NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Sanderson, Brandon - "Wśród gwiazd"

Chiang, Ted - "Wydech"

Ukazały się

Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"


 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks, W. - "Grombelardzka legenda" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Pani Dobrego Znaku" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Porzucone królestwo" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Tarcza Szerni" (edycja limitowana)

Linki

Rowley, Christopher - "Czarodziej i Latające Miasto"
Wydawnictwo: ISA
Data wydania: 2002
ISBN: 83-88916-27-0
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 336



Rowley, Christopher - "Czarodziej i Latające Miasto"

Rozdział Pierwszy

- Evander! Chodź i popatrz! - rozległ się okrzyk z dziobu.
Gibki młodzieniec z szopą potarganych, spłowiałych na słońcu włosów zeskoczył z hamaka i pobiegł po schodach na pokład. Ubrany był w prosty strój zwykłego żeglarza: bawełniane spodnie i koszulę rozpiętą na ciepłe powietrze Zatoki Isaaku.
Morze błyszczało w porannym słońcu. Przed nimi majaczył Przylądek Bakan z kredowym Zębem Tormentary na końcu. Wietrzny Kupiec żeglował ku wybrzeżu pchany silną bryzą. Evander szacował, że za godzinę powinni być w zatoce Portu Tarquil.
- Pamiętasz o swojej obietnicy, Kospero? - zawołał do zwalistego mężczyzny o rumianej twarzy, stojącego ponad nim na bukszprycie.
- Tak jest, ty młody diable, pamiętam. Pójdziemy do "Dzikiej Papugi" tak, jak obiecałem.
- "Dzika Papuga" w Porcie Tarquil! - zawołał radośnie młodzieniec, zwracając na siebie uwagę mata, który zmierzył go groźnym spojrzeniem znad relingu śródokręcia.
- Kapitan wygłosi krótką przemowę na temat zła, czającego się w Porcie Tarquil, zanim ktokolwiek postawi tam stopę - warknął.
Młodziak i pleczysty marynarz wymienili ostrzegawcze spojrzenia, udając zajętych pobliskim takielunkiem. Po chwili jednak Kospero zasygnalizował, że mat odwrócił się i mogą bezpiecznie rozmawiać.
- Przekonasz się, mój książę, że dziewczęta z "Dzikiej Papugi" są najpiękniejsze na świecie.
Młode oblicze wykrzywił grymas przygany.
- Przepraszam, mój... to znaczy... - zająknął się Kospero.
- Wybaczam ci, stary przyjacielu, musisz jednak bardziej się starać. Nie ma już Księcia Danaisa. Odszedł na zawsze, gdyż w przeciwnym razie można byłoby go odnaleźć, co oznaczałoby koniec.
Kospero pokręcił głową, nie podnosząc wzroku.
- Przepraszam, Evanderze, lecz nie potrafię zapomnieć, odkąd poruczono mi opiekę nad tobą. Ja...
Uciekali od dawna, trudno jednak było zapomnieć o nawykach z życia na dworze.
- Wystarczy. - Młodzieniec rozjaśnił się. - Opowiedz mi jeszcze o dziewczętach z "Dzikiej Papugi". Mówiłeś, że noszą czerwone szale, są pewne siebie i wyzywające.
- Faktycznie tak jest - podjął Kospero, odzyskując dobry humor. - Oczywiście, nie wolno ich mylić ze zwykłymi dziwkami, którymi nie są. Nie możemy osądzać ich według norm Kassimu. - Niedbalstwo wybaczone. Bryza szarpała fok, a Wietrzny Kupiec sunął gładko w stronę lądu.
Przybyli do brzegu około południa i załoga zajęła się rozładunkiem beczek miodu z Zeuxas, błamów skór z Issaku i garści pasażerów - pięciu mnichów, zmierzających do opactwa na szczycie Bakanu ponad miastem.
Wolność znajdowała się w zasięgu minut, choć najpierw musieli wytrzymać kazanie kapitana o złu, kryjącym się w zakładach z grogiem w Porcie Tarquil. Ten pojawił się na rufie i omiótł wzrokiem załogę, przypominając złowieszczą, burzową chmurę.
- Aha, widzę, że wszyscy z niecierpliwością wyczekują wolności na stałym lądzie! - Obdarzył ich zawziętym uśmiechem, ciągnąc: - Choć nie należę do takich, którzy chcieliby ukrócić korzystanie przez was z cielesnych uciech, przynajmniej kiedy jesteście na brzegu, uważam za mój obowiązek przestrzeżenie was przed pewnymi aspektami życia na wybrzeżu Bakanboru. - Przyglądał się im przez chwilę. - Niestety, trzeba przyznać, iż - choć osobiście was wybierałem - wśród mojej załogi znaleźć można paru głupców, nie dbających o rady waszego ukochanego, starego kapitana. Pozwólcie mi więc sobie powiedzieć... - Jego wzrok stał się jeszcze ostrzejszy. - Głupcy, którzy za dużo wypiją w Porcie Tarquil, obudzą się zapewne w kajdanach w wozie, jadącym do Bakanu. Tak jest: zakuci w łańcuchy i zakneblowani, w drodze na targ niewolników! - Wysunął dolną wargę i wsparł ręce o biodra. - Jeśli więc podoba się wam życie uprawiającego rolę niewolnika, to proszę: zignorujcie moją radę. Nie omieszkajcie nadużyć tarquilijskich win, mocnych i łagodnych. Kiedy gospodarze ujrzą w waszych oczach mgłę i poczęstują darmowym kielichem - przyjmijcie go!
Kapitan Inndiby spojrzał na morze, po czym wrócił spojrzeniem do nich.
- Bądźcie pewni, że przebudzicie się w drodze na aukcję w Skoli.
Mężczyźni patrzyli obojętnie. Większość słyszała to już wcześniej. Port Tarquil słynął z wielu rzeczy, w tym ze znikania pijanych marynarzy. Będą na siebie uważać. Lecz kapitan jeszcze nie skończył.
- Zaś tym na tyle głupim, by mieli ochotę zawitać do piekielnych dziur, typu "Dzikiej Papugi" - tu Inndiby wykrzywił wściekle twarz, patrząc na wysokiego młodzieńca o rozczochranych, jasnych włosach - pragnę przypomnieć, że Port Tarquil cieszy się niechlubną sławą siedliska poważnych chorób ciała. Złapcie tu kiłę, a najprawdopodobniej będziemy musieli wyrzucić was za burtę owiniętych w płótno i z kamieniem u nóg, zanim pokonamy połowę drogi do domu.
Evander zaczerwienił się. Wzrok kapitana był zbyt szczery, zbyt przepojony wiedzą, by można go było wytrzymać. Zaraz jednak wyśmiał to zażenowanie. Po miesiącu na morzu miał słuszne prawo poszukać towarzystwa płci przeciwnej. Do diabła ze starym Inndibym, uda się do "Dzikiej Papugi" natychmiast, jak tylko znajdzie się na lądzie.
Wreszcie przemowa zakończyła się. Opuszczono trap i wylegli tłumnie na brzeg, szczęśliwi, że po długiej żegludze nareszcie czują pod stopami ziemię.
Port Tarquil był miastem murowanych domów, stłoczonych pod górującym nad okolicą kredowym urwiskiem. Ulice były wybrukowane albo wyłożone morskim kamieniem, podobnie place i doki.
Kiedy jednak opuścili statek, zauważyli, że czegoś tutaj brakuje. Zniknął nastrój karnawału, opiewany w legendach jak Eigo długie i szerokie. Nie było świątecznych koszów z kwiatami, zwisających z każdej latarni. Ani śladu po jaskrawych proporcach z nazwami sławnych na cały świat tawern.
Nieco zmieszani marynarze rozglądali się po opustoszałym, wielkim placu. Po chwili wzruszyli ramionami i ruszyli krętymi uliczkami, mijając puste stragany z owocami i pozamykane sklepy.
Obserwująca ich starucha splunęła głośno za ich plecami. Zamiauczał kot. Dzieci uciekły na ich widok, a wzdłuż brukowanej alei z trzaskiem zamykały się drzwi.
W końcu Kospero odnalazł właściwą ulicę i powiódł Evandera do słynnej gospody, trzypiętrowego budynku z białego kamienia o pokrytym dachówkami dachem. Na szyldzie pysznił się czerwono-żółty ptak. Pchnęli drzwi i znaleźli się wewnątrz "Dzikiej Papugi". Niestety, "Dzika Papuga" nie była już dzika. Wręcz przeciwnie, wyglądało na to, że jest całkiem oswojona.
Paru staruszków siedziało nad kuflami przy stoliku w rogu. Z okna na piętrze lał się blask, lecz atmosfera była raczej ponura. Brakowało skrzypków i ich porywającej muzyki. Zachęcające aromaty zastąpiła wilgotna stęchlizna. Najgorsze zaś, że nie widać było żadnych dziewczyn.
- To jest "Dzika Papuga"? - upewnił się młodzieniec, tocząc wzrokiem po pustych stołach i brudnych stołkach barowych.
- Jesteśmy wcześnie. Trochę później będzie tu pełno - odrzekł prędko Kospero. - Teraz napijmy się wina i obejrzyjmy sobie resztę miasta. Budynek Pięknego Hotelu słynie z urody. Potem możemy przejść się na Ząb. Zjemy tam obiad, podziwiając morze.
- Kospero! Przez ostatnie cztery miesiące napatrzyłem się na morze na resztę życia. Chciałem spotkać się ze słynnymi dziewczynami w czerwonych szalach.
Rosły towarzysz pokiwał ponuro głową. Uprzytomnił sobie, że Książę Evander jest młodym, pełnym wigoru człowiekiem. Jego niecierpliwość była w pełni zrozumiała.
Z kuchni wyszedł korpulentny, wąsaty mężczyzna i zapytał ich smętnie o zamówienie.
- Dwa kielichy świetnego Viogniera, które tu produkujecie, gospodarzu - odparł Kospero. - Powiedz mi także, gdzie możemy zjeść obiad? Zeszliśmy ze stojącego w porcie Wietrznego Kupca i chcielibyśmy przespacerować się po Tormentarze.
Gospodarz cmoknął samotnym, przednim zębem.
- Ach, hm, cóż, obawiam się, panowie, że nie mam Viogniera. Prawdę rzekłszy, nie mam żadnego dobrego wina. Najlepsze, co mogę zaoferować, to Rolaga. Jest cienkie, ale jeszcze nie do końca skwaśniałe.
Kospero zamrugał, a jego palce przestały głaskać trzos.
- Co, nie ma Viogniera? Szkoda. Wyczekiwałem smaku tego wina; tak dobrze je zapamiętałem. No cóż, niech będzie Rolaga.
Po chwili stanęły przed nimi dwie szklanice bladoróżowego wina.
- Za "Dziką Papugę"! - zawołał Kospero.
Po pierwszym łyku Evander sapnął i odstawił naczynie z trzaskiem.
- Okropne - syknął. Kospero był świadomy, że księciu brakuje doświadczenia z podłym winem. Piwnice Pałacu Sedimo nie były zbyt wielkie, lecz zgromadzono tam wspaniałą kolekcję win z całego Kassimu i nie tylko.
- Z pewnością brakuje mu, uhm, nieco ciała.
- Jest cienkie i brakuje mu więcej, niż trochę ciała.
Kospero westchnął i obejrzał się na karczmarza.
- To wino jest kwaśne i nie nadaje się do picia.
Gospodarz podkręcił wąsa.
- Niestety, to wszystko, co mam na sprzedaż.
Marynarz znowu zamrugał.
- W takim razie wygląda na to, że "Dzika Papuga" znacznie obniżyła loty od ostatniej mojej wizyty tutaj.
Karczmarz uśmiechnął się ze smutkiem.
- To niewątpliwa prawda - przytaknął. Tak nonszalanckie potwierdzenie obniżenia standardu speszyło Kospera.
- Cóż, gdzie wobec tego możemy zjeść doskonały obiad?
- Nie tutaj - odparł gospodarz.
- Rozumiem, a w mieście?
- Nie w Porcie Tarquil. Tu nie ma już smacznych obiadów. Nasze sery pleśnieją w godzinę od przygotowania. Wino kwaśnieje, a winorośl nie kwitnie, ani nie owocuje. Na polach nie wschodzi pszenica. Musimy sprowadzać owies zza Bakanu. Nie, przyjaciele, nie spodoba się wam pobyt w Porcie Tarquil.
Evanderowi wydłużyła się mina.
- To i dziewczęta w czerwonych szalach nie odwiedzą "Dzikiej Papugi" wieczorem?
- Z całą pewnością nie. Są w paskudnym nastroju. Prędzej zabiją mężczyznę, niż pójdą z nim do łóżka.
- Nadzwyczajne - mruknął Kospero, pstrykając w szkło z niesmakiem. - Co się stało z Portem Tarquil?
Karczmarz rozejrzał się ukradkiem, oparł o ścianę, po czym wyjrzał przez okno na kredowe urwiska Bakanu. Ujrzał tylko błękitne niebo i pojedynczy obłok.
- Zostaliśmy przeklęci przez nowego czarodzieja z Czarnej Góry.
- Co to za czarodziej? - zapytał Kospero.
- Ma wiele imion. Przeważnie nazywamy go Czarodziejem z Czarnej Góry.
- Skąd się tu wziął?
- Mówi się, że pewnej księżycowej nocy przybył do Bakanboru po przyleceniu zza oceanu, z samych nawiedzonych wysp.
- Nawiedzone wyspy, co za okropieństwo.
- Jest bardzo wymagający i zdeprawowany. Obłożył przekleństwem całą krainę, od gór po doliny. Od Portu Tarquil zażądał w daninie ośmiu dziewic rocznie. Odmówiliśmy. Za jakich ojców nas uważa? Mielibyśmy oddać ukochane dzieci takiemu potworowi?
- Co się stało, gdy odmówiliście? - zapytał smukły młodzieniec o kopie jasnych włosów na głowie.
- Rzucił na nas okropną klątwę. Za jakiś czas umrzemy z głodu i Port Tarquil przestanie istnieć. - Po wygłoszeniu tej ponurej przepowiedni karczmarz wrócił do kuchni.
I tak oto przygnębieni Evander i Kospero wrócili nad zatokę. Mijając pusty targ rybny, usłyszeli zgiełk rozgniewanego tłumu. Od kamiennych murów odbijały się okrzyki, obelgi i oklaski.
- Zobaczmy, co się tam dzieje - zasugerował Evander.
Przecięli rynek i znaleźli się na placu przed świątynią. Zebrał się tutaj tłum, składający się z większości mieszkańców miasta.
- Co się dzieje? - Kospero zaczepił Hernera, marynarza stojącego na obrzeżu zgromadzenia.
- Burmistrz Portu Tarquil ma przeczytać obwieszczenie.
Na podwyższenie wspiął się dostojny mężczyzna w czarnym, jedwabnym płaszczu, białych spodniach i trójkątnym kapeluszu.
- Obywatele! - zawołał parę razy, machając kapeluszem, by zwrócić na siebie uwagę zebranych. Uciszyli się stopniowo. - Ja, Golpho, wasz burmistrz, muszę poinformować, że ostatnia runda negocjacji z Czarodziejem nie przyniosła rezultatów.
Część zgromadzonych zaczęła wykrzykiwać coś do burmistrza. Obrócił się ku nim z wściekłością na twarzy.
- Tak, wiem, iż część z was uważa, że powinniśmy się poddać. Ale tu chodzi o honor Portu Tarquil! Ja, Golpho, nigdy nie ulegnę tym plugawym żądaniom! Ta zła siła z nawiedzonych wysp nigdy nie dostanie naszych córek.
- No to dostanie nasze kości! - zawołał stojący z przodu mężczyzna.
- Ach, Konoko, ojcze dwóch synów, z chęcią oddałbyś temu potworowi nasze córki! Co byś powiedział, gdyby żądanie dotyczyło twoich synów?
Część uczestników spotkania zaczęło obrzucać Konoko obelgami, który odcinał się z równą zaciekłością. Jakaś starucha chciała go opluć, ale przyjaciele Konoko odciągnęli ją. Konstable miejscy ruszyli rozdzielać walczących.
Gdy zgiełk ucichł, Burmistrz Golpho zaczął odczytywać wyciągnięty spod płaszcza zwój.
- Słuchajcie, obywatele Portu Tarquil. W związku z zerwaniem negocjacji wybrani przez was przedstawiciele pobrali od najbogatszych kupców naszego miasta sumę pięciuset dukatów. Pieniądze te zostaną zaoferowane jednemu z wielkich magów z Monjonu tytułem zapłaty za oczyszczenie Wybrzeża Bakanboru i usunięcie złego czarodzieja z Czarnej Góry. Co więcej, ogłaszamy publicznie, że Czarodziej ten to zwykły bandzior, bagienny kuglarz, trupożerca, istota o odrażających upodobaniach seksualnych...
Wtem Golpho rozkaszlał się tak, że nie mógł czytać. Zanosił się kaszlem przez pełną minutę, czerwieniejąc na twarzy.
Wreszcie mu przeszło, zaraz jednak wyprostował się, krzycząc żałośnie. Skrzywił się i zajęczał, po czym zwinął rulon i zaczął wpychać go sobie w usta. Twarz mu poczerniała - osunął się na kolana.
Tłum rozbiegł się, jęcząc z przerażenia. Nikt nie pomógł krztuszącemu się burmistrzowi, uparcie wypychającemu sobie usta pergaminem. Nawet konstable cofnęli się z odrazą na twarzach. Patrzyli na nieczystą manifestację mroku. Wydawało się, że burmistrz jest skazany na uduszenie się zwojem.
Evander przepchnął się naprzód i ukląkł przy nieszczęśniku. Burmistrz odepchnął go słabo. Młodzian przycisnął mu ręce do boków.
- Chodź, Kospero, potrzymaj go.
- Jesteś pewny, że chcesz to zrobić, mój książę? - Marynarz rzucił zatrwożone spojrzenie na majaczący groźnie masyw Bakanu.
Tłum rozpierzchł się.
- Pospiesz się, Kospero. Ten człowiek zaraz się udusi!
Opiekun ruszył wypełnić polecenie, a Evander rozwarł burmistrzowi usta i wyrwał z nich pergamin. Cisnął go na ziemię i walnął parokrotnie nieszczęsnego w plecy, by pomóc mu odzyskać oddech. Nim skończył, po policzkach Golpho pociekły łzy.
W końcu urzędnikowi wróciła mowa. Odezwał się chrapliwie:
- Wiem, że powinienem podziękować ci, młodzieńcze, lecz bez urazy, ale może lepiej byłoby pozwolić mi umrzeć. Nie ma już po co żyć. Na zawsze pozostaniemy niewolnikami czarodzieja.
- Na pewno nie jest tak źle - mruknął Evander.
- Och, jest, właśnie, że jest. - Co rzekłszy, burmistrz wstał i ruszył na przełaj przez rynek, zostawiając Evandera i Kospera samych na placu. Nagły podmuch lodowatego wiatru porwał w powietrze kłaczki przędzy z pobliskich warsztatów tkackich.
- Nie podoba mi się to - orzekł Kospero. - Wracajmy na statek.
Z wiejącym im w plecy wiatrem pomaszerowali szybko pustymi ulicami do zatoki, gdzie u nabrzeża kołysał się Wietrzny Kupiec.


Dodano: 2006-04-29 10:59:03
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść Scalziego


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS