NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

Ukazały się

Abnett, Dan - "Pancerz pogardy"


 Pilipiuk, Andrzej - "Traktat o higienie. Z dziejów dra Skórzewskiego"

 Jadowska, Aneta - "Kurczaczek i Salamandra"

 Jaumann, Bernhard - "Sępom na pożarcie"

 Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

Linki

Russell, Sean - "Jedno królestwo"
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Russell, Sean - "Wojna Łabędzi"
Tytuł oryginału: The One Kingdom
Tłumaczenie: Zbigniew Królicki
Data wydania: Marzec 2002
ISBN: 83-89004-03-8
Oprawa: miękka
Format: 115 x 185 mm
Liczba stron: 481
Cena: 29 zł
Rok wydania oryginału: 2001
Tom cyklu: 1



Russell, Sean - "Jedno Królestwo"

Rozdział 1.
W nieustannie zmieniającym się otoczeniu tylko ludzie pozostawali na swoich miejscach. Siedzieli przy długim stole na szczycie Letniego Wzgórza, nieruchomo jak kamienie w wartkim strumieniu.
Wokół nich przelatywał wiatr, mknąc szybciej niż jaskółka, niesforny jak dziecię. Opadł na zielone łany owsa i przeczesał trawy, które zafalowały i ułożyły się we wzory, jak piasek na dnie rzeki. Podmuchami przyginał i targał drzewa, zdzierając wiosenne liście i porywając je wirem w wymiecione do czysta niebo. Jednak siedzący pod nim ludzie nie ruszali się.
Dease był rad, że zdołał wraz z Samulem przekonać pozostałych, żeby spotkali się tutaj, w miejscu, z którego widać było całą okolicę w promieniu prawie dwóch staj. Chciał wykluczyć nawet cień ryzyka, że ktoś ich podsłucha - wystarczy, że musieli słuchać samych siebie.
-Powiedziałbym, że pośród Willsów nie ma nikogo, kto wysadziłby go z siodła, nie mówiąc już o zrobieniu tego, czego my chcemy - rzekł Samul.
Samul, który niemal nigdy nie zabierał głosu na zjazdach rodzinnych, woląc podsuwać swoje pomysły innym i obserwować, jak wprowadzają je w życie. Samul spryciarz, jak w myślach nazywał go Dease. Beld poruszył się na ławie.
- Toren tak sympatyzuje z Willsami, że moim zdaniem nie powinni nawet nabić mu siniaka, nie mówiąc już o zrobieniu poważniejszej krzywdy.
Dease zauważył, że inni mieli trochę niepewne miny, ilekroć Beldor zabierał głos. Obojętne, co o tym myśleli, nikt nie nienawidził Torena tak bardzo jak Beld. Niektórzy z nich nawet podziwiali Torena.
- Obawiam się, że nie możemy oczekiwać, że ktoś nas w tym wyręczy - powiedział cicho Samul. - Sądzę, że wcześniejszy plan jest najlepszy. Pozwolimy naszemu kuzynowi wygrać turniej, bo zapewne i tak by zwyciężył, a potem w nocy zrobimy swoje, żeby wyglądało to na zemstę. Tak będzie najlepiej. W ten sposób nasz drogi kuzyn nie zostanie następcą, a wina oczywiście spadnie na Willsów.
- To nie będzie takie oczywiste - rzekł Dease, nawet nie próbując ukryć niesmaku, jaki budził w nim ten plan - ale to nie ma żadnego znaczenia. Wszyscy chętnie uwierzą, że Willsowie są gotowi do najgorszej zdrady.
- A zatem tak uczynimy, kuzyni - powiedział Beld, siadając wygodniej na ławie. - Boję się tylko, że niektórym z nas może zabraknąć odwagi. - Powiódł spojrzeniem wokół stołu. - Takie trudne decyzje nikomu nie przychodzą łatwo.
-Możesz śmiało wymienić moje imię, Beld - powiedział Dease. - Wszyscy wiemy, o kim mówisz. Nie grzeszysz subtelnością.
- Bo nie potrzebujemy subtelności - odparł gniewnie Beld, znów prostując się na ławie. Dease dostrzegł prężące się pod tuniką kuzyna mięśnie. - Potrzebne nam czyny, kuzynie, a nie mam pewności, czy jesteś do nich zdolny, będąc takim wielbicielem Torena.
Dease spokojnie wytrzymał jego spojrzenie, nie odwracając oczu - nie wyglądał na szczególnie przestraszonego, choć mało kto nie obawiał się Belda, który był ogromnym mężczyzną, a co więcej, zawsze wyglądał jak człowiek ledwie powstrzymujący wybuch wściekłości - i tak też było naprawdę.
- Istotnie, podziwiam go - odparł szczerze Dease. - Pod wieloma względami jest najlepszym z nas i nie tylko na turniejach.
Beld rąbnął pięścią w stół.
- Tylko że Toren odda nas w ręce Willsów! Myśli, że zdoła podbić ich swoim urokiem i słowami, że może przekonać ich, aby zapomnieli o waśni trwającej od dziewięciu pokoleń. Podaruje im Wyspę Bitwy, a to tak samo jakby ofiarował im pieniądze na zebranie wojsk. Toren uważa, że jeśli tylko zrezygnujemy z naszych praw do tronu, to oni uczynią to samo i wszystko będzie dobrze. - Obrzucił spojrzeniem pozostałych. - Zrezygnować z naszych roszczeń! Sam słyszałem, jak to powiedział. Czy on wie, co zrobiliby z nami Willsowie, gdyby kiedyś zasiedli na tronie? Oni nie zapomną przeszłości. Oni nie przebaczą. Toren doprowadzi do tego, że ród Renné zniknie z Ayru, do tego zmierza jego... polityka. Ja jednak nie zamierzam pozwolić, żeby nasz ród wyginął. Nie, ja mam dość jego paktowania i...
- Wystarczy, Beld! - przerwał mu Dease. - Wszyscy słyszeliśmy już tę tyradę. Oszczędź nam jej dzisiaj.
Beld zerwał się z ławy, lecz Arden i Samul chwycili go za potężne ramiona, a on pozwolił im posadzić się z powrotem.
- Dość tego - rzekł Samul, jak zawsze stanowczy i rozsądny. - Nie prowokuj go, Dease. Nie możemy sobie teraz pozwolić na spory.
- Tak, wiem, ale nie próbujmy usprawiedliwiać się, że postępujemy szlachetnie, Samulu. Zamierzamy popełnić potworną zdradę. Chcemy zamordować naszego kuzyna i chociaż przyznaję, że to konieczne dla naszego przetrwania, nie mogę udawać, że jest inaczej. Wszyscy wiecie, że usiłowałem przekonać Torena. Straciłem na to niezliczone godziny i czasem wydawało mi się, że on był bliższy przekonania mnie, niż ja jego. - Oparł szeroką dłoń o blat stołu i spojrzał na nią ze smutkiem. - Teraz jednak jestem pewien, że on nie da się odwieść od tego szaleństwa. Tak więc musimy podążyć za nim ku zgubie, albo popełnić zdradę. Ze względu na przyszłość naszego rodu wybrałem zdradę, ale nie mam żadnych wątpliwości, że stanę się przez to łotrem - mordercą i zdrajcą. A jeśli to się wyda, nie sądźcie, że nasz ród oceni nas inaczej, woląc raczej honorową śmierć od takiego haniebnego czynu.
Znów znieruchomieli i tylko wiatr świszczał wokół nich, kołysząc gałęziami drzewa nad ich głowami, przez co światła i cienie szaleńczo pląsały po stole i ponurych twarzach zgromadzonych mężczyzn.
- Jesteś z nami, Dease? - spytał w końcu Samul. - Powiedz, tak czy nie.
Dease spojrzał na niego, lekko zdziwiony tym pytaniem.
- Tak, jestem z wami, kuzynie, oczywiście.
Samul wbił wzrok w blat stołu.
- A więc - powiedział cicho - musimy tylko zdecydowa,ć kto to zrobi i jak.
- Z przyjemnością wezmę na siebie tę niesławę, kuzyni - powiedział Beld, nieudolnie próbując ukryć satysfakcję.
- Nie - rzekł stanowczo Dease. - Tego czynu nie należy popełniać z nienawiści. Ja to zrobię... - Westchnął. - Ponieważ ja najbardziej go kocham.
Beld chciał zaprotestować, ale Samul go uciszył.
- Zatem pojedziecie obaj. Dease zrobi to, a Beld będzie świadkiem. Wszyscy poprzysięgniemy milczenie, choćbyśmy mieli za to zawisnąć, jeśli rzecz się wyda. W ten sposób wszyscy staniemy się wspólnikami tego czynu. Zgadzacie się?
Przez chwilę nikt się nie poruszał, a potem każdy z nich po kolei skinął głową - niektórzy mniej ochoczo od innych. Potem znów zapadła cisza.
- Jak zamierzasz to zrobić, kuzynie? - zapytał łagodnie Arden. Był najmłodszym z zebranych, zaledwie dwudziestokilkuletnim młodzieńcem, i najrzadziej zabierał głos, chociaż Dease wiedział, że wcale nie jest najmniej rozsądnym z nich.
Dease oderwał wzrok od stołu. Smutek już wycisnął swe piętno na jego twarzy.
- Podczas zawodów łuczniczych w Westbrook ukradnę strzały Willsów... - Urwał i zaczerpnął tchu. - Jedną z nich wpakuję w serce Torena. Umrze szybko.
Nikt tego nie skomentował. Siedzieli, już czując przytłaczające brzemię tego, co zamierzają uczynić.
Podmuch wiatru poruszył gałęziami drzewa, szeleszcząc liśćmi. Czarny ptak rozpaczliwie przytrzymywał się gałęzi, głośno protestując.
- Kiedyś - zaczął Arden, głosem pełnym uczucia i smutku - Toren wysadził mnie z siodła na turnieju w Waye, a potem...
- Nie zaczynaj! - gniewnie przerwał mu Dease. - Nawet nie próbuj tak mówić. Nie masz do tego prawa. Nikt z nas nie ma.
Kiedy mężczyźni poszli do swoich koni, wiatr, który przez cały ranek nie ustał ani na chwilę, westchnął i ucichł. Tak więc zjechali ze wzgórza w zupełnej ciszy, w której słychać było tylko stukanie końskich kopyt. Nikt nic nie mówił.Gdy wiatr ustał, zapadła głęboka cisza, jakby świat pogrążył się w żałobie. Nawet ptaki poniechały swoich śpiewów.
Dease jechał drogą w cieniu drzew, pogrążony w smutku. Tak jak cała okolica po ustaniu wiatru, był pusty i odrętwiały. Cisza atakowała go. Cisza i rozgoryczenie.
Smutek i żal przerodziły się w gniew i urazę do kuzyna. Dlaczego Toren zmuszał ich do tego? Czemu nie chciał posłuchać głosu rozsądku? Czy nie mógł usłuchać przestróg? A przecież Dease próbował go ostrzec.
Niestety, Toren nie uważał, by czyjekolwiek zdanie liczyło się bardziej niż jego własne - rodzinna przywara.
Beld cierpiał na tę samą przypadłość, a nie był nawet w połowie tak inteligentny jak Toren. Dease'owi trudno było przyznać tym razem rację Beldorowi, który kierował się wyłącznie emocjami, a nie przemyślanymi racjami - być może w ogóle nie będąc zdolny do trzeźwego rozumowania. Dease uświadomił sobie, że szczerze żałuje, iż ich problemów nie może rozwiązać śmierć Beldora. Jego śmierć z pewnością wcale by go nie zasmuciła.
Pomysł, żeby Beldor mu towarzyszył - niewątpliwie po to, żeby cieszyć się z usunięcia znienawidzonego kuzyna - nie podobał się Dease'owi. Zastanawiał się, czy Beld nie mógłby tego lata paść ofiarą jakiegoś wypadku podczas turnieju. Nie było to niemożliwe.
Jednak nie. Jedno morderstwo wystarczy, chociaż Beld bardziej od Torena zasługiwał na śmierć - przynajmniej pod pewnymi względami. Dease zacisnął powieki i próbował o tym nie myśleć. Otworzył oczy, rozejrzał się wokół i zobaczył nadjeżdżającego przez pole jeźdźca.
Głowa Ardena raz po raz wynurzała się z zielonego zboża. Młody kuzyn Dease'a jechał kłusem wzdłuż pola, niewątpliwie zamierzając go dogonić. Chciał się z nim spotkać.
Na pewno zechce porozmawiać - zrozumiał Dease. Miał nadzieję, że pozostali ich nie zauważą. Z pewnością uznaliby to za podejrzane. Dlaczego Arden nie pojechał z nim od razu? Wtedy wszyscy uważaliby to za zupełnie oczywiste. Tak to jest, kiedy jesteś spiskowcem, pomyślał. Wciąż boisz się, że ktoś zacznie coś podejrzewać.
Arden dogonił go na rogu następnego pola. Twarz miał zaczerwienioną od słońca i był lekko zmieszany. Dease był przekonany, że Arden jeszcze nie zdawał sobie sprawy z powagi decyzji, jaką niedawno podjęli. Jak wszyscy młodzi ludzie, traktował większość takich spraw jak puste gadanie.
- Kuzynie - powiedział Arden, wstrzymując konia, po czym zamilkł. Ucichł, tak jak świat wokół nich. - Czy mogę pojechać z tobą?
Dease skinął głową i ruszyli obok siebie, podążając długim szpalerem drzew, z cienia w blask i znów w cień.
- Nie jesteś zadowolony z tej decyzji - rzekł w końcu Dease.
- Nikt nie jest zadowolony... Nikt prócz Belda. - Młodzieniec bawił się grzywą klaczy. - Wciąż mam nadzieję, że Toren da się przekonać i zmieni zdanie. Jest jeszcze czas. Do turnieju Westbrook pozostało kilka miesięcy. - Błagalnie spojrzał na Dease'a. - On mnie nie posłucha, ale ty nie rezygnuj, Dease. Może jeszcze uda ci się go przekonać.
Dease skinął głową, jednak nie miał złudzeń.
- Spróbuję, ale obawiam się, że moje nieustanne wyrzekania już zaczęły go irytować.
Jechali w ciszy, pogrążeni we własnych myślach. Dease spojrzał na kuzyna, który wyrósł na przystojnego młodzieńca, a przynajmniej tak uważały kobiety. Jasnowłosy i niebieskooki jak wielu Renné, o skórze gładkiej jak u dziecka. Arden był mocno zbudowanym mężczyzną, tak jak jego ojciec - a przynajmniej takim będzie w kwiecie wieku. Dease już od dawna nie widział Ardena na ubitej ziemi, ale słyszał, że w tym sezonie jego młody kuzyn przysporzy chwały rodowi Renné.
Nagle Arden uniósł głowę.
-Niepokoi mnie pewna rzecz, Dease. - Rzekł to z takim naciskiem, że Dease lekko przechylił się w siodle, czekając, co powie dalej. - A jeśli zamiary Beldora nie są tak oczywiste, jak się wydaje? Wszyscy wiemy, że nienawidzi Torena - nie ma co do tego wątpliwości - jednak po śmierci Torena następcą zostanie Kel. A poza Kelem tylko ty stoisz między Beldorem a tronem. Jeśli znów wybuchnie krwawa waśń...
- Przecież nie ma tronu - przypomniał mu Dease.
Arden spojrzał nań dziwnie, jakby usiłując zgłębić jego myśli.
- Być może, ale kogo Beldor nienawidzi niemal równie mocno jak Torena?
Dease kiwnął głową. Dla nikogo nie było tajemnicą, że Beldor go nienawidzi. Głównie z powodu dzielących ich różnic. Beld, człowiek czynu, nie mógł znieść rozsądku Dease'a. Umiłowanie muzyki i sztuki nie przystoi urodzonemu wojownikowi. Takie zainteresowania czynią mężczyznę słabym. Dease słyszał, jak Beld wyrażał tę opinię. A fakt, że na ubitej ziemi Dease zawsze był górą nad Beldem, doprowadzał tamtego do szału.
- Wszyscy doszliśmy do tego wniosku, Ardenie. Beld wiedział, że nie pozwolę mu tego zrobić. Zastanawiam się, czy nie dlatego się zgłosił. Myślał, że nikt nie będzie podejrzewał człowieka, który podejmuje się popełnić zdradę i morderstwo. Tymczasem wszyscy nabraliśmy podejrzeń. Postaram się nie odwracać plecami do kuzyna Belda.
- Samul i ja będziemy mieć go na oku, kuzynie - rzekł Arden. - Zawarliśmy umowę na wypadek, gdyby po śmierci Torena przydarzyło ci się jakieś nieszczęście. Nie pozwolimy, aby Beldor został następcą. Nigdy.
Słysząc to, Dease zamknął oczy. Ogarnął go głęboki smutek. Oto skutki decyzji, jaką podjęli tego popołudnia na Letnim Wzgórzu.


Dodano: 2006-04-22 16:41:49
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Kulawego szermierza"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS