NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Wolfe, Gene - "Cień i Pazur"

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Ukazały się

Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"


 Sanderson, Brandon - "Słowa światłości" (twarda okładka)

 Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 North, Claire - "U schyłku dnia"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Atwood, Margaret - "Opowieść Podręcznej" (2020)

 Cummings, Lindsay; Alsberg, Sasha - "Nexus"

Linki

Brenchley, Chaz - "Wieża Królewskiej Córy"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Brenchley, Chaz - "Outremer"
Data wydania: 2004
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 528
Tom cyklu: 1



Brenchley, Chaz - ''Wieża Królewskiej Córy''


Obowiązek jest zobowiązaniem.

Na lojalność trzeba sobie zasłużyć.

Wierność zdobyć.

Zdrada jest uniwersalna.


Królestwo Outremeru narodziło się we krwi, cierpieniu i pasji. Czterdzieści lat później wrogowie nadal zagrażają jego granicom, a herezja godzi w pokój.


Bez względu na to, co Kościół twierdził, a ludzie wierzyli, było to wciąż królestwo stworzone przez młodszych synów, ludzi głodnych ziemi i wydziedziczonych.

Owi synowie stali się teraz ojcami, mieli własnych synów. I ich pozbawieni ziemi młodsi synowie sami spoglądali na północ, wschód i południe, odkrywając, że ziemie Outremeru stały się dla nich zbyt ciasne, jak za mała rękawiczka. Nie dostrzegali granicy - wewnętrznej czy zewnętrznej - która nie mogłaby ulec zmianie.

Nazywali Outremer Królestwem Młota, gdy pili po nocy i gdy rozprawiali, zbierając się w salach swoich ojców. Nazywali go tak od kształtu wytyczonego przez zewnętrzne granice i z powodu własnej, przepełnionej agresją tęsknoty, by zobaczyć, jak ten młot opada i rozbija, wykuwa nowe tereny dla tych, którzy ich potrzebowali.

Lecz Kościół nauczał poprzestawania na małym, tak jak zwykle to robił - mamy to, po co przybyliśmy - a ojcowie prawili o bezpieczeństwie i ostrożności - mamy tyle, ile jesteśmy zdolni utrzymać.

A najmądrzejsi z nich, duchowny, ojciec, młodszy syn - czy córka - patrzyli na ziemie chłodnym wzrokiem i widzieli, że w rzeczywistości nie tworzyły nawet jednego królestwa, mimo że związane zostały osobą wspólnego króla i licznymi hołdami. Zbyt poróżnionymi wyrzutkami, rodziną zbyt od siebie oddaloną były te cztery państwa - cztery i jeszcze jedno, lecz to było zamknięte przed innymi, Zawinięte, i jego nazwy obecnie nikt nie wymawiał, wydarto je zarówno z map, jak i z pamięci - ciągle toczyły spory, ciągle prowadziły dysputy z innymi. I oczywiście zawsze, zawsze w stanie wojny z całym światem dookoła.

Nie - mówili najmądrzejsi - to nie przetrwa. Nie może długo tak trwać. Sto lat dawali Outremerowi, nie więcej. Z pewnością, nie więcej...

Towarzystwo Odkupienia jest sumieniem Królestwa i zarazem jego zbrojnym ramieniem. W odległej granicznej twierdzy Roq de Rançon należącej do Odkupicieli, gdzie wśród murów rozbrzmiewa echo starożytnej magii i zapomnianych sekretów, rozpoczyna się opowieść o miłości, obowiązku i zdradzie: Marrona, młodego mężczyzny, który niedawno złożył śluby zakonne, Julianny, córki Królewskiego Cienia zmierzającej do Elessi na spotkanie z przyszłym mężem, i Elisandy, jej tajemniczej towarzyszki podróży.


Wszyscy odegrają ważną rolę w nadchodzących wydarzeniach, ponieważ ich życie zostało nierozerwalnie splecione z losem Outremeru.

Część pierwsza

Droga do Roq

Martwe światło dnia


Nie po raz pierwszy Marron klęczał w Komnacie Królewskiego Oka i rozmyślał: Na cóż Ascariel? Dlaczego jego ojciec, tak wielu ojców walczyło i zginęło, zdobywając to złote miasto, marzenie kapłanów i królów, gdy wyglądało na to, że już to wszystko wcześniej posiadali? Kiedy śmierć i marzenie, i góra sama mogły zostać zamknięte wewnątrz surowego pokoju, wyrąbanego w skale i zimnego, gdzie skały pociły się słonymi kroplami i wystarczyła pojedyncza świeca i słowa grubego, nieświeżego zakonnika, by sprowadzić cudy?

Ta myśl była oczywiście herezją. Powinien się z niej wyspowiadać i odbyć stosowną pokutę. Lecz Marron dopiero niedawno przybył z odleglejszego, łagodniejszego kraju, gdzie nie widział więcej magii, niż kryło się w zmianach pór roku, gdy błogosławiąca dłoń dotykała tej ziemi. Kręciło mu się w głowie od zadziwienia i słowa, myśli pojawiały się zupełnie niechcący, sprowadzone przez to niezwykłe wirujące poczucie obcości, które go przepełniało. Pomyślał, że obie dusze Boga go zrozumieją.

Poza tym ledwie poprzedniego dnia jego oddział spalił wioskę za herezję, a on się bał swojego spowiednika.

* * *

Zdawało mu się to niemal świętem, pamiętał, że tak myślał wtedy, w upale i ostrym świetle, i w gorączkowym - szybciej, jeszcze szybciej - pośpiechu. Nie było to dzieło ludzkiego ramienia bożej sprawiedliwości, lecz rzecz, która się dokonała, gdy ogarnęło ich szaleństwo, na koniec długiego marszu, kiedy nowy dom znalazł się prawie w zasięgu wzroku, wyraźnie zagościł w ich myślach. Spędzili zbyt wiele dni w siodle, a sztorm wyrzucił ich na brzeg zbyt wcześnie, spędzili dni, całe dni na suchym prowiancie i spali na pokrytej pyłem ziemi, i wędrowali dalej, coraz dalej: dzikie słońce wznosiło się ponad obcymi wzgórzami, ich ciała były wyprażone, tak suche jak droga, którą zmierzali, odnowione śluby mieli w głowach, a nie wypróbowane ostrza niecierpliwiły się na plecach, zdawały się równie rozpalone i spragnione jak oni sami.

I fra Piet, pewnego ranka, sprowadził ich z drogi w bok, obiecując, że dotrą do zamku przed jutrzejszym zachodem, a teraz podejmą się bożego dzieła. I poszli szlakiem prowadzącym wysoko na wzgórza, aż w porze, gdy nic się nie poruszało od upału, dotarli do chat z pozawieranymi okiennicami, kopułowymi dachami i ścianami oblepionymi błotem. Dwa tuziny stało takich i była jeszcze studnia, i świątynia z gładzonego kamienia postawiona w sercu wioski. Mieszkała tam herezja, wyraźnie widzieli ją na zniszczonej desce zawieszonej nad wejściem do świątyni: Oślepione Oczy, podwójna pętla będąca znakiem Boga Podzielonego, lecz puste miejsca zostały zamazane, jakby dając do zrozumienia, że jego nieprzerwanie czujne oczy zamknęły się na zawsze. Brat Piet ostrzegł ich przed jeszcze gorszą herezją pochodzącą z tych wzgórz, znakiem, który miał wymalowane rzęsy poniżej i oznajmiał, że Bóg śpi, lecz świadczyło to o celowym nieposłuszeństwie, było znakiem katarskiej rewolty. Te puste kółka, na które patrzyli, były czymś zupełnie innym.

Były herezją Korasha, której wyznawcy twierdzili, że Bóg faktycznie wędrował podwójną ścieżką, lecz nie zwracał uwagi na śmiertelników, że nie dbał w najmniejszym stopniu o ich uczynki na ziemi. Chociaż Korash został oczyszczony przez ogień, a jego kości zmielone na proch dwieście lat temu, ciągle miał swoich zwolenników, szczególnie tutaj, na tych wzgórzach, gdzie nie sięgał głos prawdziwego Kościoła. Tak im powiedziano, Marronowi i jego braciom, świeżo po złożonych ślubach, i oto widzieli przed sobą dowód prawdziwości tych słów.

Wjechali do wioski na szczycie wzgórza, trzy tuziny mężczyzn obolałych od męczącej drogi, głodni nie tylko jedzenia. Zniekształcone ręce fra Pieta dźwignęły topór, którym rozbił ten bluźnierczy znak, jego chrapliwy głos wezwał do stali i ognia, a własną bronią powalił kapłana w czarnej szacie stojącego na schodach świątyni. Potem już tylko osadził konia w miejscu i obserwował. Stanowiło to sprawdzian, pomyślał później Marron, albo wyzwanie, możliwe również, że chrzest bojowy.

* * *

Połowę chrztu, pomyślał teraz, początkowy rytuał. Teraz czekało ich sfinalizowanie, tutaj pod zamkiem, dar cudu pochodzący od Królewskiego Oka.

Stracili rozsądek tamtego dnia, młodzi mężczyźni doprowadzeni do szaleństwa przez słońce, przemęczeni i niebezpieczni. Pamiętał, że krzyczeli, głośniej niż kobiety i dzieci, teraz byli niemi, nieruchomi. Sami stanowili emblematy Boga, zakręt za zakrętem, każdy z nich podróżował po dwóch drogach wiodących ku dzikości i ku spokojowi. Zawsze zapętlały się w środku, w głowie Boga, i zawsze rozchodziły...

Nie upłynęła godzina od ich przyjazdu. Wjechali na strome wzgórze i minęli bramę onieśmielającego zamku, dalej w górę po szerokich płytkich schodach i długą zakrytą rampą, tak zmęczeni jak ich konie i brudni już nie tylko od podróży. Na dziedzińcu przy wewnętrznej fosie ich bagaże i konie zostały zabrane przez chudych, ciemnowłosych chłopców, szarajskich niewolników, jak ktoś powiedział. I nawet nie dano im szansy na to, by zmienili habity czy zmyli zaschły pył ze skóry, usłyszeli rozkaz, by być cicho, mimo że się nie odzywali, i poprowadzono ich inną rampą, zbyt wąską dla koni, do właściwego zamku. Później w dół, szli w dół i w dół, zdezorientowani wkrótce przez wędrówkę kręconymi schodami i słabo oświetlonymi przejściami, drżący od nagłego chłodu i ogarniającej ich niepewności.

W końcu drzwi, cedr wzmocniony żelazem, a za nimi to: komnata niepodobna do wielkich sal i pełnych kolumn miejsc, o jakich słyszeli, lecz jeszcze nie zobaczyli, złapanych jak bąble powietrza w skalnej masie ponad ich głowami. Oddział mężczyzn wypełnił tę przestrzeń. Klęczeli w nierównym kręgu, nogi i ramiona sąsiadujących braci ocierały się o siebie, lecz dotyk innego człowieka był w tym miejscu pocieszeniem. Nawet woń ciał braci i własnego, zbyt długo nie mytych, ostry, ciężki odór wełnianych habitów mokrych od potu dawały Marronowi punkt zaczepienia, coś, co osadzało go w znanym świecie, w miejscu, gdzie w dziwny sposób mieszały się ze sobą cuda i przerażenie.

Cóż to jest? Musiało być pytaniem, jakie sobie wszyscy po cichu zadawali, gdy wkraczali gęsiego za bratem niosącym pochodnię. Nikt nie wypowiedział go głośno, lecz Marron widział je w oczach, gdy zerkali na siebie nawzajem i na ledwo obrobione ściany i nierówną podłogę. Kilku z nich sięgnęło, by dotknąć wilgotnej skały i przenieśli wilgoć na palcach do wyschniętych ust. Sam też tak zrobił i potem chciał wypluć, lecz zamiast tego przełknął, choć usta wykrzywił mu smak zgnilizny.

Brat z pochodnią, fra Tumis, gestem nakazał ustawić im się wkoło i opaść na kolana, jego twarz o opadniętych policzkach marszczyła się podejrzliwie, podczas gdy wąskie oczy rozglądały się, szukając nieposłuszeństwa, kogoś, kto odezwałby się, łamiąc jego rozkaz. Rozczarowany - w końcu przemówił sam, lecz tylko by powiedzieć: - Oto Komnata Królewskiego Oka. - Co nic im nie wyjaśniło. Wtedy podszedł do jedynego mebla w sali, żelaznego trójnoga, w którym osadzona była świeca o czterech knotach, dwa białe pasy i dwa czarne, splecione, skręcone w jedną kolumnę. Zapalił knoty od swojej pochodni, zanim podał ją ponad klęczącym kręgiem do brata Pieta, by ten wyniósł ją na zewnątrz i zamknął za sobą drzwi.

W jakiś sposób trzask zamka wywołał dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa Marrona, a który nie miał nic wspólnego z zimnym czy nieprzyjemnym, wilgotnym powietrzem. Z pewnością bał się fra Pieta, lecz był to lęk zrodzony z wiedzy i obserwacji, wielu tygodni spędzonych w towarzystwie tego mężczyzny i jednej gorączkowej godziny zagrabionej przez jego szaleństwo czy w inny sposób sprowadzonej na żałosne stworzenie boże. Ten strach Marron mógł zrozumieć i dać sobie z nim radę: bać się fra Pieta było właściwą rzeczą.

Teraz było inaczej. Tutaj był nieświadomy i zadziwiony, jego bracia również, obcy zarówno na tej ziemi, jak i w tym nowym życiu. Ledwo kilka krótkich miesięcy temu, w innym świecie, byli chłopami, rzemieślnikami i kmieciami. Fra Piet był zaś mostem, który przeprowadził ich stamtąd tutaj. Był ich mentorem, mimo iż surowym w wymaganiach i obsesyjnie obowiązkowym, był skałą na oceanie, poszarpaną i niebezpieczną, lecz godną zaufania. I nagle pozostawił ich w rękach nieznanego, w tej gołej, wykutej ludzką ręką komnacie, która była jaskinią, a brat Tumis wydawał się znudzony albo pełen pogardy, albo obie te rzeczy jednocześnie, w każdym razie w najmniejszym stopniu nie przepełniała go obawa, a jednak Marron obawiał się go lub tego, co miał zamiar zrobić.

Zamiar fra Tumisa pozostawał tajemnicą. Co robił, trudno dostrzec wśród poruszających się cieni rzucanych przez światło świecy. Trudniej jeszcze, gdy rozejrzał się po kręgu i wyrzucił jedną rękę gwałtownie do dołu, kierując ich zaciekawiony wzrok na uda lub splecione dłonie, lub ciemne, wilgotne kamienie, na których klęczeli.

Marron posłusznie opuścił głowę, lecz żadna wola, własna czy należąca do innych, nie byłaby w stanie powstrzymać jego oczu przed szpiegowaniem. Wydawało mu się, w tych przelotnych spojrzeniach, jakie ośmielał się zaryzykować, że fra Tumis trzymał ręce ponad wyginającymi się płomieniami świecy, próbując schować światło pomiędzy palcami. Wydawało się, że jeśli pulchne ciało zakonnika zbliży się za bardzo, powinien się w powietrzu pojawić smród spalenizny i zabrzmieć okrzyk bólu.

Lecz brat Tumis zaśpiewał cicho i przynajmniej ten głos był słodki. Słów, języka Marron nie znał. Również nie wiedział, jakim sposobem w komnacie pojawiło się nagle więcej światła, a nie mniej, gdy ręce zakonnika tak blisko osłaniały świecę. Lecz było światło, zajadłe, białe światło, które zmuszało go do zmrużenia oczu, które wywołało świsty zaskoczonych oddechów w całym kręgu, które sprawiło, że jego sąsiad - Aldo, zaklinam cię, jeśli ci własna skóra miła, stój nieruchomo - jęknął i schował głowę w kapturze, próbując osłonić oślepione oczy.

Światło, tego ich nauczono, jest głównym symbolem bożej obiektywności, połowę czasu spędzamy w słońcu i połowę w ciemności. Jest jego darem dla nas, dzięki niemu widzimy drogę prowadzącą do cnoty, jest także narzędziem jego sprawiedliwości, dzięki niemu inni widzą nasze grzechy.

Takiego światła Marron do tej pory nie znał, lecz nie zajmowało ono szczególnego miejsca w jego teologii. Światło w tej komnacie sprawiało, że złote linie i ogień pojawiły się w powietrzu i już nie tylko Aldo się poruszył. Mężczyźni czynili znak Boga na brwiach, bardziej z powodu przesądów niż potrzeby modlitwy, jak pomyślał Marron. Lecz spojrzał na nich tylko raz, przez chwilę ledwie, zanim jego oczy i umysł zostały ponownie pochwycone przez to, co działo się przed nim.

Ten ostry blask wydawał się pochodzić od świecy: płomienie wyrosły w górę jak szkło, jak rozgrzane do białości pręty ze szkła, były tak nieruchome i sztywne. Cień skrywał ściany komnaty i mimo że Tumis oderwał już ręce od świecy, mimo że stał od niej o krok zaledwie, krył go cień. Delikatne i mocne, jak motek rozciągniętego jedwabiu, całe światło padało na środek kręgu braci i tam pokazało im dziwy.

Zobaczycie cuda, zapowiedziano im, zanim wyruszyli do Uświęconej Ziemi, zobaczycie cuda i potwory. Bądźcie przygotowani.

Lecz jak mogli przygotować swoje umysły na to, co tu zobaczyli?

- Oto Królewskie Oko - zaintonował fra Tumis, przerywając napiętą, wypełnioną spojrzeniami ciszę. - Dzięki bożej łaskawości król może pilnować tej ziemi w imię Boga, strzec granic przed bożymi wrogami, a wnętrza kraju przed herezją. Dzięki dobroci okazywanej swoim poddanym król błogosławi również Kościół Walczący, tak byśmy służyli lepiej.

Czy to dobroć? Marron nie był pewien. Pokrył się lodowatym potem w tym zimnym miejscu, palce mu drżały od pulsowania krwi. Po raz drugi w ciągu dwóch dni zadano mu cios w sam środek jego jestestwa i ostrze, które poczuł w sercu, nawet w połowie nie oznaczało zdziwienia tymi słowami. Reszta była czystym przerażeniem.

Ze światła rodziły się linie podobne złotym drutom i płaszczyzny wiszące jak złote prześcieradła. Światło powoływało do życia ściany i kopuły, minarety. Budowało z siebie miniaturę pałacu, albo świątyni, jakby złotą zabawkę godną księżniczki, tylko że ta zabawka wypalała znamię w ich umysłach i wciąż unosiła się w powietrzu na dłoń ponad podłogą.

- Oto Dir�al Shahan w Ascarielu - powiedział Tumis. - Była to największa świątynia w czasach, gdy Ekhed rządził miastem. Byłaby zniszczona - powinna być zniszczona, jego głos wydawał się mówić - kiedy Bóg obdarzył nas zwycięstwem, lecz król wydał inny rozkaz i sam ją objął w posiadanie. Teraz jest jego pałacem, siedzibą jego władzy.

Pałac obrócił się w powietrzu i wydawał się odsuwać ze wszystkich stron jednocześnie i gdy się przemieścił, inne budynki wpłynęły w światło, za nimi ulice i rozległe ogrody na stromych zboczach, rzeka poniżej i...

- Oto Ascariel - powiedział fra Tumis, gdy całe miasto na wysokim wzgórzu pojawiło się przed nimi, połyskując złotem w tym śmierdzącym powietrzu. I Marron pomyślał, na cóż prawdziwy świat, na cóż ci wszyscy zabici?

* * *

Marron widział mapy w bibliotece wielkiego opactwa, gdzie składał śluby zakonne. Widział nawet mapę tych ziem, chociaż była dziełem Szarajów złupionym w czasie upadku Ascariela i przysłanym jako podarunek dla opata, lecz nie potrafił jej odczytać. Pokazał mu święte miasto starszy brat, który rozumiał dziwne pismo. Było tylko śladem kolorowego inkaustu na pergaminie, lecz wciąż czuł ten dreszcz, gdy położył palec na nim i wymamrotał nazwę: Ascariel.

Teraz jednak - to było coś więcej niż mapa, więcej niż tylko mapa utkana ze światła i magii. Miał przed sobą sam błogosławiony ląd przedstawiony w pełnej chwale. Wydało mu się, że widzi straż wokół królewskiego pałacu, postaci na ulicach, konie, wozy i ruchliwy rynek. Nawet w tej chwili obecne było w powietrzu migotanie złota, jak sznurek korali przeciąganych powoli przez malutką bramę w zewnętrznym murze, i pomyślał, że to kupiecka karawana przybyła do miasta na handel.

Fra Tumis zbliżył ręce do szklanych kolumn bijących od świecy i wyśpiewał słowa, które Marron potrafił rozróżnić, ale nie zrozumieć. Biel ściemniała w żółć, kolumny skurczyły się do normalnych płomieni i Ascariel zniknął.

Jak ludzie budzący się ze snu Marron i bracia drgnęli i zmienili pozycję, poruszyli barkami, by odgonić odrętwienie, popatrywali na zadziwione twarze i wiedzieli, że widzą w nich odbicie swoich własnych min.

Patrząc na Tumisa, Marron spostrzegł, że kapłan jest blady, spocony, drży, wycierając ręce o habit. Ani śladu na nim skorupy poprzedniego wyniosłego znudzenia, żadnego potępienia.

- Idźcie - powiedział, jego głos również był pozbawiony siły i samozadowolenia. - Wyjdźcie, fra Piet pokaże wam, dokąd iść...

* * *

Wyszli pojedynczo, tak jak weszli, w ciszy. Fra Piet czekał na korytarzu, z zaciśniętymi ustami, ponury jak zwykle, lecz skinął głową z zadowoleniem, gdy spojrzał na ich twarze. Oto człowiek, który nie potrzebował oglądać cudu ponownie. Wizja raz obejrzana będzie żywa zawsze, stanowiąc płonące wyznanie wiary i prywatne przymierze człowieka z Bogiem. Tak mogło się zacząć w jego przypadku, pomyślał Marron, młody mężczyzna, nie wiele więcej niż przeciętnie pobożny, zmuszony do tego kroku w równej mierze przez rodzinę, historię, jak i przez religię. Podobnie jak w przypadku Marrona pokazano mu Ascariel w tym wilgotnym lochu i podobnie skierowano do niego przesłanie, i przynajmniej w przypadku fra Pieta ogień do dziś nie przygasł, mężczyzna odnalazł prawdziwe powołanie i od tej pory kroczył tylko prostą ścieżką, a chwała złotego miasta oślepiała go, sprawiając, że oślepł na przyjemności ciała czy umysłu, czy też jakikolwiek przyziemny błysk światła.

Otumaniony i oślepiony - Marron widział, że i jemu zagraża pójście tą ścieżką, prawie czuł, jak otwiera się przed nim niczym pułapka pod nogami, czekając tylko, by jego umysł stracił władzę i pogrążył się w zadziwieniu...

Lecz fra Piet nie przygotował dla nich żadnych kazań ani - Bogu niech będą dzięki! - następnego cudu. Tylko ich poprowadził tą samą drogą, którą przybyli, w górę do fosy i dziedziniec, i na suchy, gorący wiatr. Były tam stajnie, gdzie ich konie przysypiały teraz w drewnianych przegrodach w chłodnym, kamiennym cieniu, wyczyszczone, napojone i odchuchane. Lecz oto litościwie pojawiła się przed nimi łaźnia i chłopcy w białych tunikach niosący z fosy wodę w skórzanych kubłach. Nareszcie przyszła pora, by skoczyć i wyślizgnąć się z ciężkiego habitu, zrzucić sztywne buty do konnej jazdy i pozostawić wszystko w stosie w rogu, i walczyć o to, kto pierwszy znajdzie się przy kuble. A potem, by trząść się pod strumieniami wody płynącymi po plecach i przez zmatowiałe od brudu włosy, odegnać dreszcz śmiechem i za śmiech zostać skarconym spojrzeniem fra Pieta. Odbiec, trąc mokrą skórę, zauważyć spojrzenia Alda i wymienić uśmiech, i w tej chwili poczuć, jak opada zaklęcie, nie opuszczając go zupełnie, lecz cofając się w tajemne zakątki jego umysłu, gdzie pozostanie bezpieczne i hołubione, lecz skąd nie będzie mogło rządzić jego myślami, pozbawić go rozsądku. Przeczesując włosy palcami i rozglądając się niecierpliwie za następnym wiadrem, Marron dostrzegł chłopca z drewnianą skrzynką. Zaniósł ją najpierw do fra Pieta, który zamruczał i zanurzył poskręcane palce, nabierając na rękę czegoś miękkiego i szarawego. Marron obserwował, jak rozprowadził pastę po swoim chudym, pokrytym bliznami ciele, wytwarzając pianę, którą spłukał świeżą wodą. Wtedy chłopak zauważył spojrzenie Marrona, uznał je za wezwanie i podszedł.

Marron niepewnie zajrzał do skrzynki i zapytał: - Co to jest?

- Mydło - odpowiedział chłopak, lekko zaciągając. - Do mycia.

Słowo nic mu nie mówiło. Odrobina pasty chwycona w palce wydawała się tłusta, lecz przykład fra Pieta pokazał, jak się jej używa. Nabrał porcję na palce i chlapnął na ramię, wcierając, aż powstała cienka, szara piana, jaka pojawia się na koniu po ciężkim biegu. Kiedy wytarł, pokazał się fragment skóry zaskakująco różowy w miejscu, jakie, był tego pewien, już wcześniej umył. Uśmiechnął się do chłopca, który odpowiedział nieśmiałym uśmiechem i wziął więcej mydła, wmasowując je w ramiona, szyję i we włosy, czując, jak powstaje tam sztywniejsza piana.

- Nie do oczu! - gwałtownie krzyknął chłopak, lecz zbyt późno. Marron już przetarł twarz pokrytymi mydłem palcami.

Oczy nagle zapiekły, nabrał powietrza, przyciskając do nich dłonie, prawie głuchy na wołanie chłopca w jakimś miękkim, obcym języku.

Przeszywający ból i chłodny strumień wody spływający ponownie po głowie. Sięgnął i nabrał w dłonie i przemył oczy, najlepiej jak umiał, silnie mrugając. Było przy nim dwóch chłopców, jeden z kubłem, Marron nabierał wody i chlustał sobie na twarz, aż pieczenie ustało.

- Nie do oczu - powiedział ponownie pierwszy chłopiec, próbując się uśmiechnąć.

- Na pewno - Marron zgodził się z całego serca. I nie do ust także, posmakował tej piany i jego wargi, i język paliły. Wypłukał usta i wypluł. Lecz wziął więcej pasty - mydło, zapamiętaj nazwę - zanim odwołano chłopca do innego zaciekawionego brata. Nie piekło skóry przynamniej, chociaż sprawiło, że zmarszczyły mu się opuszki palców i czuł się czysty i wyszorowany w miejscach, gdzie go użył, czyściejszy niż kiedykolwiek.

* * *

Wydawało się, że dyscyplina została chwilowo zawieszona, nawet tutaj, wewnątrz ścian Zakonu, podarowano im niespotykaną ilość czasu na mycie. Marron namydlił plecy Alda, a Aldo jego i przynieśli sobie jeszcze więcej wody z fosy do opłukania, tak samo jak czynili bracia wokół. Napili się również, najpierw skrycie - posłuszeństwo jest najważniejszym przykazaniem, dzieci, robienie tego, co nie zostało wam nakazane, jest nieposłuszeństwem - później jawnie, po tym, jak zobaczyli, że fra Piet robi to samo.

W końcu chłopcy przynieśli lniane ręczniki i świeże, czyste habity i gdy Marron i jego oddział byli już wysuszeni i ubrani, gdy ponownie poczuli na sobie surowy wzrok swojego spowiednika, zabrano ich bosych z powrotem do zamku i w górę do kaplicy na modlitwy.

* * *

Przynajmniej to było znajome i uspokajające, stare słowa w starym języku, litanie i odpowiedzi zaszczepione w umyśle Marrona od dziecka.

Znajomy również był sposób, w jaki jego umysł oddalał się od słów, nawet tutaj, na samej bożej ziemi, gdzie - jak sądził - dokona się w nim zmiana, stanie się bardziej pobożny. Wyglądało na to, że nawet oślepiające objawienie cudu nie mogło zdziałać wiele dla jego zagubionej duszy. Ukląkł na gołej, kamiennej podłodze kaplicy, z Aldem po swojej lewej stronie, a innym bratem, Jubalem, po prawej. Jego głos przemawiał cicho równo z nimi, ze wszystkimi, lecz jego myśli się wyślizgnęły, uciekły do dnia, chwili nie tak odległej w czasie czy przestrzeni, lecz w rzeczywistości bardzo dalekiej z powodu swojej obcości.

Aldo, przyjaciel z dzieciństwa i przyjaciel z młodości, był jego bratem na wiele sposobów, zanim stali się braćmi w religii. Aldo ze swoją znaną od dawna, od dawna ukochaną twarzą wykrzywioną tak bardzo, że aż niemal nierozpoznawalną, pochylił się z siodła, by rzucić płonącą pochodnię przez otwarte drzwi. Aldo śmiejący się okrutnym i świadomym tego, co się dzieje śmiechem, gdy w odpowiedzi na jego działanie nadbiegł krzyk, cieszący się na widok kobiety uciekającej z suknią i włosami w ogniu. Aldo, który musiał widzieć kobietę, zanim rzucił, który miecz miał już naszykowany w dłoni, lecz nie użył go, by zabić szybko, lecz by zagonić ją z powrotem, z powrotem, płonącą, do płonącej chaty...

Jubal, starszy mężczyzna i nieznajomy, aż do momentu, gdy wyruszyli w podróż, całe życie był mnichem, został wysłany do Outremeru przez swojego opata w ramach pokuty za przewinienie, o którym nie należało mówić:

Jubal z szeroko otwartymi oczyma krzyczał, nie chowając już dłużej ciężkich myśli za swoimi szerokimi brwiami. Jubal, możliwe, że lepszy żołnierz niż kiedykolwiek z niego byłby mnich, uniósł pałkę z radością, mignęło jego nagie ramie zbryzgane krwią, uderzył, piętą pognał konia, uderzył ponownie, zakrzyknął. Słowa składały się na krzyk, było w nim wyznanie wiary, płynące razem ze śliną z jego ust, gdy oznajmiał, że wierzy w jedynego prawdziwego Boga, Boga o bliźniaczych duszach, wszystko obejmującego... A pomiędzy Aldem i Jubalem znajdował się Marron, on sam, i zobaczył nowy obraz siebie, budzący zadziwienie, wywołujący dreszcz, wdzierający się pomiędzy niego, modlitwy i przynależną Bogu cześć.

On sam, w tej chwili pieszo, ześlizgnął się przed chwilą z oszalałego, wierzgającego konia, z dzieckiem na rękach, heretykiem, niemowlęciem wydartym z objęć ojca, zbyt małym, by poznać w takiej chwili, czy to chłopiec, czy dziewczynka, trzymał je za kostki i obracał się zaciekle, wirował jak szalony kapłan na świątynnych schodach, potykając się o ciało martwego kapłana, lecz odnajdując równowagę z ochrypłym krzykiem, który nawet dla jego własnych uszu wydał się szaleńczy, walnął dzieckiem o kamienną ścianę, zobaczył, jak roztrzaskuje się czaszka i usłyszał nagłą ciszę, nawet w tym całym hałasie, rzucił je przez otwarte drzwi w ogień w środku i odwrócił się od plamy, od małej plamy, jaka została tam, na ścianie, cienkiej warstwy czerwieni, pierwszy deszcze ją zmyje, jeśli kiedykolwiek pada w tej jałowej, przepełnionej słońcem krainie...



Dodano: 2006-04-29 12:06:32
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj nowości wydawnictwa Initium


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Chiang, Ted - "Wydech"


 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

Fragmenty

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS