NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gwynne, John - "Gniew"

Žamboch, Miroslav - "Bakly. W objęciach śmierci", tom 2

Ukazały się

McDonald, Ian - "Luna: Wschód"


 Gwynne, John - "Gniew"

 Stephenson, Neal - "Śnieżyca"

 Domagalski, Dariusz - "Więzy krwi"

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (miękka)

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (twarda)

 Lem, Stanisław - "Wysoki Zamek"

 Carter, Rachel E. - "Ostatnia walka"

Linki

Grzędowicz, Jarosław - "Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Lipiec 2006
ISBN: 978-83-60505-01-4
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 330
Cena: 28,99 zł



Grzędowicz, Jarosław - "Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy" #1

Cela

Do wyjścia prowadził mnie kolejny mnich. Młody, krótko ostrzyżony, w habicie z odrzuconym kapturem, o poczciwej, wiejskiej twarzy. Wędrowaliśmy kamiennymi korytarzami, mijając szeregi drewnianych drzwi, posadzka pachniała ostro pastą do podłogi, jak w wojsku.
— Pan znał brata Michała?
Pokazałem mu paczkę.
— To był mój przyjaciel. Od lat.
Pokręcił głową i westchnął.
— Kto by pomyślał... Przecież wcale nie był stary. I tak nagle... jeszcze w kaplicy?
Nie jestem taki głupi, żeby mówić „a przeor mi powiedział, że umarł w łóżku!”.
— Jak to się stało?
— Leżał w kaplicy. Krzyżem.
Mnich rozłożył ręce, jakby chciał zademonstrować, co to jest krzyż.
— Tak go znaleźliśmy.
— Narzekał na zdrowie? Coś go bolało?
— Michał? Nie. Nigdy się nie męczył. Pracował do późna. Zawsze siedział w nocy. Rano w jego celi znaleźliśmy rozsypane papiery, przewróconą szklankę z herbatą, a on leżał w kaplicy. Zupełnie jakby się zerwał, przewrócił krzesło i pobiegł modlić, nawet drzwi nie zamknął. Dziwne... — Mówił pod nosem, jakimś konfidencjonalnym szeptem. Z przeciwka wyszedł na nas inny mnich, niosący pod pachą stertę tekturowych teczek. Mój przewodnik zamilkł na chwilę i poczekał, aż tamten zniknie za załomem korytarza, aż umilknie echo jego kroków. — Przecież nawet nie wiadomo, na co umarł — wyszeptał. — Nawet go nie zbadali. Nikogo nie wezwali. Policji, pogotowia. Tylko naszego lekarza, żeby wystawił akt zgonu.
— Może mi brat pokazać jego celę?
Aż się zatrzymał.
— Przeor nie pozwoli. Tam jest chyba zamknięte.
— Niech brat zrozumie. To był mój przyjaciel. Chciałbym się pożegnać.
— Pan wie, czym się zajmował? Czym my się zajmujemy? — spytał niepewnie, zagryzając wargi, jakby koniecznie chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział, czy może. Tak to odczytałem. Nie pytał przecież, czy wiem, co to jest klasztor.
Rzecz w tym, że nie znałem żadnych szczegółów. Właśnie to, że Michał nigdy nie powiedział mi nic konkretnego, było podejrzane. To, oraz jego tajemnicze podróże, pancerny neseser, z uchwytem przystosowanym do przypinania kajdanek, kamera przed furtą i kuloodporne drzwi. Spojrzałem przewodnikowi prosto w twarz.
— Był historykiem. Archiwistą. — Pudło. Wtem przypomniałem sobie, co rzucił kiedyś od niechcenia, kiedy go wypytywałem, czym się zajmuje. Bodajże usiłowałem mu wmówić, że jest darmozjadem. — Szukał... prawdy.
Mnich zatrzymał się nagle jak uderzony. Zrobił gest dłonią, jakby chciał przyłożyć palec do ust, i przewrócił oczami, wskazując nimi ściany i sufit.
— Ma pan dwie minuty — wyszeptał. — A ja nic nie widziałem. Tędy.
Nie wiem, czego się spodziewałem. Biel ścian, ciemne drewno sprzętów. Piwniczny, beczkowy sufit, tapczan, biurko, wieszak, klęcznik, krucyfiks. Pomieszczenie bezosobowe, jak pokój w akademiku. Pachniało woskiem do mebli i ciężkim aromatem kadzidła.
— Okadzili celę — wyjaśnił młody. — Ktoś mi mówił, że przeprowadzili egzorcyzmy, zaraz jak umarł. Dwie minuty — dodał. — Poczekam na korytarzu.
Nawet nie byłem pewien, czy to cela Michała. Zawsze to on mnie odwiedzał albo spotykaliśmy się na mieście. Nie wiedziałem, dlaczego ten mnich mnie wpuścił. Wydawało mi się, że czegoś się boi. Nie wiedziałem, skąd to wrażenie. Coś tu było nie w porządku.
Usiadłem na zasłanym szarym kocem łóżku i rozejrzałem się, szukając śladów Michała, ale pokój był jak wymieciony. Z biurka znikła przewrócona szklanka, ktoś pozbierał rozsypane papiery. Minęły dwa tygodnie. Była tu rodzina — ojciec i siostra Michała. Zabrali to, co mogło mieć dla nich wartość. Czy ja wiem, zdjęcia, papiery, listy, zegarek. Resztą osobistych rzeczy zajęli się mnisi. Spakowali w pudło i oddali na makulaturę albo wręcz wyrzucili. Ubrania i inne szpargały też. Nawet pościel znikła. Przypuszczalnie pokój miał posłużyć nowemu właścicielowi, ale na razie stał pusty. Brakowało im rekrutów, czy też nie było chętnych na lokum po zmarłym?
Wyglądało to tak, jakby lokator się wyprowadził albo jakby nigdy nie istniał. Znowu poczułem bolesny skurcz w oczodołach i w gardle. Zacisnąłem szczęki.
— Nie dam ci tak zniknąć — szepnąłem.
Ścisnąłem nasadę nosa między palcami.
Chrząknąłem.
Pewnie, że był mnichem. Był też pobożny, to jasne. Ale nie mogłem sobie wyobrazić, że leci po nocy do kaplicy leżeć krzyżem, przewracając przy tym wszystko na biurku. Wiara Michała była jakaś taka racjonalna i prosta. Daleka od ostentacyjnych, dramatycznych ceremoniałów. Nie mogłem go sobie wyobrazić w takim stanie.
I dlaczego zostawił mi paczkę z własnymi rzeczami?
Usiadłem za biurkiem, twarde krzesło z podłokietnikami zaskrzypiało pode mną. Położyłem dłonie na stole. Zamknąłem oczy.
Chciałem go wyczuć.
Czasami się udaje.
W celi panowała cisza. Czułem tylko własne podenerwowanie i przekonanie, że wszystko to jest trochę surrealistyczne i cholernie dziwne.
Może po prostu nie mogłem się pogodzić z tym, że życie gaśnie nagle bez powodu, jak zdmuchnięta świeczka i zostawia po sobie dziurę.
— Jesteś tu? — szepnąłem. Mój głos brzmiał dziwacznie i niesamowicie. — Chcesz mi coś powiedzieć?
Czasem się udaje.
Albo, ewentualnie, moje urojenia zaczynają wracać.
Czułem, że coś w tym wszystkim jest nie tak. Paskudne, nie dające spokoju drobne przeczucie, jak zadra pod paznokciem albo ułamany kawałek wykałaczki między zębami. Niby nic, ale nie do zniesienia. Chciałbym zrozumieć.
Otworzyłem szuflady, jedną po drugiej. Nic — tylko po ślepym arkuszu sklejki przeturlał się zapomniany ołówek.
Blat był prawie pusty. Widać było matowy prostokąt, tam, gdzie stał kiedyś komputer, teraz został z niego tylko leżący na podłodze przedłużacz z listwą zabezpieczającą oraz porzucona pod blatem, odpięta myszka.
W czarnym kamiennym kubku tkwił jednorazowy długopis, stara obsadka ze stalówką, wewnątrz poniewierało się trochę kurzu i dwa spinacze.
Przejechałem dłonią pod blatem. Zerknąłem pod biurko, ale nie było tam żadnej kartki przyklejonej pod spodem ani nawet gumy do żucia. Zajrzałem pod krzesło.
Nie wiem, czego szukałem.
Otworzyłem okno i obmacałem parapet na zewnątrz i od dołu. Wyjąłem po kolei wszystkie szuflady i obejrzałem je z każdej strony.
Przyjrzałem się ścianom. Sterczało z nich tylko kilkanaście łebków gwoździ. W różnych miejscach. Obrazki, które na nich wisiały, znikły, ale w tym nie było nic dziwnego. Dziwne było to, że wszystkie gwoździe zostały grubo pomalowane. Przesunąłem dłonią po ścianie, na palcach został mi biały, słaby ślad, jakby kredy. Ściany odmalowano. Czy coś na nich było?
Na podłodze leżał chodnik.
Patrzyłem na niego kilka razy, czując, że coś mi w nim nie pasuje. Był niczym zgrzyt.
Dywanik jak dywanik. Skromny, wełniany. Trzy metry na półtora, w abstrakcyjne wzory z beżowych i ciemnobrązowych trójkątów. Nie wydawał się specjalnie luksusowy, nie sprawiał wrażenia czegoś niestosownego, nawet w mnisiej celi.
Zajmował prawie całą wolną podłogę, ale taki jest właśnie sens istnienia dywaników. Czego się spodziewałem — włosiennicy na podłodze?
Wtedy dopiero zobaczyłem coś białego. Leżało pod dywanem, wystawiając tylko mały rożek. Odwinąłem brzeg i okazało się, że to metka. Biały kartonik uczepiony kawałkiem żyłki do osnowy dywanu.
„IKEA” — głosiły czarne litery. „Chodnik Fjóllsgglund”.
Nowiutki.
Może chodziło o przygotowanie celi dla nowego lokatora.
Zwinąłem chodnik jak się dało, bez przesuwania mebli.
Obejrzałem deski pod spodem, pociemniałe, surowe, zaimpregnowane tysiącami warstw wosku lub jakiejś pasty do podłogi. Nawet nie od razu to zauważyłem.
Ścieżkę drobnych, okrągłych plam, nie większych od jednogroszowej monety albo mniejszych. Ledwo ciemniejszych od drewna starego parkietu, ale kiedy już się zauważyło pierwszą, całkiem wyraźnych. Było ich może kilkanaście, drobnych i rozrzuconych dość rzadko. Każda idealnie okrągła, z wianuszkiem śladów po mikroskopijnych kropelkach dookoła. Krew jest gęsta. Gdy już kapie, to dużymi kroplami. A ta tutaj kapała z dość wysoka, to znaczy, że ten, co krwawił, stał lub szedł od biurka do drzwi.
To nie był ślad jakiejś masakry. Krwawienie nie było poważniejsze niż, powiedzmy, z nosa. Jednak w takim wypadku krwi byłoby może trochę więcej, ale byłaby to jedna ścieżka. Jeden szereg plam. Tu krople rozciągały się pasem szerokości co najmniej pół metra, jakby ktoś broczył z kilku drobnych, ale głębokich skaleczeń równocześnie.
Niektóre ślady próbowano zetrzeć, ale to tylko pogorszyło sprawę i rozmazało je w półksiężycowate smugi. Wtedy ten, kto je ścierał, dał spokój i walnął na podłogę dywanik.
— Trzeba czytać książki, ciemniaku — mruknąłem. — Odyseję se poczytaj. Krew się zmywa octem.
Zajrzałem pod koc na tapczanie, ale pościeli nie znalazłem. Materac również był nowy i nazywał się Yggdlär, ale to niekoniecznie znaczyło coś dziwnego, skoro ktoś miał tu wkrótce zamieszkać. Zresztą, akurat materac w klasztorze to przypuszczalnie najbardziej kłopotliwy ślad po człowieku.
Biczował się tu? A potem krwawiąc, pobiegł do kaplicy?
Michał?!
Zajrzałem jeszcze pod łóżko, ale zobaczyłem tylko nieliczne kłębki kurzu.
I dwa patyki.
Jeden leżał całkiem blisko, właściwie w zasięgu ręki.
Miał długość dłoni, był z brązowego drewna i kończył się piekielnie ostrym kolcem. Cierń. Twardy jak żelazo cierń tropikalnego drzewa.
Wydobyłem także ten drugi, niemal identyczny, tylko odrobinę krótszy. Wydało mi się, że na końcach są ciemniejsze niż u nasady.
W kieszeni kurtki znalazłem chusteczkę higieniczną, naplułem na nią i przetarłem koniec ciernia. Na ligninie pojawiła się brązowawa smuga.
Krew.
Zawinąłem ciernie w chustkę i schowałem do kieszeni kurtki.
Wydobyłem tytoń, pakiet bibułek, skręciłem sobie papierosa, powąchałem go i zatknąłem za ucho.
I wtedy wydało mi się, że ktoś za mną stoi. Odwróciłem się gwałtownie, ale zobaczyłem tylko okno, mokry dach, pokryty lśniącą dachówką i niebo jak szare płótno.
A potem poczułem, że robi się zimno. Po lewej stronie ciała prześlizgnął się dreszcz, jakbym otarł się o naelektryzowaną, plastikową folię. Chuchnąłem i zobaczyłem obłoczek pary.
Drzwi szafy otworzyły się ze skrzypieniem. Zobaczyłem drewniane wnętrze i rząd pustych wieszaków.
Kołysały się lekko.
I tylko tyle.
Mnich zastukał nagle w drzwi, aż się wzdrygnąłem. Zajrzałem do szafy, ale nie zobaczyłem niczego nadzwyczajnego, więc wyszedłem, zabierając swoją paczkę.
— Znalazł pan coś? — zapytał cicho, kiedy szliśmy przez dziedziniec.
— Co miałem znaleźć? Przecież tam jest zupełnie pusto.
Wprowadził skomplikowany kod, klawisze wydawały pod jego palcami śpiewne dźwięki, niczym dzwonki wiatrowe. Zamek zabzyczał.
Zatrzymałem się w progu.
— Szczęść Boże... — powiedział, patrząc tęsknie nad moim ramieniem na wąską uliczkę i ścianę kamienicy naprzeciwko. Wydało mi się, że nie ma ochoty zamykać za mną tej furty.
— Szczęść Boże — odpowiedziałem. — Niech brat uważa na ciernie.
Zanim odszedłem, zobaczyłem jego nagle rozszerzone strachem oczy.


Dodano: 2006-05-24 17:37:15
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Recydywista"


 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

Fragmenty

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS