NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Cameron, Miles - "Plaga mieczy"

Gwynne, John - "Zawiść"

Ukazały się

Baxter, Stephen - "Proxima"


 Gwynne, John - "Zawiść"

 Weisman, Greg - "Traveler. Wędrowiec"

 Masterton, Graham - "Martwe tańczące dziewczynki"

 Arnopp, Jason - "Ostatnie dni Jacka Sparksa"

 Ziemiański, Andrzej - "Virion. Obława"

 King, Stephen - "Bastion" (2018)

 Mull, Brandon - "Skoczkowie w czasie"

Linki


Białołęcka, Ewa - "Róża Selerbergu"
Wydawnictwo: Runa
Data wydania: Czerwiec 2006
ISBN: 83-89595-27-3
Format: 125×185 mm
ilustracja na okładce: Joanna Michalak



Białołęcka, Ewa - "Róża Selerbergu" #3

Wójt wsi Lubawa stał na ulicy szumnie zwanej Główną i, zadzierając głowę, z niejakim trudem odcyfrowywał litery na szyldzie.
— M...
— O...
— D...
— Mod. — Wójt zmarszczył krzaczaste brwi i z frasunkiem podrapał się po potylicy. Jako człowiek bywały w świecie znał słowo „moda” i wiedział, że oznacza kiecki, czepeczki i takie tam różne fatałaszki, stanowiące treść życia jego żony i córek. Źle trafił? Wszak dopytywał się w mieście o smokobójcę i wszyscy kierowali go właśnie tutaj. Nawet wywieszka się zgadzała — smok był na niej wymalowany jak ta lala, całkiem do prawdziwego podobny. Ale co miała moda do smoków czy smoki do mody? Smoki w kieckach nie chodzą. Może miastowi kpili sobie z kmiotka i to jednak krawiec? Raz kozie śmierć, wójt postanowił wejść do środka. Zadyndolił dzwoneczek, trącony drzwiami. Wewnątrz było więcej smoków, co wójt dostrzegł z niejaką ulgą. Znaczy się tu nie krawiec i nie szewc, choć podobnież tradycja taka, że szewce mogą być za smokobójców. Ciekawostka, że rzadko który z tej tradycji korzystał... Smoki wisiały wszędzie na ścianach: wymalowane na kartonach, rzezane w drewnie, a nawet wypchane pakułami — same łby, rzecz jasna, bo całe smoczysko to, ho-ho, ani by się w izbie nie pomieściło.
— Domokrążcom dziękujemy!
Wójt aż podskoczył z zaskoczenia, bo zapatrzywszy się na owe dziwności, nie spostrzegł panienki za stołem, póki się nie odezwała. A głosik miała taki, że szkło mógłby ciąć. Grzecznie uchylił kapelusza.
— A to i ładnie, że panienka im dziękuje. Wszak fach to ciężki, tak łazić cały boży dzień — powiedział.
— Nie potrzebujemy sznurówek! — rzuciła znów panienka nerwowo, patrząc na torbę podróżną, którą wójt dzierżył pod pachą.
— Mnie też na nic, bo ja buty wciągane mam. — Tupnął obcasem. — Ja wedle tego, no... smoka.
Panienka poderwała się z miejsca, a przybysz zobaczył ze zgorszeniem, że nie ma na sobie kiecki czy spódnicy, jak nakazywała przyzwoitość, tylko skórzane portki.
— Nijakiego odszkodowania nie będzie! Smok i smok! Czy już każdy w tym pieprzonym mieście myśli, że jak mu zginie kura, to zrobił to Ciapek?! — wydarła się, aż wójtowi w uszach zadzwoniło. — Zarejestrowany jest legalnie! I grzeczny! Od rana tu siedzi, nigdzie sam nie lata! — Palec wrzaskliwej panienki wskazał kąt, gdzie na sienniku spał duży kosmaty pies. Psisko, słysząc swoje imię, zastrzygło uchem i poklepało ogonem w ścianę.
— No właśnie, zawsze wszystko na mnie — odezwał się pies, otwierając jedno czerwone oko. — Ja już normalnie mam dość.
Podniósł się, przeciągnął, ziewając, i dopiero wtedy mężczyzna zobaczył, że wysuwa pazury jak wielki kot, a z grzbietu sterczy mu skrzydło — tylko jedno, na dodatek jakby krzywe i niewydarzone.
Wójt mało nie rzucił o podłogę kapeluszem.
— Ja też mam dość, kurna bladź! Nie o tego tu kundla mnie się rozchodzi, ino o mojego smoka.
Paniusia w portkach zaraz stanęła prawie na baczność i wytrajkotała:
— Czym możemy służyć? Miejski Oddział Drakonizacyjny świadczy usługi w szerokim zakresie. Proszę opisać zaginionego smoka, czy miał znaki szczególne, czy był zarejestrowany w naszej kartotece...
— Ale... — chciał wtrącić nieszczęsny wójt.
— ...numer ewidencyjny, miejsce zaginięcia. Ewentualnie rejestracja hodowli...
— Smok woła mi zeżarł! — wrzasnął wójt.
Dziewczyna i kaleki smoczek zrobili identycznie zaskoczone miny.
— No, Luśka, normalnie tu się kroi cuś grubszego — powiedział mały smok. — Smok? Wół? Nie może być. Panie, toż to zombak musiał być.
— Właśnie — potwierdziła panienka, nazwana Luśką. — Zombak, wywern albo i w ostateczności pofrunka. Pan sobie popatrzy na plansze. Tak wyglądał? A może tak? Pan żeś go widział w ogóle?
— No żeby tak całkiem blisko, to nie — odpowiedział wójt mniej pewnie. — Swój rozum mam, by pod pysk smoku nie podłazić. Ale widzi mi się, co ani taki nie był, ani taki też nie... — Pokazywał kolejno palcem na łuskowaty łeb wywerna i knurzy szablastozębny ryj zombaka. — Latający on jest.
— To może to? — zapytała panienka z nadzieją, podsuwając mu obrazek z pofrunką.
— Eeee... nie, takie małe to nie było.
— Panie, małe, bo na obrazku wymalowane. Patrz pan na ludzika z boku dla porównania.
Klient rozzłościł się raptem.
— A wam to się zdaje, że jak ze wsi, to głupi! Oczy mam! Mówię przecie, że za mały. Taka popierdułka to by może kota połkła, a z bydlęcia ostał się jeno łeb i kołatka. Co nie zeżarł, to gdzieś zawlókł. Mnie woła, sąsiadowi kozę, gęsi tyż się nie moglim doliczyć. I mnie się widzi, co ten zasrany złodziej był taki jak ten tu mądrala — wójt wskazał młodego smoka — ino większy.
Pracowniczka MOD-u i jej czterołapy kolega popatrzyli na siebie z rezygnacją.
— Jakiś niezarejestrowany bęcwał albo staruszek z demencją robi szkody w terenie — zawyrokował Ciapek.
— Poślemy z panem kogoś — powiedziała Luśka, biorąc ze stołu jakieś papiery i przeglądając je szybko. — Ciapek, kto jest wolny? Brysk Trzy Trawki?
— Urlop okolicznościowy. Żeni się — odparł Ciapek natychmiast.
— Skonan Oberżyna?
— Na zjeździe hodowców pofrunki miniaturowej, jako konsultant. Wraca za tydzień.
— Jednooki Kocur? Ifryt? Pierwiosnek?
— W terenie.
— Bezlitosna Luana?
— Rodzi za dwa miesiące, masz to w jej karcie — warknął Ciapek.
— Faktycznie... To kto został, u licha?
— Mikel... — bąknął smok, spuściwszy uszy.
Oboje popatrzyli na wójta Lubawy jak gdyby z lekką konsternacją.
— Mikel... Aha... — zastanowiła się Luśka. — Mikel... Świetnie, niech będzie Mikel.
— A coś z nim nie tak? — zapytał wójt podejrzliwie.
— Skąd?! Wszystko w porządku! Profesjonalista! Z dyplomem! — zaprzeczył Ciapek gorliwie. Aż nazbyt gorliwie.
— To ja przygotuję dokumenty! — Luśka zakrzątnęła się. — Pan tu siądzie, proszę. Funkcjonariusz Ciapek, sprowadzić smokera Mikela w celu przyjęcia zadania.
Czworonogi funkcjonariusz zawrócił do tylnych drzwi, w których wycięto otwór z klapką. Kiedy mijał wójta, ten przysiągłby, że zwierzak mruknął cicho:
— Tylko nie pozwól mu śpiewać.


Dodano: 2006-06-19 19:30:58
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wodę na sicie"


Wygraj książkę "Traveler. Wędrowiec"


Artykuły

Wywiad z Brandonem Sandersonem


 Wywiad z Dmitrem Glukhovskym

 Wywiad z Joe Abercrombiem

 Modyfikowany Węgiel - powieść a serial

 Co będzie warto czytać z polskiej fantastyki w 2018 roku?

Recenzje

Dick, Philip K. - "Cudowna broń"


 King, Stephen - "Outsider"

 del Toro, Guillermo & Hogan, Chuck - "Wieczna noc"

 Baxter, Stephen - "Proxima"

 Kosik, Rafał - "Różaniec"

 Bradley, Marion Zimmer - "Mgły Avalonu"

 Golden, Christie - "Cisza przed burzą"

 Brzezińska, Anna - "Woda na sicie"

Fragmenty

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Wyprawa"

 Straub, Peter - "Upiorna opowieść"

 Hejankowski, Sebastian - "Światłoczuły"

 Lewandowska, Magdalena i Małgorzata - "Drzewo wspomnień"

 Dworakowski, Witold - "Pani Czterdziestu Żywiołów"

 Kiszela, Marcin - "Ostatni prorok"

 Sudomir, Agnieszka - "Szablon"

 Brzezińska, Anna - "Woda na sicie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2018 nast.pl     RSS      RSS