NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

Žamboch, Miroslav - "Bakly. W objęciach śmierci", tom 2

Ukazały się

Mammay, Michael - "Przestrzeń"


 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"

 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

Linki

Haydon, Elizabeth - "Elegia na utraconą gwiazdę"
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Haydon, Elizabeth - "Symfonia wieków"
Tytuł oryginału: Elegy for a Lost Star
Tłumaczenie: Anna Reszka
Data wydania: Kwiecień 2006
ISBN: 83-7480-021-6
Liczba stron: 384



Haydon, Elizabeth - "Elegia na utraconą gwiazdę"

Piąty odcinek najpopularniejszego harlequina fantasy ostatnich lat, cyklu o Rapsodii autorstwa Elizabeth Haydon, rozpoczyna się dokładnie tam, gdzie urwała się akcja czwartego tomu – w momencie wielkiej eksplozji. Niestety nadzieje na erupcję talentu literackiego autorki upadają już po kilkudziesięciu słowach na widok zdań, które pozwolę sobie przytoczyć w dokładnym brzmieniu. Oto i one:

„Mały oddział firboldzkich żołnierzy poczuł dudnienie pod stopami, choć znajdował się kilka mil na wschód od Gurgus. Minęła dłuższa chwila, zanim kurz opadł na dno tunelu. Dopiero wtedy Krarn wypuścił powietrze z płuc. Reszta patrolu też otrząsnęła się z zaskoczenia i wróciła do swoich obowiązków.”

Do samego końca czytelnik jest prześladowany tego rodzaju opisami za wyłożenie 29 zł na zakup powieści Haydon. Wielka szkoda, ponieważ pierwsze trzy tomy serii odbiegały in plus od normy obowiązującej dla heroicznej odmiany fantasy. Wydaje się, że „Elegia na utraconą gwiazdę” (czy tylko mi kojarzy się to nieodparcie z pewnym wierszem Broniewskiego?) była pisana w pośpiechu, toteż efekt końcowy kojarzy się z amatorskimi opowiadaniami, jakich wiele możemy przeczytać na forach internetowych. I niestety wrażenie takie nie ogranicza się wyłącznie do stylu.

Pamiętacie biedną Rapsodię walczącą z mdłościami, zboczeńcem, kidnaperami, plugawą magią oraz intrygą politycznych przeciwników w „Requiem za słońce”? Po kolejnym tomie jej przygód, w którym notabene pojawia się nawet rzadziej niż w poprzednim, możecie oczekiwać dokładnie tego samego, odjąwszy zboczeńca i kidnaperów a dodawszy wroga, wydawałoby się, pokonanego w „Przeznaczeniu”. Nic nie zdradzam, bo i tak streszczenie książki znaleźć można na IV stronie okładki. Zza grobu powraca, by nieść zemstę i śmierć pozytywnym bohaterom, babka męża Rapsodii. Zabieg to znany w fantasy, umiłowany przez pisarzy wypranych z kreatywności nadmiernym tempem produkowania kolejnych odcinków opasłych sag. Zdaje się, że pani Haydon posłużył do zarobienia dodatkowego honorarium pomiędzy czwartym a szóstym, rzekomo finalnym tomem jej cyklu. W istocie wydarzenia opisywane w „Elegii na utraconą gwiazdę” praktycznie niczym nie posuwają akcji całego cyklu do przodu, tworząc coś na kształt – posługując się językiem muzyki tak powszechnym u Haydon – dramatycznego interludium, względnie zwyczajnego skoku w bok.

Szczyt beznadziei fabularnej, zaprzeczania logice oraz smutnej grafomanii osiąga jednak Elizabeth Haydon w scenie porodu. Odbywa się ona wedle najgorszych wzorców wydawnictwa Harlequin, zaś sposób, w jaki dziecko w końcu przychodzi na świat, jest w stanie zbudzić konwulsje radości u każdego, kto ma przynajmniej szczątkowe pojęcie o fizjologii człowieka. Podobne wrażenie wywołuje opis tamowania wewnętrznego krwotoku rodzącej. To chyba pierwsze tak obrazowe traktowanie zabiegów uzdrowicielskich wspomaganych magią na polu literatury fantasy.

Stylistycznie nowa powieść Haydon razi rwanymi zdaniami i ogólną nieskładnością, jakby brakło jej redaktora. Powszechne są ciągi równoważników zdań bądź krótkich zdań pojedynczych, jakie nigdy wcześniej nie pojawiały się masowo u tej autorki. Generalnie jest zbyt wiele pustosłowia, niepotrzebnie drobiazgowych opisów wyglądu epizodycznych postaci bądź przedmiotów zaburzających rytm narracji. Opisy te przypominają szkolne wypracowanie, na przykład:

„Po południu tego samego dnia, kiedy Talquist ślęczał nad zestawieniami transakcji, które przysłano mu z zachodniego wybrzeża, jego wzrok w pewnym momencie padł na łuskę. Regent przerwał pracę, odłożył pióro i z roztargnieniem przesunął palcem po delikatnej powierzchni, po wyrzeźbionych na niej liniach, po drobnych nierównościach wzdłuż obwodu, jak u fiszbinów wieloryba.
Piękna, pomyślał, wspominając chwilę, w której pierwszy raz ją zobaczył, błysk na ciemnej plaży Szkieletowego Wybrzeża. Gdy tylko wziął ją w palce pokaleczone od kopania w wulkanicznym piasku, od razu się zorientował, że to starożytny przedmiot o wielkiej mocy. Wtedy smakował jego krwią. Ostatnio również.”

Jest to przykład znaleziony w drodze otwarcia książki na losowej stronie. Mógłbym wskazać wiele podobnych fragmentów, których 90 procent stanowią słowa niepotrzebne. W zalewie mowy ginie i tak niewielka dawka logicznej akcji, jaką ta powieść zawiera.

Można oczywiście tłumaczyć, że masa nielogiczności, z jakich składa się „Elegia na utraconą gwiazdę” jest usprawiedliwiona działaniem magii. Lecz dla mnie składanie braku wyobraźni na karb koncepcji magii w świecie przedstawionym jest grubym wykroczeniem przeciwko dobrej praktyce gatunku. Prowadzi wprost do zniechęcenia czytelnika, którego intelekt obraża się wyciąganiem, jak królika z kapelusza, kolejnych coraz bardziej cudownych rozwiązań. Z zachowaniem proporcji, jest to zjawisko doskonale znane z dalszych tomów „Koła czasu” Roberta Jordana, gdzie rozwiązanie każdej magicznej zagadki odsłania kolejną zagadkę, bardziej magiczną i niezwykłą. Pierwsze tomy cyklu Elizabeth Haydon były pod tym względem strawne, gdyż magia w nich wynikała z przyjętych reguł świata. Tymczasem tom piąty, a po części także i czwarty, łamią przyjęte na wstępie założenia o losach wyspy Serendair, o pochodzeniu i wyjątkowości narodu Cymrian, o (relatywnym) bezpieczeństwie zewnętrznym kraju Cymrian powiązanym z brakiem potężnych sąsiadów, o rzadkości tworów magii, o funkcji społecznej religii cymriańskiej, i tak dalej jeszcze długo. W ten sposób znajomy świat „Rapsodii”, który poznaliśmy i – jak się wydaje – zrozumieliśmy w pierwszej trylogii zostaje unicestwiony przez podanie w wątpliwość jego kluczowych elementów. Wielka szkoda, był to bowiem ciekawy świat, w sam raz na pojedynczą powieść, względnie parę powieści, choć stanowczo niewystarczający bogactwem do napisania tasiemca dostarczającego wikt i opierunek autorce przez kilkanaście lat. Co gorsza, Haydon własnoręcznie pozbywa się głównych atutów – mam na myśli zwłaszcza sprowadzoną do roli statysty postać Grunthora i zanik błyskotliwych dialogów między głównymi bohaterami.

Stanowczo odradzam nawet tym, którym podobało się „Requiem za słońce”. Elizabeth Haydon powinna się wynająć do pisania powieści z logo Wizards of the Coast, ponieważ najwyraźniej brak jej wyobraźni, aby stworzyć cokolwiek udanego w samodzielnie wymyślonym świecie, a i posiadany warsztat pisarski udało się jej wpędzić w atrofię.



Ocena: 2/10
Autor: Bleys
Dodano: 2006-05-24 11:05:10
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS