NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

Cetnarowski, Michał - "Bestia najgorsza"

Ukazały się

Hoare, Andy - "Polowanie na Voldoriusa"


 Žamboch, Miroslav – "Zakuty w stal"

 Kossakowska, Maja Lidia - "Zakon Krańca Świata", tom 1 (wyd.3)

 Ishiguro, Kazuo - "Pogrzebany olbrzym" (2017)

 Ishiguro, Kazuo - "Nie opuszczaj mnie" (2017)

 Larson, B.V. - "Imperium"

 Carson, Rae - "Złotowidząca. Księga 2. Schronienie"

 Hałas, Agnieszka - "Pośród cieni" (Rebis)

Linki


Starej dobrej przygody smak

Była mokra i chłodna jesień. Denis von Kramp siedział w jednej z najpodlejszych tawern w Eastwick, przy ostatnim kuflu słabego piwa. Ostatnim, bo na więcej nie miał już pieniędzy. W jasnym kącie tawerny, przy ciepłym świetle kominka, w którym wesoło trzaskały palące się kawałki drewna, siedziała podchmielona grupa czeladników opijających zdany ostatnio egzamin, śpiewających wesołe, choć sprośne piosenki. Kilka kelnerek co chwilę donosiło butelki francuskiego wina, świeży i ciepły chleb, soczyste plastry najlepszej szynki i kawały dymiącej kiszki. Patrząc na te wszystkie rarytasy, Denisowi tylko ślina napływała do ust, lecz mógł się tylko rozkoszować zapachem tych pyszności, bo po to żeby posmakować, trzeba przecież zapłacić, a z tym ostatnio krucho. Karczmarz właśnie skończył polerować blat stołu, od którego kilka chwil wcześniej odeszła inna grupa rozśpiewanych studentów, po czym zabrał się do picia wielkiego kufla piwa. Denis miał ochotę na jeszcze jedną porcję tego złotego sikacza, ale nie miał już ani jednego grosza przy duszy. Dopiero teraz przypomniały mu się stare dobre czasy, gdy jako dwudziestolatek i świeżo upieczony archeolog, z zapałem eksplorował wraz z ekipami badawczymi dawno już zapomniane grobowce władców dalekiego wschodu. Dobrze pamiętał ten smak przygody. W końcu niedawno skończył dopiero 34 lata, więc nie był jeszcze aż tak stary. Przez chwilę myślał jakby tu zarobić na najbliższy czas, aby żyć na dość wysokim poziomie. Nagle ujrzał postać wysokiego i dobrze zbudowanego człowieka. Mężczyzna bez pytania usiadła obok Denisa.
- Pan Denis von Kramp jak mniemam?- Zaczął nieznajomy. W jego głosie było coś niesamowitego. Coś tajemniczego. Coś, czego można się bać i coś, czemu można zaufać.
- To zależy, kto pyta – odparł trzeźwo Denis.
- Nazywam się Charles Bigburn. Słyszałem o pańskich wyczynach i dokonaniach... – ciągnął - Słyszałem także, że ostatnio ma pan drobne kłopoty finansowe. Myślę, że będę w stanie panu pomóc.
- Nie zabiję nikogo, nie będę niczego przemycał i niczego nie ukradnę – powiedział bez namysłu Denis.
- Daleki jestem od składania panu takich propozycji... Pragnę dać panu możliwość uczciwego zarobienia dużych pieniędzy, jednak zanim powiem panu dokładnie, o co mi chodzi chcę, aby pan przysiągł, że nic, co powiem nie dostanie się do wiadomości innej osoby niż pan. A to na zachętę – rzekł nieznajomy i wyjął z kieszeni obszernego płaszcza zwitek banknotów, po czym pchnął w stronę Denisa. Pieniądze toczyły się gładko po blacie stołu i trafiły do otwartej dłoni archeologa. Za tyle szmalu można tu przeżyć co najmniej dwa miesiące jak jakiś hrabia. Codziennie wspaniałe jedzenie, pokój z miękkim łóżkiem i kominkiem i na dodatek miłe towarzystwo młodych i pięknych dziewczyn co wieczór aż do rana. W tym momencie Denisa coś ruszyło. Niecodziennie zdarza się taki fart - gdy jesteś właśnie w dołku finansowym i pijesz ostatnie piwo na jakie masz pieniądze, ni stąd ni zowąd ktoś przychodzi i daje ci zwitek kasy na zachętę do współpracy, i oferuje znacznie więcej.
- No pewnie, że przysięgam, że nic nikomu nie wygadam – odparł ochoczo Denis.
- Wierzę panu, lecz jeżeli coś będzie nie tak, to przypłaci pan to życiem – powiedział groźnie nieznajomy.
- Będę milczał jak grób – zapewnił archeolog.
- Dobrze. Bardzo dobrze – powiedział nieznajomy i uśmiechnął się, pokazując przy tym swoje zadziwiająco białe i proste zęby, których w Eastwick oprócz niego, nie posiadał chyba nikt - Tak więc chodzi o coś, co bardzo mocno powiązane jest z pana zawodem i na pewno poczuje się pan jak w domu. Chodzi o pewien magiczny artefakt, który należał do tolteckiego władcy i zaginął całe wieki temu pod gruzami zniszczonej przez kataklizm świątyni. Podobno miał moc, o której nie śniło się ludziom. Zorganizuję ekipę pięćdziesięciu osób, dam wam sprzęt, wyżywienie i niezbędne narzędzia do odnalezienia tego, czego szukam. Wyprawię was prywatnym samolotem na miejsce i zorganizuje obóz. Nie chcę nic więcej, chcę tylko to magiczne cacko. Nie powiem na razie panu nic więcej o tym przedmiocie ani o miejscu gdzie się prawdopodobnie znajduje. Muszę się zabezpieczyć, rozumie pan. Tymczasem niech pan idzie na górę przespać się z tą ofertą. Wynająłem panu pokój. Spotkajmy się tu jutro na obiedzie. Ja stawiam. Do zobaczenia - nieznajomy skończył swą wypowiedź. Musiał być wręcz obrzydliwie bogaty, gdyż taka wyprawa do zrujnowanej świątyni, znajdującej się zapewne w sercu jakiejś dżungli musi kosztować grube miliony dolarów! To wszystko działo się tak szybko i tak niespodziewanie, że Denis nie mógł się uspokoić. Był pełen energii. Chciał wyruszać natychmiast. Serce waliło mu jak u przestraszonej myszy. To wprost nieprawdopodobne, że znowu jedzie na jakąś owianą tajemnicą ekspedycję. Znowu poczuje zapach kurzu ze starożytnego grobowca, do którego od lat nikt nie zaglądał. Znowu stanie oko w oko z przeszkodami i pułapkami, jakie zawsze zastawiali na rabusi, a potem poszukiwaczy starożytni budowniczowie. Znowu po wielu trudach z przebyciem labiryntu najeżonego pułapkami, wejdzie do rozległej komnaty lub sali tronowej, na której końcu będzie siedział na złotym tronie naszpikowanym diamentami i innymi drogocennymi kamieniami, złoty albo srebrny posąg trzymający magiczny artefakt oświetlony przez światło księżyca wpadające przez szczelinę w suficie. Tak właśnie Denis wyobrażał sobie swoją mającą się rozpocząć już niebawem przygodę. Zamówił jeszcze jedno duże piwo i kawał wędzonego mięsa z jakąś przystawką. Po niebiańsko smacznej kolacji, dalej zaskoczony i podniecony archeolog poczłapał powoli po schodach na górę przytulnej tawerny, do swojego pokoju.

Rzeczywiście ruiny porażały swym ogromem. Denis zastanawiał się jak wyglądały, kiedy jeszcze nie były ruinami. Setki tysięcy ton kamieni, z których została wybudowana ta świątynia, a raczej, sądząc po jej rozmiarach, twierdza, nadawały jej murom naprawdę majestatyczny wygląd. Ściana muru miała prawie 30 metrów wysokości. Starożytni budowniczowie mieli nie lada smykałkę do takich rzeczy. Bigburn postanowił rozbić obóz w pobliżu wysokiego wodospadu, niedaleko świątyni. Z murów twierdzy rozciągał się niezwykły widok. Bujna dżungla porastała wszystko, aż do jakiegoś pasma górskiego majaczącego na horyzoncie. Jedynie w paru miejscach tropikalny las przerzedzał się na tyle, że można było dostrzec krystalicznie czyste wody niewielkiej rzeki, połyskujące w promieniach zachodzącego słońca. Już drugiego dnia zaczęto prace mające na celu zlokalizowanie wejścia lub czegoś, co prowadziło do wnętrza świątyni. Denis postanowił zobaczyć, czy w suficie twierdzy nie ma jakiegoś pęknięcia lub szczeliny umożliwiającej dostanie się do środka. Powoli posuwał się po liczącym przeszło siedem tysięcy lat kamiennym stropie zaginionej budowli. Wtem niewielki kawałek stropu, na którym stał Denis, zaczął szybko pękać i, zanim zdążył zareagować, leżał już w środku tajemniczej budowli. W środku było ciemno jak w grobie. Na szczęście lądowanie było miękkie. Denis wylądował na dużej hałdzie piachu. Gdyby spadł dwa metry dalej, już by nie wstał. Ze zgrozą spojrzał na wystające z ziemi ponad metrowe kolce.
- Starożytne cwaniaki. Nic, tylko pułapki zastawiać – szepnął Denis.
Archeolog próbował się trochę rozejrzeć po dziwnym pomieszczeniu, ale jedyne światło wpadało przez szczelinę w suficie i odbijało się od szkiełka jego zegarka. Nagle nad pęknięciem w suficie, ukazała się głowa Bigburna.
- Hej! Von Kramp! Żyjesz?! – Zawołał.
- Ta... nic mi nie jest, ale trochę dalej bym spadł i byłbym sitem – krzyknął Denis.
- Trzymaj się! Już schodzimy do ciebie.
Przez wyrwę w suficie pofrunęła najpierw pochodnia. Upadła tuż u stóp Denisa. Archeolog wreszcie mógł się rozejrzeć po niesamowitym pomieszczeniu. Dookoła hałdy piachu, z podłogi wystawały gęsto nasadzone kolce. Ostre jak brzytwa szpice mające ponad metr, piętrzyły się ku górze czekając na nieostrożne ofiary. Ściany pomieszczenia ozdabiały ponad piętnastometrowe wizerunki ludzi i zwierząt! Pomimo sędziwego wieku nie utraciły żywych barw. Migocząca pochodnia pozwoliła Denisowi dojrzeć wąską ścieżkę prowadzącą przez las ostrzy do wielkich drzwi. Przez otwór w suficie przeleciała właśnie lina. Po kilku minutach, na dole stało już piętnastu mężczyzn z Bigburnem i Denisem włącznie.
- Von Kramp, nie wiem jak ciebie, ale mnie to pomieszczenie, te wizerunki i jeszcze te szkielety walające się między tymi szpicami, przyprawiają o cholerne dreszcze! – Powiedział zaniepokojony Bigburn.
- To się zdarza... Kapłani często nie chcieli, aby ktoś oprócz ich odwiedzał takie święte miejsca, dlatego przez wiele lat budowali wymyślne pułapki, które skutecznie powstrzymywały rabusiów... a właśnie teraz, gdy ktoś chce odkryć na nowo tajemnice takiego miejsca, po prostu czasem nie ma możliwości... – Odparł Denis.
Archeolog zaczął zręcznie przechodzić wąską ścieżką w kierunku dużych wrót. Reszta poszła w jego ślady. Po minucie dotarł do majestatycznych drzwi z ciemnego drewna z wieloma metalowymi płytkami. Płytki zrobione były zapewne przez wprawnego rzemieślnika, gdyż ich fakturę stanowiły jakieś dziwne symbole i postacie, których na pewno byle laik nie byłby w stanie wykonać. Na środku tej konstrukcji ujrzał niewielkie gniazdo przypominające kształtem jakieś zwierzę, chyba węża, niezwykłego węża... pierzastego węża!
- Bigburn, podejdź tu na chwilę! – Krzyknął von Kramp.
Sponsor powoli przecisnął się przez niewielki tłum stłoczony na ciasnej ścieżce wiodącej do drzwi.
- To niesamowite – wyjąkał Charles. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem!
- Ale mamy mały problem – rzekł Denis. – Widzisz tego pierzastego węża? To zapewne miejsce na klucz o takim samym kształcie... wygląda na to, że możemy wracać, bo nie przebijemy się przez te drzwi... po prostu nie mamy klucza! – Krzyknął archeolog.
- Nie wszystko stracone – odparł Bigburn, po czym wyjął z kieszeni skórzanej kamizelki, niewielki kawałek metalu o kształcie odpowiadającym temu w drzwiach, po czym wetknął we wskazane przez Denisa miejsce.
- Wolę nawet nie myśleć skąd go masz – powiedział von Kramp.
Nagle wrota wydały bardzo wysoki dźwięk. Wszyscy złapali się za uszy, ale nawet to nie pomagało. Na szczęście było to tylko chwilowe skrzypienie rozsuwających się olbrzymich drzwi. Gdy wrota rozsunęły się do końca, światło pochodni przedarło się przez mrok długiego korytarza. Na ścianach widniało jakieś dziwne pismo nieprzypominające ani runów, ani hieroglifów.
- Nie rozpoznaję tych znaków – stwierdził Denis.
Podłoga została wyłożona idealnie dopasowanymi blokami błyszczącego marmuru. Przy słabym świetle pochodni przypominała jakby szkło lub lustro. Wszyscy dokładnie widzieli swoje odbicia. Grupa odkrywców zaczęła przemieszczać się w głąb budowli. Po około pięćdziesięciu metrach, korytarz rozwidlał się. Bigburn postanowił, że najpierw pójdą w lewo. Przodem poszło dwóch robotników i to był ich największy błąd. Ze ścian korytarza wysunęło się kilka wielkich ostrzy i przecięły ciała nieszczęśników. Tak szybko jak się pokazały, zniknęły w otworach po bokach. Ciała mężczyzn rozpadły się jak domki z kart. Na widok poćwiartowanych ludzi, kilku członków grupy zwymiotowało na czyściutką posadzkę.
- O w mordę, widzieliście to? – Krzyknął ktoś z ludzi.
- Mówię wam to miejsce jest przeklęte! – Dodał ktoś inny.
- Zamknijcie się wreszcie i dajcie nam działać! Obiecałem, że zapłacę wam złotem, fleje! – Krzyknął zirytowany Bigburn.
- Hej, Charles pomiarkuj trochę! Następnym razem trzeba uważać, bo inaczej podzielimy los tych nieszczęśników! – Odparł stanowczo Denis. – Jeżeli chcemy się tam dostać, to przeczołgamy się po ziemi.
Po chwili już wszyscy leżeli i rozpoczęli wędrówkę lub lepiej ”czołgaczkę” do pomieszczenia, którego jak na razie skutecznie broniły ostrza.
- SSSSSSSZZZZZZZZUUUUUUU!!!!!!!! – Wydały dźwięk przelatujące nad głowami poszukiwaczy ostrza. Jednego o mało co nie skróciły o głowę.
Gdy już wszyscy znaleźli się w pomieszczeniu, okazało się, że jest to wielka biblioteka. Na antycznych regałach, znajdowała się niezliczona ilość pergaminów przedstawiające dziwne rośliny i stworzenia. Wszystkie pokryte były tym samym pismem, co ściany innych pomieszczeń i grawerowanych drzwi.
- Bigburn czy zdajesz sobie sprawę, że dokonaliśmy chyba największego w dziejach odkrycia archeologicznego!? – Gorączkowo rzucił Denis.
- To chyba jednak sen – odparł jakby pijany Charles.
Cała trzynastka pospiesznie napełniła ostrożnie niewielkie skrzynie starożytnymi zwojami. Po dokładnych oględzinach pomieszczenia udali się w przeciwną stronę korytarza. Po kolejnej niebezpiecznej ”czołgaczce” pod ostrzami, Denis rzekł ponownie:
- Posłuchajcie wszyscy, nie wiem, co nas jeszcze czeka, ale mam nadzieje, że wszyscy zostaną do końca. Te pergaminy, choć i tak bardzo wartościowe, nie są jeszcze tym, czego szukamy.
Gdy skończył, na twarzach wszystkich pojawiła się jakby radość połączona z niezmierzoną chciwością do bogactw. Tak zmotywowani ruszyli dalej. Teraz dla własnego bezpieczeństwa, Von Kramp i Bigburn szli z tyłu powoli posuwającej się w głąb korytarza kolumny ludzi. Wtem usłyszeli dziwny dźwięk i krzyki ludzi.
- Zasrani kapłani! Kolejna pułapka! – krzyczał ktoś z przodu – Straciliśmy trzech!
Zaniepokojony obrotem spraw, Denis przedarł się na początek kolumny. Jego oczom ukazała się duża dziura w podłodze o długości około dwóch metrów i głębokości co najmniej dwudziestu. Na dole leżały trzy nabite na ostrza ciała robotników. Ten widok wyraźnie zniechęcił poszukiwacza.
- Bigburn! Straciliśmy jeszcze trzech... Jest nas już tylko dziesięciu! Jak tak dalej pójdzie to te zasadzki wytłuką nas jak kaczki – wycedził przez zęby Denis.
- Słuchaj albo jesteś ze mną albo przeciw mnie – odparł Charles. – Ja sfinansowałem tę wyprawę, i ja żądam efektów! Jazda do przodu!
Kilka chwil później, cała ocalała dziesiątka była po drugiej stronie rozpadliny. Wtem ich oczom ukazały się kolejne wrota. Miały na środku taki sam symbol jak te wcześniej. Bigburn starannie dopasował klucz we właściwe miejsce, i znowu do jego uszu dotarł przenikliwy pisk. Gdy kolejne drzwi stanęły otworem, a ciepły blask pochodni wlał się do środka pomieszczenia, oczom odkrywców ukazały się setki kamiennych żołnierzy poustawianych pod ścianą wielkiego, kolistego pomieszczenia. Każdy miał dość demoniczny wyraz twarzy, jednak każda z nich była inna. Było ich tam co najmniej kilkuset, lecz każdy był inny od poprzedniego. Na środku sali, dokładnie tak jak wyobrażał sobie von Kramp, stał olbrzymi tron wysadzany drogocennymi klejnotami, a na nim siedział majestatyczny posąg dzierżący w ręku wielkie diamentowe berło połyskujące dziwnym złowieszczym blaskiem. Całość oświetlało światło księżyca wpadające przez okrągły otwór w bardzo wysokim stropie sali. Na widok ogromu bogactw wszystkim zabłyszczały oczy. Niewiele myśląc, cała ekipa zaczęła zbliżać się do posągu. Pazerni robotnicy, a raczej rabusie, zaczęli pracowicie wydłubywać ostrzami maczet drogocenne kamienie z tronu władcy, lecz bez skutku. Były bardzo mocno osadzone. Gdy von Kramp i Bigburn zbliżyli się do posągu, tamci już zaczęli wyjmować diamentowe berło. Nie było wyjścia. Musieli utrącić nadgarstek, bo berło było mocno trzymane przez posąg władcy. Dopiero teraz von Kramp przyjrzał się twarzy władcy i stanął jak wryty. To nie żaden król, cesarz, książę czy zwyczajny kacyk! Głowa posągu przedstawiała głowę pierzastego węża, tego samego, który był na kluczu otwierającym wejście do ogromnej sali, w której się znajdowali. Denis wpatrywał się w posąg oszołomiony i coraz bardziej przerażony. W jego głowie raz po raz rozbrzmiewało pewne znajome słowo - „Quetzalcóatl”!
- O cholera! – Krzyknął von Kramp.– To nie jest zwyczajny władca! To posąg meksykańskiego boga! Był to bóg dobry i sprawiedliwy, lecz jeżeli ktoś zalazł mu za skórę, to było już po nim! Przedstawiany jest jako pierzasty wąż, co pokazuje jego naturę, że potrafi być przebiegły i bezlitosny, ale jednocześnie łagodny i sprawiedliwy. Wiesz co Bigburn? Odnoszę wrażenie, że powinniśmy się jednak stąd zmywać i to tak szybko, jak to tylko możliwe – krzyknął wyraźnie przejęty Denis.
W tym samym momencie nadgarstek Quetzalcóatla upadł z hukiem na ziemię, a Bigburn odskoczył z diamentowym artefaktem złowrogo błyszczącym w dłoniach. Wszyscy zebrali się bliżej, żeby podziwiać piękno tego rzemieślniczego cuda, berło na chwilę zajaśniało tak mocno, że wszyscy musieli przesłonić oczy. Wtem dał się słyszeć bardzo niski dźwięk. Nie było to ani buczenie ani ryczenie. To przypominało bardzo niski głos nordyckiego rogu myśliwskiego. Oczy uszkodzonego posągu wężowego bóstwa zajaśniały głęboką jak kolor krwi czerwienią. Taką samą czerwienią rozbłysnęły setki marmurowych oczu ustawionych dookoła sali.
- Wiejemy stąd! Gazem! – Warknął Bigburn.
Setki wojowników oderwało się od ściany pokrytej barwnymi ornamentami i rzuciło w stronę odkrywców. Posąg podniósł swoje kilkudziesięciotonowe ciało ze złotego tronu i stanął na równe nogi. Na oko miał z siedem metrów wysokości! Ten widok niestety nie napełnił serc podróżników szczęściem, a co gorsza nadzieją. Rozpaczliwie rzucili się w stronę zamykających się wrót, jednak niektórzy marmurowi wojownicy byli szybsi mimo swoich kolosalnych rozmiarów. Czterech tragarzy zginęło od potężnych ciosów zadanych kamiennymi mieczami. Sam posąg Quetzalcóatla zadeptał jednego. Zostało tylko pięciu intruzów. Przez drzwi w ostatniej chwili zdążyli się przecisnąć tylko von Kramp który biegł szybko jak maratończyk, Bigburn oraz jeden z najemników, po czym wrota zamknęły się z wielkim hukiem blokując drogę marmurowym zabójcom. Zza wrót przez chwilę dało się słyszeć głośne krzyki mordowanych przez kamienne bestie ludzi, a potem nastała martwa cisza. Trójka ocalałych przysiadła na chwilę przy drzwiach, żeby złapać oddech.
- Ty, Bigburn! Jakbym wiedział, że chodzi po ziemi taki ktoś jak ty, i że przez niego mało nie przypłaciłem wyprawy życiem to... to ...... to bym sam cię znalazł... Chłopie! dzięki tobie rozruszałem kości! Już dawno się tak nie bawiłem! Jak za starych dobrych lat! Normalnie jak Indiana Jones, stary! – Krzyczał von Kramp.
- Mi tam wcale do śmiechu nie jest. Zginęło dwanaście osób, ale przynajmniej mam to, czego chciałem – powiedział cicho Charles.
Denis cały czas zastanawiał się, co takiego on widzi w tym berle, że zdecydował się na wyprawę do dżungli gdzieś w Meksyku, wydając kupę forsy. Niewątpliwie miało ono ogromną wartość kolekcjonerską, ale Denis czuł, że jest w tym cos więcej. Wtem na wrotach uwypuklił się ogromny kształt przypominający pieść kolosa.
- O rany! Ten gość nam chyba nie popuści! – Warknął Bigburn. – W nogi!
I trójka poszukiwaczy rzuciła się w stronę komnaty z wielką hałdą piachu. Gdy właśnie skręcali w korytarz prowadzący do komnaty najeżonej setkami ostrzy, posąg Quetzalcóatla wywarzył ogromne wrota, i tabun marmurowych wojowników rzucił się w stronę uciekinierów. Wyjmując berło, widocznie uaktywnili nowy zestaw atrakcji, jakie przygotowali im starożytni kapłani. Ostatni z najemników skończył swój żywot na dużej tarczy naszpikowanej włóczniami, która zsunęła się na niego wprost ze stropu korytarza. Został tylko von Kramp i Bigburn. Marmurowe bestie były coraz bliżej, ale już widzieli światło z otworu w stropie, przez który wpadł von Kramp, już widzieli głowy innych robotników zaglądających do otworu, i właśnie przekroczyli próg ostatnich drzwi, gdy z podłogi wysunęło się coś na kształt współczesnych zasiek na niedźwiedzie, tylko o takich rozmiarach, że przecinało tego niedźwiedzia na pół. Bigburn miał nieszczęście być gościem tych zasiek, gdyż nie zdążył się zatrzymać przed przeszkodą i z całym impetem wpadł prosto w wielką metalową paszczę. Na podłogę spadły tylko kawałek nogi w bucie, głowa nieszczęśnika oraz bark i ramię, które upuściło owinięte w szmatę berło. Dzięki swojemu znakomitemu refleksowi, von Kramp zdołał uniknąć śmierci dając dużego susa nad zasiekami. Niewiele myśląc, złapał mocno w ręce to, co wypuścił ze swoich dłoni jego świętej pamięci współpracownik, po czym dobiegł do liny i zaczął wspinaczkę do góry. Gdy był w połowie drogi, do wielkiej sali wkroczył posąg bóstwa. Na szczęście nie potrafił zbyt szybko się poruszać, przez co zanim podszedł do liny, Denis był już bezpieczny na górze.

Kilka miesięcy później, gdy von Kramp siedział już w swoim nowo nabytym apartamencie w Londynie, zapragnął jeszcze raz rzucić okiem na to, za co o mały włos nie spotkał się ze swoim nieżyjącym ojcem. Jego uwagę przykuła mała klapka w dolnej części połyskującego diamentowego berła. Delikatnie ją otworzył - na jego dłoń wypadła z trzonka artefaktu niewielka skórzana manierka. Pospiesznie odkorkował ją i poczuł słodką woń magicznego płynu. Bez namysłu wypił go, po czym padł jak odrętwiały na ziemię. Podniósł się dopiero po kilku godzinach, i poczuł się co najmniej dziwnie…

Człowiek nazywający się Charles Bigburn, gotów był zaryzykować życie całej pięćdziesiątki osób po to, żeby się przedrzeć przez starożytne ruiny świątyni, żeby stawić opór strażnikom grobowca, żeby ominąć bezpiecznie wszystkie pułapki, żeby zdobyć berło, które posiadało wielką moc. Które posiadało mały mieszek ze słodkawym płynem. Z eliksirem nieśmiertelności.



Autor: Starek, Paweł "PawLoS"
Dodano: 2006-05-04 14:31:02
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj ilustrowany "Silmarillion"


Wygraj "Młody świat" i gadżety


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Brooke-Hitching, Edward - "Atlas lądów niebyłych"


 Małecki, Jakub - "Rdza"

 Wexler, Django - "Działa imperium"

 Delaney, Joseph - "Kroniki Gwiezdnej Klingi"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Janusz, Aleksandra - "Cień Gildii"

 Willis, Connie - "Pojedynek na słowa"

 Liu, Cixin - "Ciemny las"

Fragmenty

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Kisiel, Marta - "Dożywocie"

 Kańtoch, Anna - "Niepełnia"

 Hudner, Kennedy - "Cel uświęca środki"

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #2

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS