Hijar, choć on akurat świetnie by się nadał... Może robią to tak na wszelki wypadek, bo nigdy nic nie wiadomo... Tamamsa nie zdradza się ze swoimi planami, ale gdybyście mieli zginąć, już by to nastąpiło. Tu jesteś bezpieczny – powtarzała stanowczo, kończąc tymi słowami każdą rozmowę o ucieczce.
Wreszcie jednak, któregoś dnia, w słowach Asarpay pojawiła się nowa nuta. Ze smutkiem przyznała, że pojawił się plan przeniesienia więźniów dalej, może nawet aż do Cuzco, leżącego w głębi inkaskiego imperium. Kapitan nawet się nie zdziwił. Patrząc na ciągnące w stronę Tumbez wojska, od dawna przewidywał, że jeńcy, kobiety, inne przeszkody stojące na drodze wojennej machiny... to wszystko zostanie usunięte.
– I nadal uważasz, że jesteśmy bezpieczni?
Dziewczyna przecząco pokręciła głową.
– W rękach Tamamsy na pewno... ale dalej, kto to wie, jakie plany mają najwyżsi kapłani... Och, Pedro, nie męcz. Zastanowię się, przyrzekam.
De Manjarres wzruszył ramionami. Tu trzeba było działać. Im dłużej odwlekali decyzję o ucieczce, tym silniejsze miał przeczucie, że nie wyjdą z tej historii żywi.
* * *
W kilka mieczy może i daliby radę przebić się na wybrzeże, także i przez te armie. Za przewodnika mając Asarpay, unikając większych zgromadzeń...
– Nie, nawet Hijar – powiedziała jednak Asarpay, kiedy wyłuszczył jej swą myśl, żeby uchodzić w grupie.– Zwłaszcza on – dodała po chwili, zacinając usta w wąską kreskę. Nie polubiła go. Kto wie, może miała z nim jakieś doświadczenia, do których nie chciała się przyznać? – Nikt, tylko ty i ja, Pedro. To i tak straszne ryzyko.
Tymczasem następnego dnia wezwał de Manjarresa przed swe oblicze Tamamsa. Okazał się jednym z tych młodych kapłanów otaczających Uajenno podczas pierwszego przesłuchania. W jego pociągłej twarzy kryła się zaduma, gdy w skupieniu przyglądał się więźniowi.
– Powinienem cię zabić – rzekł wreszcie w keczua, szybko przełożonym przez chłopaka tłumacza, niepotrzebnie, bo tyle to kapitan rozumiał w indiańskim narzeczu bez niczyjej pomocy. – Powinienem cię zabić albo uwolnić, i waham się, co wybrać. Wróżby nie mówią, dlaczego Bóg Grom cię naznaczył. Powiedz mi, Hiszpanie, gdzie i kiedy się to stało?
Pedro wstrzymał oddech. Skłamać czy powiedzieć prawdę? Tamamsa zapewne nie żartował: od tych słów faktycznie może zależeć jego los.
– W waszych górach, kilka lat temu – rzekł wreszcie de Manjarres po długiej chwili wahania. Jeśli blizna ma oznaczać kontakt z ich bóstwem, niech to będzie tu i teraz, może to pomiesza plany długouchemu. Asarpay na pewno mu nie wyjawiła, że w rzeczywistości stało się to po drugiej stronie świata. Nie był zresztą pewien, czy kiedykolwiek rozmawiał z nią o tym, jak doszło do powstania blizny.
Tamamsa rzeczywiście wydawał się zdumiony i zagniewany, jakby te słowa pokrzyżowały mu jakiś obmyślony już w szczegółach plan.
– W pobliżu jakiegoś huaca – dopowiedział kapitan. Jak kłamać, to na całego. – Razem z przewodnikiem szliśmy ścieżką, tyle co wyminęliśmy ten wasz święty kamień...
– Gdzie?
– Powyżej Tumbez, a gdzieżby? – konsekwentnie brnął w kłamstwo de Manjarres, licząc na to, że nikt już nie będzie go karmił żadnym zielem prawdy albo podobnym świństwem. – Ale o szczegóły pytaj mojego przewodnika, on prowadził. A potem znosił, gdy po uderzeniu pioruna byłem bezwładny jak szmaciana kukła.
Tamamsa mierzył go takim spojrzeniem, jakby mógł wydusić prawdę z więźnia siłą swego wzroku. Wreszcie bez słowa, gestem tylko, kazał strażnikowi odprowadzić go do reszty Hiszpanów.
* * *
Kompanom ani myślał przyznawać się do tej rozmowy, jednak przy najbliższej okazji opowiedział jej treść Asarpay. Nie wydawała się zdziwiona.
– Mówiłam ci, że planują przenieść was wyżej, poza miejsce wojny – powiedziała. – Uajenno chciał cię zabić bez względu na ryzyko. Tamamsa prawdopodobnie rozważa, czy większym ryzykiem jest zabicie cię, czy pozostawienie przy życiu, a coś mi się wydaje, że koniecznie chce osobiście podjąć decyzję...
De Manjarres wzruszył ramionami.
– Tym bardziej musimy uciekać, póki to możliwe.
Dziewczyna niecierpliwie odgarnęła z czoła kosmyk włosów, który wymknął się spod spinki w kształcie liścia.
– Myślę o tym, Pedro. Ale to nie takie proste... jeśli ma się nam udać.
– W grupie byłoby bezpieczniej... – głośno rozmyślał de Manjarres.
Asarpay podeszła, spojrzała mu prosto w oczy, chwyciła za przeguby rąk. W jej spojrzeniu pojawiły się gniew i rozczarowanie, że nie rozumie.
– Zapomnij o tym, Pedro – rzekła twardo, jakoś tak nieprzyjemnie. – Może zaryzykuję życie dla ciebie, ale na pewno nie dla kogoś innego.
* * *
Nikogo z kompanii nie polubił, z nikim nie związał się, paru, jak Torregoyę, w innych okolicznościach chętnie by posłał diabłu wprost do kotła. Nie mógł już patrzeć na ich głupie gęby, czasem nie potrafił pojąć, jak złośliwy los mógł połączyć ich razem. Więźniów jednak, zawsze i wszędzie, obowiązuje pewna zasada: muszą trzymać się razem. De Manjarres i reszta musieli być przeciw Indianom, jeśli chcieli przetrwać. Solidarność nie gwarantowała niczego – ale może zwiększała szanse przeżycia o ten jeden drobny ułamek, który w istocie decyduje o powodzeniu lub krachu przedsięwzięcia?
Postanowił zmienić plan Asarpay, sprawić, by w chwili ucieczki reszta kompanii była do niej przygotowana. Niech się złości – kiedy będzie już za późno, przecież powiedzie całą grupę, nie odmówi. Potem mogą porzucić tę nieszczęsną zbieraninę, rozmyślał, och, uczyni to z wielką ochotą, naprawdę – najpierw jednak powinien wywieść ich z tej pułapki, zanim powie: “Teraz radźcie sobie sami”.
– Nie ma co siedzieć jak kury – zaczął któregoś dnia, kierując swe słowa do Hijara, gdy pozostali zajęci byli grą w karty po przeciwnej stronie dziedzińca. – Trzeba pomyśleć o ucieczce...
Hijar wzruszył ramionami, odgonił natrętnie latającą mu nad głową muszkę.
– Myśleć można – odparł. – Tyle że od myślenia głowa boli, a szanse na powodzenie żadne. Widziałeś te wojska idące pod Tumbez? Jak je wyminąć? A przecież nawet i stąd nie ma szans uciec, wokół pełno strażników. Nie, trzeba czekać...
– Czekać na śmierć – przerwał mu de Manjarres. – A nawet i ta lepsza w walce niż na ich ofiarnym ołtarzu!
– Mylisz się – spokojnie rzekł Hijar, odwracając się ku swemu rozmówcy. – Będzie wojna, to i jeńcy będą. Jeńcy po obu stronach, kapitanie. Wymienią nas na swoich – dokończył z przekonaniem. Wstał, przeciągnął się i zrobił krok w stronę grupki grającej w karty. – Tak będzie, Pedro, zobaczysz. A próba ucieczki, to dopiero jest pewna śmierć.
Ech, głupi bucu, pomyślał de Manjarres, dupo wołowa trawą faszerowana.
* * *
Po rozmowie z Hijarem podjął ostateczną decyzję.
– Dobrze – powiedział, gdy znów nocą spotkał się z Asarpay – uciekajmy sami, byle szybko.
Starał się uśmiechać, choć w istocie chciało mu się wyć z rozpaczy. Asarpay nie powinna jednak tego dostrzec. Nie powinna widzieć, że to, co ona robi z miłości do niego, jest powodem obrzydzenia de Manjarresa wobec samego siebie, poczucia, jakby sprzedał najmłodszego syna ludziom, którzy uczynią zeń ulicznego żebraka. Znał takie historie z Sewilli, gdzie biedacy, aby mieć na jedzenie, tak właśnie czynili. A potem odwracali głowę, gdy zdarzyło im się rozpoznać swe dziecko okaleczone, próbujące własnym bólem wzbudzić współczucie warte wrzucenia monety do proszalnej miseczki.
– Dobrze – powtórzył po chwili ciszej, spuszczając głowę. – Może masz rację...
Nie pomoże reszcie kompanii wbrew ich woli. Zginą, ale jeśli tego chcą... Skoro wybrali sobie na przywódcę głupiego Hijara, niech cierpią. De Manjarres bardzo chciał żyć. Na gniew, nienawiść i obrzydzenie do samego siebie, na pokutę nadejdzie czas później.
* * *
Przyszła po niego głęboką nocą. Obudził się dopiero pod dotykiem jej dłoni.
– Czas, Pedro – szepnęła.
Podniósł się z maty. Cokolwiek miało się wydarzyć – był na to gotów.
Wyszli na korytarz. Strażnik przy drzwiach drzemał na stojąco. Niewiarygodne? Znając Asarpay, de Manjarres nie zdziwiłby się, gdyby dosypała mu coś do jedzenia lub picia. Był to jeden z tych Indian, którzy widywali ich razem, być może Asarpay uznała jednak, że lepiej nie kusić licha.
Nieoczekiwanie, co nigdy się nie zdarzało, w głębi korytarza pojawiła się jakaś kobieta. Ziewała, lecz kiedy odjęła dłoń od ust, jej spojrzenie napotkało przytulonych do ściany uciekinierów. Ogarnęła ich sennym wzrokiem, ale gdy dotarło do niej, kogo widzi, wrzasnęła rozdzierająco.
– Tutaj! – krzyknęła równie głośno Asarpay, odgarniając zasłonę najbliższych drzwi i wpychając tam kapitana.
Tymczasem nadbiegł uzbrojony strażnik i runął w kierunku de Manjarresa. Wyciągnięte ostrze dzidy mierzyło wprost w brzuch zbiega. W ostatniej chwili Pedro odepchnął drzewce, pchnięcie poszło w górę i bokiem, rozcinając mu policzek. Napastnik wpadł na niego i razem potoczyli się do środka pomieszczenia, padając na ziemię. De Manjarres usiłował zepchnąć przeciwnika z siebie, ale ten zaciekle walczył, jedną ręką dusząc kapitana, drugą macając w poszukiwaniu dzidy, która wysunęła mu się przy upadku.
A z pewnością, obudzeni, już biegli ku nim pozostali świątynni żołnierze...
Naraz de Manjarres ponad głową Indianina ujrzał twarz Asarpay. Jednocześnie strażnik przeraźliwie krzyknął i zwiotczał.
– Szybciej! – krzyknęła dziewczyna, pomagając de Manjarresowi wyleźć spod przygniatającego go ciała. W plecach leżącego tkwił nóż wbity po rękojeść.
Budynek wibrował okrzykami. Tylko patrzeć, jak ich złapią, obedrą ze skóry, a potem złożą w ofierze jakiemuś bóstwu.
Asarpay nie dała mu czasu do namysłu i ochłonięcia. Pomieszczenie miało w zewnętrznej ścianie drugie, małe drzwi zastawione koszami suszonych bulw ziemniaków. Odsunęli je, wyciągnęli drewnianą tarczę wpasowaną w otwór i przeszli przez niego na zewnątrz, w ciemności nocy. Dziewczyna pociągnęła de Manjarresa za rękę, wskazując kierunek.
Krzyki niosły się za nimi, ale tak daleko od wybrzeża nikt nie spodziewał się zagrożenia, a ludzie pogrążeni we śnie nieprędko odzyskiwali jasność umysłu. Nim zorganizowano pogoń, Asarpay wyprowadziła ich poza miasto, w krzaczaste jary.
Posuwali się w nikłym świetle księżyca. Pokonując zarośla, de Manjarres podrapał sobie twarz kolczastymi gałęziami, klął więc niemiłosiernie. Posłusznie jednak wędrował za dziewczyną, bo co tu dużo gadać, jeśli nie oddalą się szybko, rankiem poszukiwacze wybiorą ich jak kocięta z kryjówki. Na odpoczynek przyjdzie pora później.
Zresztą w niewoli dosyć się naodpoczywał.
* * *
Asarpay poprowadziła ich w bok od głównego szlaku wiodącego w stronę Tumbez. Idąc w stronę Cajamarki, stwierdziła, mają większe szanse na ominięcie oddziałów wojska zmierzającego w stronę wybrzeża.
– A kiedy dotrzemy w okolice Chinuari, jednego z naszych wielkich miast – pospiesznie wyjaśniła mu resztę planu – weźmiemy łódkę i spróbujemy spłynąć do oceanu. Dopiero stamtąd ruszymy wzdłuż wybrzeża, z powrotem do Tumbez. Dalej, ale bezpieczniej.
Zamysł w istocie okazał się dobry, bowiem na wąskich górskich ścieżkach spotykali głównie dzikie lamy i drobne gryzonie. Dopiero trzeciego dnia natknęli się na mały oddział patrolowy.
Tamci zmierzali w stronę, skąd właśnie nadeszli uciekinierzy. Szczęśliwie Asarpay, idąca przodem, usłyszała ich, zdążyli się ukryć ponad ścieżką, wspiąwszy się na skały porośnięte gęstymi sucholubnymi pnączami o dziwacznej fioletowej barwie i pierścieniowatych łodygach. Leżąc płasko na brzuchu, odsunąwszy na bok jakąś ciekawską jaszczurkę, która próbowała dotknąć jego ręki, de Manjarres modlił się, aby Bóg okrył ich płaszczem niewidzialności. Dostać się w indiańskie ręce teraz, gdy udało im się uciec ze świątyni, doprawdy byłoby to zbyt okrutną ironią losu.
Najgorszą torturą dla de Manjarresa było to, że musiał bezczynnie leżeć i nasłuchiwać monotonnego stukotu stóp obutych w skórzane sandały. Przejdą? Nie przejdą?
Minęli ich i poszli dalej. Kroki poczęły cichnąć, zagrzechotały jeszcze kamyki strącone w przepaść...
Naraz poczuł, że spada. Nie był to prawdziwy fizyczny upadek, leżał przecież na skale, wczepiony w nią jak niemowlę w ciało matki – nagle jednak ogarnęło go przedziwne wrażenie, jakby znalazł się dwa kroki niżej, jakby ziemia usunęła mu się spod nóg i zatonął w miękkiej, roztopionej skale. Przed oczyma wystąpiła mgła, zacierając widok do niewyraźnych plam. Próbował zawołać Asar...

...wiedziałem: niech go szlag trafi! – powtórzył Usuartes zaraz po wyjściu łącznika od generała Pedrazy. – Bo i co innego mam powiedzieć, skoro straciliśmy tylu ludzi, próbując zdobyć tę nieszczęsną twierdzę, a teraz mamy od niej odstąpić? To po co ci ludzie ginęli, Morilla? Dla kaprysu Pedrazy? – Z gniewem zmiótł ze stołu swoje talerze i naczynia, bo łącznik trafił akurat na kolację dowódców.
Morilla, jego zastępca, wzruszył ramionami.
– Generał w prawie był podjąć taką decyzję, to i podjął – rzekł, wróciwszy do posiłku. Rwał palcami kawałki kukurydzianego chleba z grubej pajdy i maczał je w mięsnym sosie. – Skąd wiesz, co się dzieje w Altar de Triunfo? Może wieści wojenne nie są wcale tak dobre, jak się wydaje? Pamiętaj, że zdobyliśmy to, co łatwo było zdobyć, a reszta ich miast broni się dobrze: weź Cuzco, weź te twierdze na wschodnich stokach Andów, o których istnieniu wiemy, ale nie mamy jak ich sięgnąć i zniszczyć. Co tu dużo gadać, może Pedraza chce ludzi oszczędzić, wiedząc, że i tak przyjdzie kolejny rozejm?
Usuartes wstał i gniewnym ruchem odgarnąwszy połę namiotu, wyszedł na zewnątrz.
Na horyzoncie, na szczycie wzgórza, majaczyła potężna twierdza Sacsayhuaman, którą oblegali od miesiąca. Kilkakrotnie byli już blisko zdobycia, raz wdarli się nawet w mury, wcześniej armatami dokonawszy wyłomu w pierwszej z trzech zębatych linii umocnień, ale musieli odstąpić przed kartaczami i falą strzał, którymi z wież wpasowanych w kamienne ściany indiańscy obrońcy bezlitośnie zarzucili Hiszpanów i kilku swoich, pozostałych w pierwszej linii murów. Później zrobiła się noc i ludzie Usuartesa musieli wycofać się na pozycje. Ostrzał z daleka zdawał się nie robić na Indianach wrażenia. Sytuacja była więc beznadziejna.
Co gorsza, Morilla miał trochę racji. Wojna toczyła się od czternastu lat, zdobyli w tym czasie większość inkaskich terytoriów, ale Indianie bronili wciąż Cuzco, swojej stolicy, wykorzystując ukształtowanie terenu. Z przodu stała półmilionowa chyba armia, na tyłach stolicę chroniły dwie twierdze, nie pozwalając Hiszpanom zacisnąć pełnej pętli oblężenia. Wreszcie Pedraza wpadł na niegłupi pomysł, aby zdławić Cuzco, kierując atak najpierw na północ, wziąć twierdzę Sacsayhuaman, która wydawała się nie tak dobrze ufortyfikowana. Wysłał tam dwóch swoich najlepszych dowódców.
Od miesiąca udowadniali, że może wcale nie są tacy najlepsi. Albo twierdza znacznie mocniejsza, niż to sobie wyobrażał Pedraza na podstawie meldunków i szkiców. To drugie było chyba bliższe prawdy, bo mury słabo poddawały się ostrzałowi, kamienie wpasowane były tak ściśle, że noża między szczeliny by nie włożył, a pomiędzy nimi leżały setki, jeśli nie tysiące kryjówek dla obrońców, którym artyleria nie potrafiła zagrozić.
Naraz Usuartes poczuł ukłucie w piersi. To odezwała się rana po postrzale z arkebuza odniesiona przy zdobywaniu Andamarki. Zawsze o sobie przypominała, kiedy się mocno zdenerwował.
Wrócił do środka.
– Zanim odejdziemy, podejmiemy atak – zdecydował. – Jeszcze raz, dla spokoju sumienia.
Morilla podniósł ku niemu zdumione spojrzenie. Ręka z ostatnim kawałkiem chleba, którym czyścił talerz z resztek sosu, zawisła w powietrzu.
– Nie słyszałeś rozkazu? Mamy ruszać pod Cuzco... A zresztą – Morilla uśmiechnął się ponuro – dosyć już mam tego jałowego oblegania. Jeszcze bardziej zaś niepotrzebnych strat.
– To zbieraj swoich ludzi – gniewnie rzekł Usuartes.
– A żebyś wiedział, że tak zrobię, i jeszcze opowiem Pedrazie, jaki to z ciebie głupiec. Chcesz, to giń, ja swoim ludziom z radością dam parę dni wytchnienia – Morilla zakończył tę bezsensowną rozmowę i odwrócił się w stro...

...łeś nas wpakować prosto w ich ręce... Leż! – powiedziała szybko Asarpay, widząc, jak unosi głowę. Wciąż wyciskała de Manjarresowi wprost do ust sok z trzymanych w ręku liści o lancetowatym wyglądzie. – Nic nie mów.
Roztrzęsiony mężczyzna nie wiedział, co się dzieje. Sok był cierpki, w głowie mu się kręciło, czuł narastający strach. Była to kolejna wizja, kompletnie odmienna od tej, której sam nie pamiętał, ale którą opowiedziała mu Asarpay, a która tak wystraszyła Uajenno, Tamamsę i resztę świątynnych kapłanów.
– Mówiłem coś? – spytał wreszcie po dłuższej chwili.
Asarpay pokręciła przecząco głową. Wyjrzała, aby sprawdzić, czy nie wraca indiański patrol.
– Tylko jęczałeś. Bałam się, że usłyszą.
De Manjarres zaklął soczyście.
– I jaka była ta wizja? – spytała Asarpay. – Dobra przyszłość?
Przekręcił się na bok.
– Podła – mruknął, podnosząc się ze skały, bo trzeba było iść dalej. – Ci twoi długousi otworzyli mi drzwi do pokoju, w którym aż się roi od potworów. A wolałbym jakieś ostrzeżenie przed lawiną, w której zginął mój przewodnik.


Dodano: 2006-06-28 12:48:02
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Kulawego szermierza"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS