NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gaiman, Neil - "Rzeczy ulotne"

Brennan, Marie - "Zwrotnik węży"

Ukazały się

Schwartz, Richard - "Pierwszy róg"


 Dębski, Rafał - "Kiedy Bóg zasypia" (wyd. 2)

 Majka, Paweł - "Pokój Światów" (wyd. ilustrowane)

 Wyndham, John - "Dzień tryfidów"

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 2

 Bradbury, Ray - "451° Fahrenheita"

 Wroczek, Szymun - "Piter. Wojna"

 Dawson, Delilah S. - "Phasma"

Linki



Kay, Guy Gavriel - "Lwy Al-Rassanu"
Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Lions of Al-Rassan
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz
Data wydania: Marzec 2006
ISBN: 83-7480-015-1
Oprawa: miękka
Liczba stron: 500
Cena: 35 zł



Kay, Guy Gavriel - "Lwy Al-Rassanu"

Ileż rzeczy. Lukan monetę bije
wiersza, ktoś inny wykuwa sentencję.
Łuki i meczet. I dźwięczna kadencja
wody islamu w alejach się kryje.
Byki pod wieczór. A przy tym gwałtowna
muzyka, która zna się na delikatności.
Dobry obyczaj błogiej bezczynności.
Kabaliści i dzielnica żydowska.
Rafael, ten od nocy i długich
stołów przyjaźni. I Góngora złoty.
Bogactw Indii skarb królestwa wciąż głodny,
broń biała, statki, puklerze ze skóry.
Ileż głosów i męstwa się wyróżnia
w jednym słowie wymownym: Andaluzja.

Mamy oto krainę o niezwykle bogatej historii, gdzie ludzie budowali, niszczyli i znów, od nowa, zaczynali budować wszystko, co kryje się pod jej nazwą. Część z nich, zwana przez Europejczyków Maurami, panowała tu przez blisko osiem setek lat zostawiając po sobie niezacieralny ślad.
W kulturze muzułmańskiej Al-Andalus – jak mahometanie nazwali cały Półwysep Iberyjski – jest dzisiaj symbolem złotej ery islamu, miejscem, gdzie uczniowie Proroka osiągnęli szczyt artystycznego kunsztu i stworzyli zachwycające pięknem i rozmachem arcydzieła architektury, zdobnictwa, poezji oraz wielu innych rodzajów szeroko rozumianej sztuki.
Wspomnieniem potęgi i przepychu tego – pod względem intelektualnym i materialnym zdecydowanie przewyższającego ówczesne standardy europejskie – cudownego odprysku cywilizacji islamu są choćby ruiny odkrytego w 1911 roku nieopodal Kordowy miasta-pałacu Madinat az-Zahra, Promieniejącego Miasta. Była to rezydencja pewnego kalifa, który w ciągu dwudziestu czterech godzin mógł uzyskać połączenie z Egiptem za pomocą sieci sygnalizacji świetlnej, a w zaledwie chwilę – z liczącej 400 tysięcy tomów biblioteki – otrzymać do rąk arabski przekład „Polityki” Arystotelesa; i który żądał, aby ambasadorzy obcych państw przechodzili do sali tronowej pod baldachimem ponad czterokilometrowej długości, trzymanym przez podwójny szpaler berberyjskich żołnierzy. Jego ekstrawagancki pałac o posadzkach z marmuru i alabastru, będący oszałamiającym dowodem istnienia chwały niepojmowalnej dla większości ludzi, w którym niegdyś mieszkało 20 tysięcy osób (z czego niemal jedną trzecią stanowił sześciotysięczny zastęp haremowych nałożnic), uległ zniszczeniu w 1010 roku podczas powstania wyznających tę samą wiarę – lecz w zupełnie inny sposób interpretujących nauki Proroka – Berberów.
Właśnie ten moment można uznać za początek końca Al-Andalus, które powoli, a jednak nieubłaganie zaczęło chylić się ku upadkowi, czego już nieomylnym znakiem dwadzieścia jeden lat później było odejście w niebyt Kalifatu Kordowy. Od tej chwili w Al-Andalus nie było jednego władcy; na mapie półwyspu pojawiły się, nazywane taifami, dziesiątki małych, wiecznie skłóconych muzułmańskich państewek.1

W tym właśnie miejscu kanadyjski pisarz Guy Gavriel Kay rozpoczyna opowieść zatytułowaną „Lwy Al-Rassanu”, która mimo niezwykle silnych historycznych inspiracji, nie potoczy się dokładnie tak, jak rzecz przedstawiają pouczające nas o przeszłości podręczniki. I już to stanowi powód, przyczynę – choć bynajmniej nie jedyną i nie najważniejszą (ale o tym, Czytelniku, trochę dalej) – że zamiast o rzeczywistym Al-Andalus, czytamy o wyimaginowanym Al-Rassanie. Dlatego jednym z głównych bohaterów powieści nie jest Rodrigo Diaz, bardziej znany jako „El Cid” lub „El Campeador”, ale jego imiennik – fikcyjny „Komendant” Belmonte; dlatego możemy mówić tylko o tym, że występujący w „Lwach Al-Rassanu” król Badir z Ragosy i jego kanclerz Masur ben Avren, to postacie zaledwie wzorowane na Habusie czy Badisie, historycznych królach Grenady, i Samuelu ben Nagdilu, ich historycznym kanclerzu, którego nazywano „Księciem”.

Jam Cesarstwo u schyłku wielkiego konania,
Które, patrząc, jak idą Barbarzyńce białe,
Układa akrostychy wytworne, niedbałe,
Stylem złotym, gdzie niemoc sennych słońc się słania.

„Lwy Al-Rassanu”, przez wzgląd choćby na rozpoczynające je wydarzenie, są między innymi powieścią o tym, jak umiera, przebrzmiewa – jak Al-Andalus – wspaniała, bogata swymi kulturowymi osiągnięciami cywilizacja. Złoty wiek minął, dobiegła końca era potężnych, nieustraszonych kalifów. Władców, którzy pilnując swej dziedziny, dbali o jej pomyślność i bezpieczeństwo i którzy rok w rok wyprawiali się na czele wielotysięcznych armii na wrogich im królów północy, by łupić, brać w niewolę, po czym wracać do kraju w glorii, sławie zwycięzców.
W powieści Kaya kalifowie funkcjonują w powszechnej świadomości mieszkańców Al-Rassanu jako „Lwy”. I doprawdy trudno o lepsze porównanie. Lwy zdobią baseny z wodą i fontanny – jako symbol zapładniającego deszczu i jako obrońcy wody przed zanieczyszczeniem, zatruciem lub odprowadzeniem jej przez nieprzyjaciół. Lew to krenophylaks, strażnik źródła.
Cóż jednak z tego – kalifów już nie ma, nie ma „Lwów płowych, ogromnych, co grzywy jak wicher miały, oczy jak pioruny, a każdy krok był jak postrach jawiącej się łuny” – zostało po nich tylko pełne nostalgii (tudzież podziwu pomieszanego z ulgą) wspomnienie. Lwy odeszły, a obecni władcy niewielkich, pięknych wprawdzie, ale militarnie słabych państewek Al-Rassanu, to lwiątka o kruchych zębach.
Tymczasem hardzi królowie północy, ci zacofani innowiercy, których barbarzyńscy przodkowie władali niegdyś całym półwyspem, zdążyli już podnieść głowy i wyprostować karki. Zapałali rządzą rewanżu, zemsty: przygraniczne miasta Al-Rassanu zmuszają do corocznego uiszczania parias za „ochronę”, tj. powstrzymanie się od łupieżczych wypraw, a co odważniejsi spośród nich oswajają myśl do niedawna jeszcze nie do pomyślenia o rekonkwiście, o całkowitym odzyskaniu półwyspu. Lwiątka wiedzą, że w razie podjęcia tej wielkiej sprawy przez skłóconych północnych władców, one same zapewne musiałyby razem lub osobno wezwać na pomoc zza cieśniny braci w wierze – wojownicze plemiona pustyni.
Ale i uczynienie, i poniechanie tego kroku, oznaczać może „przesłonięcie gwiazd”, przesłonięcie, a w rezultacie prawdopodobne przekreślenie całego kulturowego dorobku ich cywilizacji, koniec wszystkiego, co kryje się pod nazwą „Al-Rassan”.

I tak na dużej, ale jednocześnie zbyt małej przestrzeni czarownej, ale ideologicznie zatłoczonej krainy obserwujemy krzyżowanie się dwóch wielkich konfliktów Kayowego (a zarazem naszego, dawnego i współczesnego) świata. Jeden – między dżadytami (chrześcijaństwem) i aszarytami (islamem), i drugi – już tylko wśród tych ostatnich: między ich nurtem otwartym, dialogicznym, wrażliwym na piękno i sztukę, wysublimowanym, dla którego woda nie jest już snem, lecz spełnionym marzeniem, i tym zamkniętym, surowym, zrodzonym z poczucia niepewności nurtem cierpiących stały niedostatek wody, brutalnych i agresywnych pustynnych plemion, posępnych marabutów, rozumiejących obronę wiary i obyczaju, obronę, której na imię atak, jako warunek istnienia ich samych, ich jedynej posiadanej tożsamości.
W środku zaś tych skomplikowanych procesów wrzenia, skraplania, przereagowywania destrukcyjnie oddziałujących na siebie substancji, Kay umieszcza jeszcze jeden pierwiastek: Kindathów (Żydów), niewielki pracowity lud kupców i lekarzy. Wędrowców rzuconych między siły wielokroć od nich liczniejsze i potężniejsze, którzy gdzie nie osiądą, pragną jedynie stworzyć sobie bezpieczną niszę, mieć odrobinę spokoju – wytchnienia od wiecznej tułaczki; i którzy jednak mokną w deszczu przemocy ilekroć zaczyna wiać pędzący ciemne, burzowe chmury wiatr zmian.

Do Bachanaliów nie trzeba namawiać
Skazanych zmierzchem przerażonych świtem
Niejedna nam się amfora wykrwawia
Zmienia w niezwykłe to co pospolite
I dzieło bogów niezdarnie poprawia
Lecz to za mało żeby stać się mitem

Nie każda ręka myśl i glina krucha
Ocali obraz i przechowa ducha

Kayowe uniwersum widzimy z wielu perspektyw. Oglądamy w chwilach uniesienia – karnawałowej, niczym nie skrępowanej zabawy. Gdy ludzie – w dużym stopniu świadomi przemijalności nie tylko ich, ale także (już niedługo, już za chwilę) świata, który nadał im tożsamość – w starannie wybranych na ten wieczór przebraniach, skryci za kunsztownie zdobionymi maskami dają się porwać szaleństwu, miłości, rozkoszom ciała i ducha. Kiedy atmosfera święta, czegoś wyjątkowego, powoduje zanikanie ograniczających i wszechobecnych na co dzień podziałów. Gdy o wiele łatwiej przychodzi mówić o tym, że być może kiedyś znikną na zawsze piętrzące się między poszczególnymi kulturami mury. Że ludzie z odmiennych światów, o ile zechcą, będą mogli przekraczać granice i dając i biorąc od siebie nawzajem, będą mogli te światy ze sobą zmieszać: z każdego „wziąć najlepsze rzeczy i stworzyć nową całość, lśniącą i nieprzemijającą” – oczywiście – „mając wystarczająco wiele czasu, wystarczająco wiele dobrej woli oraz inteligencji”.
Kay pokazuje nam również świat w godzinach spazmatycznych konwulsji, kiedy wstrząsają nim zbrojne starcia, grzmot kopyt szarżujących koni i szczęk krzyżowanych mieczy. Gdy wioski starego, murszejącego drewna i miasta rzeźbionej, wypolerowanej kości słoniowej ogarnia płomień i dym, pył i swąd, kiedy wszystko – sprowadzone już wtedy do wspólnego mianownika – wali się w gruzy, na których siedzą – tu czy tam – tacy sami zrozpaczeni ludzie pochyleni nad zwłokami najbliższych.

Dzięki silnym emocjom, jakie wyzwalane są w czytelnikach lekturą powieści Kanadyjczyka – cierpiącego, jak sam dowcipnie przyznaje: „okropną reputację autora, który zmusza ludzi do płaczu” – historie opowiedziane przez Kaya zostawiają tak wyraźny ślad w sercach i umysłach, nie dając o sobie zapomnieć jeszcze długo po odłożeniu książki na półkę.
Na opinię o nim Guy Gavriel K. także w „Lwach Al-Rassanu” pracuje intensywnie. Scen dramatycznych, gdy ściska się, zwija z wrażenia żołądek lub szklą się łzami oczy, jest w powieści wiele. Autor dla zwielokrotnienia doznań odbiorców nie waha się uciec do niezbyt czystych pisarskich sztuczek. Szafuje nimi jednak na tyle umiejętnie – osiągając w tym czasie swój cel doprowadzenia czytelnika do stanu całkowitej niepewności – że potem, wobec przedstawionych mimochodem wyjaśnień, najgorliwszy prokurator nie byłby w stanie zamieszkującemu w Toronto – notabene prawnikowi z wykształcenia – zarzucić jakiegokolwiek oszustwa.

„Lwy Al-Rassanu”, choć budzą podziw kunsztem wykonania, świadcząc o bardzo dobrym, jeśli nie wyjątkowym opanowaniu tajników pisarskiego rzemiosła, choć normalnie do aspektów stylistyczno-językowych, jak i rozwinięcia akcji, struktury i kontrolowania narracji nie można by było mieć zastrzeżeń – a wręcz odwrotnie: wychwalać by je zgodnie wszystkie należało – to jednak w przypadku Kaya, zazwyczaj prezentującego poziom nieosiągalny dla innych autorów tworzących w obrębie tego samego co on gatunku, pisarza stanowiącego najczęściej klasę samą dla siebie, recenzent może pokusić się o pewien rodzaj – niesprawiedliwego, a jakże, lecz tak mu przecież miłego – wybrzydzania. I co właśnie czynię, napisać na przykład o tym, że „Lwy” nie odznaczają się jeszcze tak doskonałą strukturą: symetrią – złośliwym będąc2 – maureski, jaką Kay osiągnął w o pięć lat starszej – mówiłem, że to nie będzie fair – „Sarantyńskiej mozaice”.
A bardziej poważnie: nie „charakterystyczny dla sztuki islamu ornament w formie splecionych roślinnych wici o stylizowanych łodygach, liściach, kwiatach, ułożonych symetrycznie”, nie – tak pasująca, jako porównanie – maureska, więc co?
Może zwyczajny, prozaiczny węzeł.
Węzeł, nad którym nam, czytelnikom, trzeba się pochylić; nie spieszyć się, nie przecinać, lecz spokojnie, powoli rozsupływać poszczególne jego sploty, znajdując przyjemność w tym, co przecież „nie jest popisem atletycznym, ale operacją intelektualną zakładającą zgodę na błądzenie; bezradność wobec splątanej materii świata, cudowną ludzką niepewność i pokorną cierpliwość”.

trawiłem lata by poznać prostackie tryby historii
monotonną procesję i nierówną walkę
zbirów na czele ogłupiałych tłumów
przeciw garstce prawych i rozumnych

zostało mi niewiele
bardzo mało

przedmioty
i współczucie

Nie rezygnując z rozrywki: bohaterskich wyczynów, fanfaronady, erotyzmu, niespodzianek, intryg, zwrotów akcji i podtrzymywania napięcia, fabularnej gęstości i intensywności wydarzeń, Kay dotyka spraw o nieporównanie większym ładunku myślowym. Indywidualne dramaty, problemy, przeżycia poszczególnych jednostek są ukazane w taki sposób, by można było z nich wywieźć również refleksje o sprawach ogólniejszych, jak: zjawisko powtarzalności historii (determinizmu praw historycznych i roli wybitnych postaci w dziejach), obumieranie starych i wyłanianie się nowych cywilizacji, przenikanie i ścieranie się kultur, religii, ideologii.
Guy Gavriel Kay nakłada na rzeczywistość (a precyzyjniej: historię) swój własny, niepowtarzalny filtr i umyślnie, lecz nie w sposób oczywisty ani łatwo dający się zinterpretować, wykrzywia ją. Żongluje wybranymi przez siebie, czasem z wierzchu tylko lekko umazanymi, a czasem do samego środka farbą fikcji przesiąkniętymi faktami i co jakiś czas z budzącą aplauz kuglarską wprawą dorzuca kolejne kolorowe elementy. Dzięki umiejętnościom i drobiazgowemu przygotowaniu, panując nad całym przedstawieniem, pewne procesy z korzyścią dla widza przyspiesza, inne zaś odwraca – i w konsekwencji tworzy wyrafinowaną historyczno-intelektualną łamigłówkę, w której nic, co ważne, nie jest/nie może być dziełem przypadku.
Równocześnie wspomniany filtr czyni naturalnym wybór konwencji, w jakiej napisano powieść; konwencji fantasy, która nie tylko pozwala na dezynwolturę wobec prawdy historycznej, ale także na oderwanie przedstawianych wydarzeń od konkretnego czasu i miejsca; przez co w najpełniejszym możliwym zakresie zostaje ukonstytuowana wielopłaszczyznowa gra Kaya z czytelnikiem. Zresztą fantasy, czyli cytując Douglasa Barboura: „the kind of escape that brings you home”, jest tu jeszcze z jednego powodu wyborem opłacalnym. Przez wzgląd na wyżej wymienione właściwości u(nie)miejscowienia w czasoprzestrzeni akcji – poszerza interpretację utworu i czyni „Lwy Al-Rassanu” powieścią bardziej uniwersalną.

Powieścią o tym, co już minęło czy mija, czy minie; i o tym, co trwać będzie zawsze. Powieścią o miłości i odwadze, przymiotach, które jako jedyne mogą (lecz oczywiście nie muszą) sprawić, by człowiek stał się tytułowym „Lwem”, by stał się wielki. Historią przyjaźni zawiązanej pomimo kulturowych różnic i historią zdrady pomimo wieloletniej, pełnej zaufania miłości.
I chyba nade wszystko „Lwy Al-Rassanu” są powieścią o tym, jak w momencie rozpoczęcia się nacechowanej ideologią i historycznymi zaszłościami wojny, zmniejsza się i, niekiedy, w końcu zanika przestrzeń życiowa zwykłych ludzi i niezwykłych jednostek; i jak wraz z nią przestaje też istnieć prawdziwy wybór – akceptowalny, niesprzeczny z wyznawanymi wartościami zakres możliwych do podjęcia działań przez dobrego, honorowego człowieka.
Gdy braknie pola manewru i gdy nie chcemy wyrzec się siebie: nie ma rozwiązań satysfakcjonujących lub choćby neutralnych, nie ma tak upragnionego – jak na pustyni upragniona jest woda – wyjścia, jest tylko wynikający z kulturowej przynależności bądź moralnych praw obowiązek. Obowiązek, który oznacza cierpienie nasze i naszych bliskich i który naznacza nas już na zawsze.

Tu nie ma wody, tutaj tylko skała,
Skała i nie ma wody, i droga piaszczysta.



W tekście wykorzystano fragmenty wierszy Jorge Luisa Borgesa, Paula Verlaine’a, Kazimierza Tetmajera, Jacka Kaczmarskiego, Zbigniewa Herberta (w tym przypadku także jednego eseju) i Thomasa Stearnsa Eliota. Niekiedy je sparafrazowano.


Przypisy:

1 Arabskie taifa – „ugrupowanie, odłam”.

2 Złośliwy również dlatego, że do tej symetrii nie tak wiele znów brakuje i że ta właściwość, jak wynika z dalszych zdań, okazać się może zaletą.



Autor: Mateusz Wodyk
Dodano: 2006-06-16 13:14:08
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Księgę mieczy"


Artykuły

Modyfikowany Węgiel - powieść a serial


 Co będzie warto czytać z polskiej fantastyki w 2018 roku?

 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

Recenzje

Hutchinson, Dave - "Europa jesienią"


 Beckett, Chris - "Matka Edenu"

 Bourne, J.L. - "Więcej niż wygnanie"

 Dick, Philip K.; Nelson, Ray - "Inwazja z Ganimedesa"

 Rosenberg, Aaron - "Fale ciemności"

 Simmons, Dan - "Endymion"

 Jemisin, N.K. - "Kamienne niebo"

 MacLeod, Ian R. - "Czerwony śnieg"

Fragmenty

 Wroczek, Szymun - "Piter. Wojna"

 Ruda, Aleksandra - "Sztylet ślubny"

 Kańtoch, Anna - "Tajemnica godziny trzynastej"

 Maas, Sarah J. - "Wieża Świtu"

 Ruszkiewicz, Jarosław - "Cassandra"

 Piskorski, Krzysztof - "Zadra" (wydanie rozszerzone)

 Gromyko, Olga - "Wiedźma Naczelna"

 Hobb, Robin - "Wyprawa Błazna"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2018 nast.pl     RSS      RSS