NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Sanderson, Brandon - "Droga królów" (twarda okładka)

Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina" (2019)

Ukazały się

Lovecraft, H.P. - "W górach szaleństwa"


 Smith, E.E. Doc - "Patrol Galaktyczny"

 Marillier, Juliet - "Córka lasu"

 Martin, George R.R. - "Lodowy smok" (nowe ilustracje)

 Vonnegut, Kurt - "Matka noc"

 Czajka-Kominiarczuk, Katarzyna - "Zwierzenia popkulturalne"

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Maas, Sarah J. - "Szklany tron" (oprawa twarda)

Linki

Morgan, Richard - "Upadłe Anioły"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Takeshi Kovacs
Data wydania: 2005
ISBN: 83-7418-039-0
Oprawa: miękka/warda
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 528
Tom cyklu: 2



Morgan, Richard - "Upadłe Anioły"

CZĘŚĆ I

STRONY POSZKODOWANE


Wojna jest jak każdy kiepski związek. Oczywiście, że chcesz się wyrwać, ale za jaką cenę? I, co być może ważniejsze, kiedy już się wyrwiesz, czy będzie ci lepiej?

QUELLCRISTA FALCONER
Dzienniki kampanii


Rozdział pierwszy

Jana Schneidera pierwszy raz spotkałem, straszliwie cierpiąc w orbitalnym szpitalu Protektoratu, trzysta kilometrów nad poszarpanymi chmurami Sanction IV. Formalnie rzecz biorąc, w całym systemie Sanction nie powinno być żadnych jednostek Protektoratu - resztki planetarnego rządu ze swych podziemnych bunkrów uparcie głosiły, że sprawa ma charakter czysto wewnętrzny, a lokalni udziałowcy korporacyjni milcząco zgodzili się trzymać tej wersji.

W związku z tym, statki Protektoratu kręcące się po systemie od chwili, gdy Joshua Kemp podniósł w Indigo City sztandar rewolucji, zmieniły swoje kody identyfikacyjne i zostały odstąpione w długoterminową dzierżawę różnym zainteresowanym korporacjom, a następnie wypożyczone oblężonemu rządowi w charakterze lokalnego funduszu rozwojowego (z ulgą podatkową). Te, których nie strąciły z orbity nadspodziewanie skuteczne, czarnorynkowe pociski samonaprowadzające Kempa, zostaną w końcu odsprzedane Protektoratowi bez zrywania umowy, a wszelkie straty netto znów odpisze się od podatku. Wszystkie ręce czyste. A w tym samym czasie cały starszy rangą personel ranny w walce z siłami Kempa zostanie wywieziony promem ze strefy walk, co stanowiło dla mnie istotny czynnik w wyborze stron. Wiedziałem już, co znaczy brudna wojna.

Prom wyładował nas bezpośrednio na pokład hangaru szpitala przy pomocy urządzenia przypominającego potężny pas amunicyjny, wyrzucając tuziny kapsuł noszowych i sprawiając przy tym wrażenie bezceremonialnego pośpiechu. Gdy grzechocząc i stukając, zjeżdżaliśmy przez skrzydło na pokład, wciąż jeszcze słyszałem jękliwe wycie gasnących silników, a kiedy otworzyli moją kapsułę, powietrze hangaru sparzyło mi płuca mrozem świeżo przegnanej próżni. Na wszystkim, łącznie z moją twarzą, uformowała się natychmiast cienka warstwa kryształków lodu.
- Ty! - Kobiecy głos, ostry z przemęczenia. - Czujesz ból?
Mrugając, pozbyłem się części lodu z oczu i spojrzałem na swój zalany krwią kombinezon.
- Niech pani zgadnie - zaskrzeczałem.
- Sanitariusz! Dawka endorfin i przeciwwirusowych. - Nachyliła się nade mną i poczułem równoczesny dotyk palców w rękawiczkach na czole oraz ukłucie hipnosprayu na karku. Ból znacząco osłabł. - Pan z frontu Evenfall?
- Nie - udało mi się słabo zaprzeczyć. - Szturm na Północną Grań. Co się stało w Evenfall?
- Jakiś pieprzony, cholerny kretyn zrzucił tam właśnie głowicę jądrową. - W głosie lekarki słychać było ledwie kontrolowaną zimną furię. Jej dłonie przesuwały się po moim ciele, oceniając uszkodzenia. - Czyli nie ma uszkodzeń z promieniowania. Jakieś chemikalia?
Przechyliłem lekko głowę w stronę klapy.
- Dozymetr... powinien... to wyjaśnić.
- Przepadł - odparła ostro. - Razem z większą częścią ramienia.
- Och. - Zebrałem myśli. - Chyba jestem czysty. Nie możecie zrobić skanu komórkowego?
- Nie, tutaj nie. Skanery komórkowe wbudowane są w pokłady szpitalne. Może wrócimy do tego później, jak uda się nam zrobić tam dla pana trochę miejsca. - Dłonie mnie opuściły. - Gdzie ma pan kod paskowy?
- Lewa skroń.
Ktoś starł z tego miejsca krew i niewyraźnie poczułem przesunięcie przez twarz skanera laserowego. Maszyna świergotem wyraziła aprobatę i zostawiono mnie samego. Zaliczony.
Przez chwilę po prostu tam leżałem, pozwalając dawce endorfin z uprzejmą skwapliwością lokaja odbierającego płaszcz pozbawić mnie zarówno bólu, jak i świadomości. Jakaś mała część mnie zastanawiała się, czy ciało, które noszę, uda się jeszcze uratować, czy będą musieli mnie na nowo upowłokowić. Wiedziałem, że Klin Carrery utrzymuje garść klonów dla swojej tak zwanej niezastąpionej kadry, a jako jeden z pięciu walczących dla Carrery byłych Emisariuszy zdecydowanie zaliczałem się do tej elity. Niestety, bycie niezastąpionym to dwusieczne ostrze. Z jednej strony, zapewnia elitarną opiekę medyczną, aż do całkowitej wymiany ciała. Minusem jest fakt, że jedynym celem takiego traktowania jest możliwość rzucenia człowieka z powrotem do walki przy pierwszej nadarzającej się okazji. Szeregowcowi na poziomie planktonu, którego ciało zostało zbyt mocno uszkodzone, wycięto by po prostu z przytulnego gniazdka na szczycie rdzenia kręgowego stos korowy, i wrzucono by go do pojemnika, w którym prawdopodobnie zostałby do końca wojny. Nie było to idealne wyjście, i pomimo reputacji Klina, który dbał o swoich ludzi, nie miało się właściwie gwarancji upowłokowienia, ale po kilku ostatnich miesiącach szalejącego chaosu tego rodzaju odejście w niepamięć wydawało mi się absolutnie pożądane.
- Pułkowniku. Hej, pułkowniku.
Nie byłem pewien, czy utrzymało mnie w stanie przytomności warunkowanie Emisariusza, czy do świadomości przywrócił mnie dochodzący z boku głos. Ociężale przekręciłem głowę, by sprawdzić, kto mnie woła.
Wyglądało na to, że nadal byliśmy w hangarze. Na noszach obok mnie leżał muskularny młodzieniec z gęstą szopą krótkich czarnych włosów i widoczną na twarzy przenikliwą inteligencją, której nie mogło zamaskować nawet oszołomienie wywołane endorfiną. Ubrany był w kombinezon bojowy Klina, taki jak mój, ale na niego nie pasował zbyt dobrze, a otwory w stroju zdawały się nie pokrywać z dziurami w ciele. Na lewej skroni, gdzie powinien znajdować się kod kreskowy, czerniała wygodna oparzelina po strzale z blastera.
- Do mnie mówisz?
- Tak jest. - Podniósł się na jednym łokciu. Musieli mu dać znacznie mniej niż mnie. - Wygląda na to, że naprawdę nieźle pogoniliśmy Kempa tam na dole, prawda?
- A to ciekawe ujęcie sytuacji. - Przez głowę przeleciały mi obrazy mojego 391 plutonu rozrywanego wokół mnie na strzępy. - Jak ci się zdaje, dokąd będzie uciekał? Biorąc pod uwagę, że to jego planeta.
- Och, myślałem...
- Odradzałbym to, żołnierzu. Nie czytałeś warunków swojego kontraktu? A teraz zamknij się i oszczędzaj płuca. Jeszcze będziesz ich potrzebował.
- Hm, tak jest, sir. - Gapił się trochę, a sądząc po odgłosach odwracanych na okolicznych noszach głów, nie on jeden był zaskoczony, że oficer Klina Carrery mówi w taki sposób. Podobnie jak większość wojen, Sanction IV wzbudzała dość intensywne emocje.
- I jeszcze jedno.
- Pułkowniku?
- To mundur porucznika. A struktura dowodzenia Klina nie przewiduje pułkownika. Postaraj się to zapamiętać.
Nagle z jakiejś okaleczonej części ciała nadpłynęła nieoczekiwana fala bólu, przedarła się przez uścisk stojących na straży drzwi do mego mózgu endorfinowych goryli i zaczęła histerycznie wywrzaskiwać raporty o uszkodzeniach do wszystkich, którzy mogli słyszeć. Uśmiech, który przykleiłem do twarzy, rozpłynął się tak samo, jak musiał roztopić się krajobraz w Evenfall, i nagle przestało mnie interesować cokolwiek poza wrzaskiem.

* * *

Kiedy znów się obudziłem, gdzieś pode mną delikatnie pluskała woda, a łagodne promienie słoneczne ogrzewały mi twarz i ramiona. Ktoś musiał zdjąć ze mnie poszarpane odłamkami resztki mojej kurtki bojowej, zostawiając mnie w pozbawionym rękawów podkoszulku Klina. Poruszyłem ręką, a czubki moich palców przesunęły się po ciepłych, wygładzonych ze starości drewnianych deskach. Światło słoneczne rysowało na zamkniętych powiekach tańczące wzory.
Ból zniknął.
Usiadłem. Od miesięcy nie czułem się tak dobrze. Leżałem rozciągnięty na małym, prostej konstrukcji molo, wcinającym się na jakiś tuzin metrów w coś, co wyglądało na fiord lub wąską zatokę. Z obu stron zatoczki wznosiły się niskie góry o łagodnych stokach, a w górze wiatr przesuwał białe obłoki. Nieco dalej z wody wystawały głowy rodziny fok, przyglądających mi się poważnie.
Miałem na sobie tę samą Afrokaraibską powłokę bojową, którą nosiłem w trakcie szturmu na Północną Grań. Bez uszkodzeń i blizn.
A więc...
Na deskach za mną zastukały ciche kroki. Przechyliłem głowę w bok, automatycznie podnosząc ręce do zasłony. Dużo później niż odruch przyszła myśl, że w prawdziwym świecie nikt nie byłby w stanie podejść do mnie tak blisko bez uaktywniania czujnika zbliżeniowego mojej powłoki.
- Takeshi Kovacs - odezwała się kobieta w mundurze, stając obok mnie, właściwie wymawiając miękkie słowiańskie "cz" na końcu nazwiska. - Witamy w przechowalni rekonwalescencyjnej.
- To miło. - Wstałem, ignorując wyciągniętą dłoń. - Nadal jestem na pokładzie szpitala?
Kobieta potrząsnęła głową i odgarnęła z twarzy o regularnych rysach długie, niesforne włosy w kolorze miedzi.
- Pańska powłoka wciąż przebywa na intensywnej terapii, ale świadomość przesłano drogą cyfrową do przechowalni Klina Jeden do czasu, aż będzie pan gotów do fizycznego ożywienia.
Rozejrzałem się wokół i znów zwróciłem twarz w stronę słońca. Na Północnej Grani ciągle pada.
- A gdzie mieści się przechowalnia Klina Jeden? Czy to tajne?
- Obawiam się, że tak.
- No i skąd ja to wiedziałem?
- Pańskie kontakty z Protektoratem bez wątpienia umożliwiły panu zaznajomienie się z...
- Och, daj spokój, to było pytanie retoryczne. - I tak orientowałem się, gdzie mieścił się ten wirtualny format. Standardową praktyką w przypadku wojny planetarnej było umieszczanie na szalonych, eliptycznych orbitach garści satelitów o niskim albedo w nadziei, że nie zahaczy o nie żaden sprzęt wojskowy. W takiej sytuacji ma się całkiem duże szanse, że nikt nigdy tego nie znajdzie. Jak to pisują w podręcznikach, kosmos jest wielki.
- Przy jakim stosunku to puszczacie?
- Odpowiednik czasu rzeczywistego - odpowiedziała natychmiast. - Ale mogę to spowolnić, jeśli pan sobie życzy.
Idea rozciągnięcia mojej, niewątpliwie krótkiej, rekonwalescencji o dowolny współczynnik, na przykład do około trzystu, była kusząca, ale jeśli miałem zostać ściągnięty z powrotem do walki w miarę szybko w czasie rzeczywistym, prawdopodobnie lepiej było nie tracić gotowości. Zresztą, nie byłem pewien, czy dowództwo Klina pozwoliłoby mi na zbytnie rozciągnięcie odpoczynku. Kilka miesięcy pustelniczego obijania się po tak pięknej, naturalnej okolicy musiałoby ujemnie wpłynąć na mój entuzjazm do masowej rzezi.
- Tam może pan zamieszkać - stwierdziła kobieta, wskazując przed siebie ręką. - Jeśli życzy pan sobie jakichś modyfikacji, proszę dać znać.
Spojrzałem we wskazanym kierunku, gdzie na brzegu piaszczystej plaży stał dwupiętrowy budynek z drewna i szkła, przykryty dachem o szerokich okapach.
- Wygląda nieźle. - Owinęły mnie ledwie wyczuwalne macki seksualnego pobudzenia. - Czy masz stanowić mój ideał interpersonalny?
Kobieta znów potrząsnęła głową.
- Jestem wewnątrzformatowym konstruktem technicznym kontroli systemów Klina Jeden, wzorowanym fizycznie na porucznik major Lucii Mataran z Głównego Dowództwa Protektoratu.
- Z tymi włosami? Nabijasz się ze mnie.
- Dysponuję swobodą i dyskrecją. Życzy pan sobie, żebym wygenerowała dla pana ideał interpersonalny?
Podobnie jak oferta spowolnienia czasu było to kuszące. Ale po sześciu tygodniach w towarzystwie hałaśliwych zabijaków z komanda Klina, bardziej niż czegokolwiek chciałem przez jakiś czas pobyć sam.
- Zastanowię się nad tym. Masz dla mnie coś jeszcze?
- Ma pan nagraną odprawę od Isaaca Carrery. Życzy pan sobie umieszczenia jej w domu?
- Nie. Odtwórz ją tutaj. Zawołam cię, jeśli będę jeszcze czegoś potrzebował.
- Jak pan sobie życzy. - Przechyliła głowę i zniknęła. W miejscu, które do niedawna zajmowała, z wolna pojawiła się męska postać w czarnym mundurze Klina. Gładko zaczesane, czarne włosy ze srebrnymi nitkami, pobrużdżona twarz patrycjusza, której ciemne oczy i śniada cera w jakiś sposób były równocześnie twarde i pełne zrozumienia, a pod mundurem ciało oficera, którego wysoka ranga nie oznaczała rezygnacji z pola bitwy. Isaac Carrera, odznaczony były kapitan komanda próżniowego, a następnie twórca najgroźniejszych sił najemnych w Protektoracie. Przykładowy żołnierz, dowódca i taktyk. Okazjonalnie, gdy nie miał innego wyboru, kompetentny polityk.
- Witam, poruczniku Kovacs. Przepraszam, że to tylko nagranie, ale Evenfall postawiło nas w złej sytuacji i nie ma czasu na zestawianie połączenia. Według raportu medycznego, pańskie ciało może zostać naprawione w ciągu około dziesięciu dni, więc nie zastosujemy tu opcji z bankiem klonów. Chcę, żeby wrócił pan na Północną Grań najszybciej jak to możliwe, ale prawdę mówiąc, zostaliśmy tam zmuszeni do powstrzymania ofensywy i przez kilka tygodni poradzą sobie i bez pana. Do nagrania dołączony jest raport z uaktualnieniem statusu, łącznie z listą strat z ostatniego szturmu. Chciałbym, żeby przejrzał pan to w trakcie pobytu w wirtualu, zaprzęgając do pracy słynną intuicję Emisariuszy. Bóg mi świadkiem, że potrzebne nam tam nowe pomysły. W szerszym kontekście zdobycie terytorium Grani stanowi jeden z dziewięciu głównych celów koniecznych do doprowadzenia tego konfliktu...
Już byłem w ruchu, idąc wzdłuż pomostu, a następnie w górę wznoszącego się wybrzeża w stronę najbliższych wzgórz. Niebo w całości przesłaniały kłębiące się chmury, ale nie były dość ciemne, by groziła burza. Miałem wrażenie, że jeśli uda mi się wejść dostatecznie wysoko, będę miał wspaniały widok na całą zatokę.
Za mną głos Carrery cichł na wietrze, w miarę jak oddalałem się od projekcji na pomoście, deklamującej słowa w powietrze albo do fok, oczywiście przy założeniu, że nie miały nic lepszego do roboty niż słuchanie.


Dodano: 2006-04-29 12:01:13
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj Kronikę World of WarCraft


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"


 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

 Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

 Shannon, Samantha - "Zakon Drzewa Pomarańczy"

 Dick, Philip K. - "Nasi przyjaciele z Frolixa 8"

 Bardugo, Leigh - "Trylogia Grisza"

 Harrison, Harry - "Przestrzeni! Przestrzeni!"

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS