NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

Wolfe, Gene - "Cień i Pazur"

Ukazały się

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"


 antologia - "Opowieści niesamowite z języka niemieckiego"

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Zagubiona przyszłość" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Proxima" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Kosmiczni bracia" (reedycja)

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper" (2020)

 Caldecott, Andrew - "Miasteczko Rotherweird"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Linki

Feist, Raymond E. - "Szpon Srebrnego Jastrzębia"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Feist, Raymond E. - "Konklawe Cieni"
Tytuł oryginału: Talon of the Silver Hawk
Tłumaczenie: Justyna Niderla
Data wydania: 2004
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 399
Tom cyklu: 1



Feist, Raymond E. - ''Szpon Srebrnego Jastrzębia''

Część pierwsza - Sierota

Śmierć stoi nade mną, szepcząc cicho
Nie wiem co wprost do mego ucha...
Walter Savage Landor


Rozdział pierwszy - Zmiany


Czekał.
Drżąc, chłopiec kulił się, przysuwając się jak najbliżej gasnącego żaru skromnego ogniska. Jego niebieskie oczy zapadły się i pociemniały od braku snu. Poruszał wolno ustami, powtarzając sobie słowa pieśni, której nauczył go ojciec. Święta melodia kaleczyła mu suche usta i paliła w gardle. Na ciemnych, prawie czarnych włosach chłopca osiadł kurz. Mimo chęci pozostania przytomnym w oczekiwaniu na wizję, trzy razy poddał się zmęczeniu i zasnął z głową w pyle. Wyraźne kości policzkowe w jego szczupłej twarzy wydawały się teraz jeszcze ostrzejsze. Stracił mocno na wadze, zmizerniał i zbladł. Nosił na sobie tylko przepaskę biodrową, ubiór charakterystyczny dla poszukiwaczy wizji. Już po pierwszej nocy zatęsknił bardzo za swą skórzaną tuniką i spodniami, mocnymi butami i ciemnozielonym płaszczem.

Ponad nim ciemne niebo powoli stawało się jaśniejsze. Nadchodził świt i gwiazdy zaczęły znikać z nieboskłonu. Powietrze wydawało się nieruchome, tak jakby czekało na pierwszy oddech, na pierwszy ruch nowego dnia. Taka cisza była dość niezwykła, jednocześnie fascynowała i wytrącała z równowagi. Chłopiec wstrzymał na chwilę oddech, wsłuchując się w otaczający go świat. A potem dotknął go lekki podmuch, najdelikatniejszy oddech nocnego westchnienia i on sam odetchnął pełną piersią.

Kiedy zobaczył jaśniejszą smugę na wschodnim niebie, wyciągnął rękę i wziął tykwę. Upił niewielki łyk wody, oszczędzając tak wiele płynu na później, jak to tylko było możliwe. Nie wolno mu było pić więcej, dopóki nie doświadczy wizji. Wtedy mógł ruszyć dalej i napić się do woli ze strumienia, który kilkaset metrów poniżej przecinał szlak prowadzący do domu chłopca.

Przez dwa dni siedział pod szczytem Shatana Higo, w miejscu, gdzie miał stać się mężczyzną, i czekał na wizję. Tuż przed oczekiwaniem brał udział w przygotowaniach. Pił tylko napary z ziół i wodę, jadł tradycyjne potrawy wojowników, czyli suszone mięso, suchary i popijał płynem z gorzkich ziół. A potem przez pół dnia wspinał się pylistą ścieżynką, wijącą się na wschodnim stoku świętej góry, aż do małego zagłębienia położonego zaledwie kilka metrów poniżej wierzchołka Shatana Higo. W miejscu tym nie zmieściłoby się więcej niż pół tuzina mężczyzn, ale chłopcu wydało się rozległe i puste, kiedy je po raz pierwszy ujrzał w trzecim dniu ceremonii. Dzieciństwo, które spędził w ogromnym domu, w otoczeniu wielu krewnych, nie przygotowało go na taką izolację. Po raz pierwszy w całym swoim życiu pozostał sam, bez towarzyszy, na dłużej niż kilka godzin.

Tak jak to było w zwyczaju pomiędzy Orosinimi, chłopiec rozpoczął swój rytuał wejścia w wiek męski na trzeci dzień przed Świętem Przesilenia Letniego, które mieszkańcy nizin nazywali Banapis. Chłopiec miał powitać nowy rok i spędzić koniec swego dziecięcego życia na rozważaniu tradycji swojej rodziny, plemienia i narodu oraz na poszukiwaniu mądrości swoich przodków. Miał czas na długie medytacje i wejrzenie w siebie, aby odnaleźć właściwe miejsce we wszechświecie i odgadnąć, jakie zadanie wyznaczyli mu bogowie. Gdyby wszystko działo się tak, jak powinno, powinien połączyć się ze swoją rodziną i całym klanem w wieczór Święta Przesilenia Letniego.

Jako dziecko chłopca nazywano Kieli. Było to zdrobnienie od Kielianapuna, nazwy rudej wiewiórki, sprytnego i zwinnego zwierzątka zamieszkującego lasy jego rodzinnych stron. Kiedy jednemu z Orosinich udało się dostrzec wiewiórkę, zwykle doskonale ukrytą w gąszczu, uznawał to za szczęśliwy omen. A Kieli był uznawany za szczęśliwe dziecko.

Chłopiec trząsł się teraz niekontrolowanie, gdyż mizerne zasoby tkanki tłuszczowej nie chroniły go wcale przed nocnym chłodem. Nawet w środku lata szczyty gór Orosinich stawały się bardzo chłodne po zachodzie słońca.

Kieli czekał na wizję. Zobaczył, jak na wschodzie rozjaśnia się niebo; wolno zmieniało barwę z szarej na bladobłękitną, a potem na lekko różową. Zbliżał się wschód słońca. Chłopiec ujrzał, jak szczyty odległych gór oblewa złota poświata i tarcza słoneczna wyłania się zza horyzontu, przynosząc mu kolejny dzień samotności. Odwrócił oczy, kiedy słońce wyszło zza gór, gdyż światło oślepiało go. Powoli przestawał drżeć. Słońce nareszcie podniosło się na tyle wysoko, że ogrzało chłodne powietrze. Czekał, na początku w gotowości, a potem bez nadziei, zmęczony i głodny.

Każdy chłopiec Orosini przystępował do tego rytuału w dzień lata, w czasie bliskim rocznicy swoich urodzin, w jednym z wielu świętych miejsc rozsianych po kraju. Przez lata nieprzeliczone rzesze chłopców wspinały się na niedostępne szczyty i wracały jako mężczyźni.

Poczuł chwilową zazdrość, kiedy pomyślał sobie, że dziewczęta w jego wieku pozostały w wiosce, w okrągłym domu z kobietami, jedząc i plotkując, śpiewając i modląc się. Dziewczynki jakoś zdobywały swe dorosłe imiona bez głodowania i trudów będących udziałem chłopców. Kieli pozwolił, aby to uczucie przeminęło. Rozważanie spraw, nad którymi nie mamy kontroli, jest stratą czasu, tak powiedziałby jego dziadek

Pomyślał o swoim dziadku, Śmiechu W Jego Oczach, który jako ostatni przemówił do niego, kiedy chłopiec wyruszał na samotny szlak z doliny, gdzie mieszkali ludzie jego plemienia, na wysokie górskie szczyty. Stary człowiek uśmiechał się jak zawsze. Kieli z trudem przypominał sobie chwile, kiedy na twarzy jego dziadka nie gościł uśmiech. Twarz starca przypominała brązową skórę, ogorzałą po osiemdziesięciu latach wystawiania na górskie wiatry. Tatuaż klanu na lewym policzku ciągle jednak pozostał czarny, mimo czasu spędzonego na słońcu. Mądre oczy dziadka i wyraźne kości policzkowe komponowały się doskonale ze stalowoszarymi, prostymi włosami opadającymi mu na ramiona. Kieli przypominał swego dziadka nawet bardziej niż ojca. Obaj mieli oliwkową karnację, która w lecie stawała się brązowa i nigdy nie czerwieniała na słońcu. W swojej młodości starzec miał także włosy kolory kruczego skrzydła. Wszyscy mówili, że pokolenia temu w rodzinie Kieli musiał pojawić się jakiś cudzoziemiec, gdyż Orosini posiadali raczej jasną karnację i nawet brązowe włosy były czymś niezwyczajnym.

Dziadek Kieliego wyszeptał do niego:

- Kiedy tykwa jest pusta, w dzień Przesilenia Letniego pamiętaj o jednym: jeżeli bogowie nie nadali ci jeszcze imienia, to oznacza, że możesz wybrać je sobie sam.

A potem przywódca klanu uścisnął go, jakby w zabawie, ale jednak mocno, i pchnął na ścieżkę. Inni mężczyźni z wioski Kulaam patrzyli, jak idzie, uśmiechając się albo śmiejąc otwarcie, gdyż oczekiwali już święta, a czas nadawania imion był czasem radości.

Kieli zapamiętał słowa swego dziadka i zastanawiał się, czy właściwie którykolwiek chłopiec posiada imię nadane mu przez bogów. Sprawdził, ile jeszcze wody pozostało w tykwie i ocenił, że skończy się około południa. Wiedział, że znajdzie wodę w strumyku w połowie drogi do wioski. To oznaczało, że musi opuścić miejsce na górze, kiedy słońce będzie w zenicie.

Siedział cicho przez chwilę, myśli o rodzinnej wiosce przemykały mu przez głowę niczym rozbryzgi piany z wodospadu na rzece płynącej za długim domem. Może gdy uwolni umysł, może jeżeli nie będzie starał się tak mocno doświadczyć wizji, wtedy one przyjdą do niego. Chciał już wracać do wioski; tęsknił za rodziną. Jego ojciec, Wołanie Jelenia o Świcie, był dla chłopca wzorem - silny, przyjacielski, dobry, wesoły; nie znał lęku w bitwie i darzył swe dzieci łagodnym uczuciem. Chłopiec tęsknił za matką, Szeptem Nocnego Wiatru, i za młodszą siostrą, Milianą, ale najbardziej za starszym bratem, Dłonią Słońca, który powrócił ze swojej wyprawy po wizję zaledwie dwa lata wcześniej. Chłopak skórę miał spaloną na czerwono promieniami słońca i tylko na klatce piersiowej biało odcinał się kształt ręki, gdzie spoczywała przez cały dzień. Ich dziadek żartował sobie, że Dłoń nie był pierwszym chłopcem, który doświadczył wizji podczas snu. Dłoń zawsze dobrze traktował swego młodszego braciszka i siostrzyczkę. Zajmował się nimi, kiedy matka musiała wyjść w pole, pokazywał im miejsca, gdzie najszybciej dojrzewają jagody. Wspomnienia owoców rozgniecionych z miodem i podawanych z ciepłym chlebem sprawiły, że chłopcu pociekła ślina.

Święto będzie bardzo radosne, a myśli o jedzeniu, które czekało na niego w wiosce, skręciły głodem żołądek Kieliego. Będzie mógł siedzieć w długim domu wraz z mężczyznami, a nie jak do tej pory w domu okrągłym z matką i innymi kobietami i dziećmi. Poczuł lekki ból straty, kiedy o tym pomyślał. Śpiew kobiet podczas codziennych obowiązków, ich śmiech, przekomarzania i ploteczki były częścią jego życia, odkąd pamiętał. Ale także patrzył z dumą w przyszłość, w której będzie mógł zasiąść z mężczyznami klanu przy jednym stole.

Przez jego ciało przebiegł silny dreszcz, a potem westchnął i rozluźnił się, czując na skórze ciepłe promienie słońca. Pozwolił napiętym mięśniom nieco odpocząć i uklęknął, aby zająć się ogniem. Położył kilka nowych polan na żarzących się węglach i podmuchał na nie lekko. W kilka minut ogień rozpalił się na nowo. Niedługo, kiedy już górskie powietrze ogrzeje się dostatecznie, pozwoli płomieniom opaść. Teraz jednakże był wdzięczny za ciepło, jakie dawał mu ogień.

Usiadł, opierając się plecami o kamienie, które powoli rozgrzewały się w promieniach wschodzącego słońca, pomimo utrzymującego się w powietrzu chłodu, i upił kolejny łyk wody. Westchnął ciężko i spojrzał na niebo. Dlaczego nie miał żadnej wizji? Dlaczego nie otrzymał żadnej wiadomości od bogów, którzy nadają imiona mężczyznom?

Jego imię będzie kluczem do na�ha�tah, sekretnej natury istnienia, tej części jego osobowości, którą zna tylko on i bogowie. Inni ludzie poznają jego imię, gdyż wyjawi im je z dumą, ale nikomu nie wyjawi sekretnej natury wizji ani tego, co imię oznacza naprawdę. Nie zdradzi, jakie miejsce bogowie przeznaczyli mu we wszechświecie, jakie otrzymał od nich zadanie i jakie jest jego przeznaczenie. Jego dziadek powiedział mu raz, że niewielu mężczyzn właściwie rozumie swoje na�ha�tah, chociaż wielu tak się właśnie wydaje. Czasami, mówił starzec, przesłanie jest proste: bądź dobrym mężem i ojcem, czyń dobro w swojej wiosce, wspomagaj kraj i plemię, bądź wzorem do naśladowania, gdyż z twego nasienia narodzi się wybraniec, na�rif, który dokona wielkich czynów po twojej śmierci.Kieli wiedział, co jego dziadek powiedziałby w tej właśnie chwili. Stwierdziłby, że chłopiec zanadto się martwi i po prostu powinien odłożyć troski na bok i pozwolić bogom przekazać swoją wolę. Kieli wiedział, że ojciec powiedziałby dokładnie to samo, dodając od siebie parę słów o tym, że ten, który pragnie polować i zasiadać w długim domu albo być dobrym mężem, najpierw musi się nauczyć cierpliwości i uważnego słuchania.

Zamknął oczy i wsłuchał się w poszum wiatru przemykającego górskimi szczytami. Słyszał lekki szum, kiedy wicher poruszał delikatnie gałązkami cedrów i sosen. Czasami wiatr był okrutnym towarzyszem; przedostawał się przez najgrubsze futra i kaleczył ciało jak zimne, bezlitosne szpony. Ale potrafił także przynieść ze sobą ukojenie, chłodząc nieznośnie gorące letnie powietrze. Jego ojciec opowiedział chłopcu o głosach wiatru i o tym, jak nauczyć się je rozumieć, tak jak orły i sokoły budujące gniazda pomiędzy niedostępnymi krawędziami szczytów. Kieli podniósł gwałtownie głowę, słysząc, jak poranne powietrze przecina głośny pisk. Zobaczył srebrnego jastrzębia, który właśnie upolował królika nie dalej niż dwanaście metrów od ogniska chłopca. Ptak należał do najrzadszego gatunku, występującego tylko w wysokich górach. Miał szare pióra, cętkowane czarno w okolicy szyi i barków, ale połyskliwe upierzenie sprawiało, że jastrząb wyglądał jak srebrny, kiedy unosił się na tle czystego nieba. Jednym uderzeniem skrzydeł ptak spadł na przerażonego królika i porwał swoją ofiarę w powietrze. Jak kotek niesiony przez matkę, królik zwisał bezwładnie ze szponów jastrzębia, niejako poddając się losowi. Kieli wiedział, że zwierzątko jest w szoku. Natura oszczędziła mu bólu i strachu, przytępiając jego zmysły. Chłopiec widział kiedyś jelenia leżącego bez ruchu na ziemi w oczekiwaniu na myśliwego, który nożem skróci jego cierpienia spowodowane niecelnie wypuszczoną strzałą.

Daleko zobaczył inne ptaki, leniwie unoszące się w porannym powietrzu; łapały unoszące się z nagrzanych przez słońce kamieni ciepłe powietrze, które pozwalało im szybować w poszukiwaniu zdobyczy. Wiedział, że to myszołowy. Ich potężne skrzydła pozwalały im na szybowanie na prądach ciepłego powietrza, podczas gdy oczy ptaków wypatrywały w dole umierających i martwych zwierząt. Na ziemi były brzydkie i niezgrabne, wyrywając sobie nawzajem strzępy padliny, ale w powietrzu wyglądały pięknie i majestatycznie.

Na południu zobaczył kanię o czarnym ogonie, balansującą w powietrzu; ogon kierowała w dół i uderzała kilkakrotnie skrzydłami, a potem pozwalała ciału opaść kilka metrów. Opadała i unosiła się nad miejscem, gdzie znajdowała się jej potencjalna ofiara. Nagle z zadziwiającą zwinnością rzuciła się w dół szponami naprzód i z precyzją graniczącą z nadnaturalnymi zdolnościami uderzyła w ziemię ciasnym łukiem. Wzniosła się z powrotem w powietrze w ułamku sekundy, ściskając w pazurach piszczącą mysz.

Z daleka dotarły do niego odgłosy lasu. Dźwięki dnia i nocy różniły się od siebie. Teraz dzienni mieszkańcy puszczy zaczynali podkreślać swoją obecność, podczas gdy ich nocni sąsiedzi szukali kryjówek, aby przespać słoneczne godziny. Dzięcioł hałaśliwie poszukiwał robaków w korze sąsiedniego drzewa. Kieli poznawał po sekwencjach następujących po sobie stuknięć, że szukający śniadania ptak należy do gatunku dużych dzięciołów noszących na główkach charakterystyczne czerwone czapeczki. Ptak uderzał w drzewo wolno, głośno i nieprzerwanie, inaczej niż jego mniejszy, niebieskoskrzydły kuzyn.

Słońce wzniosło się wyżej na porannym niebie. Ognisko zgasło, gdyż Kieli nie potrzebował już ciepła. Górskie szczyty nagrzewały się szybko. Kieli walczył z pokusą wypicia do końca wody pozostałej w tykwie, gdyż wiedział, że musi mu ona wystarczyć aż do chwili, kiedy będzie gotów, aby podjąć wędrówkę w kierunku wioski. Napije się do woli ze strumienia na szlaku, ale najpierw musi tam dotrzeć. Jeżeli zmarnuje wodę teraz, później może nie starczyć mu sił na dojście do strumyka.

Zdarzało się, chociaż bardzo rzadko, że chłopcy ginęli na szczycie góry. Plemię przygotowywało ich najlepiej, jak to było możliwe, ale ci, którzy nie zdołali przetrwać ceremonii nadawania imienia, uznawani byli za odrzuconych przez bogów, a lamenty ich rodzin napełniały goryczą radość Święta Przesilenia Letniego.

Robiło się coraz goręcej i powietrze wyschło. Nagle Kieli zorientował się, że zaczął wiać sa�tata. Wiatry z północy przynosiły chłód niezależnie od pory roku, ale letnie zachodnie bryzy stawały się w tym okresie suche i gorące. Chłopiec widział, jak trawa brązowieje i kruszy się na wietrze w niecałe trzy dni, a owoce schną na gałęziach. Mężczyźni byli niespokojni, a kobiety łatwo wpadały w gniew, kiedy sa�tata wiał dłużej niż kilka dni; skóra wysychała i piekła. W takie dni Kieli i jego brat pływali w jeziorach i rzekach, ale zanim docierali do wioski, ich skóra była już sucha i nie czuli na sobie długo chłodnego dotyku wody.Kieli wiedział także, że jest w niebezpieczeństwie, gdyż, jeżeli tu zostanie, sa�tata wyssie z jego ciała każdą kroplę wilgoci. Spojrzał na niebo i doszedł do wniosku, że do południa zostały mu już tylko dwie godziny. Popatrzył na słońce, znajdujące się teraz w połowie wysokości zenitu, i zamrugał, kiedy poczuł, jak w oczach zbierają mu się łzy.

Kieli pozwolił swemu umysłowi wędrować swobodnie przez chwilę, zastanawiając się, kogo wybiorą na jego towarzyszkę przy stole. Chłopiec zapragnął przez moment, aby jego ojciec spotkał się z rodzicami jednej z młodych dziewcząt mieszkających w wiosce. Wśród rodaków Kieli mógł wybrać jedną z trzech: Rapanuanę, córkę Dymu W Lesie, Janatuę, córkę Wielu Złamanych Włóczni i Oko Niebieskoskrzydłej Cyraneczki, córkę Śpiewającego Dla Wiatru.

Oko Niebieskoskrzydłej Cyraneczki była od niego starsza o rok i otrzymała swe kobiece imię zeszłego lata, ale w wiosce nie było żadnego chłopca w odpowiednim wieku, aby mogła się z nim wtedy połączyć. Tego roku, razem z Kielim, w dorosłość miało wejść sześciu chłopców. Dziewczyna posiadała dziwaczne poczucie humoru i Kieli zawsze się zastanawiał, co ją tak bardzo śmieszy w danym momencie. Często wydawało mu się, że jest nim zainteresowana i w jej obecności czuł się niezręcznie. Chociaż starannie to ukrywał, bał się dziewczyny trochę bardziej niż innych. Ale Rapanuana była gruba i miała zły charakter, a Janatua zawsze chodziła ze ściągniętą twarzą i z nieśmiałości nie odzywała się do chłopców. Oko Niebieskoskrzydłej Cyraneczki była wysoka i silna, a jej miodowobrązowe oczy o surowym wyrazie zwężały się w szparki, gdy się śmiała. Miała skórę jaśniejszą niż inne dziewczęta, pokrytą mrowiem piegów. Twarz w kształcie serca okalała grzywa włosów o barwie letniego zboża. Kieli modlił się do bogów, aby jego ojciec spotkał się z rodzicami tej właśnie dziewczyny w noc przed Przesileniem Letnim, a nie z innymi. Nagle poczuł przypływ strachu. Zdał sobie sprawę, że jego ojciec mógł spotkać się z rodzicami dziewcząt spoza jego wioski, mieszkających w pobliskich siołach, z ojcem tępej Pialui, albo ładnej, ale wiecznie narzekającej Nandii!

Westchnął. I tak nie mógł nic na to poradzić. Słyszał historie o mężczyznach i kobietach, którzy się kochali, sagi opowiadane przez bajarzy przy ogniskach, opowieści zaczerpnięte od bardów z nizin i zawleczone na wyżyny Orosinich. Jednak wśród jego ludzi to ojciec wybierał narzeczoną dla syna i przyszłego męża dla córki. Czasem zdarzało się, że chłopiec, nie, już mężczyzna, wracający z wyprawy po wizje od bogów nie zastawał w wiosce narzeczonej, która miała mu towarzyszyć w święcie dojrzałości i musiał czekać kolejny rok na inną dziewczynę. Czasami, choć rzadko, mężczyzna odkrywał, że żaden ojciec nie chce oddać mu swej córki i wyruszał do innej wioski w poszukiwaniu żony albo rezygnował z małżeństwa i pozostawał sam. Słyszał raz o wdowie, której ojciec umarł, zanim zdążył znaleźć dla niej nowego męża. Kobieta ta zamieszkała z jednym z samotnych mężczyzn, ale nikt w wiosce nie uważał tego za właściwe.

Westchnął ponownie. Chciał, żeby już było po wszystkim. Był głodny i marzył o odpoczynku we własnym łóżku. I pragnął Oka Niebieskoskrzydłej Cyraneczki, chociaż dziewczyna sprawiała, że czuł się przy niej niezręcznie.

Wraz z wiatrem dotarł do niego dźwięk, który, jak się domyślał, wydała z siebie niedźwiedzica prowadząca młode. Zwierzę wydawało się zaniepokojone i Kieli domyślił się, że młode niedźwiedziątka właśnie wdrapują się na drzewo na rozkaz matki. Chłopiec usiadł. Co mogło aż tak zaniepokoić czarnego niedźwiedzia tutaj, w wysokich górach? Może duży drapieżnik, leopard albo kuguar? Na tej wysokości nie spotykało się raczej ogromnych skalnych lwów. Kieli pomyślał, że to może polujący wywern i poczuł się nagle mały, słaby i doskonale widoczny na tle skał.

Wywern, młodszy brat smoka, radził sobie z pół tuzinem, a nawet większą liczbą doświadczonych wojów, więc chłopiec, uzbrojony jedynie w ceremonialny sztylet i tykwę z wodą stanowił bardzo łakomy kąsek dla głodnego potwora.

Polujące wilki także mogły wystraszyć niedźwiedzicę. Dzikie psy i wilczarze na ogół omijały niedźwiedzie szerokim łukiem, ale młode były łatwą zdobyczą, o ile sforze udałoby się odciągnąć matkę od jednego z nich.

Albo byli to ludzie.

W pewnej odległości w powietrzu utworzył się krąg myszołowów i chłopiec poderwał się z ziemi, aby mieć lepszy widok. Zakręciło mu się nagle w głowie, gdyż wstał zbyt szybko. Opierając się ręką o skałę dla podtrzymania równowagi, wpatrzył się w przeciwległy stok. Słońce było teraz wystarczająco wysoko na niebie, aby przegonić poranne mgły i chłopiec wyraźnie widział myszołowy i kanie, krążące nad jakimś odległym miejscem. Kieli był znany w wiosce z doskonałego wzroku. Niewielu z jego plemienia widziało tak dobrze jak on, a w historii jego klanu żaden człowiek nie miał lepszego wzroku. Jego dziadek żartował sobie, że czegokolwiek by chłopcu brakowało, nie są to oczy jastrzębia.Przez chwilę Kieli patrzył, nie rozumiejąc tego, co widzi, a potem zdał sobie sprawę, że ptaki krążą nad wioską Kapoma! Niepokój przemknął przez jego umysł niczym iskra i chłopiec bez wahania pomknął na szlak. Kapoma było wioską najbliżej sąsiadującą z jego własną.

Było tylko jedno możliwe wytłumaczenie, dlaczego tak wielu padlinożerców krążyło nad wioską: odbyła się tam bitwa. Poczuł, jak panika zaczyna przyćmiewać mu umysł. Najwyraźniej nikt nie zadbał o grzebanie zabitych. Jeżeli maruderzy rozeszli się po dolinach, następną zaatakowaną wioską będzie Kulaam!

Serce ścisnęło mu się na myśl o rodzinie walczącej z wrogiem bez niego. Dwukrotnie już podczas swego dziecięcego życia zostawał w okrągłym domu z kobietami, podczas gdy mężczyźni bronili wioski przed napastnikami. Raz walki miały charakter klanowy. Mężczyźni walczyli z wojownikami z wioski Kahanama. Drugi raz banda goblinów szukała w wiosce dzieci na ofiarę swoich ciemnych praktyk religijnych, ale solidna palisada okazała się wystarczającą obroną przed napastnikami. Któż mógł atakować wioski tym razem, zastanawiał się, zbiegając ścieżką w kierunku drzew rosnących poniżej.

Moredhelowie, nazywani przez ludzi z nizin Bractwem Mrocznego Szlaku, nie byli widziani w tych stronach od czasu dzieciństwa jego dziadka, a trolle zazwyczaj omijały wioski Orosinich z daleka. Nie wiedział nic o żadnych waśniach klanowych toczących się w pobliżu. Ludzie, którzy mieszkali w Dorzeczu na północnym wschodzie, byli raczej pokojowo nastawieni, a Księstwo Farinda na południu nie miało żadnych zatargów z Orosinimi.

A więc zbójcy. Łowcy niewolników z Miasta Inaska albo z Przylądka Wartownika w Miskalon czasem zapuszczali się aż w góry. Wysocy, silni Orosini o jasnych albo rudych włosach osiągali wysokie ceny na targowiskach w Imperium Wielkiego Keshu. Kieli poczuł strach, który natychmiast sparaliżował jego umysł.

Wypił resztkę wody z ziołami, jaka mu jeszcze została, owinął sobie sznur z tykwą wokół pasa i podbiegł kilka kroków w dół zbocza. Stracił nagle równowagę. Chcąc się podeprzeć, wyciągnął w bok prawą dłoń, ale zamiar się nie powiódł i chłopiec upadł, uderzając ciężko w twarde skały. Poczuł nagły ból, aż zakręciło mu się w głowie. Lewe ramię bardzo go bolało. Nie wydawało się złamane, ale od barku aż do łokcia biegła brzydka, czerwona pręga, która zapewne wkrótce zmieni się w ogromnego siniaka. Zabolało, kiedy spróbował poruszyć ręką. Spróbował wstać, ale ból sprawił, że poczuł się słabo. Usiadł i zwymiotował na ziemię.

Nagle przestał dobrze widzieć. Cały krajobraz przybrał jaskrawożółty kolor. Chłopiec upadł na plecy na pylistą drogę. Niebo ponad nim zajaśniało brylantową bielą, żar zalał mu twarz. Oczy Kieliego zamgliły się. Ziemia pod nim wirowała i wirowała, aż wszystko uciekło spod niego i poczuł, jak zanurza się w ciemny tunel.


Obudził go ból. Otworzył oczy, kiedy poczuł to na lewej dłoni. Zmrużył powieki, skupiając wzrok w jednym punkcie, próbując zogniskować spojrzenie rozkojarzone zawrotami głowy. A potem zobaczył to dokładnie.

Na jego ramieniu, lekko wygięte, spoczywało coś, co wyglądało jak rozczapierzone pazury. Kieli nie poruszył głową, tylko powiódł oczyma w bok. Zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od jego nosa stał srebrny jastrząb. Ptak jedną łapą opierał się na ramieniu chłopca, szponami znacząc skórę, ale nie uszkadzając jej. Tak jakby chciał zbudzić nieprzytomnego chłopca, jastrząb ponownie zagiął szpony, wbijając je odrobinę głębiej.

Kieli złapał się na tym, że patrzy w czarne oczy ptaka. Pazury jastrzębia zacisnęły się po raz kolejny i Kieli poczuł ból w ramieniu. Chłopiec nie oderwał jednak wzroku od oczu ptaka. A potem usłyszał słowa: Wstań, mały bracie. Wstań i bądź szponem swojego ludu. Tak jak czujesz moje pazury na swoim ramieniu, pamiętaj, tak masz strzec i bronić, walczyć i mścić się. Kieli poderwał się z ziemi i stanął, ciągle z jastrzębiem na ramieniu. Ptak załopotał skrzydłami, aby utrzymać równowagę.

Kieli na chwilę zapomniał o bólu, kiedy tak stał, patrząc na jastrzębia. Ptak także spoglądał na chłopca. Potem kiwnął głową, tak jakby zgadzał się z Kielim. Ich oczy spotkały się ponownie i ptak ze skrzekiem poderwał się do góry. Chłopiec poczuł na uchu muśnięcie skrzydeł. Prawe ramię Kieliego zabolało go i chłopiec podniósł dłoń, aby je zbadać. Zobaczył na skórze ślady po ukłuciach ptasich szponów.

Czy to była moja wizja? - zastanawiał się po cichu. Żaden jastrząb nie zachowywał się podobnie w całej historii jego ludu. Nagle, zaszokowany swoją głupotą, przypomniał sobie powód, dla którego tak pędził w dół na złamanie karku.Skały wokół niego ciągle kąpały się w upale południa. Poczuł się słaby. Lewe ramię bolało go mocno, ale umysł miał jasny i wiedział, że zdoła dotrzeć do strumienia. Szedł uważnie, patrząc pod nogi i wybierając oparcie na kamieniach, aby ustrzec się przed ponownym upadkiem i bólem. Jeżeli członków jego klanu czekała walka, on też, ze zranionym ramieniem czy ze zdrowym, musi stanąć jako mężczyzna, którym jest od tej chwili, u boku swego ojca, wujów i dziadka i bronić swej wioski.

Kieli szedł w dół szlaku, potykając się na pylistej dróżce. Jego lewe przedramię wysyłało sygnały bólu, silniejsze z każdym krokiem. Odgrzebał w pamięci piosenkę, litanię otępiającą umysł, która stłumi cierpienie, i zaczął cicho śpiewać. Szybko poczuł ulgę, chociaż pieśń nie działała tak skutecznie, jak zapewniał go dziadek. Ramię ciągle go bolało, ale przynajmniej ból nie ogłupiał go i nie zaćmiewał mu umysłu.

Dotarł do strumienia i wskoczył do niego. Ból w ramieniu eksplodował, podsycony tak nierozważnym postępkiem. Kieli zaczerpnął gwałtownie powietrze i spora ilość wody wdarła mu się do otwartych ust. Odwrócił się na plecy i wypluł wodę. Parskając, usunął płyn z nosa i usiadł na dnie rzeczki, pokasłując. W końcu przeturlał się na kolana i napił się wody. Napełnił szybko tykwę, znów przymocował ją do pasa i podjął przerwany marsz.

Umierał z głodu, ale woda na chwilę uspokoiła jego pusty żołądek. Do wioski musiał iść jeszcze dwie godziny. Gdyby biegł stałym, regularnym tempem, dotarłby na miejsce pół godziny przed tym czasem. Ale ze zranionym ramieniem i osłabiony głodem nie miał sił na bieg. Poniżej strumienia szlak zanurzał się w potężny las, gdzie upał dnia nie dawał się tak bardzo we znaki. Chłopiec ruszył szybkim marszem, biegnąc na odcinkach, gdzie ścieżka była równa i gładka. Poruszał się tak cicho, jak tylko potrafił, skupiając się na czekającej go walce.


Zbliżywszy się do wioski, Kieli usłyszał odgłosy bitwy. Poczuł dym. Kobiecy krzyk przebił jego serce niczym ostrze miecza. Czy to krzyczała jego matka? Nieważne, wiedział, że ktokolwiek to był, znał tę kobietę przez całe swoje życie.

Wyjął zza pasa ceremonialny sztylet i ujął go mocno prawą dłonią. Tak bardzo chciałby mieć teraz dwie sprawne ręce i miecz albo włócznię. W upale dnia nie odczuwał potrzeby pełnego ubioru, chociaż w nocy brakowało mu płaszcza i tuniki, ale teraz poczuł się szczególnie pozbawiony osłony. Mimo tego jednak, pospieszył w kierunku wioski, a podniecenie odczuwane w związku z oczekiwaną walką odsunęło ból ramienia i zmęczenie na dalszy plan.

Duszące chmury dymu, pomiędzy którymi ukazywały się języki ognia, ukryły przed nim zniszczenia, ale i tak chwilę później został przywitany przez ruiny. Dotarł do miejsca, w którym szlak opuszczał las i zanurzał się pomiędzy warzywne ogrody wioski, zanim dotarł do palisady. Brama była otwarta, tak jak w czasie pokoju. Nikt nigdy nie zaatakował wioski podczas Przesilenia Letniego. Święto to było nieoficjalnym dniem zawieszenia broni, nawet podczas wojen. Stan drewnianych ostrokołów i towarzyszących im ziemnych umocnień powiedział chłopcu, że wrogowie wpadli do wioski przez bramę, zanim sygnał alarmu zdołał ostrzec jej mieszkańców. Większość ludzi powinna znajdować się na głównym placu, przygotowując się do święta.

Dym i płomienie były wszędzie. Widział zarysy sylwetek ludzkich, wiele na końskich grzbietach. Na ziemi leżały ciała. Kieli zatrzymał się. Dalsze podążanie szlakiem uczyniłoby z niego łatwy cel. Lepiej, żeby okrążył wioskę, trzymając się skraju lasu i dotarł do punktu, gdzie zarośla podchodzą aż pod samą palisadę za domem Wielu Wspaniałych Koni.

Kiedy ruszył w prawo, zobaczył, że dym odsuwa się od niego. Mógł teraz widzieć dokładnie. Wielu jego przyjaciół spoczywało bez ruchu na ziemi. Nie mógł pogodzić się z obrazem, jaki przekazywały mu jego oczy. Nie rozumiał, co się dzieje.

Ludzie na koniach, noszący bardzo różne ubrania i odmienne w stylu i wykonaniu zbroje, hasali po wiosce. Kilku trzymało w dłoniach pochodnie, którymi podpalali domy. Najemnicy albo łowcy niewolników, pomyślał sobie Kieli. Potem ujrzał pieszych noszących tabardy z symbolem księcia Olasko, władcy potężnego księstwa na południowym wschodzie. Ale dlaczego mieliby oni pomagać zbójcom napadającym na wioski Orosinich?

Kiedy dotarł na tyły domu Wielu Wspaniałych Koni, zaczął się czołgać. Zobaczył olaskańskiego żołnierza leżącego bez ruchu tuż pod ścianą budynku. Chłopiec odrzucił sztylet i zdecydował się na zabranie trupowi miecza. Jeżeli nikt by nie zauważył, spróbowałby także zabrać okrągłą tarczę zamocowaną na lewym ramieniu wojownika. Z pewnością lewa ręka będzie go bolała od ciężaru tarczy, ale dodatkowa osłona mogła zdecydować o życiu i śmierci.

W ciemnym dymie z trudnością odróżniał od siebie sylwetki poruszających się w oddali ludzi. Docierały do niego okrzyki wściekłości i bólu. Wiedział, że jego towarzysze walczą z najeźdźcami o życie.

Oczy piekły go od gryzącego dymu i musiał mrugać, aby łzy nie zasłaniały mu widoku, kiedy zbliżył się do zabitego żołnierza. Odwrócił ciało, aby zabrać miecz. Kiedy dłoń chłopca opadła na głownię broni, żołnierz nagle otworzył oczy. Kieli zamarł i kiedy rzucił się w tył, ciągnąc za miecz, poczuł, jak wojownik uderza go w twarz kantem tarczy.Kieli upadł na plecy, częściowo tracąc przytomność. Ziemia zdawała się falować pod jego stopami. Tylko wrodzona szybkość uratowała chłopca przed śmiercią, gdyż, jak tylko żołnierz wstał z ziemi, wznosząc w dłoni sztylet, Kieli natychmiast zrobił unik.

Przez chwilę chłopiec myślał, że udało mu się uniknąć ostrza, a potem klatka piersiowa zapłonęła bólem i poczuł, jak krew zalewa jego ciało. Rana była płytka, ale długa. Biegła od lewego obojczyka do prawego sutka, a potem w dół do granicy żeber.

Kieli ciął trzymanym w dłoni mieczem i poczuł, jak ostrze uderza w tarczę, którą żołnierz zablokował cios.

Jeszcze jeden atak i chłopiec wiedział, że zostanie pokonany. O włos zaledwie uniknął śmierci od uderzenia sztyletem w brzuch. Kieli zdawał sobie sprawę, że gdyby żołnierz uderzył go mieczem, zamiast tym sztylecikiem, leżałby teraz na ziemi w kałuży wnętrzności.

Strach nie pozwalał mu wstać, ale myśl o rodzinie walczącej o życie zaledwie metry od niego w ciemnym dymie dała mu siłę.

Widząc wahanie chłopca, żołnierz uśmiechnął się okrutnie i podszedł bliżej. Kieli wiedział, że jego jedyna przewaga nad wrogiem to długość ostrza, dlatego odsłonił swą poranioną klatkę piersiową jako przynętę i niezdarnie uniósł oburącz miecz do góry, jakby zamierzał z zamachem rozpłatać czaszkę przeciwnika. Tak jak Kieli się spodziewał, żołnierz momentalnie uniósł tarczę, aby zasłonić się przed ciosem, a drugą ręką wyprowadził pchnięcie w nieosłonięty brzuch chłopca.

Kieli, jednakże, upadł szybko na kolana, półobrotem opuszczając miecz i zamachnął się, szerokim łukiem uderzając w nogi przeciwnika. Ostrze przecięło ścięgna i żołnierz upadł na plecy, krzycząc. Krew trysnęła z arterii rozprutych tuż pod kolanem. Kieli skoczył na równe nogi i nadepnął na dłoń, w której żołnierz trzymał sztylet. A potem wbił ostrze w gardło leżącego, kończąc jego przedśmiertelne męki.

Chłopiec próbował wytrzeć do sucha głownię miecza, ale spostrzegł, że z rany na piersi krew leje się obfitym strumieniem i wiedział, że niedługo sam opadnie z sił, jeżeli nie zatamuje krwawienia. I tak zresztą rana nie wyglądała tak źle, jak się tego spodziewał.

Kiedy podążał w kierunku odgłosów walki, podmuch wiatru rozwiał na chwilę dym i chłopiec mógł wreszcie wyraźnie zobaczyć, co dzieje się na głównym placyku wioski. Stoły, suto zastawione jedzeniem i napitkami, zostały przewrócone. Wokoło, wdeptane w ziemię, poniewierały się resztki uczty naszykowanej na dzień święta. Girlandy kwiatów leżały w błocie zmieszanym z winem i krwią. Przez chwilę Kieli zwątpił i poddał się panice, strach zalał jego duszę i umysł. Zamrugał, powstrzymując łzy, chociaż nie był pewien, co je wywołało - dym czy gniew. Niedaleko leżały trzy małe ciała; najwyraźniej dzieci zginęły od ciosu miecza w plecy podczas ucieczki w poszukiwaniu schronienia. Za nimi zobaczył mężczyzn z wioski, którzy murem bronili okrągłego domu. Kieli wiedział, że kobiety i pozostałe przy życiu dzieci chowają się w środku. Kobiety z pewnością ściskały w dłoniach noże i sztylety, którymi będą bronić swoich maleństw, kiedy ostatni mężczyzna zginie z ręki wroga.

Mężczyźni, których znał, zostali zabici, chociaż walczyli z desperacją, broniąc swoich rodzin. Żołnierze skryli się za murem tarcz i napierali na garstkę obrońców z nastawionymi na sztorc włóczniami. Za nimi podążali konni, spokojnie naciągający kusze i posyłający mrowie bełtów w kierunku mieszkańców wioski.

Łucznicy Orosinich strzelali w odpowiedzi, ale wynik bitwy był jasny dla każdego, nawet dla tak niedoświadczonego chłopca jak Kieli. Młodzieniec zdawał sobie sprawę, że nie przeżyje tego dnia, ale nawet mimo to, nie mógł stać obojętny za szeregami najeźdźców i poddać się, chociaż sam nie mógł wiele zdziałać.

Na miękkich nogach ruszył do przodu, biorąc sobie za cel człowieka siedzącego na czarnym koniu, wyglądającego na przywódcę bandy morderców. Obok niego stał kolejny jeździec, ubrany w czarne spodnie i czarną tunikę. Włosy miał równie ciemne jak ubranie; spadały mu na plecy czarną falą, a pojedyncze kosmyki pozakładał sobie za uszy.

Człowiek w jakiś sposób wyczuł zagrożenie czające się za jego plecami, gdyż odwrócił się, kiedy tylko Kieli zaczął biec. Chłopiec ujrzał twarz mężczyzny bardzo wyraźnie. Czarna broda zakrywała jego twarz aż do linii szczęk, długi nos nadawał jego twarzy surowy wygląd. Mężczyzna zaciskał usta, jakby czymś się trapił, zanim usłyszał atakującego chłopca. Oczy jeźdźca otworzyły się odrobinę szerzej, kiedy zobaczył uzbrojonego i zalanego krwią napastnika szarżującego spomiędzy domów. Potem powiedział coś cicho i spokojnie do oficera siedzącego na koniu obok, który także się odwrócił. Człowiek, ubrany na czarno, podniósł ramię zdecydowanym ruchem. W dłoni trzymał małą kuszę. Spokojnie wycelował.
Kieli wiedział, że musi uderzyć, zanim palec najeźdźcy zwolni spust. Ale dwa kroki przed jeźdźcem nogi odmówiły chłopcu posłuszeństwa. Nowo zdobyty miecz ciążył Kieliemu, jakby był zrobiony z ołowiu i kamienia. Ramię chłopca nie posłuchało rozkazu i cios wymierzony w głowę wroga nigdy nie dotarł do celu.

Chłopiec był o krok od jeźdźców, kiedy człowiek w czerni wystrzelił. Potem kolana chłopca ugięły się. Bełt ugodził go prosto w pierś i zagłębił się w mięśniu, tuż ponad cięciem zadanym przez sztylet żołnierza.

Uderzenie zwaliło go z nóg, a krew tryskająca z rany pobrudziła obu mężczyzn. Miecz wysunął mu się z palców, które nie miały sił, aby dalej go utrzymać. Kolana uderzyły w ziemię i chłopiec upadł na plecy. Jego oczy zaszły mgłą, kiedy ból i szok zapanowały nad zranionym ciałem.

Usłyszał krzyczących ludzi, ale dźwięki były stłumione i nie mógł zrozumieć, co znaczą wypowiadane słowa. Przez chwilę zobaczył: wysoko na niebie ponad nim krążył srebrny jastrząb i chłopcu wydawało się, że ptak patrzy się wprost na niego. W umyśle ponownie usłyszał słowa. Wytrwaj, mały braciszku. Twój czas jeszcze nie nadszedł. Bądź moim szponem i pokonaj naszych wrogów.

Z obrazem ptaka pod powiekami, Kieli stracił przytomność.


Dodano: 2006-04-29 11:55:56
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Imię boga"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"


 Vonnegut, Kurt - "Recydywista"

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

Fragmenty

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS