NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

Simmons, Dan - "Zimowe nawiedzenie"

Ukazały się

Martin, George R.R. - "Lodowy smok" (nowe ilustracje)


 Vonnegut, Kurt - "Matka noc"

 Czajka-Kominiarczuk, Katarzyna - "Zwierzenia popkulturalne"

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Maas, Sarah J. - "Szklany tron" (oprawa twarda)

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Gołkowski, Michał - "Bramy ze złota. Zmierzch Bogów"

 Ćwiek, Jakub - "Stróże 2: Brudnopis Boga"

Linki

Nowosad, Jerzy - "Czerwone oczy"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Sierpień 2006
ISBN: 978-83-60505-03-8
Oprawa: miękka
Liczba stron: 432



Nowosad, Jerzy - "Czerwone oczy"

Przed samochodem sunął majestatycznie lekki opar, na szy­bach osiadały setki drobniutkich kropelek. Kropelki łączyły się z sobą, pęczniały, by wreszcie niczym wielkie łzy, znacząc ślad swojej drogi, zjechać w dół. Na lakierowanej blasze były już tylko brudną wodą.
Kamil pieszczotliwie dotknął ustami ucha dziewczyny i za­czął szeptać:
— „Jeśli brutalna gwiazda spadnie ruchem kosy i rozetnie, rozdzieli to, co nas łączyło, to przypomnij tak lekko jakby ci się śniło, że kwiat nieśmiertelności wpiąłem ci we włosy”.
Anna odwróciła zdziwiony wzrok.
— Dlaczego akurat ten wiersz przyszedł ci na myśl?
— Nie wiem. Tak jakoś.
Kamil zdjął rękę z ramion dziewczyny. Trochę zbyt ener­gicznie wdusił pedał sprzęgła, przekręcił kluczyk. Z cichym pi­śnięciem ruszyły po szybach wycieraczki, światła reflektorów rozcięły mgłę. Biały fiat ostrożnie zjechał na asfalt i skierował się w stronę centrum. Dwa czerwone ognie na pniu starej lipy zgasły.

* * *

Starszy mężczyzna aż przystanął zdumiony.
— Julek, ty chyba z nas sobie żartujesz? W taką pogodę ka­żesz nam iść pieszo do domu?
— Tato, przecież wypiłem trzy kieliszki i szklankę piwa.
Drugi ze starszych mężczyzn dodał z dezaprobatą:
— Panie Julku, a co to są trzy kieliszki na takiego chłopa jak pan.
Julian Podgórski zrezygnowany machnął ręką i wyciągnął kluczyki. Podeszli do czerwonego poloneza, zaparkowanego u ślepego wylotu ulicy Kaszubskiej. Samochód wolno wycofał się z parkingu, błysnął światłami i pojechał w dół, do pierwszej i jedynej przecznicy. Tam zamigotał prawym kierunkowskazem, na wysokości narożnego baru stanął, po czym skręcił w lewo, w ulicę Krakusa i Wandy.
— Gazu, jeszcze zdążysz — sapnął Podgórski — senior.
Zielone światła przy Lechickiej zaczęły pulsować. Julian kopnął pedał przyspiesznika, strzałka szybkościomierza skoczyła do liczby osiemdziesiąt. Polonez wpadł na skrzyżowanie już przy świetle czerwonym.
Julian Podgórski myślał, że śni. Z mlecznego oparu, niespo­dziewanie wynurzył się biały fiat 126p. Sunął tak wolno, iż mo­gło się wydawać, że wystarczy lekki ruch kierownicą, by unik­nąć zderzenia. Julian zrobił to błyskawicznie, ale przedtem z całej siły uderzył nogą w hamulec. Zablokowane koła nie słu­chały kierownicy. Czerwona maska nieubłaganie zbliżała się w stronę białej. Julian odruchowo zasłonił twarz rękami. Straszliwy łomot zgniatanej blachy zagłuszył jego krzyk strachu.
Polonez uderzył w fiata na wysokości przedniego koła, gwałtownie skręcił w lewo, stanął pięć metrów za środkiem skrzyżowania. Potężnie ugodzony maluch obrócił się wokół wła­snej osi i bokiem, z nieprzyjemnym kwikiem dartych opon sunął w stronę chodnika. Oba prawe koła grzmotnęły w krawężnik, samochód zadygotał i runął na bok.
Zupełnie nieprawdopodobnym wysiłkiem woli Kamil uniósł powieki. Przez chwilę miał wrażenie, że otwiera olbrzymie, pordzewiałe wierzeje. W oknie nad sobą zobaczył białą, przera­żoną twarz. Jego wzrok przygasł, powieki przykryły oczy tylko do połowy, odsłonięte połowy zasnuła powoli szklista po­włoczka.
Julian Podgórski stał jak skamieniały. Po chwili zrobił nie­zdarny krok w tył, przechylił głowę i zwymiotował. Przetarł usta rękawem, przeszedł kilka metrów na zupełnie miękkich nogach i upadł do przodu, nie zdążywszy nawet wyciągnąć rąk przed sie­bie.

II

Anna otwarła oczy pierwsza. Czuła, że leży w jakiejś dzi­wacznej, niewygodnej pozycji; prawym bokiem była przyci­śnięta do drzwi, klamka wrzynała się boleśnie w jej biodro, nogi miała zadarte tak, że stopy spoczywały na przedniej szybie. Z drugiej strony przygniatał ją jakiś mokry, bezwładny tłumok. Przekręciła głowę. Twarz Kamila przypominała teraz upiorne oblicze z horroru; wielką ranę na czole wypełniła krew i szerokimi strużkami płynęła po policzku.
Tymczasem z bramy pobliskiej kamienicy wyjrzały dwie po­stacie. Byli to mężczyźni w ciemnych, dwurzędowych garnitu­rach nieskazitelnej elegancji, białych koszulach i, na oko, pie­kielnie kosztownych krawatach. Spacerowym krokiem ruszyli w stronę przewróconego samochodu.
— Kamil! — szepnęła dziewczyna. — Słyszysz mnie?
— Tak. Słyszę — jęknął. — Co się stało?
— Mieliśmy wypadek.
— Wypadek? — powtórzył bezwiednie. — Jaki wypadek?
— Wypadek. Ktoś nas potrącił. Ale żyjemy.
Wsparł rękę o zagłówek jej fotela, naprężył mięśnie. Z rany na czole buchnął mocniejszy strumień krwi.
— Nie dam rady. Łeb mi pęka.
— Zaraz wam pomożemy.- mocny głos dobiegł gdzieś z góry — Proszę przytrzymać się czegoś.
Nieznajomy wsunął rękę przez okno, schwycił skraj dachu i szarpnął. Samochód drgnął, zakołysał się i wolno opadł z po­wrotem na cztery koła. Drugi obcy dwornie otworzył drzwi.
— Służę pani.
Anna wysiadła. W momencie, kiedy jej stopy dotknęły ziemi, instynktownie — wszak była kobietą — wyczuła, że coś nie jest w porządku. Z przerażeniem obejrzała swoją mokrą od krwi sukienkę, potem podniosła głowę. Trwała cisza. Zamarły lampy kierujące ruchem, w zmatowiałych szybach domów panowały ciemności, nie przejechał samochód, nie zaszczekał pies. Znik­nęła mgła, zniknął czerwony polonez, gałęzie drzew sterczały bez ruchu. Żółte światło latarń przeszło wolno w zimną biel.
Kamil skorzystał z wyciągniętej ręki tego, który postawił samochód. Wylazł zza pogiętych blach i pokonując straszliwy ból, wyprostował grzbiet. Czuł, że całą prawą stronę twarzy ma zalaną krwią, ale nie wydawało mu się to w tej chwili ważne. Do jego uszu także dotarło jednostajne brzmienie ciszy.
— Panowie... jesteście z pogotowia?
Anna uniosła wzrok na twarz obcego i zastygła przestra­szona. Białka jego oczu urągały swojej nazwie. Były jaskrawo­czerwone. Chciała krzyknąć, otwarła już usta, ale nieznajomy uspokajająco położył rękę na jej ramieniu.
— W pewnym sensie, tak — odparł z ujmującym uśmiechem. — Chciałbym teraz panią opatrzeć.
Rozpostartą dłonią delikatnie dotknął czoła dziewczyny, przedramienia, biodra, przesunął palcami po plamach krwi na sukience, wreszcie ścisnął lekko jej udo. W pierwszym odruchu Anna cofnęła się o krok, gdy jednak obcy postąpił krok za nią, nie protestowała więcej. Poczuła, że wszystkie te zabiegi przy­noszą ulgę obolałemu ciału. Ustąpił potworny ucisk w prawej skroni, zniknęły pod palcami obcego plamy krwi na sukience, ustał przejmujący ból w udzie. Przeniosła zdziwiony wzrok na Kamila. On też stał nieruchomy, pozwalając drugiemu z nieznajomych na podobne czynności.
— Czy lepiej?
Dziewczyna nieśmiało spojrzała w twarz dziwnego ratow­nika. Gdyby nie czerwone oczy, byłby nieprzeciętnie przystoj­nym brunetem.
— Tak — odrzekła, całą siłą woli starając się opanować drżenie głosu.
— A pan?
Kamil niedowierzająco dotknął prawej strony twarzy. Pod palcami poczuł suchą, gładką skórę. Po ziejącej ranie i strugach krwi nie zostało ani śladu. Niepewnie potaknął głową.
— Zechciejcie teraz pójść z nami.
Chłopak ujął dziewczynę za rękę, obaj eleganci ruszyli tuż za nimi. Przecięli skrzyżowanie, weszli na chodnik po prawej stro­nie. Gdy mijali przedszkole, wyższy z obcych odsłonił zegarek i dotknął bocznego przycisku. Ulica ożyła w jednej sekundzie.
Trzasnęły otwierane okna, rozciął znów mgliste powietrze czyjś histeryczny wrzask. Z piskiem opon stawały samochody, ludzie biegli do przewróconego fiata, wreszcie z dołu ulicy za­wyła syrena ambulansu. Policyjne gwizdki zaczęły rozganiać ciekawskich.
Kamil odwrócił głowę w stronę skrzyżowania.
— Co pan zrobił? — zapytał cicho.
— Włączyłem zatrzymany czas — odparł obcy.
Anna również się odwróciła. Podniosła wzrok, długo patrzała w czerwone oczy wyższego z nieznajomych. W końcu zapytała szeptem:
— Myśmy umarli, prawda?
Mężczyzna w pięknym garniturze rozłożył ręce.
— W sensie, który dotąd znaliście, tak.



Dodano: 2006-05-27 09:18:41
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj Kronikę World of WarCraft


Wygraj przygody Lennarta Malmkvista


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"


 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

 Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

 Shannon, Samantha - "Zakon Drzewa Pomarańczy"

 Dick, Philip K. - "Nasi przyjaciele z Frolixa 8"

 Bardugo, Leigh - "Trylogia Grisza"

 Harrison, Harry - "Przestrzeni! Przestrzeni!"

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS