NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

Ukazały się

Mammay, Michael - "Przestrzeń"


 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"

 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

Linki

Wolfe, Gene - "Na wodach Błękitu"
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Księga Krótkiego Słońca
Tytuł oryginału: On Blue's Water
Data wydania: 2003
ISBN: 83-89004-52-6
Liczba stron: 360
Tom cyklu: 1



Wolfe, Gene - "Na wodach Błękitu"

Księga Roga
Ten stary piórnik, który zabrałem z Vironu, jest bez wartości. Zupełnie bez wartości. Można by cały dzień chodzić po bazarze i nie znaleźć żywej duszy, która dałaby za niego chociaż jedno świeże jajko. A jednak ma w sobie…
Wystarczy.
Tak, wystarczy. Dość tych bzdur.
W tej chwili znajdują się w nim tylko dwa pióra, gdyż trzecie wyjąłem. Te dwa były w piórniku, kiedy znalazłem go w zgliszczach naszego sklepu; trzecie - to, którym piszę - Oreb zgubił niedawno. Podniosłem je, schowałem do piórnika i zapomniałem, i o samym piórze, i o Orebie.
Jest też w piórniku nóż do ostrzenia piór i buteleczka czarnego atramentu (została go jeszcze ponad połowa). Teraz zanurzam w nim pióro i - widzisz? - moje pismo od razu staje się wyraźniejsze.
Chcę faktów. Potrzebuję ich jak powietrza. Niech Zieleń pochłonie fantazje!
Mam na imię Róg.
Takich piórników używają studenci w Vironie, gdzie się urodziłem, i także zapewne w wielu innych miastach. Wykonano go z grubej tektury oklejonej czarną skórą; ma mosiężny zawias ze stalową sprężynką i malutki zatrzask, też mosiężny. Sprzedawaliśmy je w naszym sklepie po sześć bitów, chociaż ojciec godził się i na cztery, jeśli kupiec się targował - a nabywcy tych piórników zawsze się targowali.
Nawet na trzy, jeśli przy okazji kupili coś jeszcze - powiedzmy, librę papieru do pisania.
Skóra jest mocno pościerana. Więcej faktów wkrótce, kiedy znów znajdę wolną chwilę. Rajya Mantri zaraz mnie złaja.

***

Przeglądam właśnie to, co napisałem wczoraj, i widzę, że zacząłem bez żadnego planu, bez wizji, nie mając zielonego pojęcia, co i po co to robię. Do wszystkiego w życiu tak się zabieram. Tak jakbym nie mógł jasno o czymś myśleć, dopóki nie zacznę tego robić. Najważniejszy jest początek - a potem najważniejsze staje się doprowadzenie sprawy do końca. Zwykle końcówka wychodzi mi gorzej od początku.
Wszystko jest w piórniku, trzeba tylko wyciągnąć atrament i ułożyć go w odpowiednie kształty. To wystarczy.
Gdybym nie znalazł tego starego piórnika w miejscu, gdzie kiedyś znajdował się sklep mojego ojca, kto wie, może wciąż szukałbym Jedwabia?
Goniłbym za zjawą, która wymykała mi się na trzech whorlach.
Jest szansa, że Jedwab już jest tutaj, na Błękicie. Rozesłałem listy do Hanu i paru innych miast. Zobaczymy. Dochodzę do wniosku, że to duża wygoda, mieć posłańców na każde zawołanie.
Szukam więc, chociaż tutaj, w Gaonie, jestem jedyną osobą, która nie wie, gdzie go znaleźć. Poszukiwanie nie musi koniecznie się wiązać z przemieszczaniem. Myślałem - a raczej bezmyślnie zakładałem - że jest odwrotnie, i to chyba był mój pierwszy i zarazem największy błąd.
Kontynuuję zatem poszukiwania, wierny swej przysiędze. Wypytuję podróżnych i piszę nowe listy, odrzucając jedne fakty, dodając inne, obmyślając pochlebstwa i groźby, którymi mam nadzieję przekonać to czy tamto miasto do pomocy. Mój skryba z pewnością podejrzewa, że i w tej chwili piszę jeden z tych listów; spodziewa się, że będzie go musiał, biedaczysko, przepisać swoim ślicznym, ozdobnym charakterem pisma na cienko wyprawionej owczej skórze.
Przydałaby się nam tu papiernia. Wiem, co mówię.
Szkoda, że nie ma tu Oreba.
Teraz, kiedy już wiem, o co mi chodzi, mogę zaczynać - ale nie od początku. Zajęłoby to zbyt wiele czasu i papieru, że o atramencie nie wspomnę. Zacznę więc (kiedy już zacznę) od zdarzeń, które nastąpiły na dzień lub dwa przed tym, jak wypłynąłem slupem na morze.
Do jutra przemyślę sobie, jak najlepiej opowiedzieć zawiłą historię moich długich, lecz nieudanych poszukiwań patere Jedwabia - mojego ideału, augura naszego manteionu przy ulicy Słońca w Świętym Mieście Vironie w brzuchu Whorla.
W czasach mojej młodości.

***

Pamiętam, że główny wał się rozszczepił. Wyjmowałem go właśnie z łożysk, kiedy wpadł jeden z bliźniaków. Zdaje się, że to był Skóra.
-Statek! Statek płynie! Wielki statek!
Wytłumaczyłem mu, że pasażerowie będą zapewne chcieli kupić belę czy dwie i że matka może im je sprzedać, a ja nie jestem do tego potrzebny.
-Poza tym jest jeszcze Ścięgno.
Chcąc się go pozbyć, kazałem mu powiedzieć matce o statku. Kiedy wybiegł, wyjąłem ze schowka igłowiec i zatknąłem go za pas, pod zatłuszczoną tunikę.
Ścięgno dreptał ciężkim krokiem po plaży w tę i z powrotem, rozgniatając pod butami śliczne muszelki - fioletowe, różowe i białe. Spojrzał na mnie spode łba, kiedy kazałem mu przynieść ze slupa sprawną lunetę. Gdyby miał dość odwagi, sprzeciwiłby mi się. Przez dobre pół minuty mierzyliśmy się wzrokiem, a potem sobie poszedł. Myślałem, że zniknie na dobre, że wypłynie na morze w swojej łódeczce i przez tydzień czy miesiąc nie będę go widział. Prawdę mówiąc, bardziej zależało mi na tym niż na lunecie.
Statek, którym przypłynęli, rzeczywiście był spory; pamiętam, że naliczyłem co najmniej tuzin żagli: dwa kliwry, po trzy żagle na każdym z ogromnych masztów i sztaksle. Nigdy wcześniej nie widziałem statku na tyle dużego, żeby między jego masztami dało się rozpiąć sztaksle, więc dobrze go zapamiętałem.
Ścięgno przyniósł lunetę. Zapytałem, czy chce pierwszy popatrzeć, ale mnie wyśmiał. Każda próba uprzejmego potraktowania Ścięgna była z góry skazana na niepowodzenie i miałem ochotę kopnąć się w tyłek za moją propozycję. Uniosłem lunetę do oka. Byłem ciekaw, co robi Ścięgno, kiedy na niego nie patrzę.
Luneta była porządna, podobno z Dziury, gdzie mają dobrych żeglarzy i umieją szlifować soczewki (my w Nowym Vironie też byliśmy dobrymi żeglarzami - w każdym razie za takich się uważaliśmy - ale o produkcji soczewek nie mieliśmy pojęcia). Widziałem przez nią twarze stojących przy burcie ludzi; wszyscy patrzyli w stronę Zatoki Ogonowej, gdzie kierował się statek. Kadłub był biały nad linią wody i czarny poniżej - to też dobrze pamiętam. Tutaj, na Błękicie, morze jest srebrne - przynajmniej w miejscach, gdzie nie jest tak intensywnie niebieskie, że wydaje się, iż mogłoby zafarbować tkaninę. W niczym nie przypomina jeziora Limna, którego fale prawie zawsze były zielone.
Rzecz jasna dawno już przywykłem do srebrzysto-niebieskiego morza Błękitu. Pewnie tylko dlatego teraz o nim myślę, że tu, w Gaonie, jestem od niego tak daleko. Kiedy tak siedzę przy tym ozdobnym gaońskim stole, wydaje mi się jednak, że wtedy, w lunecie, było świeże i czyste, jakby magia czarno-białego statku sprawiła, że cały Błękit stał się dla mnie nowy. Może zresztą tak właśnie było, bo łodzie są magiczne: to żywe istoty, choć zbudowane z drewna i żelaza przez zwykłych ludzi, takich jak ja.
-Pewnie piraci - burknął sarkastycznie Ścięgno.
Spojrzałem na niego kątem oka. Wyjął długi nóż myśliwski ze stalową rękojeścią i kciukiem sprawdzał ostrze. Nie umiał jeszcze ostrzyć noża (Pokrzywa musiała to robić za niego), ale udawał, że potrafi. Przez chwilę zastanawiałem się, czy gdyby rzeczywiście na statku przybyli piraci, nie pchnąłby mnie tym nożem i nie spróbował do nich przystać. Potem znów spojrzałem przez lunetę i wśród ludzi na pokładzie dostrzegłem kobietę; zwróciłem też uwagę, że jednym z mężczyzn jest stary patere Remora. Powinienem tu nadmienić, że dobrze znałem tylko jego i Szpika.
Poza marynarzami Białozora, którzy obsługiwali statek, na pokładzie znajdowało się pięcioro pasażerów. Chyba powinienem ich tu wymienić i opisać, na wypadek gdyby Pokrzywa chciała pokazać moje dzieło innym. Wiem, kochanie, że spisałabyś się znacznie lepiej, nakreśliłabyś ciekawsze opisy, tak samo jak wtedy, gdy pracowaliśmy nad "Księgą Jedwabia". Nigdy nie posiadłem tej umiejętności w takim stopniu jak Ty.
Nie wątpię też, że pamiętasz ich lepiej ode mnie.
Białozór jest otyły, ma ruchliwe oczka, szlachetną twarz i szopę brązowych, leciutko siwiejących włosów. Statek należał do niego. Ledwie zszedł na brzeg, dał nam to jasno do zrozumienia, pamiętasz?
Strup jest wysoki i przygarbiony. Ma pociągłą, smutną twarz i cedzi słowa przez zęby, przynajmniej dopóki coś go nie poruszy. Był w naszym lądowniku, tak samo jak Szpik i Remora.
Kobieta przybyła później, zapewne w lądowniku Białozora. Nazywa się Rozeta. Ma poczucie humoru, tak jak Ty; to u kobiety rzadkość. Wiem, że ją polubiłaś. Ja też. Mówiła o swoich farmach - musi ich więc mieć co najmniej dwie. Poza tym ma kompanię handlową.
Szpik jest wysoki i barczysty, nie tak gruby jak dawniej, w domu, za to bardziej łysy ode mnie z tamtych czasów. Kiedy byliśmy dziećmi, miał na bazarze sklep spożywczy i stragan z owocami. O ile mi wiadomo, nadal handluje głównie owocami i warzywami. Nigdy nie słyszałem, żeby kogoś oszukał, wiem, że potrafi być hojny, ale nie spotkałem jeszcze człowieka, który by się lepiej od niego targował. Z całej piątki tylko Szpik pomógł mi, kiedy zostałem obrabowany w Nowym Vironie.
Jego Mądrość patere Remora jest naturalnie głową Odłamu Obrządku Virońskiego: dość wysoki, niezbyt muskularny, ma proste, siwiejące, ciut przydługie włosy. W Starym Vironie (jak my tu nazywamy Viron) był koadiutorem. To dobry i łagodny człowiek, nie tak bystry, jak mu się wydaje, i często nadmiernie ostrożny.
Nie pomieściliby się w naszym małym domu. Z Racicą i Skórą ustawiliśmy na plaży zaimprowizowany stół z desek ułożonych na skrzynkach, beczkach i belach papieru. Ścięgno przyniósł krzesła, ja - stołki, z których korzystam w papierni, a Ty nakryłaś deski obrusem i podałaś skromny poczęstunek dla niespodziewanych gości. W ten sposób udało nam się całkiem przyzwoicie podjąć wszystkich, razem z marynarzami Białozora.
Szpik zabębnił palcami w deski, żeby zwrócić na siebie uwagę. Nasi synowie i marynarze siedzieli na plaży; poszturchiwali się, szeptali między sobą i rzucali do srebrnej wody muszelki i kamyki. Gdyby to ode mnie zależało, kazałbym im wszystkim się wynosić. Nie czułem się jednak do tego upoważniony, a Szpikowi najwyraźniej nie przeszkadzali.
-Pozwólcie najpierw, że podziękuję wam obojgu za gościnność - zaczął. - Nie macie u nas żadnego długu wdzięczności. Przeciwnie, to my chcemy prosić was o wielką…
-To będzie dla was zaszczyt - przerwał mu Białozór. Widać było, że już się o to spierali.
Szpik wzruszył ramionami.
-Powinienem był zacząć od prezentacji. Znacie nasze imiona i choć żyjecie z dala od miasta, wiecie zapewne, że macie przed sobą pięcioro najbogatszych jego mieszkańców.
Remora odchrząknął.
-Nie… hmm… ja nie. Nie chcę się… hmm… kłócić, ale… aaa… nie ja.
-Wasza kapituła ma więcej szmalu niż każde z nas - zauważył oschle Strup.
-To nie moje, hę? Tylko… hmm… opiekun.
Ożywcza słona bryza wzburzyła Remorze włosy, przez co wyglądał zarazem jak dureń i święty.
Rozeta zwróciła się najpierw do Ciebie, Pokrzywo, a potem do mnie:
-Po prostu nasza piątka wykazała najwięcej sprytu w zmaganiach o władzę i pieniądze. Pragnęliśmy ich - i je zdobyliśmy. A teraz błagamy was, byście nas powstrzymali, zanim nawzajem popodrzynamy sobie gardła.
-Nie… hmm…
-On temu zaprzeczy, ale to i tak szczera prawda. Nasze pieniądze należą do nas: moje do mnie, Białozora do Białozora i tak dalej. Patere upiera się, że nie ma własnej fortuny, lecz tylko opiekuje się funduszami Kapituły.
-Brawo! Całkiem… aaa… hmm… Trafiłaś w sedno.
-Co nie zmienia faktu, że Remora ma te pieniądze. A Strup prawdopodobnie nie myli się, twierdząc, że patere jest z nas wszystkich najbogatszy. I że ma wynajętych oprychów, chojraków, którzy na jedno jego skinienie skręcą kark komu trzeba.
Remora z uporem kręcił głową.
-Wśród wiernych jest wielu ludzi o… aaa… złotym sercu. Przyznaję to. Jednakże… hmm… my nie…
-Patere nie musi płacić swoim ludziom - wyjaśniła Rozeta. - My swoim płacimy.
-Jeśli to nieprawda, to co tu robisz? - zapytał Remorę Strup.
Szpik postukał w stół.
-Tacy właśnie jesteśmy. Rozumiecie już?
Spojrzałaś wtedy na mnie, kochana Pokrzywo, dając mi znak, żebym zabrał głos. Ale zdołałem wykrztusić tylko:
-Raczej nie…
-Nie wiecie, po co tu przypłynęliśmy - mówił dalej Szpik. - To zrozumiałe. Nie powiedzieliśmy wam. Ale to się wkrótce wyjaśni.
-Nowy Viron potrzebuje caldé - warknął Białozór. - Nawet ślepiec by to dostrzegł.
Skinęłaś wtedy głową, kochanie.
-Miasto stało się paskudnym miejscem.
-Właśnie. Przybyliśmy na Błękit, żeby uciec od Dzielnicy Słońca, prawda? Od Dzielnicy Słońca i od Orilli - zachichotał Białozór. - Zamiast tego przywieźliśmy je tu ze sobą.
-Nie chodzi tylko o przestępczość, - dodała Rozeta - choć i tego nam nie brakuje. Studnie są zanieczyszczone, a ulice brudne.
-Jak w domu - zaśmiał się Białozór.
-Gorzej. Brud i roje much. Szczury. Rzecz nie w tym, że zwykli mieszkańcy chcą mieć caldé, chociaż faktycznie chcą. To my go chcemy. Wszyscy jesteśmy ludźmi interesu, kupcami, pośrednikami… Cwaniakami, jeśli wolisz.
-Muszę… aaa… - odezwał się Remora.
-No dobrze: wszyscy oprócz Jego Mądrości, który nie znosi nawet odrobiny fałszu. Tak w każdym razie twierdzi. - Rozeta uśmiechnęła się pogardliwie. - Pozostali chcą spokojnie prowadzić interesy, co w Nowym Vironie stało się praktycznie niewykonalne.
-Z dnia na dzień jest coraz gorzej - dodał Szpik.
-Zgadza się, coraz gorzej.
-Czy ktoś z was nie mógłby zostać caldé? - zapytałaś.
Białozór wybuchnął głośnym, tubalnym, szczerym śmiechem.
-Przypuśćmy, że jedno z nas jutro zostanie obwołane caldé, na przykład stary, dobry Szpik. Chciałbyś tego, Szpiku, prawda?
-Z pewnością przyniosłoby to znaczącą poprawę - powiedziałaś.
Szpik Ci podziękował.
-Dla ciebie i twojej rodziny tak, Pokrzywo - zgodził się. - Ale dla nich? - Spojrzał na Białozora, Remorę, Strupa i Rozetę.
-Dla nich chyba też.
-Wcale nie. - Do tej pory Szpik tylko bębnił palcami o stół, teraz wyrżnął w niego pięścią, aż szczęknęły nasze kubki i talerze. - Zagarnąłbym wszystko, na czym zdołałbym położyć rękę. Zrobiłbym co w mojej mocy, żeby ich zrujnować. I moim skromnym zdaniem… Dopiąłbym celu. - Z uśmiechem spojrzał na kobietę i trzech mężczyzn, których brałem za jego przyjaciół. - A oni dobrze o tym wiedzą, moja droga. I na moim miejscu zachowaliby się tak samo, Pokrzywo.
-Potrzebny nam jest caldé Jedwab - stwierdził Strup. - Ja pierwszy o nim wspomniałem.
-Przecież jest jeszcze we "Whorlu", prawda? Poza tym… Nie, wolę tego nie mówić.
-W takim razie ja powiem. - Rozeta sięgnęła w poprzek stołu i położyła swoją dłoń na twojej. - Caldé Jedwab może już nie żyć. Opuściłam whorl szesnaście lat temu. To dość czasu, by umrzeć.
-Ehem! - chrząknął Remora. - Teokracja, hę? Proponowałem teokrację, ale oni jej… eee… nie chcą. Nie ze… aaa… mną. Ale… hmm, hmm… z patere Jedwabiem? Tak. O tak. Niezależny. I nadal jest augurem. Hę? Święcenia… aaa… niezbywalne. Więc tak… hmm. Zmodyfikowana? Złagodzona teokracja. My… eee… dwaj, razem. Wyrażam zgodę.
-Albo to, albo wojna - podsumował Białozór. - Tylko że wojna przyniesie zagładę miastu, a przy okazji pewnie i nam. Pokaż im list, Szpiku.

***

Wspólnie z Hari Mau sformalizowaliśmy pracę sądu. Wygląda na to, że do tej pory strony za wszelką cenę starały się stanąć przed obliczem rajana (bo taki tytuł nosił ich władca w przeszłości) i przedstawić mu swoją sprawę. Świadków albo wzywano, albo nie - i tak to szło. My natomiast wprowadziliśmy system - eksperymentalny, naturalnie, ale zawsze - w okolicznościach, w których jakikolwiek system musiał oznaczać poprawę. Nauvan reprezentuje powoda, Somvar pozwanego - o ile powód lub pozwany nie zażyczą sobie, by było inaczej. Obowiązkiem Nauvana i Somvara jest dopilnować, by podczas procesu dowody i świadkowie byli na swoich miejscach. W sprawach kryminalnych sam wyznaczam oskarżyciela.
Czuję się jak Vulpes.
Będzie im trzeba płacić, rzecz jasna. Jednak groźba obowiązkowych opłat sądowych zachęci strony do zawarcia ugody, zatem sprawy finansowe powinny się jakoś ułożyć. Poza tym będą jeszcze grzywny. Szkoda tylko, że nie znam lepiej naszego virońskiego prawa, bo ci ludzie nie mają tu własnego.
Ale do rzeczy.
Położyłem lewą rękę na Piśmie Chrasmologicznym, prawą wyciągnąłem w stronę krótkiego słońca i złożyłem przed Remorą przysięgę. Najchętniej bym o niej zapomniał. Nie pamiętam słów, których użyłem - nie muszę; udręka i bez tego jest nieznośna - ale nie potrafię zapomnieć, co przyrzekłem zrobić. A sumienie każdego dnia przypomina mi, że tego nie zrobiłem.
Koniec z listami! To farsa!


Dodano: 2006-04-29 11:30:24
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS