NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gwynne, John - "Zgliszcza"

Harrison, Harry - "Przestrzeni! Przestrzeni!" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Le Guin, Ursula K. - "Dotąd dobrze"


 Hobb, Robin - "Przeznaczenie Skrytobójcy"

 Paolini, Christopher - "Widelec, Wiedźma i smok"

 Flanagan, John - "Powrót Temudżeinów"

 Bloch, Robert - "Psychoza"

 Campbell, John W. - "Coś"

 Hoffman, Alice - "Zasady magii"

 Butorin, Andriej - "Mutant"

Linki

Kochański, Krzysztof - "Baszta czarownic"
Wydawnictwo: Mag
Data wydania: Październik 2003
ISBN: 83-89004-53-4
Liczba stron: 288



Kochański, Krzysztof - "Baszta czarownic"

SOBOTA. Herbaciarnia w Spichlerzu Richtera.
Gość siedział w kącie baru, na ostatnim w rzędzie wysokim stołku. Miał na sobie wytarte niebieskie dżinsy i flanelową koszulę koloru dojrzałej wiśni. Skórzaną kurtkę przewiesił przez oparcie fotela.
Co pewien czas zerkał na zastygłą w posąg kobietę za kontuarem, wpatrzoną niewidzącymi oczami gdzieś w dal; kiedy na nią zerkał, na jego przystojnej, choć niemłodej już twarzy pojawiał się słaby uśmiech. Trwało to tylko moment, bo zaraz mężczyzna powracał spojrzeniem do szklanki, do której z wielkiego kielicha dolewał porcję wina, a potem z butelki taką samą ilość pomarańczowego płynu. Powolnym haustem, bez oddechu, wypijał powstałą mieszankę, by po jakimś czasie powtórzyć całą ceremonię od początku. Wino było wytrawne, czerwone. Na butelce z gazowanym napojem żółcił się napis „Mirinda“.
Nie licząc tych dwojga, w lokalu było pusto, ale nie wyglądało na to, żeby brak klientów był odpowiedzialny za melancholię stojącej za barem kobiety, wciąż nieruchomej i smutnej.
Z kantorka szefa, dzierżawcy lokalu, dobiegała muzyka Wagnera. Szef nie cierpiał Wagnera. Dlatego słuchał go zawsze, ilekroć siadał do deklaracji rozliczeniowych z Urzędem Skarbowym.
–Dlaczego pani jest smutna? – zapytał mężczyzna.
–Proszę? – Kobieta zwróciła ku niemu piękną twarz. Była bardzo młoda, zapewne niewiele po dwudziestce. Czarne włosy, spięte z tyłu w kok, lśniły w blasku palących się świeczek, wskutek czego wyglądały, jakby były mokre.
–Pytam, dlaczego pani jest smutna?
–Nie jestem smutna. Ja tylko tak wyglądam. Zawsze tak wyglądam.
–Tak poważnie?
–Właśnie.
–Doskonale – skwitował mężczyzna, nie precyzując, czy wyraża tym słowem zadowolenie co do samopoczucia swej rozmówczyni, czy też może raczej pochwala fakt jej dostojnego wyglądu.
Trzasnęły drzwi i do herbaciarni weszło dwóch młodzieńców, głośnych, wyraźnie czymś rozbawionych. Zamilkli na chwilę, rozglądając się po niewielkim pomieszczeniu.
–Dwa żywce! – zawołał jeden z nich. Usiedli przy stoliku.
–Piwa nie prowadzimy. To jest herbaciarnia – rzekła barmanka.
–A ten? Co pije? – Młodzieniec bezceremonialnie wskazał na mężczyznę we flanelowej koszuli.
–Podajemy wino – odpowiedziała dziewczyna. – Wyłącznie w kieliszkach – zaznaczyła.
–Może być. Trzy razy.
Ożywione nagle ciało barmanki wykonało rutynowy taniec wokół butelek i kieliszków, i za moment szła już ku przybyszom, z trzema lampkami wina na srebrnej tacy.
–Jedna dla ciebie – rzekł do niej chłopak w trykotowej koszulce, opinającej umięśniony tors.
–Dziękuję. Nie piję wina.
Dziewczyna odsunęła się, zabierając pustą tacę. Zdążyła wrócić na swoje miejsce za barem, nim chłopak, przygniatany drwiącym spojrzeniem swego towarzysza, zdołał zdobyć się na odpowiedź:
–Szkoda! – krzyknął. – Łatwiej byłoby cię przelecieć!
Oparł się plecami o krzesło, wyraźnie z siebie zadowolony. Jego kolega zaśmiał się z demonstracyjną aprobatą. Obaj chwycili za kieliszki. Pili, jakby rzeczywiście było w nich piwo. Obserwowali się przy tym wzajemnie, może wyczekując, który wytrzyma dłużej.
–Nie powinniście panowie w ten sposób zwracać się do kobiety – odezwał się nieoczekiwanie siedzący przy barze mężczyzna.
Młodzieńcy odstawili opróżnione do połowy kieliszki. Patrzyli sobie w oczy.
–Maciusiu, mówiłeś coś? – zapytał ten o wyglądzie kulturysty.
–Nie, nic, Areczku. To, zdaje się, ty mówiłeś...
–Ja? Nic podobnego. Milczałem jak grób.
–No to kto...? – Obaj, jak na komendę, spojrzeli w stronę baru.
–A może ty coś mówiłeś, dziadek?
–Zgadza się – potwierdził mężczyzna, akceptując widać fakt pokoleniowego przekwalifikowania, choć wyglądał najwyżej na czterdzieści lat. – Zwracałem panom uwagę na nieuprzejme słowa. Jak sądzę, zostały wypowiedziane przez pomyłkę, zapewne wskutek niefortunnego przejęzyczenia. Tak to już bywa, że człowiek czasami się gubi, plecie jakieś bzdury, a gdy potem nagle uzmysłowi sobie, w jak grubiański sposób się zachował lub, co gorsza, jakiego zrobił z siebie idiotę, wtedy jest mu przykro, pragnie przeprosić, ale jest za późno. Zatem zdecydowałem się na interwencję, aby zaoszczędzić panom wstydu i wyrzutów sumienia. Możecie przeprosić już teraz.
Młodzieńcy wyglądali, jakby nie bardzo wierzyli, że to, co słyszą, dzieje się naprawdę.
–Wiesz co, dziadek? – odezwał się w końcu kulturysta Arek. – Zmieniłem zdanie co do tej panienki. Dzisiaj przelecę ciebie.
Wstali z miejsc równocześnie, jak na komendę niewidzialnego dowódcy, i skierowali kroki w stronę baru.
Mężczyzna uniósł czujnie brwi, odstawił szklankę na blat.
–Gdzie?! – zawołał Maciek do barmanki, przesuwającej się w stronę kantorka, z którego wciąż sączył się niestrudzenie wagnerowski ton. – Rusz się tylko, a wytłuczemy tu wszystko. – Wskazał na półki, zastawione po brzegi słoiczkami z gatunkowymi herbatami i różnego rodzaju zabytkowymi drobiazgami. – A on i tak dostanie co jego!
–Zgoda – rzekł mężczyzna, nie ruszając się z barowego stołka, chociaż Arek wisiał już nad nim, prezentując mięsień dwugłowy prawego ramienia. – Niech każdy dostanie co mu się należy. To dla was! – Wyciągnął rękę, podsuwając ją pod twarz chłopaka.
Dłoń była pusta.
Arek odsunął się odruchowo, zaraz jednak odrzucił rękę szybkim uderzeniem. Drwina spełzła z młodzieńczej twarzy, ustępując miejsca wściekłości.
Barmanka cofnęła się, wyraźnie przestraszona.
–Zostawcie go! Zosta... – nie dokończyła. Napastnik nie uderzył po raz drugi. Wciąż stał w tym samym miejscu, twarzą w twarz z nieznajomym, ale ręka, którą uniósł do ciosu, opadała powoli, z dala od celu w jaki mierzyła.
–Aaasss... – syknął kulturysta Arek. – Skur... czybyk... chyba ma sygnet... – Marszczył twarz w wyraźnych skurczach bólu.
–Co jest?! – Maciek przyskoczył do kumpla. – Coś mu zrobił, palancie je... – Urwał.
Nieznajomy pokazał dłoń.
–Nie mam sygnetu – oznajmił. – Przypatrz się, nie mam.
Młodzieniec zatrzymał się w pół kroku.
–Boisz się? – Mężczyzna popatrzył drwiąco. – Boisz się dotknąć mojej ręki? Przecież prócz tego, co ci się słusznie należy, nic tam nie ma. Nie ma, prawda?
Maciek się zawahał. Popatrzył w bok, na kolegę – nadal stękającego, przykurczonego, przyciskającego do klatki piersiowej kontuzjowaną kończynę – potem w drugą stronę, na oniemiałą dziewczynę za barem, obserwującą okrągłymi oczami nieoczekiwany obrót wydarzeń.
–Boisz się? – powtórzył nieznajomy ściszonym głosem. Było oczywiste, że drażni się z przeciwnikiem, testuje go, a nawet podpuszcza, jak małe dziecko.
I jak dziecko Maciek dał się sprowokować. Zamachnął się, ale mężczyzna był szybszy. Wykonał błyskawiczny ruch, ledwie muskając splot słoneczny przeciwnika, i już siedział z powrotem wyprostowany, trzymając kieliszek z winem. Nalał porcję trunku, sięgnął po mirindę i uzupełnił szklankę taką samą ilością napoju. Łapczywie przełknął zawartość. Był lekko zdyszany, choć przecież w zasadzie nie ruszał się z miejsca.
Sytuacja obu młodzieńców nie przedstawiała się najlepiej. Arek przestał wreszcie stękać, ale grymas bólu nie opuszczał jego twarzy, a prawa ręka wciąż drżała, jakby dotknęły jej starcze drgawki. Maciek leżał na podłodze, w pozycji embriona i trzymał się za brzuch. Już raz w życiu czuł taki ból i podobnie nań reagował; było to trzy lata temu i nazywało się ostrym atakiem wyrostka robaczkowego. Ale ten wyrostek został wtedy rutynowo wycięty przez chirurga miejscowego szpitala, więc z pewnością nie był dziś przyczyną cierpienia.
–Wezwać policję? – Zdezorientowana barmanka rozglądała się niezdecydowanie.
–Chyba to nie będzie potrzebne – odpowiedział mężczyzna przy barze. – Oni przeproszą...
–Nie. Nie trzeba. Niech idą. Niech znikają i nie pokazują się więcej.
Mężczyzna wyglądał na zaskoczonego.
–Mają odejść? Mamy ich tak zostawić? Przepraszam, ale to... nieludzkie. Nie zachowali się najgrzeczniej, to prawda, ale żeby zaraz odbierać im szansę... Przecież ci młodzi ludzie cierpią. Jestem pewien, że chętnie przeproszą.
Cień, który pojawił się na twarzy dziewczyny, w jednej chwili zmył z niej ślady sympatii.
–Oh! – wykrzyknęła, mocno wzburzona. – Jest pan taki sam jak oni. Co ja tu robię?! – Cisnęła niewidzialnym przedmiotem. – Co robię w tym cholernym bajzlu?
Mężczyzna poderwał się ze stołka. Wyglądał na szczerze zakłopotanego.
–Przepraszam – rzekł, wyraźnie akcentując każdą sylabę. – Źle mnie pani zrozumiała. Zapewniam, że źle. Proszę poczekać. Nie denerwować się i poczekać...
Pochylił się nad leżącym Maćkiem i pomógł mu wstać.
–Przeproś, chłopie – szepnął mu do ucha. – Przeproś, to przestanie boleć. Słowo honoru, przestanie boleć.
–Spadaj, palancie! – Maciek odepchnął go brutalnie. Rzucił jakieś niewybredne przekleństwo i pociągając za sobą Arka, powlókł się ku wyjściu.
–Nie wiem, czy będę tu jutro! – zawołał za nimi nieznajomy. – Co tam ja! Jutro może tu nie być tej pani. Jeśli nie przeprosicie dzisiaj, okazja może się nie trafić do końca życia. Hej! Czy wy mnie w ogóle słyszycie?!
–Jezu! – zawył Arek, zahaczywszy bolącą ręką o framugę drzwi.
Maciek skulił się i wyglądało na to, że zwymiotuje, ale zaraz podniósł się, szarpnięty przez kolegę. Zniknęli za drzwiami.
W herbaciarni zapadła cisza.
–Mam nadzieję, że pan również wyjdzie – powiedziała zimno dziewczyna.
–Mogę wypić do końca wino?
–A pij pan! – Odwróciła się na pięcie. Przez pewien czas stała do niego tyłem, choć gdyby wiedziała (pamiętała), jak wygląda z tej perspektywy, w swej czarnej, ciasno opiętej na udach sukience, zapewne wybrałaby inną pozycję.
Mężczyzna sączył wino, systematycznie mieszając je z mirindą w równo odmierzanych proporcjach.
–Czy coś się stało? – Drzwi kantorka uchyliły się i w szczelinie ukazała się głowa szefa. Symfoniczne dźwięki wagnerowskiej tuby odbiły się od muru z czerwonej cegły, stanowiącej znaczną część wystroju lokalu.
–Stało się! – odparła barmanka. – Pewnie, że się stało.
–No bo... – głos szefa brzmiał niepewnie. – Taka tu cisza.
–Ty nie zaglądaj tu, jak jest cisza. Zaglądaj, jak jest hałas!
Właściciel herbaciarni wzruszył ramionami, po raz nie wiadomo który żałując, że brata się z personelem, i schował się w kantorku. Barmanka poprawiała stojące w krystalicznym szyku szklanice, doskonale wyrównane już wcześniej; najwyraźniej musiała się czymś zająć. Ani razu nie spojrzała na speszonego mężczyznę przy barze, a i on nie patrzył na nią.
Ktoś wszedł do lokalu.
Odwrócili się równocześnie, z ulgą, że wreszcie czas ruszył z miejsca. W drzwiach stał Maciek. Twarz miał koloru kości słoniowej, oczy podkrążone. Obie ręce trzymał splecione na brzuchu; kiwał się, niczym japoński bushi przed swym panem.
–Ja... – Wykrzywił cierpiętniczo twarz. Stęknął z bólu. – Co pan mi...?
W dziwacznych podskokach dotarł do najbliższego stolika, oparł się o blat.
–Wiesz, co trzeba zrobić – powiedział mężczyzna. – Po to wróciłeś, prawda?
–Ale przecież to nie ja... To Arek...
–Nie rozumiem, dlaczego to dla was takie trudne – skomentował smutno mężczyzna. – Przecież to żaden wstyd przepraszać. Osobiście wolałbym sto razy przeprosić, niż odezwać się w sposób niechlubny. Zaraz, jak to było...?
–Przepraszam! – wszedł mu w słowo Maciek.
–Idioto, przecież nie mnie!
–Przepraszam panią... Tak naprawdę to my wcale... – Niespodziewanie chłopak zamilkł. Wyprostował się i z niedowierzaniem rozejrzał po herbaciarni, jakby nagle znalazł się tu po raz pierwszy w życiu.
–O jasna cholera! – Ostrożnie dotknął palcami brzucha. Nacisnął, rozciągając usta w mimowolnym uśmiechu. Zarechotał głośno, niczym przedszkolak, u którego mutacja pojawiła się ładnych kilka lat za wcześnie.
–Nic nie czuję – wykrztusił, zachwycony.
–Oczywiście – odparł mężczyzna. – Ból nie tkwił w brzuchu. Tkwił tutaj. – Postukał się w skroń wskazującym palcem.
–To kawał, prawda? – odezwała się barmanka. Prawą dłonią poprawiła swe nieskazitelnie czarne włosy. – Robicie mnie w konia! Zmówiliście się, tak?
Milczeli.
–Czekam na cholerne wyjaśnienie! – nalegała dziewczyna.
–Dlaczego cholerne? – zapytał Maciek, wciąż błogo się uśmiechając. Żółtawa bladość powoli znikała z jego twarzy.
Barmanka wzruszyła ramionami. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale ubiegł ją nieznajomy:
–A ten drugi?
Pytanie było skierowane do Maćka. Młodzieniec uciekał ze wzrokiem, a jego uśmiech znacznie przygasł.
–Nie wiem... Szycha... to znaczy, Arek... On bywa zawzięty.
–Lepiej, żeby przyszedł. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że dzisiejszy dzień jest ostatnim dniem pracy tej pani jako barmanki.
–Hola! – zaprotestowała zdecydowanie dziewczyna. – Chyba ja sama lepiej... – przerwała, by po chwili zapytać westchnieniem. – To jakaś nowa sztuczka? Znowu pan zaczyna?
–Czy jeśli... – Maciek nie zwrócił uwagi na jej słowa. Wyczekująco wpatrywał się w twarz mężczyzny przy barze. – To nie minie samo, prawda?
–Nie minie.
–W takim razie chyba po niego pójdę. – Maciek kiwnął kilkakrotnie głową. Pociągnął nosem. – Jak zobaczy, że ze mną jest okej... – Uśmiechnął się szerzej.
–Idź. Dobrze by było, gdyby zdążył wrócić.
Maciek westchnął. Zamrugał, po czym, otworzył usta, jak gdyby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie zmienił zdanie. Jednak, będąc już przy drzwiach, odwrócił się.
–Jak pan to zrobił?
–Nie powiem ci – odparł mężczyzna.
Maciek westchnął raz jeszcze, uśmiechnął się przepraszająco i wyszedł.
Przez dłuższy czas posągowa barmanka przypatrywała się w milczeniu samotnemu klientowi herbaciarni, popijającemu wino z gazowanym napojem. On najpewniej czuł na sobie jej wzrok, lecz ani przez chwilę nie dawał tego po sobie poznać. Sączył drinka z aktorską obojętnością.
–Więc jak pan to zrobił? – spytała.
–Już nie myśli pani, że byliśmy w zmowie?
–Sama nie wiem.
–Jak to zrobiłem? – powtórzył mężczyzna z cokolwiek zdziwioną miną. – Mógłbym wyjaśnić to i owo, ale wytłumaczyć... Nie. Tego się chyba nie da wytłumaczyć. Przynajmniej dopóki nie poznamy się lepiej.
Odwróciła się na pięcie i wyprostowała. Rysy sfinksowej twarzy się wygładziły.
–Nie jest pan dla mnie za stary? – powiedziała, wypatrując czegoś za oknem, za którym uśpiona sygnalizacja świetlna mrugała pomarańczowym światłem.
Wcale się nie oburzył, wręcz przeciwnie, znów wyglądał na zakłopotanego. Odstawił ze stukiem szklankę.
–Myli się pani – zaprotestował. – Ale to moja wina, jak najbardziej moja, powinienem przewidzieć, że mogę zostać opacznie zrozumiany. Wszystko przez to, że wciąż nie mogę opanować waszego sposobu myślenia...
–Waszego? – podchwyciła słowo.
–Dzisiejszych młodych ludzi.
–Ach! – Zerknęła na jego twarz. – Aż tak stary to znowu chyba pan nie jest. – Przymrużyła powieki, w piwnych oczach zamigotały iskierki. – Tak przed czterdziestką... Nie ma pan jeszcze czterdziestki, prawda?
–Czterdzieści? – zastanowił się. – Prawie pani trafiła.
Zaśmiała się.
–To takie śmieszne?
–Śmieję się, bo pan się zastanawiał. Jak można się zastanawiać nad swoim wiekiem?
Wzruszył ramionami.
–Już nie muszę się śpieszyć z tym winem?
–Nie musi pan.
–To dobrze. – Nadal mam nadzieję, że drugi chłopak jednak tu wróci. Wolałbym przy tym być.
Barmanka niecierpliwie pokręciła głową.
–Wyrzuty sumienia?
–Można tak to nazwać. Niepotrzebnie się odzywałem. Powinienem był milczeć. Poniosło mnie, przyznaję. To chyba przez ten alkohol.
Znowu ją rozśmieszył.
–Wypił pan zaledwie dwie lampki wina, w dodatku z mirindą. Co za pomysł pić wino z mirindą?
–To bardzo dobry zestaw. – Popatrzył na swoją szklankę, z zawartością koloru gnojówki. – Pewien człowiek twierdził, że wino w Słupsku pije się właśnie w ten sposób. Nabrał mnie?


Dodano: 2006-04-22 16:07:40
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Mutanta"


Wygraj "Dragon Age: Cesarstwo masek"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Abercrombie, Joe - "Ostrze"


 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Palmer, Ada - "Do błyskawicy podobne"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Komuda, Jacek - "Westerplatte"

 Crouch, Blake - "Rekursja"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

Fragmenty

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS