NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Fedyk, Karolina - "Skrzydła"

Zelazny, Roger - "Aleja Potępienia" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Pindel, Tomasz - "Historie fandomowe"


 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana" (2019)

 Clare, Cassandra - "Królowa Mroku i Powietrza"

 Briggs, Patricia - "Dotyk ognia"

 Harkness, Deborah - "Księga czarownic" (wyd. 3)

 Grubb, Jeff - "Ostatni strażnik" (Blizzard Legends)

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Oramus, Marek - "Wszechświat jako nadmiar"

Linki

Moon, Elizabeth - "Córka Owczarza"

Cykl: Moon, Elizabeth - "Czyny Paksenarrion"
Tytuł oryginału: Sheepfarmer's Daghter
Tłumaczenie: Jerzy Marcinkowski
Data wydania: 2004
ISBN: 8388916580
Oprawa: Miękka
Format: 11x17cm
Liczba stron: 490
Tom cyklu: 1



Moon, Elizabeth - ''Córka Owczarza''

Prolog

W niskim, kamiennym domu owczarza, wysoko na wzgórzach za Trzema Jodłami, nad kominkiem wiszą dwa miecze. Jeden jest bardzo stary i lekko wygięty, raczej z żelaza niż stali, ciemny jak saganek, wykuty - jak głosi legenda - przez kowala ze Skalnego Brodu i należący ongi do Kanasa, w ręku którego posmakował w swoim czasie krwi orków i zbójców. Drugi jest zgoła inny: długi i prosty, ostry i z najlepszej stali: srebrzysty i połyskujący błękitem nawet w żółtawym blasku ognia. Na gałce rękojeści wyryto znak świętego Girda, a wąsy gardy zostały wdzięcznie wygięte i inkrustowane złotem.

Dzieci tego domostwa patrzą na oba miecze z podziwem, a podczas długich zimowych nocy stary Dorthan, siwobrody ojciec ojców, wyjmuje z rzeźbionej skrzyni zwój, który otrzymał wraz z mieczem i odczytuje go głośno całej rodzinie. Najpierw jednak przypomina im o dniu, gdy zjawił się odziany w biel nieznajomy starzec o rzadkich, siwych włosach i przywiózł mu skrzynię oraz obnażony miecz, wiszący teraz nad kominkiem.

- Zatrzymaj to - ozwał się obcy - na pamiątkę twej córki Paksenarrion. Chce, żebyś je wziął, lecz nie musiał z nich korzystać. - I choć przyjął wodę z ich studni, nie powiedział nic więcej o Paksenarrion. Czy żyje czy też leży pogrzebana z dala od domu; czy powróci, czy nie.

Czytany przez Dorthana zwój zatytułowany jest Słowo o Paksenarrion Dorthansdotter z Trzech Jodeł i zawiera wiele opowieści o przygodach i odwadze. Całą rodzinę przejmuje dreszczem opis Paksenarrion podczas bitwy - najmniejsze dzieci przytulają się wtedy do kolan Dorthana i patrzą na jej miecz na ścianie. Są pewne, że świeci lekko, słysząc te opowieści.

I zawsze pytają, jaka była. Czy taka, jaką opisuje ją zwój? Zawsze taka duża i odważna? A Dorthan przypomina sobie jej twarz tej nocy, gdy odeszła i milczy. Jeden z braci myśli o długonogiej dziewczynie, uganiającej się za zabłąkanymi owcami, najmłodszy pamięta zapach jej włosów i to, jak nosiła go na ramionach. Prócz tego została im tylko legenda.

- Nie żyje - mówią jedni. - Musi, gdyż inaczej nie przysłałaby swojego miecza.

- Nie - zaprzeczają inni. - Nie jest martwa. Odeszła tam, gdzie nie potrzebuje tego miecza.

A Dorthan przeskakuje do zakończenia zwoju, które niczego nie wyjaśnia... gdyż Słowo jest niedokończone, urywa się nagle w samym środku strofy.

Najmłodsze z dzieci wspięło się po stołku na stół, a stamtąd na kominek, by dotknąć odważnie rękojeści obu mieczy... a potem zeszło na dół śnić o pieśniach i bitwach.



Rozdział pierwszy

- A ja ci mówię, że pójdziesz! - zagrzmiał rosły owczarz, Dorthan Kanasson. Sięgnął przez stół, lecz jego córka Paksenarrion odskoczyła przed mocarnym ramieniem i pomknęła do sypialni. - Pakse! - ryknął, wysuwając ze szlufek szeroki, skórzany pas. - Pakse, chodź tu natychmiast! - Jego żona, Rahel, i trójka młodszych dzieci kulili się pod ścianą. W sypialni panowała cisza. - Pakse, lepiej będzie, jak przyjdziesz. Chcesz pójść na własny ślub ze szramami na grzbiecie?

- Nigdzie nie pójdę! - nadeszła gniewna odpowiedź.

- Przekazałem twe wiano. W najbliższą niedzielę poślubisz Fersina Amboissona. A teraz wychodź, zanim ja tam wejdę.

Pojawiła się nagle w wylocie korytarza, dorównująca mu wzrostem, lecz szczuplejsza, z długimi, jasnymi włosami związanymi w ciasny warkocz. Przebrała się w rzeczy starszego brata - narzuconą na jej własną koszulę skórzaną tunikę i spodnie z samodziału.

- Mówiłam ci, żebyś nie dawał wiana. Mówiłam, że nie wyjdę za Fersina. Ani za nikogo innego. Nie zrobię tego. Odchodzę.

Dorthan nie spuszczał z niej wzroku, owijając pas wokół prawicy.

- Jedyne miejsce, do którego się udasz, ty zuchwała dziewucho, to łoże Fersina.

- Proszę, Dorthanie... - zaczęła Rahel.

- Cisza! To twoja wina. Powinna była tkać w domu, a nie uganiać się po wrzosowiskach i polować z chłopakami.

Szare oczy Paksenarrion zalśniły.

- Wszystko w porządku, mamo, nie martw się. Pewnego dnia przypomni sobie, że to on tak często posyłał mnie ze stadem. Odchodzę, ojcze. Przepuść mnie.

- Po moim trupie - burknął.

- Jeśli będzie trzeba... - Paksenarrion doskoczyła do kominka, sięgając po stary miecz Kanasa. Gdy zrywała go z gwoździ, na jej ramiona spadł pierwszy cios. Obróciła się do Dorthana z mieczem w ręku, opromieniona blaskiem płomieni. Rękojeść dobrze leżała w jej dłoni. Przestraszony mężczyzna odskoczył, wymachując bezładnie pasem. Paksenarrion skorzystała z okazji i pobiegła do drzwi. Otworzyła je szarpnięciem i wyskoczyła na dwór. Ścigał ją rozwścieczony ryk i pytające głosy ze stodoły, gdzie pracowali jej starsi bracia, lecz dziewczyna nie zwolniła, dopóki nie dotarła do muru granicznego okalającego pola jej ojca. Tam cisnęła miecz dziadka na ziemię.

- Nie chcę, żeby powiedział, że go ukradłam - mruknęła do siebie. Obejrzała się, by po raz ostatni spojrzeć na dom. Na tle ciemnej masy wzgórza wyraźnie widziała padające z otwartych drzwi światło i przecinające je postacie. Słyszała nawołujące ją głosy, a potem basowy krzyk Dorthana, po którym wszyscy weszli do środka. Drzwi zatrzasnęły się. Została na zewnątrz sama. Była pewna, jakby to widziała, że Dorthan zaryglował przed nią wejście. Zadrżała. - Tego właśnie chciałam - powiedziała na głos. - Lepiej więc, żebym już sobie poszła.

Przez resztę nocy na przemian biegła i maszerowała dobrze wydeptaną ścieżką, łączącą farmę ojca z Trzema Jodłami, rozgrzewana myślą o zbliżających się przygodach. Powtarzała w myślach instrukcje kuzyna, starając się przypomnieć sobie wszystko o rekrutujących sierżantach, kompaniach najemników, musztrze i drylu. O świcie wkroczyła do Trzech Jodeł. Jedynie w domu piekarza dostrzegła prześwitujące zza okiennic światło i unoszący się z komina dym. Nie wyczuła chleba. Nie mogła czekać na pierwszy wypiek, werbunkowi powinni wciąż jeszcze rezydować we wsi. Poszła na rynek. Pusty. Oczywiście pewnie jeszcze nie wstali. Zajrzała do publicznej stajni, pełniącej funkcję gospody. Pusto. Wyjechali. Zaczerpnęła wody z wioskowej studni, napiła się i poszła dalej, tym razem szerszą drogą, wiodącą do Skalnego Brodu - tak przynajmniej twierdził jej kuzyn, ona sama nigdy nie wypuściła się dalej niż do Trzech Jodeł.

W dzień mogła maszerować szybciej, a mimo to do rogatek miasteczka dotarła około południa. Skręciło ją od dochodzących z karczm i domów zapachów jedzenia. Przepchnęła się przez tłum na rynek w centrum miasteczka. Znalazła opisaną przez Jornotha budę przystrojoną w rozpostarty na włóczniach kasztanowy i biały jedwab. Zatrzymała się, by złapać oddech i przyjrzeć się jej dokładniej. Na straży stał wojownik w napierśniku, hełmie i z mieczem. Wewnątrz znajdował się wąski stół z jednym stołkiem. Siedział za nim samotny mężczyzna. Wzięła głęboki wdech i ruszyła przed siebie.

Podchodząc, uświadomiła sobie, że jest wyższa od kręcących się tam żołnierzy. Czekała, aż któryś coś jej powie, lecz nie zwracali na nią uwagi. Zajrzała do środka. Siedzący za stołem mężczyzna miał krótkie, szpakowate włosy i schludnie przycięte wąsy. Gdy podniósł wzrok, ujrzała ciepłe, złocisto-brązowe oczy.

- To punkt werbunkowy Kompanii Księcia Phelana - przemówił. - Szukasz kogoś?

- Nie. To znaczy, tak. To znaczy, szukam pana... to jest punktu werbunkowego. - Zaczerwieniła się zakłopotana.

- Ty? - Przyglądał się jej przez chwilę, po czym spuścił wzrok. - Chcesz powiedzieć, że pragniesz zaciągnąć się do Kompanii?

- Tak. Mój... mój kuzyn powiedział, że takie kompanie przyjmują kobiety.

- Zgadza się, choć niewiele kobiet chce się zaciągnąć. Słuchaj, hm, zanim zaczniemy, postawmy kilka spraw jasno. Żeby się zaciągnąć, musisz mieć osiemnaście lat, być zdrowa, pozbawiona deformacji, silna, wysoka - z tym nie masz problemu - i niegłupia. Jeśli jesteś pijaczką, oszustką, złodziejką lub wyznawczynią zła, wyrzucimy cię w najgorszych łachach. Zgadzasz się na dwuletnią służbę, licząc od chwili zakończenia szkolenia, które trwa od czterech do sześciu miesięcy. Będąc rekrutem, nie otrzymujesz żołdu, a tylko kwaterę, wikt i ekwipunek. Jako członek Kompanii będziesz dostawać niską zapłatę, za to należy ci się udział w łupach. Jasne?

- Tak jest - odrzekła Paksenarrion. - Całkowicie jasne. Mam ponad osiemnaście lat i nigdy nie chorowałam. Pracowałam na wrzosowiskach, pasąc owce - mogę unieść taki sam ciężar, jak mój brat Sedlin, a jest starszy ode mnie o rok.

- Hmmm. Co o wstąpieniu do wojska myślą twoi rodzice?

- Och. - Zaczerwieniła się. - Cóż, prawdę rzekłszy, mój ojciec nie wie, gdzie jestem. Ja... uciekłam.

- Zamierzał wydać cię za mąż. - W oczach mężczyzny zamigotały wesołe iskierki.

- Tak. Za hodowcę świń...

- A ty chciałaś kogoś innego.

- O nie! Nie chciałam... w ogóle nie chcę wychodzić za mąż. Pragnę być wojownikiem, jak mój kuzyn Jornoth. Zawsze lubiłam polować, mocować się i przebywać na dworze.

- Rozumiem. Proszę, siadaj na stołku. - Gdy to uczyniła, zanurkował pod stół i po chwili pojawił się z oprawną w skórę księgą, którą położył na blacie. - Pokaż mi ręce, muszę upewnić się, czy nie masz piętna po więzieniu. Dobrze. Mówisz, że lubisz zapasy. Siłowałaś się kiedyś na ręce?

- Pewnie. Z rodziną, a raz na rynku.

- Dobrze, spróbujmy. Chcę sprawdzić, jaka jesteś mocna. - Złapali się za prawe dłonie i na znak zaczęli się mocować. Po paru minutach, gdy żadne nie mogło osiągnąć wyraźnej przewagi, oficer rzucił: - Świetnie, wystarczy. Teraz lewa. - Tym razem wykazał się większą siłą i powoli położył jej rękę na stole. - Wystarczająco dobrze - orzekł. - Powiedz mi teraz, czy decyzję o zaciągnięciu się do Kompanii podjęłaś nagle?

- Nie. Chciałam tego, odkąd Jornoth opuścił dom, a zwłaszcza kiedy nas potem odwiedził. Ale powiedział, że muszę mieć osiemnaście lat i zaczekać na koniec werbunku, żeby mój ojciec nie zdążył mnie wyśledzić i narobić kłopotów.

- Mówisz, że mieszkałaś na wrzosowiskach - jak daleko od miasteczka?

- Stąd? Cóż, mieszkamy pół dnia drogi od Trzech Jodeł...

- Trzy Jodły! Przyszłaś tu dzisiaj z Trzech Jodeł?

- Mieszkamy po drugiej stronie Trzech Jodeł - uściśliła. - Przeszłam przez wioskę o świcie.

- Ale to... Trzy Jodły leżą co najmniej dwadzieścia mil stąd. Kiedy wyruszyłaś z domu?

- Zeszłej nocy, po kolacji. - Zaburczało jej w żołądku.

- Musiałaś przejść... trzydzieści mil. Jadłaś w Trzech Jodłach?

- Nie, było za wcześnie. Poza tym bałam się, że nie zdążę.

- A gdyby tak się stało?

- Mam kilka miedziaków. Kupiłabym trochę jedzenia i poszła za wami.

- Założę się, że tak by było - stwierdził mężczyzna. Uśmiechnął się do niej. - Wobec tego podaj nam swoje imię, a wciągniemy cię do rejestru, by móc cię nakarmić. Każda dziewczyna, która potrafi przejść trzydzieści mil pieszo, nie zatrzymując się na posiłek, powinna zostać żołnierzem.

Odwzajemniła uśmiech.

- Jestem Paksenarrion Dorthansdotter.

- Pakse... co?

- Paksenarrion - powtórzyła wolno i przerwała, czekając, aż to napisze. - Dorthansdotter. Z Trzech Jodeł.

- Zrobione. - Podniósł lekko głos. - Kapralu Bosk!

- Sir. - Jeden ze zbrojnych obejrzał się i zajrzał do namiotu.

- Potrzebuję sędziego i parę świadków.

- Sir. - Kapral przeciął placyk.

- Wszystko musi odbyć się oficjalnie - wyjaśnił oficer. - Nie jesteśmy w dominium naszego Księcia, musimy udowodnić, że nie wykorzystaliśmy cię, nie zmusiliśmy ani nie sfałszowaliśmy twojego podpisu... potrafisz się podpisać, prawda?

- Tak.

- Dobrze. Książę zachęca swoich żołnierzy do nauki czytania i pisania... - Przerwał, gdy do budy wszedł mężczyzna w długiej, brązowej szacie i dwie kobiety.

- Jeszcze ktoś przed zakończeniem, co, Stammel? - rzucił przybysz. Kobiety - jedna w fartuchu i czapce serowara, druga uwalana po łokcie mąką - spojrzały z ciekawością na Paksenarrion.

- Ta młoda dama ma życzenie zaciągnąć się do wojska - odrzekł krótko oficer. Sędzia mrugnął do niego i wyciągnął rzeźbiony na jednym końcu kamienny walec. - Powtarzaj za mną - ciągnął Stammel: Ja, Paksenarrion Dorthansdotter, pragnę wstąpić do Kompanii Księcia Phelana jako rekrut i zgadzam się służyć dwa lata od zakończenia szkolenia bez prawa do urlopu, a także przestrzegać zasad, regulaminu i słuchać wydawanych mi poleceń, walcząc z każdym i wszędzie na rozkaz mojego dowódcy.

Paksenarrion powtórzyła formułkę pewnym głosem i złożyła podpis we wskazanym miejscu w oprawionej w skórę księdze. Obie kobiety podpisały się obok niej, a sędzia nakapał pod spodem wosku i wycisnął w nim kamienną pieczęć. Serowarka poklepała dziewczynę po ramieniu i odwróciła się, a sędzia znowu mrugnął do Stammela i wyszczerzył się w uśmiechu.

- Jestem sierżant Stammel - przedstawił się jej oficjalnie oficer. - Zwykle opuszczamy miasteczko w południe, reszta rekrutów przebywa w "Złotym Prosiaku". Są już po jedzeniu, ale ty potrzebujesz wypełnić żołądek i odpocząć przed marszem. Zaczekamy chwilę. Pamiętaj, że od tej pory jesteś rekrutem. Co oznacza, że masz odpowiadać "Tak jest, sir" i "Nie, sir" każdemu z nas, z wyjątkiem rekrutów, oraz bez sprzeciwu wypełniać rozkazy. Jasne?

- Tak jest, sir - odpowiedziała Paksenarrion.

Godzinę później z zaciekawieniem przyglądała się przez okno innym świeżo przyjętym młodym ludziom, włóczącym się po podwórzu "Złotego Prosiaka". Tylko dwóch z nich było wyższych od niej: smagły młodzieniec o kędzierzawych, złocistych włosach i kościsty, czarnobrody mężczyzna z tatuażem na lewym ramieniu. Najniższy był chudy, rudowłosy chłopak o okazałym nosie i poplamionej, zielonej, jedwabnej koszuli. Zauważyła dwie inne kobiety siedzące razem na schodach. Nikt nie miał broni, oprócz sztyletów do jedzenia, choć biodra brodacza opinał pas do miecza. W większości wyglądali na chłopskich synów i uczniów, kilku mężczyzn o nadętych twarzach nie potrafiła zaklasyfikować. Tylko zbrojni i sierżant nosili mundury. Reszta miała na sobie stroje, w których zaciągnęli się do Kompanii. Skończyła trzymaną w dłoni pajdę i zaczęła drugą, Stammel poradził jej, by najadła się do syta i odpoczęła. Zjadła cztery porcje, zanim po nią wrócił.

- Wyglądasz znacznie lepiej - zauważył. - Czy twoje imię ma jakieś zdrobnienie?

Zastanawiała się już nad tym. Nie chciała nigdy więcej usłyszeć ojcowskiego: Pakse. Na jej starą ciotkę, po której otrzymała imię, wołano Enarra, ale i to nie podobało się jej zbytnio. W końcu zdecydowała się na formę, z którą - jak uważała - mogłaby żyć.

- Tak jest, sir - odpowiedziała. - Po prostu Paks.

- W porządku, Paks - gotowa do wymarszu?

- Tak jest, sir.

- No to w drogę. - Stammel poprowadził ją na podwórzec. Reszta rekrutów przyjrzała się jej, gdy schodziła po stopniach. - To jest Paks - oświadczył. - Będzie szła w szeregu Cobena, kapralu Bosk.



- Świetnie, sir. W porządku, rekruci, zbiórka. - Zebrali się w cztery szeregi po pięć osób każdy, tylko pierwszy był krótszy. - Paks, ty maszerujesz tutaj. - Kapral Bosk wskazał jej ostatnie miejsce w najkrótszym szeregu. - Pamiętajcie: na moją komendę ruszacie z lewej nogi i utrzymujecie stałe tempo, starając się trzymać równo z sąsiadem po prawej, nie wpadając na poprzedzającego was żołnierza. - Przeszedł się wokół grupy, przesuwając tego i owego o cal lub dwa w jedną bądź drugą stronę. Paksenarrion patrzyła na to z ciekawością, dopóki nie zawołał nagle: - Rekruci, na wprost patrz! - i dał krok wstecz.


- Wystarczy, Bosk - odezwał się Stammel. - Ruszamy.

Po raz pierwszy w życiu Paksenarrion usłyszała najbardziej poruszający z wojskowych rozkazów, gdy Bosk wziął głęboki wdech i krzyknął:

- Naprzód... MARSZ!

Popołudniowy marsz trwał tylko cztery godziny, z dwiema krótkimi przerwami, lecz gdy się zatrzymali, była bardziej zmęczona niż kiedykolwiek. Rekrutom towarzyszyło sześciu żołnierzy (Stammel, Bosk i czterech szeregowców) oraz cztery muły dźwigające budę i zapasy. Potem ćwiczyli, a Paks nauczyła się prawidłowego tworzenia szyku, rozpoczęcia marszu i zwrotów. Poznała numer swojego szeregu i jego lidera oraz opanowała sztukę utrzymywania stałej odległości od żołnierza z przodu. Choć zmęczona, to i tak była w lepszej formie od jednego z pucołowatych mężczyzn. Jęczał i narzekał przez całe popołudnie, a podczas ostatniej przerwy na odpoczynek stracił przytomność. Gdy nie ocknął się, oblany zimną wodą, dwóch żołnierzy przerzuciło go przez muła i przywiązało twarzą do grzbietu. Gdy doszedł do siebie, błagał, by pozwolono mu iść, lecz Stammel zostawił go tam, jęczącego żałośnie, dopóki nie rozbili obozu.

Paksenarrion z drugim świeżym rekrutem zostali wyznaczeni do wykopania kloaki. Był nim wysoki, jasnowłosy chłopak, który przedstawił się jako Saben. Zeszłej nocy też kopał i wiedział, ile czasu to zajmuje. Gdy wrócili do obozu, wytatuowany mężczyzna prychnął:

- Idą dołokopy - wyglądają jak para, co nie?

Ten, który wcześniej zemdlał, przytaknął mu ochoczo:

- Zeszło im wystarczająco długo. Powiedziałbym, że robili nie tylko to.

Paksenarrion zapiekły uszy, zanim jednak otworzyła usta, ujrzała za ich plecami Stammela, który lekko pokręcił głową. Odezwał się za to lider jej szeregu, Coben:

- Przynajmniej żadne z nich nie podkradało ale ani nie było wioskowym pijanicą, Jens. A co do kopania kloak, Korryn, to lepsze to niż okradanie grobów...

Czarnobrody podskoczył, sięgając po miecz, którego już nie nosił.

- Co masz na myśli, Coben?

Zaatakowany wzruszył ramionami.

- Rozum to, jak chcesz. Do kopania dołów kloacznych może zostać wyznaczony każdy z nas - ja to robiłem, będziesz to robił ty. Nie ma się z czego śmiać.

- Szczeniak - mruknął Korryn.

- Dosyć gadania - wtrącił się Bosk. - Marsz na kolację.

Paksenarrion z przyjemnością przekonała się, że po posiłku każde z nich otrzymało koc i polecenie wyspania się. Nie miała z tym żadnych kłopotów. Obudziła się wcześnie i poszła do ustępu, a potem wykąpać się w rzece, zanim krzyk kaprala Boska wygonił resztę spod koców. Zauważyła, że żołnierze byli już w mundurach: czyżby w nich spali? Złożyła swoją derkę tak samo jak inni i oddała szeregowcowi, który załadował ją na muła. Potem mieszała owsiankę w jednym z kotłów, pozostałych trzech pilnowali Saben, Jens i rudowłosy chłopak w jedwabnej koszuli.

Na proste śniadanie złożyły się miska owsianki, pajda ciemnego chleba i plaster suszonej wołowiny. Paksenarrion nie odczuwała dolegliwości po wczorajszym marszu. Prawdę rzekłszy, czuła się szczęśliwsza niż kiedykolwiek: nareszcie została żołnierzem i była bezpieczna przed zamysłami ojca. Jeszcze bardziej humor poprawiło jej odkrycie, że Jensowi i Korrynowi kazano zasypać kloakę.

- Nie mam nic przeciwko kopaniu tych dołów, o ile oni będą je zasypywać - szepnęła Sabenowi.

- Ani ja. Ten Korryn jest paskudny, prawda? Jens jest zwykłym pijakiem, lecz Korryn może sprawić kłopoty.

- Rekruci. Do szeregu! - krzyknął Bosk i dopiero teraz naprawdę zaczął się kolejny dzień.

Przez następne tygodnie podróży do twierdzy Księcia, gdzie miało odbyć się ich szkolenie, Paksenarrion i pozostali nabierali coraz większej biegłości w maszerowaniu i wykonywaniu obozowych obowiązków. W większości odwiedzanych miasteczek brali kolejnych rekrutów, aż ich grupa urosła do trzydziestoośmioosobowego oddziału. Zadzierzgnęły się pierwsze więzi przyjaźni, a Paks na tyle często słyszała skróconą wersję swego imienia, by się doń przyzwyczaić. Choć brakowało czasu na rozmowy, zorientowała się, że Saben, Arňe, Vik, Jorti i Coben zostaną jej przyjaciółmi, a Korryn i Jens wrogami.

Co parę dni Stammel zmieniał porządek maszerującej kolumny, dzięki czemu wszyscy mieli okazję prowadzić szereg i podążać za liderem. Gdy maszerowała jako pierwsza i nie widziała pstrokacizny ich strojów, Paksenarrion wyobrażała sobie, że przeszła już szkolenie i wiodła ich do bitwy. Niemal czuła kołyszący się u boku miecz. Wróg może czekać za rogiem albo za najbliższym wzgórzem. Wyobrażała sobie rycerzy o surowych obliczach, zakutych w ciemne zbroje, i orki, z którymi walczył jej dziad. Przez głowę przelatywały jej fragmenty starych pieśni i opowieści o czarodziejskich mieczach, bohaterach walczących z mocami mroku, zaklętych rumakach... Lecz kiedy maszerowała w szeregu, wizje rozwiewały się i zastanawiała się, ile jeszcze dni spędzą w drodze.Wreszcie usłyszeli od Stammela, że od twierdzy dzieli ich mniej niż dzień drogi. Zatrzymali się wcześnie, nad rzeką, i resztę dnia spędzili na czyszczeniu i szorowaniu się. Paksenarrion nie miała nic przeciwko zimnej wodzie, a ci, którzy chcieli wykręcić się ochlapaniem twarzy i dłoni, byli zawracani, by porządnie dokończyć sprawę.

Nazajutrz Stammel umieścił Paksenarrion, Sabena, Korryna i Seliasta na czele szeregów - byli najwyższymi rekrutami. Maszerowali bez najmniejszego wysiłku, odruchowo utrzymując rytm i wymachując ramionami. Gdy pokonali ostatnie wzniesienie, ujrzeli surowe, kamienne mury warowni i oczekujące ich na przedpolu oddziały.

Idącej przed frontem całej armii Paks nagle zabrakło tchu. Jedynie nabyte w ciągu ostatnich dni przyzwyczajenia uchroniły ją przed paniczną ucieczką przed tyloma parami oczu. Spłonęła rumieńcem i szła dalej.


Dodano: 2006-04-29 10:53:43
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nawiedzenia"


Wygraj "Ostatniego strażnika"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS