NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Haldeman, Joe - "Wieczna wojna" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Ukazały się

McDonald, Ian - "Luna: Wschód"


 Gwynne, John - "Gniew"

 Stephenson, Neal - "Śnieżyca"

 Domagalski, Dariusz - "Więzy krwi"

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (miękka)

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (twarda)

 Lem, Stanisław - "Wysoki Zamek"

 Carter, Rachel E. - "Ostatnia walka"

Linki

Gaiman, Neil - "Nigdziebądź"
Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Neverwhere
Data wydania: 2001
Oprawa: miękka
Format: 115 x 185 mm
Liczba stron: 320



Gaiman, Neil - "Nigdziebądź" #1

Pierwszy Prolog

W wieczór przed wyjazdem do Londynu Richard Mayhew fatalnie się bawił.
Z początku bawił się całkiem nieźle. Z przyjemnością czytał pożegnalne karty i odbierał uściski od kilkunastu atrakcyjnych młodych dam; z radością słuchał ostrzeżeń o pułapkach i niebezpieczeństwach Londynu oraz przyjął prezent w postaci białej parasolki z mapą metra, na którą zrzucili się kumple; wypił ze smakiem kilka pierwszych szklanek piwa, potem jednak z każdą kolejną szklanką bawił się zdecydowanie gorzej, aż w końcu odkrył, że siedzi dygocząc na chodniku przed pubem, porównując w duchu pozytywne i negatywne aspekty zwrócenia kolacji, i bawi się wręcz fatalnie.
W pubie przyjaciele nadal świętowali jego zbliżający się wyjazd z entuzjazmem, który według Richarda powoli zaczynał stawać się złowrogi.
Richard zacisnął dłoń na złożonej parasolce, zastanawiając się, czy przeprowadzka do Londynu to naprawdę dobry pomysł.
-Lepiej uważaj, złociutki - powiedział ktoś trzeszczącym starczym głosem. - Zgarną cię, zanim zdążysz mrugnąć. Albo i przymkną, jak nic. - Z kanciastej, brudnej twarzy spojrzało na niego dwoje bystrych oczu. - Wszystko w porządku?
-Tak, dziękuję - odparł Richard.
Brudna twarz złagodniała.
-Masz, biedaku - rzekła kobieta, wciskając mu pięćdziesięciopensówkę. - Jak długo jesteś na ulicy?
-Nie jestem bezdomny - wyjaśnił zawstydzony Richard, usiłując oddać staruszce monetę. - Proszę, niech pani weźmie pieniądze. Nic mi nie jest. Wyszedłem tylko odetchnąć świeżym powietrzem. Jutro jadę do Londynu - wyjaśnił.
Przyjrzała mu się podejrzliwe, po czym odebrała pieniążek, który zniknął gdzieś pod warstwami ubrania i chust.
-Byłam w Londynie. Wyszłam tam za mąż, ale kiepsko trafiłam. Mama zawsze powtarzała, że męża trzeba wybierać wśród swoich, ale ja byłam młoda i piękna, choć teraz trudno uwierzyć, i poszłam za głosem serca.
-Z pewnością - rzekł Richard. Powoli opuszczało go niezłomne przekonanie, że zaraz zwymiotuje.
-I żeby chociaż coś mi z tego przyszło. Byłam bezdomna, więc wiem, jak to jest - oznajmiła stara kobieta. - Dlatego do ciebie podeszłam. Co będziesz robił w Londynie?
-Mam tam pracę - rzekł z dumą.
-W czym?
-W ubezpieczeniach.
-Ja byłam tancerką - powiedziała stara kobieta i zaczęła dreptać chwiejnie po chodniku, nucąc fałszywie pod nosem. W końcu zakołysała się z boku na bok jak przystający bąk i znieruchomiała, patrząc na Richarda.
-Daj mi rękę, a przepowiem ci przyszłość.
Posłuchał.
Ujęła jego dłoń i zamrugała kilka razy niczym sowa, która połknęła mysz i odkryła, że kąsek był nieświeży.
-Czeka cię długa podróż... - zaczęła.
-Do Londynu - domyślił się Richard.
-Nie tylko do Londynu... - urwała. - Nie do Londynu, jaki znam.
Zaczęło padać.
-Przykro mi - oznajmiła stara kobieta. - Wszystko zaczyna się od drzwi.
-Drzwi?
Przytaknęła. Deszcz padał coraz mocniej.
-Na twoim miejscu uważałabym na drzwi.
Richard wstał, chwiejąc się na nogach.
-Dobrze - rzekł niepewny, jak powinno się traktować podobne informacje. - Będę uważał. Dziękuję.
Otwarły się drzwi pubu. Na ulicę wypłynęła fala światła i dźwięku.
-Richard, jesteś tam?
-Tak, nic mi nie jest. Za moment wracam.
Stara kobieta odchodziła już w głąb ulicy kolebiącym się krokiem.
Richard poczuł, że musi coś dla niej zrobić. Ale nie mógł po prostu dać jej pieniędzy. Pobiegł za nią.
-Proszę - rzekł. Zaczął zmagać się z parasolką, próbując znaleźć otwierający ją przycisk. Nagle rozległ się szczęk i nad ich głowami rozkwitła mapa metra.
Stara kobieta wzięła parasolkę.
-Masz dobre serce. Czasami to wystarczy, by bezpiecznie doprowadzić cię do celu. - Potrząsnęła głową. - Ale najczęściej nie.
Nagły powiew wiatru próbował wyrwać jej podarunek. Chwyciła mocniej parasolkę i odeszła w deszcz i noc. Biała plama, pokryta nazwami stacji: Earl's Court, Marble Arch, Blackfriars, White City, Victoria, Angel, Oxford Circus...
Richard odkrył, że zastanawia się z pijacką ciekawością, czy na Oxford Circus naprawdę był kiedyś cyrk, prawdziwy cyrk, pełen klownów, pięknych kobiet i groźnych zwierząt.
Drzwi pubu znowu się otwarły, wypuszczając strumień hałasu, zupełnie jakby ktoś w środku mocno podkręcił głośność.
-Richard, ty fiucie, to twoje pieprzone przyjęcie! Ominie cię cała zabawa.
Wrócił do pubu, w oszołomieniu zapominając o mdłościach.
-Wyglądasz jak przytopiony szczur - powiedział ktoś z tłumu.
-Nigdy nie widziałeś przytopionego szczura - odparł Richard.
Ktoś inny wręczył mu dużą whisky.
-Masz, łyknij. Wiesz, że w Londynie nie dostaniesz prawdziwej szkockiej.
-Na pewno dostanę - westchnął Richard. Z włosów ściekała mu woda, kapiąc wprost do drinka. - W Londynie mają wszystko.
Opróżnił szklankę, potem kolejną, a potem wieczór rozpłynął mu się przed oczami i rozpadł na kawałki. Później pamiętał już tylko wrażenie, że opuszcza poukładaną, sensowną przystań, zmierzając ku czemuś wielkiemu, staremu i niebezpiecznemu. Pamiętał też, że nad ranem wymiotował bez końca do pełnego deszczówki rynsztoka, a gdzieś w deszczu oddalała się od niego biała postać przypominająca małego, okrągłego żuka.
Następnego ranka wsiadł do pociągu. Matka dała mu na drogę kawałek ciasta i termos z herbatą, i Richard Mayhew pojechał do Londynu. Czuł się koszmarnie.
Drugi prolog
Była połowa XVI wieku. W Toskanii padał deszcz - zimny, złośliwy deszcz, który okrywa świat szarym całunem.
Z małego klasztoru na wzgórzu ku porannemu niebu uniosła się smuga czarnego dymu.
Na zboczu siedzieli dwaj mężczyźni. Czekali, kiedy budynek zacznie płonąć.
-To, panie Vandemar - rzekł niższy, wskazując tłustą ręką smużkę dymu - będzie piękne całopalenie, gdy tylko całe się spali. Choć bezlitosna wierność prawdzie zmusza mnie do przyznania, iż wątpię, by któryś z mieszkańców w pełni je docenił.
-Bo wszyscy nie żyją, panie Croup? - spytał jego towarzysz. Jadł właśnie coś, co wyglądało, jakby kiedyś było szczeniakiem; odcinał nożem duże kawałki truchła i wkładał je sobie do ust.
-Ponieważ, jak słusznie zauważyłeś, mój słodki druhu, wszyscy nie żyją.
Oto jak można rozróżnić tych dwóch mężczyzn: po pierwsze, gdy stoją, pan Vandemar jest o dwie i pół głowy wyższy od pana Croupa.
Po drugie, pan Croup ma oczy barwy wyblakłej błękitnej porcelany, a oczy pana Vandemara są brązowe.
Po trzecie, pan Vandemar ozdobił swą prawą dłoń pierścieniami własnoręcznie zrobionymi z czaszek czterech wielkich kruków, pan Croup zaś nie nosi żadnej biżuterii.
Po czwarte, pan Croup lubi słowa, a pan Vandemar jest zawsze głodny.
Klasztor z łoskotem stanął w ogniu. Zaczęło się całopalenie.
-Nie lubię słodyczy - oznajmił pan Vandemar. - Dziwnie smakują.
Ktoś krzyknął. Potem rozległ się trzask, gdy dach runął do środka. Płomienie wystrzeliły wyżej.
-Ktoś nie był martwy - zauważył pan Croup.
-Teraz już jest - odparł pan Vandemar, zjadając kolejny kawałek surowego szczeniaka. Znalazł swój obiad martwy w rowie, gdy wychodzili z klasztoru. Lubił szesnasty wiek. - Co teraz? - spytał.
Pan Croup uśmiechnął się szeroko, ukazując zęby, które wyglądały jak wypadek na cmentarzu.
-Jakieś czterysta lat naprzód - rzekł. - Londyn Pod.
Pan Vandemar przetrawił wiadomość, żując kawałek szczeniaka. W końcu spytał:
-Będziemy zabijać ludzi?
-O tak - rzekł pan Croup. - Myślę, że mogę to zagwarantować.
Rozdział 1
Uciekała już od czterech dni, rozpaczliwie umykając w głąb chaotycznych korytarzy i tuneli. Była głodna i wyczerpana. Z coraz większym trudem otwierała każde kolejne drzwi.
Teraz znalazła sobie kryjówkę: małą kamienną norę pod światem. Była tu bezpieczna; taką przynajmniej miała nadzieję. W końcu zasnęła.
***
Pan Croup wynajął Rossa na ostatnim Ruchomym Targu, który urządzono w opactwie Westminster.
-Myśl o nim jak o kanarku - rzekł do pana Vandemara.
-Śpiewa? - spytał pan Vandemar.
-Wątpię. Naprawdę szczerze wątpię. Nie, mój miły przyjacielu, mówiłem w przenośni. Chodziło mi o ptaki, które zabiera się do kopalni.
Vandemar skinął głową.
Pan Ross zupełnie nie przypominał kanarka: był rosły - niemal tak rosły jak pan Vandemar - i brudny. Mało mówił, choć nie omieszkał wspomnieć, że lubi zabijać i że jest w tym dobry. Słowa te bardzo rozbawiły pana Croupa i pana Vandemara, tak jak Dżyngis-chana mogłyby rozbawić popisy młodego Mongoła, który niedawno splądrował swą pierwszą wieś albo spalił jurtę. Ross był kanarkiem, nawet o tym nie wiedząc. Toteż szedł pierwszy w poplamionej koszulce i sztywnych od brudu dżinsach, a Croup i Vandemar maszerowali za nim, ubrani w eleganckie czarne garnitury.
Szmer w ciemności. W dłoni pana Vandemara błysnął nóż. A potem nie tkwił już w jego ręce, lecz kołysał się lekko dziesięć metrów dalej.
Pan Vandemar podszedł i podniósł nóż. Na ostrzu tkwił szczur; zamykał i otwierał bezradnie pyszczek, gdy umykało z niego życie. Pan Vandemar dwoma palcami zmiażdżył mu czaszkę.
-Oto gryzoń, który nikogo już nie ugryzie - rzekł pan Croup. Zaśmiał się z własnego dowcipu.
Pan Vandemar milczał.
-Szczur. Gryzoń. Rozumiesz?
Pan Vandemar zsunął truchło z ostrza i zaczął z namysłem ruszać szczękami.
Pan Croup wytrącił mu martwego szczura z ręki.
-Przestań - rzekł.
Jego towarzysz z nadąsaną miną schował nóż.
-Uśmiechnij się - syknął zachęcająco pan Croup. - Będzie jeszcze wiele szczurów. A teraz ruszajmy. Tyle rzeczy do zrobienia. Tylu ludzi do zniszczenia.


Dodano: 2006-04-29 12:08:28
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Recydywista"


 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

Fragmenty

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS