NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"

Ukazały się

Wlazło, Alicja - "Iskra"


 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

 Kuang, Rebecca F. - "Wojna makowa" (zintegrowana)

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Kuang, Rebecca F. - "Wojna makowa" (miękka)

Linki

Duncan, Dave - "Groźne wiry morza"
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Duncan, Dave - "Człowiek ze słowem"
Tytuł oryginału: Perilous Seas
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Data wydania: 2002
ISBN: 83-89004-16-X
Oprawa: miękka
Format: 115 x 185 mm
Liczba stron: 480
Cena: 29,00 zł
Tom cyklu: 3



Ducan, Dave - "Groźne wiry morza"

W całym Imperium nie było prowincji, która bardziej niż wyspa Kith zasługiwałaby na miano kwitnącej. Odkąd podbito ją w epoce ekspansji za panowania dziesiątej dynastii, stanowiła najważniejszy impijski bastion na Morzach Letnich.
Miała bogate kopalnie i żyzne ziemie uprawne. Była też liczącym się ośrodkiem transportu morskiego. Od czasu do czasu tajfun powodował pewne szkody bądź też smoki mogły spustoszyć północno-wschodni brzeg, lecz zachodniego wybrzeża podobne klęski nie nawiedzały już od stuleci. Położone tam miasto Finrain nie tylko było najludniejsze i najbogatsze na wyspie, ale Stanowiło też jej największy port.
W portach nie sposób się było obejść bez marynarzy, a najlepszymi z nich byli jotnarowie. Impowie mieli pod dostatkiem powodów, by czuć się niepewnie w obecności przedstawicieli tej rasy, dlatego stanowczo zachęcali członków załóg zawijających do Finrain statków, by zatrzymywali się na stałe w Durthingu. Leżał on parę godzin drogi na południe � wystarczająco blisko, by byli pod ręką, lecz na tyle daleko, by ich gwałtowne instynkty nie wyrządzały szkody samemu Finrain ani jego obywatelom.
Durthing był również domem dla garstki trollów. Większość z nich stanowili potomkowie niewolników sprowadzonych z Gór Rozległych, a to dlatego, że na wyspie ta rasa praktycznie wyginęła po nastaniu rządów Imperium. Mieszkało tam też trochę mieszańców oraz, rzecz jasna, gnomowie, którzy dbali o kwestie sanitarne, a nawet garstka impów. Niemniej każdy imp, który decydował się na życie w jotuńskiej osadzie musiał mieć do tego bardzo istotne powody � takie, o jakich lepiej było nie mówić.
Ostatnio zamieszkał tam młody marynarz mieszanego, faunio-jotuńskiego pochodzenia. Choć nabył go za olbrzymią sumę jako niewolnika Gathmor, nowy kapitan Tancerza Burzy, później obdarzono go wolnością posiadającą jednak pewne granice. Byłoby przesadą twierdzić, że jego towarzysze na zmianę mieli na niego oko, ale? Cóż, był dobrym chłopakiem i nigdy nie brakowało mu towarzystwa. Co prawda nie okazywał zainteresowania możliwością ucieczki, ale był stanowczo zbyt cenny, by pozwolić mu na znalezienie okazji. Impowie ponadto słynęli ze wścibstwa, a z Durthingu wiódł tylko jeden lądowy trakt i przechodził on obok posterunku imperialnej armii.
Nawet najbardziej zaślepiony z jego mieszkańców nie mógłby nazwać Durthingu miastem. Zaledwie zasługiwał na miano wioski, gdyż jego chaty i walące się domostwa były rozrzucone bezładnie na zboczach płytkiej kotliny o kształcie misy. Jedyne zakłócenie jej symetrii stanowiła przełęcz, przez którą dawno � przed czasami najstarszych Bogów � wdarło się morze. Czysta, spokojna woda i gładki piasek, na który można było wyciągać statki, czyniły z niemal zupełnie okrągłej zatoki jeden z najlepszych portów w całej Pandemii. Ze zboczy spływały trzy małe strumienie, morze obfitowało w ryby, a klimat był idealny. Z reguły około tuzina statków zarzucało tu kotwicę lub leżało wyciągnięte na brzeg. Na ogół też jeszcze dwa lub trzy były w budowie.
W Durthingu nie obowiązywały żadne formalne prawa dotyczące własności gruntów, gdyż w ogóle nie było tu formalnych praw. Morze stawiało wysokie wymagania i gdy tylko ukradło mężczyznę jakiejś rodzinie, jego dom szybko porzucano na pastwę zielska i połykał go skarłowaciały las.
Owdowiała kobieta musiała natychmiast znaleźć sobie nowego opiekuna, a jej dzieci na ogół i tak wkrótce umierały. Nawet wśród jotnarów niewielu mężczyzn było zdolnych zabić dziecko z zimną krwią, lecz jeszcze mniej było takich, którzy dbaliby zbytnio o bachory spłodzone przez poprzednika. Sprawę załatwiały zaniedbanie i obojętność albo ataki bezmyślnego, pijackiego szału. Wdowę, która nie znalazła sobie nowego obrońcy, szybko przepędzały inne kobiety, by pochłonęły ją koszmarne slumsy Finrain.
Każdemu złu odpowiadało jednak jakieś dobro, jak mówili kapłani, i dzięki temu nowo przybyli nie mieli trudności ze znalezieniem lokum. Mogli wybrać sobie miłe miejsce niezbyt daleko od jednego ze strumieni i wybudować tam dom swych marzeń albo po prostu wprowadzić się do któregoś z opustoszałych budynków. Wybór był szeroki: impijskie drewniane chaty; niskie, mroczne, pokryte darnią nory nordlandzkiego typu, jakie lubili jotnarowie, albo bezładne skupiska murów wznoszone przez trollów. Było też trochę porzuconych gnomich jam, lecz tych unikały nawet szczury.
Faun wybrał sobie starą, oddaloną od innych chatę z bali. By uczynić ją zdatną do zamieszkania, wziął się do roboty, jednocześnie wdrażając się do życia marynarza, a po każdym rejsie wprowadzał nowe udoskonalenia. W tym błogim, łagodnym klimacie miesiące mijały niepostrzeżenie. Wiosna przeszła już w lato.
Daleko na wschodzie, pod palącym słońcem, szlak karawan biegł z wielkiego portu Ullacarn na wschód przez podgórze Progistów, po czym skręcał na północ, by rozgałęzić się, podzielić i przerodzić w gmatwaninę ścieżek wiodących na Pustynię Centralną. Jedyne przejście prowadzące między piaskiem a górami, znane było kupcom jako Rękawica, a jego strażnicy nazywali je Rzeźnią. W niektórych miejscach szlak był tak wąski, że poganiacze jadący ku morzu mogli wykrzykiwać obelgi bądź słowa pozdrowienia do tych, którzy kierowali się w głąb kraju, podczas gdy dzwonki ich wielbłądów odgrywały wspólnie małe rondo. Przechodziło tędy wiele kupieckich karawan, choć nie aż tyle, ile próbowało tego dokonać, gdyż w całym regionie podstawową formę zatrudnienia stanowił bandytyzm. Nazwy przełęczy mówiły same za siebie: Przełęcz Kości, Ucho Igielne, Jednego Mniej, Krwawe Źródło, Wysoka Śmierć, Niska Śmierć, Mielec Myszołowa i Osiem Ofiar.
Na obu końcach Rękawicy można było wynająć dodatkowych strażników, ale w ich żyłach mogła jednak nie płynąć prawdziwie królewska krew. Autentyczni zabójcy lwów nie ufali im więc w najmniejszym stopniu i mieli do tego poważne powody.
Po wielu tygodniach podróży przez pustkowia Zarku karawana, którą prowadził czcigodny szejk Elkaratha, dotarła wreszcie do Rękawicy. O kilka dni niebezpiecznej podróży przed nimi leżało piękne miasto Ullacarn oznaczające odpoczynek, zysk i zasłużone wygody. Wielbłądy, które uprzednio niosły artykuły pierwszej potrzeby dla skromnych mieszkańców głębi kraju � łopaty i oskardy z mocnej krasnoludzkiej stali, cudowne elfie barwniki czy mocną lnianą przędzę � teraz obładowane były produktami witanymi przez resztę Pandemii jako luksusy: wełną z górskich kóz oraz utkanymi z niej jaskrawymi dywanami, nieszlifowanymi szmaragdami czy wytrzymałymi strojami ze skóry bądź wielbłądziej sierści wyrabianymi przez skromnych, często głodnych ludzi, których jedynym bogactwem były nieograniczone zasoby czasu.
W ciągu swego długiego życia szejk wiele razy przechodził przez Rękawicę. Spotykał się tam niekiedy z przemocą, lecz nigdy dotąd nie poniósł żadnych strat w ludziach czy dobytku. Gdy nalegano, by wytłumaczył swe godne uwagi szczęście, uśmiechał się tylko tajemniczo pod śnieżnobiałą brodą i mówił coś o czujności oraz przestrzeganiu przykazań świętych ksiąg. Tym razem także był przekonany, że podróż okaże się równie spokojna; wszak jego grupa nie była liczniejsza czy bogatsza niż zwykle.
Korpulentny i dostojny szejk Elkarath siedział wysoko na wielbłądzie, pogodnie przyglądając się prażonemu słońcem krajobrazowi spod przypominających śnieżne zaspy brwi. Wiodąc swą długą karawanę ku Oazie Wysokich Żurawi, znajdował się teraz w samym środku Rękawicy, na najbardziej niebezpiecznym odcinku. Wśród otaczających go nagich turni kryło się około tuzina mrocznych parowów znanych jedynie tubylcom, a każdy z nich mógł ukrywać grupę uzbrojonych bandytów. Blisko miejsca pobytu karawany, na północno-zachodnim horyzoncie rysowały się wyszczerbione szczyty Progistów.
Na maleńką osadę leżącą w dolinie pod nimi składało się kilka tuzinów domów z niewypalanej cegły, staw z czystą wodą oraz około setki smukłych palm. Nie było tam kopalń, nie rodziło się zbyt wiele plonów, mimo to ludzie z Wysokich Żurawi byli dobrze odżywieni i zamożni, a w ich stadach widziało się wiele pięknych wielbłądów. Wśród innych ludów opinię perfidnych mięli wszyscy dżinnowie, lecz między mieszkańcami samego Zarku z tej cechy słynęli ludzie z Wysokich Żurawi.
Kierując się wieloletnim doświadczeniem, szejk Elkarath przewidywał wieczór korzystnego handlu. Zawsze przywoził ze sobą do Wysokich Żurawi złoto, ponieważ tamtejsza starszyzna nie przyjmowała nic innego w zamian za oferowane przez siebie klejnoty, wyroby oraz inwentarz. Dopytywanie się o źródło ich bogactwa byłoby ordynarną nieuprzejmością oraz obłąkaną lekkomyślnością.
Za szejkiem, równie wysoko w siodle, podążał dowódca jego strażników. Zgodnie ze starożytną tradycją wielbłądzich szlaków zawsze tytułowano go Pierwszym Zabójcą Lwów. W tym przypadku anonimowość była szczególnie cenna, albowiem ów okazały młody człowiek był sułtanem Arakkaranu, Azakiem, i można było za niego uzyskać � dosłownie � królewski okup. Jadąca znacznie bliżej końca karawany młoda kobieta podająca się za jego żonę była królową Inosolan z Krasnegaru. Ona jednak nie przyniosłaby przeciętnemu porywaczowi nic poza krótkotrwałą cielesną satysfakcją. Dla opiekunów, czworga nadprzyrodzonych strażników świata, była najwyraźniej warta znacznie więcej.
Szejk Elkarath nie zamierzał jednak podczas wizyty w Oazie Wysokich Żurawi rozmawiać o magii czy polityce.


Dodano: 2006-04-22 16:33:20
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"


 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

 Flint, Eric - "1632"

Fragmenty

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

 Lebbon, Tim - "Milczenie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS