NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Zelazny, Roger - "Aleja Potępienia" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Liu, Cixin - "Era supernowej"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Żamboch, Miroslav - "Sierżant"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Tłumaczenie: Jan Stachowski
Data wydania: 2005
ISBN: 83-89011-59-X
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 361
Cena: 29,99 PLN
seria: Obca Krew



Żamboch, Miroslav - "Sierżant" #1

Istota ludzka, która za sprawą swej złożoności pozostaje poniżej pułapu Chandrekosa, jest stabilna. Co oznacza, że do jej zniszczenia potrzeba takiej samej ilości energii w dowolnej magicznej formie, jak na przykład do zniszczenia podobnej masy granitu. Produkty, przedmioty i rzeczy powyżej pułapu Chandrekosa są niestabilne. Każdy byle czarownik łatwo określi właściwe miejsce, punkt struktury, za pomocą którego i dzięki jednej jedynej myśli oraz śladowej ilości siły może spowodować totalną destrukcję, eksplozję o mocy kilkuset tysięcy ton dynamitu. U przedmiotów z kombinacją technicznej złożoności i magii pułap Chandrekosa jest ekstremalnie niski, zatem destrukcje są częste i samoistne. Oczywiście zdarzają się wyjątki potwierdzające regułę, lecz jest ich raptem kilka. Przykładowo wszelkiego rodzaju tarcze szlifierskie, wiertarki, piły są napędzane przez prymitywne, koncentrujące energię zaklęcie, wbudowane w drobne kryształki aktywnego morionu. Spróbujcie jednak identycznego lub podobnego zaklęcia użyć do napędu wiatraka czy kuźniczego młota, a wcześniej czy później wszystko samoistnie wyleci wam w powietrze. Mój ojciec myślał o tym często i opracował własną objaśniającą teorię.
* * *


Splunąłem, ale i tak nie pozbyłem się nieprzyjemnego smaku ziemi, a z języka ostrych ziarnek miałkiego piasku. Pewnie właśnie coś takiego czują wszyscy żołnierze, skuleni w okopach. Nasunąwszy hełm na czoło, wyjrzałem z transzei. Łąka z wysoką trawą, gdzieniegdzie ciemniejsze kępy wierzb i olch, kawałek dalej linia gęstego mieszanego lasu. Przez środek płytkiej dolinki płynął strumień. W rzadkiej mgle wszystko wyglądało nierzeczywiście i Bóg wie czemu niebezpiecznie. Zsunąłem się z powrotem. Dlaczego tutaj, w nie zamieszkałej ziemi niczyjej, ktoś wydrążył okopy? Musiało to być strasznie dawno, ponieważ szalunek z grubych dębowych bali zaczynał się rozpadać, a wejścia do podziemnych schronów były zasypane. Pięćdziesiąt lat? Siedemdziesiąt? Może i więcej.
– Kantujesz! Połamię ci za to wszystkie paluchy!
Kampani zawsze się pieklił po przegranej partii pokera, ale tym razem także pozostali spoglądali wrogo na wygranego Gasupuréza. Widać chodziło o więcej złota niż zwykle. Jednak w odróżnieniu od kumpla olbrzyma nie odważyli się go obwinić bez konkretnego dowodu. O Gasupurézie było wiadomo, że został wcielony do batalionu z powodu zabójstwa kobiety i dwóch mężczyzn. Zabił ich gołymi rękami. Kobieta była jego żoną i dorabiała sobie w burdelu. Po prostu jej klienci znaleźli się w złym czasie i w złym miejscu. Bywa i tak.
– Pieprzenie! Popatrzcie no! Dałem to właśnie Kampaniemu, żebyście mi tu nie podskakiwali! – zaoponował względnie spokojnie Gasupuréz.
Pięciu facetów pochyliło się nad przewróconą menażką, służącą im za karciany stolik, i wlepiło wzrok w obrębioną srebrem płytkę z łupanej miki. Chcąc widzieć dokładniej, przysunąłem się kawałek do nich. Na dnie rowu była woda i błoto, a w butach, których wodoszczelność handlarz wychwalał pod niebiosa, miałem mokro. Do diabła z nim. Mikowa płytka właśnie odtwarzała przebieg całego rozdania. Obraz był wprawdzie czarno-biały i mocno pomniejszony, lecz dało się wyraźnie zobaczyć, co zrobił każdy z graczy. Zmusiłem ich, żeby się zrzucili na tę przeglądarkę, bo wysłuchiwanie ich wiecznych kłótni już mnie męczyło. Nie była tania, ale musieli ją kupić. W przeciwny razie zakazałbym im pokera podczas akcji.
– Sierżancie! Chcę panu coś pokazać!
Hruzzi, mój obserwator, którego ma każdy sierżant w jednostce, jak zawsze był niezadowolony i mrukliwy. Jego zasępiona twarz poprawiła mi nastrój. Ruszyłem za nim, starając się brnąc przez błoto dokładnie po jego śladach. Wyglądałem chyba śmiesznie.
– O w mordę, nie kantował! – powiedział ktoś za mną.
– Tutaj! – Hruzzi pokazał na ścianę w miejscu, gdzie odpadło oszalowanie. Z przetkanej korzeniami traw ziemi wystawał kawałek kości czaszki.
Spojrzałem pytająco, lecz sądząc po jego minie, na razie nie zamierzał powiedzieć mi nic więcej. Obserwatorzy to szczególne typki. Ich zdolności są niezwykle różnorodne, w magicznym i klasycznym rozumieniu nieprzewidywalne. Kiedy ostrożnie zacząłem wygrzebywać kość, odniosłem wrażenie, że wibruje.
– To bardzo silne, ale nie wiem, co znaczy – skinął głową Hruzzi.
Pod kością odkryłem jeszcze kawałek metalu. Wydostawszy go wreszcie, rozpoznałem połówkę stalowego hełmu, druga już dawna przerdzewiała.
– Jak długo to tu leży?
Hruzzi wzruszył ramionami:
– Ten typ usunięto z ekwipunku przed ponad dwu wiekami.
– Obrońcy czy napastnicy?
– Obrońcy – odparł.
Transzeja została zrobiona na wypadek ataku z lasku pod nami. Z drugiej strony wznosił się niewielki, ale stromy pagórek Clodik z jakby uciętym szczytem. Natura czasem potrafi stworzyć dziwaczne kształty. Według mapy, która jednak nie należała do szczególnie dokładnych, właśnie stąd był najbardziej dostępny.
– Gotowość bojowa dla wszystkich! – syknąłem, żeby nie być słyszanym zbyt daleko. – Przygotować się do obrony!
Być może przejmowanie się martwymi od niemal dwóch wieków żołnierzami było głupotą, ale już dawno się nauczyłem, że intuicja to w naszym fachu rzecz ważna.
– Ale dziś odpierałbym atak z przeciwnego kierunku – szepnął Hruzzi.
Nie protestowałem. Jeśli się raz zaufało obserwatorowi, rozsądek nakazywał, by słuchać go we wszystkim. Kompromisy przynosiły pecha. Problem polegał jednak na tym, że w lasku, który niepokoił Hruzziego, operował trzeci pluton pod dowództwem sierżanta Allego. Nie wolno nam go było pomylić z ewentualnym wrogiem.
W ciągu minuty byliśmy gotowi do odparcia ataku. Nasz jedyny moździerz wycelowałem w najbliższą krawędź lasu. Pofałdowany teren sprawiał, że przed pierwszymi drzewami znajdował się obszar niewidoczny dla naszych oczu. Kaem kontrolował długą łąkę z prawej. Prowadziła pod górę, ale mogliśmy ją łatwo pokryć ogniem, ponieważ nie miała nierówności. W moim lewym uchu zabrzęczał kolczyk, co oznaczało, że porucznik Dekont chce ze mną rozmawiać osobiście. On lub jego obserwatorzy. Jako oficer miał prawo do trzech plus jeden lekarz oraz wojskowy czarownik pierwszej kategorii. Przeciskając się przez okopy, wreszcie do niego dotarłem.
– Co pan o tym myśli? – wskazał w lewo w skos.
Podmuch powietrza odebrał mi mowę i rzucił na dno. Dolna połowa ciała porucznika jeszcze przez chwilę stała w miejscu. Kolejna eksplozja wyryła lej tuż za transzeją, trzecia trafiła prosto w okopy. Byli znakomicie wstrzelani.
– Nie wystawiać głów, to działo! – krzyknąłem, usiłując wypluć ziemię z ust.
Z lasu powyżej dobiegły strzały przytłumione przez odległość. To musiał być Alli.
– Moździerz naprzemiennie ognia! Ostrzeliwać teren za pagórkiem aż do lasu!
Kampani spojrzał na mnie zdziwiony, bo w zasięgu wzroku nie było żadnego wroga, niemniej zaczął ładować pierwszy pocisk. Naprzemiennie oznaczało najpierw rozpryskowy, a potem pokryty fosforyzującymi diagramami i wypełniony cholera wie czym. Dup! Walnęło tuż obok, koło uszu zaświstał mi rój odłamków, z których trafiło mnie co najmniej dziesięć.
– Ostrożnie z tym kaemem! Dopiero jak będziecie pewni, że to nie nasi! – usłyszałem w komunikatorze rozkazy Glena, trzeciego sierżanta plutonu. Nakazałem swoim ludziom, żeby pilnowali lewy skraj pagórka. W samą porę, bo w polu widzenia pojawiły się pochylone sylwetki, wypędzone przez ogień z moździerza.
– Każdy jednego, po kolei! Teraz! – Wydawszy komendę, załadowałem granatnik klasyczną amunicją i oparłem kolbę o ramię. Pierwsza trójka oberwała od razu, pocisk musiał im rozszarpać tarcze. Pozostali przypadli do ziemi.
Stanąłem, żeby lepiej widzieć. Wóz albo przewóz. Skoro rynsztunek porucznika nie wytrzymał trafienia z działa, mój nie miał żadnych szans. Nastawiwszy celownik, kątem oka dostrzegłem następne figurki wybiegające z lasu. Granat poleciał. Ujrzałem go w najwyższym punkcie trajektorii, gdy zaczął już opadać. Eksplozja, gejzer piachu. Załadowałem znowu, ale zanim zdążyłem nacisnąć spust, broń wypadła mi z ręki, a niebo i ziemia mignęły mi niczym rozmazana smuga. Znalazłem się na dnie okopu. Bezpośrednie trafienie w hełm na chwilę mnie sparaliżowało.
– Lancelot, Lancelot! Tu Alli! – Na dźwięk własnego nazwiska w komunikatorze doszedłem do siebie. – Przesuniemy się transzeją na zachód poza zasięg tego snajpera!
Potwierdziłem odbiór, dodając, że my tu jeszcze zostaniemy przez jakąś chwilę. Chciałem się dowiedzieć, kim są napastnicy. Alex, nasz tropiciel, już mi się przyglądał, czekając na rozkaz. Znał mnie. Skinąłem głową. Zapadła cisza, tylko w powietrzu unosił się swąd kordytu, a włoski na karku były zjeżone, jak zawsze po użyciu magicznej amunicji.
– Hruzzi, pilnuj go! – nakazałem, obserwując wraz z pozostałymi okolicę.
Alex zniknął w trawie. Hruzzi z głową w dłoniach siedział na dnie rowu wprost w kałuży. Miał wyśmienitą intuicję, ale do hipnozy nie był zbyt dobry.
– Wszyscy nie żyją? – usłyszałem, jak powtórzył na głos, po czym pokiwał głową. – Nie zbliżaj się, obejdź ich w koło.
Na twarzy wykwitł mu uśmieszek. Alex chyba go poczęstował pieprzną wiązanką, lecz w końcu posłuchał. Widziałem, jak się zsunął do leja po nieprecyzyjnym strzale nieznanego snajpera.
– Coś tu nie gra, nie podoba mi się to – wymamrotał Hruzzi – zostaw ich i wracaj. Psiakrew, wracaj! – wrzasnął.
Alexowi zapewne nie chciało się bezcelowo czołgać kilkuset metrów.
Nagły wybuch. Wzdrygnąłem się jak cała reszta, a Hruzzi osunął się z krzykiem: bycie z kimś w telepatycznym kontakcie w momencie jego śmierci to ciężki szok, nawet dla doświadczonego obserwatora.
W oczekiwaniu na kolejne niemiłe niespodzianki zostaliśmy w okopie aż do zmierzchu. W sumie było dwadzieścia siedem eksplozji. Albo miał to na sumieniu system autodestrukcyjny, którego zadaniem było uniemożliwienie nam identyfikacji przeciwnika, albo tak naprawdę spotkaliśmy nie ludzi, tylko całkiem kogoś innego, kto umierał wraz z wybuchami. Nie dowiedziawszy się niczego więcej, pozbieraliśmy sprzęt i ruszyliśmy na poszukiwanie reszty oddziału.
Do kompanii dołączyliśmy późną nocą, gdy obóz był już rozbity, a wojsko szykowało się do snu. Dowództwo po poruczniku przejął Glen, który kazał podwoić straże i w najbliższej okolicy rozmieścić pułapki. Być może był nazbyt ostrożny, ale akceptowałem to. Właśnie dzięki przesadnej ostrożności i przezorności wciąż byliśmy wśród żywych. Nim zdążyłem zjeść kolację, czyli papkę powstałą po wymieszaniu sproszkowanej wołowiny z wodą ze strumienia, musiałem się stawić u dowódcy. Miskę zabrałem ze sobą, bo żołnierskie doświadczenie mówi, że nigdy nie wiadomo, kiedy znów będzie czas na jedzenie.
Namiot dowódcy tworzyła plandeka rozciągnięta między trzema drzewami, zamiast krzeseł ktoś przygotował wiązki świerczyny, na których można było usiąść bez obawy o zamoczenie spodni. Sierżanci Glen i Alli, czarownik Fill oraz wszyscy obserwatorzy czekali już tylko na mnie. Przykucnąłem na piętach. Mdła karbidówka cicho syczała, rzucając migotliwy cień na płócienny dach.
– Dwóch zabitych, siedemnastu rannych, z tego trzech ciężko. Jeden człowiek niezdolny do walki. Patrole nie natrafiły choćby na ślad napastników. Najprawdopodobniej strzelali do nas z ręcznie transportowanego działa. Chcę poznać wasze spostrzeżenia i opinie.
Glen nigdy nie był gadułą, ale tym razem pobił samego siebie. Milczeliśmy.
Pojęcia nie miałem, co myśleć o całej sytuacji. Trzy tygodnie temu nasz batalion dostał zaskakujący rozkaz dyslokacji w Joudzou na północno-wschodnim pograniczu. Specjalnie przejrzałem służbowe raporty, według których Joudzou należało do najbardziej spokojnych regionów, gdzie w ciągu ostatnich lat nie przydarzyło się nic godnego uwagi. Ale rozkazy nigdy nie podlegają dyskusji i dlatego siedmiuset żołnierzy sił szybkiego reagowania, przeznaczonych do walki z wrogiem zewnętrznym, natychmiast się przemieściło tutaj, do opustoszałej krainy lasów, łąk i bagien. Jedynym odrobinę cywilizowanym miejscem w całej okolicy było pięciotysięczne Joudzou. Cywilizowanym to chyba nawet za dużo powiedziane, ponieważ nawet kolej tu nie prowadziła. Nieustannie podmokły grunt po prostu nie uniósłby szyn. Już dwa tygodnie patrolowaliśmy pogranicze, nie napotykając śladów ewentualnych intruzów. Dopiero dzisiaj.
– Okopy w dolinie stanowiły kiedyś fragment linii obronnej, która miała chronić wzgórze Clodik. Szacuję – Hruzzi zamilkł na chwilę – że liczą sobie sto pięćdziesiąt, może i dwieście lat.
– Napastnicy byli ludźmi, a przynajmniej tak mówią ślady – rzekł Alli. – Używali zwykłych wojskowych butów wzór 62. Znaleźliśmy miejsce, skąd nas ostrzeliwali. Wszystko wskazuje na to, że chodziło o ręcznie przenoszone działo.
– Co bardziej wskazuje na wroga wewnętrznego – zauważył Fill.
Służył w jednostce jeszcze dłużej niż ja i mimo że współpracowaliśmy tylko z rzadka, uważałem go niemal za przyjaciela. Jak wszyscy pozostali, i ja w stu procentach polegałem na jego zdaniu oraz biegłości posługiwania się magią.
Glen się nie odzywał. Myślałem, że Hruzzi podzieli się też swymi spostrzeżeniami o szczątkach żołnierzy pogrzebanych w okolicznej ziemi, on jednak milczał, widać nie uznając tego za ważne. Wrogowie wewnętrzni było zbiorowym określeniem na szpiegów i regularne siły zbrojne czterech pobliskich państw, do których można się było dostać z pominięciem ziemi niczyjej. Nasze królestwo graniczyło bezpośrednio z dwoma z nich. Z kolei wrogowie zewnętrzni pochodzili z ziemi niczyjej, zwanej inaczej dzikimi kresami. Tam było możliwe dosłownie wszystko. Na dzikich kresach obowiązywały inne prawa natury. Zamieszkiwali je nieludzie lub jeszcze coś bardziej niepojętego, tak że nawet wszechmocny wywiad, w tym najlepsi magowie Akademii, miał o tamtejszej sytuacji niewiele informacji. Co więcej, owo „niewiele” w większości dało się określić jako niezbyt wiarygodne opowieści i zmyślenia. Jedni nazywali ziemię niczyją obszarem rządów chaosu, drudzy terenem o podwyższonej entropii, a jeszcze inni miejscem przenikania się światów, sfer i cholera wie, czego jeszcze. Zależało od tego, kogo się słuchało: naukowca, czarownika, polityka czy obserwatora. Moim zdaniem wszystko oznaczało jedno i to samo – prędką i bardzo nieprzyjemną śmierć dla każdego normalnego człowieka.
– Przeczeszemy całą okolicę Clodiku. Powoli, ostrożnie i starannie. Jeżeli kryją się tam jeszcze jacyś intruzi, znajdziemy ich i zlikwidujemy. O ile to ludzie, chcę żywego faceta. Dwóch żywych facetów – poprawił się szybko Glen, spoglądając na mnie.
To spojrzenie znaczyło, że właśnie dostałem zadanie na jutro. Dotychczas uważałem Glena za dobrego, lecz poza tym całkiem zwykłego sierżanta, jednak teraz zmieniłem zdanie. Był sprytny, może i sprytniejszy od porucznika. Do siedemnastego batalionu ludzie trafiali przeważnie dlatego, że mieli w życiorysie jakąś krechę. Ci z największą byli w kompanii zwiadowczej, czyli u nas. Porucznik z każdego schwytanego języka starał się wyciągnąć jak najwięcej informacji, ale nie mógł przekroczyć pewnej granicy, bo później musiał przekazać jeńca specjalistom od przesłuchań. A już kilka razy przydało się nam, że wiedzieliśmy więcej niż to, co byli skłonni powiedzieć nasi przełożeni. Gdybyśmy pojmali dwóch, jednego moglibyśmy przesłuchać jak należy, a potem gdzieś go zakopać.
Ponieważ nikt nie miał dalszych uwag, Glen nas zwolnił i poszliśmy spać.
Rano kazałem się zbudzić wcześniej, żeby postudiować mapę. Granica z ziemią niczyją przebiegała właśnie przez Clodik. Co więcej, zdawało mi się, że mapa nie do końca odpowiada rzeczywistości, co było niezwykłe, ponieważ wojskowym mapom przeważnie poświęcano znaczną uwagę. Na myśl, że miałbym się wybrać za linię graniczną, zrobiło mi się nieswojo. W jednostce służyłem ponad osiem lat, ale „tam” nie byłem jeszcze nigdy. Po chwili zastanowienia poszedłem do Filla.
Nie spał już, z naburmuszoną miną grzebał w jakichś papierach.
– Możesz spokojnie przekroczyć granicę, z największym prawdopodobieństwem nic ci się nie stanie – powiedział, nim zdążyłem o cokolwiek zapytać.
Przepadam, jak jestem dla kogoś przeźroczysty niczym szkło. Najwyraźniej dostrzegł moje rozdrażnienie i chcąc mnie udobruchać, dorzucił jeszcze jedną informację:
– Wszystko wskazuje na to, że właśnie obecność ludzi osłabia siłę chaosu. Kiedy tam pójdziecie, wytworzycie wokół siebie normalny świat, zupełnie jakbyście ze sobą nieśli kawałek królestwa. Ponadto transpozycja odbywa się pomału, no i tutaj wciąż jesteśmy względnie blisko obszaru zamieszkanego przez ludzi.
– A im mniej ludzi, tym gorzej to działa, co? – domyśliłem się.
Przytaknął, rozbawiony.
Nie bałem się, że moi żołnierze mogliby się zmienić na przykład w żaby, w końcu tak naiwny to nie byłem. Nie chciałem jednak, żeby ich dopadła jakaś paranoja, która by sprawiła, że by się nawzajem powystrzelali. Coś takiego już się parę razy przytrafiło. Skinąłem Fillowi ręką i wróciłem do swojego śpiwora, żeby się spakować i przygotować do ogólnej pobudki. Sierżant zawsze musi być krok przed swoimi ludźmi, co niekiedy daje nieźle w kość.


Dodano: 2006-06-16 14:22:57
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS