NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Ukazały się

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"


 antologia - "Opowieści niesamowite z języka niemieckiego"

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Zagubiona przyszłość" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Proxima" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Kosmiczni bracia" (reedycja)

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper" (2020)

 Caldecott, Andrew - "Miasteczko Rotherweird"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Linki

Wroński, Marcin - "Wąż Marlo", tom 1
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Wroński, Marcin - "Wąż Marlo"
Data wydania: Maj 2006
ISBN: 83-89011-91-3
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm



Wroński, Marcin - "Wąż Marlo" - fragment 2

Omar siedział przy ogniu, udając, że nie słucha słów ani myśli swoich uczniów. Warzył gorzki quetlijski napar, który odganiał senność, i zdawał się mówić bardziej do kociołka niż do powracających z połowu braci:
— Była sobie raz ryba, która chciała być wężem. Tak przeciskała się między kamieniami, aż stała się długa i cienka. Tak o nie tarła, aż pozbyła się rybich łusek. Nauczyła się nawet wychodzić z wody i pełzać po łąkach. Ale robiła to nocą, bo bała się, że w dzień, przy świetle, wszyscy poznają, kim jest naprawdę. Aż raz spotkała samotną żmiję. Pokaż mi swoje kły — powiedziała żmija — to może wezmę cię za męża. Jednak ryba nie miała przecież kłów, więc zawstydzona uciekła do rzeki, a rzeką do morza, a morzem do oceanu i nikt jej odtąd nie widział. Co roku wiele takich ryb, węgorzy, myśli, że zostaną wężami, ale czeka je tylko wstyd. A wy? — odwrócił się do chłopców. — Chcecie być wężami czy węgorzami?
— Wężami, ojcze! — zawołał Marlo, pokazując swoje ryby. Z radości przez chwilę nie czuł zmęczenia.
— Dobrze. A twoja ryba, starszy synu?
— Nie jestem już dzieckiem, ojcze! — Im więcej dumy zziębnięty Lomar próbował włożyć w swój głos, tym bardziej brzmiał on płaczliwie. — Po co mi te zabawy z łapaniem ryb? Chcę się szkolić, a ty nie pozwalałeś mi na to tyle lat, bo musieliśmy czekać, aż ten smark dorośnie!
— On potrzebował brata.
— Ale ja nie! Przez niego straciłem kilka lat. Gdybyś mnie szkolił, byłbym już całkiem dobry. Może nawet nie byłoby mnie już tutaj.
— To bardzo możliwe, Lomarze, że już by cię tu nie było. Bardzo możliwe, że byłbyś już martwy. Ale ja szkolę was, ty szkolisz Marla, a Marlo ciebie.
— On mnie? Niby w czym?
— A choćby w tym, jak łapać ryby.

* * *

Wieczorem Ojciec-Słońce rozciął żyły upolowanym zwierzętom i ich krew oblała niebo na zachodzie, a Marlo dalej kraśniał z dumy, że on też może być mistrzem dla Lomara. A ten siedział na wyciągnięcie ręki i nawet gdyby nie czuł radości młodszego brata myślą, musiałyby ją widzieć jego mętne, niewyspane oczy. Ale one jak na złość krążyły po całej polanie, zatrzymując się co chwilę na mistrzu, który przykucnięty na wprost chłopców rozniecał ogień. Tylko Marla mijały.
— Kiedy Panowie Żywiołów zabili już wszystkie dziwostwory — opowiadał ojciec — gdy stworzyli ludzi i wszystkie zwierzęta, jakie żyją do dziś, usiedli jak my teraz, aby naradzić się, co udało im się najlepiej. Początkowo długo nie mogli dojść do zgody. Erh mówił, że najwspanialszym stworzeniem jest kret, Agni, że lew, Chlu, że ryba, a Puf, że ptak. I długo nie mogli się pogodzić, choć bardzo tego pragnęli. W końcu Erh tak powiedział:
Żadne z tych stworzeń nie jest doskonałe. Lew ma w sobie zbyt wiele Ognia, ryba za dużo Wody, ptak Powietrza, a nawet mój kret kocha tylko Ziemię. Znajdźmy stworzenie, które ma wszystkiego po trochu. Tylko ono będzie doskonałe, tak jak my wszyscy razem. Bo powiedzcie sami, czy któryś z nas stworzyłby świat sam, bez pomocy braci?
Bogom spodobały się mądre słowa Pana Ziemi, dlatego przywołali wszystkie stworzenia, jakie tylko żyły. A gdy gnąc karki przed Żywiołami, zgromadziły się na polanie, czterej zdumieni bracia zrozumieli, że żadne z nich nie jest doskonałe. Już mieli je zniszczyć i stwarzać życie na nowo, gdy Chlu zobaczył małą trójkątną głowę węża wystającą zza kamienia...
Ojciec coraz częściej opowiadał chłopcom historie o wężach, a one wpadały w ich zmęczone umysły i tonęły. Gdy Marlo — tylko po to, by nie zasnąć — próbował przypominać je sobie od początku do końca, nigdy tego nie potrafił. A jednak zapytany szybko znajdował właściwą odpowiedź, zupełnie jakby tkwiła w nim zawsze i wystarczyło ją przywołać.
— Czym są pragnienia? — pytał na przykład mistrz.
— Kamieniami na drodze — mówił chłopiec. — Węże nie mają pragnień, tylko instynkt. Tak samo my nie myślimy o sobie, tylko o naszej powinności.
— Czym jest skromność?
— Cnotą węża — odpowiadał uczeń. — Wąż poluje rzadko, a najedzony wolno, w ukryciu zbiera siły przed kolejnymi łowami. Tak samo my przez całe lata będziemy kryć się w królewskich lochach, zanim powinność nie każe nam szukać żeru.
— Czym są zaszczyty?
— Dymem na wietrze. Wąż nie pragnie, by nazywano go królem zwierząt, choć nikt na to bardziej nie zasługuje. Tak samo my nie będziemy szlachetni ani czcigodni, a jednak bez nas nie obędzie się żaden władca.
— Czym jest ostrożność?
— Mądrością węża. Nie chce, by go widziano i zapamiętano. Odkrywa się tylko po to, aby zabić i znów zniknąć. Tak samo my nigdy nie będziemy służyć więcej niż raz w jednym kraju dla jednego władcy.
Słuchając opowieści mistrza, Marlo wiele razy myślał ze zgrozą o własnej bezradności. Węże umieją przecież zabijać, jak tylko wyklują się z jaj, a gdyby nie ojciec, on dalej byłby bezradny, nieszczęśliwy i całkiem pozbawiony instynktu. Znów zobaczył siebie skulonego w ciemnej jamie, nad którą szalał ogień, na plecach czuł pot, a w nos wciskała się woń dymu. Był niczym wąż w jaju albo człowiek w grobie...
— Nie umieraj, Marlo! — usłyszał raptem krzyk Lomara. Potrząsnął głową, znów usiadł prosto.
— ...Bo czym jest doskonałość? — ojciec kończył opowieść. — Jest zgodą Żywiołów. Gdy Woda zgasi w kimś Ogień, będzie nieśmiały i zapadnięty w sobie, z bystrym umysłem, ale bez ducha. Gdy Ziemia uwięzi w kimś Wodę, ogłuchnie na przeczucia i będzie tylko zmysłami szukał pociechy dla ciała, a o umyśle zapomni. Gdy Wiatr wysmaga w kimś Ziemię, będzie rozsądny, ale zagubi mądrość, jego wola stanie się nie przewodnikiem, ale katem ciała. Gdy Ogień rozgrzeje w kimś Powietrze, nie będzie on widział tego, co jest, a tylko to, co chce zobaczyć, bo jego duch zapanuje nad wolą.
Każde słowo mistrza wbijało się w pamięć, choć głowa nie potrafiła ich ogarnąć niczym przepełniony kociołek, do którego ktoś ciągle dolewa wody.
— Co widziałeś w oczach śmierci, Marlo? — zapytał nagle ojciec.
— Siebie, ciebie i Lomara. Wyciągnęliście mnie z jakiegoś dołu, a wokół paliły się domy i leżeli martwi ludzie. Nie wiem, co tam robiłem.
— Tak myślałem, że kiedyś o to zapytasz. Dawniej miałeś innego ojca i braci, Marlo. Miałeś też matkę i siostrę. Zabili ich zbójcy, a ciebie jednego Lomar znalazł przy życiu.
— Ojcze, ale to nie był on. To ty mówiłeś wtedy czułem. Ty mnie wyciągnąłeś z... — chłopiec urwał i spojrzał na brata. — Nie umieraj! — krzyknął, uderzając go lekko dłonią w policzek. Nagle cofnął się przestraszony. Starszy chłopiec był coraz zimniejszy. Stygł jak trup.
— Nie umieram — syknął Lomar. — Zostanę wężem, choćbym miał cię zabić, smarku.

* * *

Przez całą noc Lomar drżał, ale nie umierał ani razu. Nieraz gubił jednak myśl brata i musiał patrzeć, czy w jego oczach odbija się blask ogniska, czy przesłaniają go coraz cięższe powieki. Utrzymywanie myśli Marla męczyło go i wystarczała chwila nieuwagi, a zrywały się jak ryba ze zbyt poluzowanej wędki. Mistrz nie wziąłby mnie na naukę bez powodu. Nie dałby mi imienia — powtarzał sobie i mocno w to wierzył. Aż spotkał Marla, któremu przychodziło to jak innym plucie i sranie! Lomar musiał udawać, kryć się przed małym smarkiem ze swoją słabością. To bolało. No ale trudno konkurować z takim boskim wypierdkiem, skoro nawet ojciec oszalał na jego punkcie, zanim go jeszcze zobaczył.
— Czujesz? Czujesz? — pytał niby pies, co wywęszył sukę, biegając przed laty między płonącymi chatami i ciągnąc Lomara za sobą.
— Tylko smród — prychnął wtedy chłopiec i to była właśnie ta zła odpowiedź.
— Tak, ty nie czujesz — westchnął mistrz. — Trudno, jesteś dopiero moim pierwszym uczniem.
Ale kiedy już wyciągnęli tego gnojka z ciemnej dziury pod podłogą, obaj cofnęli się przed lękiem malca, który niczym ręka topielca na oślep próbował chwycić się umysłu swego przyszłego ojca.
— Poczekamy z Próbą, aż on będzie gotowy — rozkazał Omar, niechętnie odrywając wzrok od zasmarkanego dzieciaka, w którym czuł węża, a jego pierwszy uczeń przede wszystkim odór strachu i gówna.
Chłopak długo dusił w sobie niecierpliwość, aż w końcu doczekał się swojej Próby, początku prawdziwej nauki wężowego fachu. A jednak doczekał się za późno, bo zazdrość zaczęła go łamać. Może jeszcze rok wcześniej ścierpiałby wszystko, teraz już nie potrafił. Coś w nim pękło...
I znowu, ale już nie we wspomnieniach, tylko teraz, tuż obok! To myśl Marla wysmyknęła się z umysłu Lomara. Tfu, pluje Chlu, nie czuł jej, kiedy była, a jednak poczuł, gdy uciekła! Już podnosił rękę, żeby zdzielić młodszego brata, gdy naraz jeszcze większy chłód ogarnął jego ciało.
— Nie umieram — usłyszał.
Widać smarkowi dobrze zrobił gorzki napar z quetlijskich ziół, który ojciec kazał im wypić po południu. Starszy uczeń chętnie napiłby się go znowu. Wzmacniał i oszukiwał ciało. Ale duch, umysł i wola naprężone do ostatnich granic i tak gięły się, prawie łamały. Szaleństwo było blisko, śmierć tylko o krok dalej, a oni musieli wytrzymać tę ostatnią noc.
Lomar zamarzłby pewnie, gdyby nie grzał go gniew. Patrzył wściekle na młodszego brata pocącego się z żaru, jakby na złość w ciele Marla było gorące południe, choć dla niego tej letniej nocy niespodziewanie nadeszła zima.
— Lomar? — odezwał się naraz gnojek.
— Cz-czego chc-cesz? — zęby szczękały nieposłuszne.
— Dlaczego już mnie nie lubisz?
Jak śmiał jeszcze o to pytać?! Na rozkaz mistrza trzy... nie, prawie cztery lata Lomar opiekował się nim, bawił, uczył, prawie że tyłek podcierał. Teraz cierpi, marznie, duch w nim gaśnie, krew zamienia się w lód. Nie ma siły, by uderzyć, nie ma mocy, by kłamać, no i nie jest jeszcze wężem, by wyśliznąć się i ukąsić, a potem bezszelestnie zniknąć w trawie.
— Przypałętałeś się — powiedział. — Powinieneś zdechnąć, a żyjesz. Ja sam wybrałem mistrza. Byłem małym złodziejem w Ozdze, miałem tyle lat, co ty teraz. Kiedy go zobaczyłem, od razu odgadłem, że jest wężem. Nie wiem dlaczego. Podszedłem i zapytałem: Wyszkolisz mnie, panie? A on powiedział, że tak, i wziął mnie ze sobą. Dla niego za... — urwał i zadrżał od jeszcze większego gniewu. — Dla niego robiłem wszystko, byle też zostać wężem. Wtedy pojawiłeś się ty i mistrz kazał mi zaczekać, aż podrośniesz i też będziesz gotowy. I co? Teraz mówi, że jesteś lepszy ode mnie! — Ze złością splunął w ogień.
— Ojciec nie powiedział, że jestem lepszy. — Ton głosu Marla był ciepły i spokojny. Jak sen, na który obaj nie mogli sobie pozwolić.
— Nie jesteś lepszy! Jesteś jeszcze smarkiem, ale nie będę już na to zważał. Będę najlepszym wężem, czy to się wam podoba czy nie!
— Będziesz, Lomar.
— A żebyś wiedział!
Starszy brat dorzucił drew do ogniska i żywszy płomień oświetlił mu twarz. Była zacięta i wściekła, jeszcze bardziej niż jego słowa.
— I ja chcę być wężem — powiedział poważnie Marlo. — Razem będziemy wężami.
— Węże też się pożerają. Nie pamiętasz, jak ojciec to mówił? Jeśli tak będzie trzeba, to cię zabiję. I ty zrobiłbyś to samo, gdybyś nie był takim gnojkiem.
Lomar czekał, aż chłopiec się rozpłacze. Ale on powstrzymał łzy i...
...I w tym momencie Marlo ujrzał samego siebie stojącego w jakiejś górskiej jaskini z odciętą głową brata w dłoni. Chciał ją rzucić na ziemię, jednak nie potrafił, bo powietrze wokół zgęstniało jak bagno, a mięśnie zmieniły się w skałę. Zaczął mrugać i potrząsać głową, żeby sen — skoro już ma go dopaść — to przynajmniej nie z tą wizją przed oczami. Ale kark był sztywny jak pień. Chłopiec uniósł rękę — szła do góry dwa razy wolniej, niż jej nakazał.
Wizja zniknęła tak nagle, jak się pojawiła. Zobaczył Lomara, który próbował wstać, ale jego stawy też zgrzytały przy każdym ruchu jak kra na rzece, jak nóż ostrzony na kamieniu. Chłopiec poczuł się niczym w swoim śnie, gdy siedział w jamie osaczony przez Żywioły i brakowało mu odwagi, nawet by marzyć o wyjściu. Siedział, ze strachu posikując pod siebie, a jeśli czegoś pragnął, to tylko by nic się nie zmieniło, żeby nie było straszniej i gorzej. I jak w swym śnie ujrzał naraz twarz mistrza oświetloną ogniem.
Ojciec polał ognisko wodą z bukłaka i wszystko, cały świat zniknął w ciemności.
— Chodźcie. Już czas umierać — powiedział Omar.


Dodano: 2006-05-23 16:54:30
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Imię boga"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"


 Vonnegut, Kurt - "Recydywista"

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

Fragmenty

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS