NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Sanderson, Brandon - "Wśród gwiazd"

Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

Ukazały się

Jaumann, Bernhard - "Sępom na pożarcie"


 Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks, W. - "Grombelardzka legenda" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Pani Dobrego Znaku" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Porzucone królestwo" (edycja limitowana)

Linki

Pacyński, Tomasz - "Wrzesień"
Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza RUNA
Data wydania: 2002
Oprawa: miękka
Format: 14,2x20,5
ilość stron: 296



Pacyński Tomasz - ''Wrzesień''

1.

Za Ostrowią szosa opada z niewielkiego wzniesienia i wchodzi w sadzone równo jak pod sznurek sosnowe lasy, resztki Puszczy Białej, wyrastające z podlaskich piasków, naznaczone łąkami i jałowymi polami. Rozrzucone gdzieniegdzie wsie to w istocie chałupy stojące przy spłachetkach uprawnej ziemi. Koślawe mostki i brody przecinają wąskie strugi, nadają się co najwyżej dla furmanki lub pędzonych jedna za drugą krów.
Wrzesień był suchy, nawet upalny. W ostatnie dni lata liście żółkły już i czerwieniały, a w coraz niżej świecącym słońcu srebrzyły się nitki babiego lata. Od tygodni nie spadła kropla deszczu. Leśna ściółka była sucha, a na łąkach stała wysoka, nieskoszona trawa.
Trawa wyschnie i poszarzeje do końca. Nie stanie w stogach, nikt nie zwiezie jej do stodół. Pochylą ją jesienne wiatry i słoty, a pierwsze śniegi przygną do ziemi.
Albo spłonie, jak na tej łące, aż do rowu melioracyjnego, gdzie płomienie musiały się zatrzymać, niewspomagane wiatrem, który przerzuciłby je nad wąską przeszkodą. Nie pomogło nawet paliwo lotnicze, spalony wrak samolotu tkwił zbyt daleko. Z pobocza drogi ledwie można było dostrzec godło jednostki na nietkniętym przez ogień, połyskującym w słońcu metalem usterzeniu.
Płomienie pochłonęły kadłub maszyny. W zwęglonym kręgu wypalonej ziemi sterczały wręgi kadłuba i zaryty głęboko okopcony blok silnika. Nienaruszone wydawały się jedynie końcówka jednego skrzydła i oderwany w chwili uderzenia ogon.
Siedzący na krawędzi przydrożnego rowu znużony żołnierz opuścił dłoń, którą osłaniał oczy przed nisko stojącym na niebie słońcem. Ostatnio oglądał zbyt wiele takich widoków. Nie wytężał nawet wzroku, by przekonać się, czy maszyna należała do pułku w Mińsku Mazowieckim, czy może w Radomiu.
Spoczywała tu co najmniej od dwóch tygodni. Od samego początku wojny, kiedy szybko wykruszyła się słaba obrona powietrzna. To w sam raz, by zdążył wystygnąć rozpalony dural, a wiatr rozsypał popioły. W sam raz, by kolumny pancerne przełamały opór i opanowały cały kraj. W sam raz, by przegrać wojnę.
Trochę więcej niż dwa tygodnie. Dokładnie - osiemnaście dni.
Żołnierz schylił się, dociągnął sprzączki buta.
Za stary na to jestem, pomyślał. Czuł ciężar swoich prawie pięćdziesięciu lat. Fizyczne zmęczenie, głód, ból otartych stóp i stawów, odzywający się tępo po nocach pod gołym niebem, które dobre może były dla zająca w bruździe, ale nie kapitana rezerwy.
- Na co mi, kurwa, przyszło - mruknął, mocując się z oporną sprzączką.
Buty nie były najlepsze, jak wszystko, co fasowali rezerwiści i ochotnicy. Broń pamiętała czasy tuż po poprzedniej wojnie. Oporządzenie, któremu daleko było do regulaminowego, stanowiło dziwną zbieraninę remanentów gromadzonych skrzętnie przez zapobiegliwych sierżantów. A buty, przechowywane latami w jakimś przepastnym magazynie, nie były przystosowane do kontaktu z kurzem i błotem.
Wyfasowanej broni już dawno nie miał. Gdy wystrzelał, zresztą Panu Bogu w okno, wszystko, co miał w ładownicach, okazało się, iż żadna z ocalałych służb logistycznych nie dysponuje nabojami tego kalibru. Z czystym sumieniem cisnął więc karabin do rowu, tym bardziej że w rekrutacyjnym bałaganie nikt nie wpisał do książeczki numeru broni. Wziął nowy, radomski karabinek, do którego amunicji było ile dusza zapragnie.
Trzeba się ruszyć, pomyślał niechętnie, przyglądając się popękanej podeszwie buta. Zejść z tej drogi, wygodnej wprawdzie, wiodącej prosto do celu, ale niezbyt bezpiecznej. Iść dalej lasem, oni unikają lasu, wolą wojować na drogach lepszej kategorii.
Trzeba ruszać... Z rozsądkiem walczył ból i znużenie, które towarzyszyły mu we wszystkie dni samotnego przedzierania się spod Mławy, przez zajęty już obszar. Samotnego odwrotu, odkąd na wycofującą się w nieładzie, przemieszaną z wozami uchodźców kolumnę spadły z pustego nieba myśliwce.
Trzeba ruszać... Z wysiłkiem wstał i narzucił na ramiona ciężki, także pochodzący chyba z poprzedniej wojny szynel, urągliwie zwany szynszylem. W ciężkim płaszczu w tę pogodną jesień było potwornie gorąco. Ale przydawał się podczas zimnych nocy, srebrzących się nad ranem rosą, która wkrótce przemieni się w szron. A w lesie, gdy trzeba spać pod zwisającymi do samej ziemi łapami świerków, na pachnącym, sprężystym materacu z igliwia, był wręcz niezbędny. W lesie, który po raz kolejny w naszej popieprzonej historii stawał się ostatnim schronieniem.
Nie zrolował płaszcza, nie przypiął do plecaka. Pod płaszczem można było ukryć karabinek, myśliwskim sposobem zawieszony na ramieniu lufą w dół. Ten sam, który na nic mu się nie przydał w ostatnim starciu, gdy wtulał się w ziemię przed sunącym nań potworem. Broń szarpała się wstrząsana podrzutem, pociski krzesały na pancerzu iskry, a w głowie kołatał się ponury dowcip, krążący w kompanii od samego początku wojny. O tym, jak to kapral szkolił rekrutów w zwalczaniu czołgów. Ano, pchać bagnetem w te śpare...
"Śpary" nie było. Zamiast niej ujrzał połyskujące pancerne szkło peryskopu, widoczne doskonale, gdy czołg zatrzymał się kilka metrów przed płytkim okopem, na którego dnie się skulił. Chropawy pancerz pokryty plamami kamuflażu przypominał gadzią skórę, powyginane błotniki, błyszczące traki gąsienic, zawieszone tuż nad okopem, w każdej chwili mogły wgnieść w ziemię tę małą bryłkę mięsa i oporządzenia, w którą się zamienił.
Zobaczył błysk i cofającą się lufę działa, a potem poczuł miękkie uderzenie w twarz i zdziwienie, że nie słyszy huku. Ostatnie, co pamiętał, to pułk grenadierów pancernych przetaczający się przez ich pozycje.
Narzucił plecak i podskoczył w miejscu, by sprawdzić, czy nie brzęczy oporządzenie. Uśmiechnął się krzywo. Nabrał nawyków, a przecież minęło zaledwie kilka dni. Szybko... Inna sprawa, że ci, co ich nie nabyli, już raczej nie będą mieli okazji.
"O Jezu, panie kapitanie...". Szybko awansował, zaledwie w tydzień z podporucznika rezerwy do stopnia kapitana, dowódcy batalionu. Całkiem nieźle jak na rezerwistę. Przed popadnięciem w dumę uchroniło go, iż z batalionu dałoby się wtedy uzbierać niepełny pluton.
Dowodzenie nie trwało zresztą długo. Zdążył zorganizować obronę jakiejś bezimiennej wioski, bo mapnik diabli wzięli razem z poprzednikiem, po którym został tylko duży lej w ziemi i pasek, właśnie od owego mapnika, bo z samego dowódcy nie zostało nic, co dałoby się zidentyfikować. Beznadziejną walkę nakazał po trzeźwej uwadze sierżanta: "Kurwa, już nie ma dokąd spierdalać". A kapitulacja przed rozwijającymi się właśnie do natarcia nieprzyjacielskimi czołgami rokowała niewielkie nadzieje wobec stosowanej przez nie taktyki, która polegała najpierw na ostrzale wszelkich potencjalnych miejsc oporu, potem zaś na frontalnym ataku. Przeciwnik nauczył się tego szybko, nie napotykając obrony przeciwpancernej i po szybkiej eliminacji nielicznych przestarzałych czołgów.
Jedynym wyjściem było ukrycie się w możliwie najlepiej osłoniętych miejscach i przeczekanie ostrzału. Czołgi rozjechały w końcu wioskę, pozostawiając za sobą rozrzucone, płonące belki chałup i rozwalone kominy. Potem ruszyły dalej, nie poświęcając uwagi pozycji, z której padły nieszkodliwe strzały. Nieprzyjaciel nie zawracał sobie głowy jeńcami, parł dalej na wschód, by zgodnie założeniami uchwycić jak najwięcej terenu. Dopiero później mieli nadejść ci, którzy zajmą zdobyty obszar.
Nie pamiętał, jak w zasnutej dymami pożarów wiosce zebrała się resztka batalionu, z którego pozostała zaledwie drużyna, ani jak podniesiono go z rozrytego gąsienicami okopu. Ocknął się dopiero na skrzyni trzęsącej się ciężarówki, na wyboistej, wypełnionej uchodźcami drodze.
"O Jezu, panie kapitanie...". Wykrzywiona grymasem twarz młodego żołnierza w przekrzywionym hełmie na tle ciemniejącego nieba, które zaraz rozpali się ogniem wybuchów... Jak zatrzymana w kadrze ciemna sylwetka samolotu...
Dość wspomnień. Pora zejść z drogi, pomyślał znowu.

*

Za Ostrowią droga opada w dół z niewielkiego wzniesienia. Biegnie prosto aż do zakrętu za samotną leśniczówką albo gajówką. Podszyty jałowcami las gęstnieje, znikają akacje i zdziczałe śliwy ałycze, porastające rowy w pobliżu miasta.
W prawo odchodzi porządny szutrowy trakt, wiodący przez Nagoszewo i Turkę aż do Broku, do mostu na Bugu. A właściwie do miejsca po nim, ponieważ podzielił los większości mostów, zniszczonych w pierwszych godzinach wojny, gdy bomby spadły na przeprawy.
Nieważne, pomyślał, maszerując po chrzęszczącym żwirze. Lato suche, Bug nie jest głęboki. W czasie wakacyjnych wypraw w zamierzchłych, przedwojennych czasach, poznał miejsca, gdzie rzekę można przejść w bród, zwłaszcza przy niskim stanie wody. Pamiętał też typowe podlaskie łódki. Wąskie pychówki z sosnowych, smołowanych desek, ukrywane w nadbrzeżnych zaroślach, przykute łańcuchami do pni rosnących nad brzegiem olch. Może jakąś znajdzie.
Słońce stało jeszcze wysoko. Miał nadzieję, że przed zmierzchem dotrze nad rzekę, do której pozostało tylko dwanaście kilometrów, nieco dalej niż wygodną, acz niebezpieczną szosą. Zamierzał zejść z szutrowej drogi i ruszyć skrajem lasu. Nie przypuszczał, by wróg obsadził tak nieistotne, leżące na uboczu miejscowości, ale należało się obawiać patroli zmotoryzowanych. Prawda, w Turce jest szkoła... Duża, znakomicie nadająca się na punkt łączności albo posterunek opl. Tym bardziej trzeba ją ominąć.
W lesie było chłodniej, ciężki płaszcz za bardzo nie dokuczał. Zbity i wilgotny żwir pod nogami już nie chrzęścił, droga biegła właśnie niższymi, bagnistymi partiami lasu, mokro tu było nawet w samym środku upalnego lata. Uśmiechnął się, przygryzając wargi, przyjeżdżał tutaj na grzyby, albo po prostu mijał to miejsce, gdy udawał się do Ostrowi po zakupy.
Las tłumi odgłosy, a rozmyślania nie sprzyjają ostrożności. Gdy wspominał, jak kiedyś, właśnie w tym miejscu, oparł rower o drzewo i rozciągnięty na mchu spoglądał długo w snujące się po błękitnym niebie cumulusy, zachrzęścił szuter pod oponami szybkiego pancernego wozu rozpoznawczego.
Zamarł na środku drogi, zdając sobie sprawę, że za późno, by uskoczyć i schronić się w lesie, jak na złość wysokim, z rzadko rozrzuconymi jałowcami. Wiedział, że daleko nie odbiegnie w ciężkich butach, które grzęzłyby w jagodowisku. W każdym razie nie na tyle, by nie dopędziły go pociski z MG.
Mógł tylko zejść na pobocze, powoli, nie robiąc gwałtownych ruchów. Patrzeć na zbliżający się wóz z nadzieją, że nie zmarnują amunicji na kolejny odpad pokonanej armii.
Nie odwrócił wzroku, gdy wielkie, żebrowane opony przetaczały się obok niego, pryskając kamykami. Wiedział, że to niezbyt rozsądne, ale popatrzył prosto w twarz wychylonego z wieżyczki żołnierza, tam gdzie za zakurzonymi goglami spodziewał się dostrzec oczy. Nie dostrzegł. Jedynie czarne oko lufy kaemu, prowadzane przez grenadiera, spozierało przez cały czas gdzieś na sprzączkę jego pasa.
Bezmyślnie rejestrował szczegóły, wciąż czekając, aż wyraźnie widoczna dłoń w czarnej rękawicy zaciśnie palec na spuście, karabin szarpnie zwisającą z boku taśmę, której koniec niknął w skrzynce amunicyjnej z przetłaczanej blachy.
Czarne oko lufy zniknęło. Grenadier nie chciał zadawać sobie trudu i obracać dalej broni. Nie uznał oficera w obszarpanym płaszczu i koślawych butach za wartego kilku naboi.
Wóz rozpoznawczy ryknął gwałtownie otwartą przepustnicą i przyspieszył. Spod ośmiu kół trysnęły fontanny żwiru.
Nie poczuł ulgi, nie miał na to czasu. Zza zakrętu drogi z charakterystycznym niskim dudnieniem i szczękiem gąsienic wytoczyło się cielsko czołgu. Za nim drugie. I jeszcze następne. Plamy słońca przefiltrowane przez gałęzie pełgały po pancerzach znaczonych na wieżach czarnymi krzyżami.
Ludzie w otwartych włazach nie byli równie czujni, jak kaemista w wozie rozpoznawczym, nie mieli nawet hełmów, tylko czarne furażerki. Pokazywali palcami stojącą na poboczu samotną postać.
Oni unikają lasu, wolą dobre drogi, otwarte pola. Czołg w lesie jest ślepy. Tu jesteśmy bezpieczni, mamy przewagę. Kolejna utarta prawda, powtarzana do znudzenia ku pokrzepieniu i tak dalej... Jak ta, niegdysiejsza, że ich czołgi są z tektury. Nie sforsują więc Wisły, bo się rozkleją.
Wytrzymał rozbawione spojrzenia, radosne okrzyki ginące w huku silników. Stał z podniesioną głową, zdając sobie sprawę, jak wygląda w obszarpanym płaszczu, przedpotopowej czapce, z kilkudniowym zarostem na zapadniętej twarzy. Spoglądał prosto na nich i widział, jak pod tym spojrzeniem zamierają szydercze uśmiechy, jak oczy pod furażerkami stają się stalowe i pozbawione wyrazu.
Kierowca szarpnął dźwignię. Gąsienica na chwilę zamarła, czołg zarzuciło na pobocze. Oficer pokonanej armii wpadł do płytkiego rowu, obsypany piachem i żwirem wyrzuconym spod gąsienic. Gdy podniósł głowę, klnąc i plując piaskiem, poprzez oddalający się odgłos silnika przebił się szyderczy, zadowolony gardłowy rechot.

*

Rzeczka nazywała się tak, jak miejscowość - Turka. Przypominała zwykłą strugę zasilaną opadami z pól --- płytką i wąską. W oddali jej bieg znaczyły tylko wysokie olchy, przecinające pasmem łąki.
Figurowała jednak na mapach, nawet tych mniej szczegółowych. Woda była taka jak niegdyś, zimna i czysta, wartko płynęła po żwirowym dnie. Przynosiła ulgę otartym, opuchniętym stopom.
Postanowił przenocować w jałowcach na skraju lasu i zjeść ostatnią konserwę, ostatnią z tych, które przed kilkoma dniami zabrał z rozbitej ciężarówki. Schweine Zungen, ozorki w galarecie. Wkrótce będzie musiał się rozejrzeć, zaryzykować nawet zajście do chałupy. Czeka go daleka droga, a trzeba jeść.
Wyraźnie widoczne na horyzoncie zabudowania wyglądały na nietknięte wojną. Jakby nic się nie wydarzyło. Jedynym niepokojącym elementem była wznosząca się nad nimi cienka igła z ledwie widocznymi odciągami.
Maszt antenowy, spostrzegł, wytężając wzrok, gdyż lornetkę stracił już dawno. Domyślał się, że Turkę już zajęli, może założyli punkt łączności, może stanowisko opl. Położenie było dogodne, blisko szosy tranzytowej pomiędzy Wyszkowem a Ostrowią Mazowiecką. W ciszy zmierzchu nawet z tak daleka słychać było dudnienie posuwających się nią transportów.
Spotkanie z pancernym patrolem w lesie wytrąciło go z chwiejnej równowagi, w której znajdował się od początku powrotu z przegranej wojny. Ale gdy starał się spokojnie o tym myśleć, doszedł do dość pocieszającego wniosku. Wróg nie polował na poszczególnych nieuzbrojonych żołnierzy, nie starał się ich wziąć do niewoli. Pewnie miał dość kłopotu z tymi, których już złapał.
Okazało się, że decyzja, by nie zrzucać munduru i nie szukać cywilnych łachów, była właściwa. A może inaczej, nie była z gruntu niewłaściwa. Nie wiedział, czy cywil, jeden z rzeszy uchodźców, nie poradziłby sobie lepiej. Ale nie chciał po prostu zginąć w gromadzącym się w miasteczkach i obozowiskach tłumie, który pod czujnym okiem zwycięzców tłoczył się wokół kotła z zupą.
To nie było świadome postanowienie, wynikające z odmowy złożenia broni, kontynuacji walki, niepoddania się. Raczej brak decyzji, logiczne następstwo ostatnich tygodni, podczas których czuł się porwany przez rozgrywające się wydarzenia. Kiedy o kolejnych posunięciach rozstrzygano najwyżej kwadrans wcześniej. A najczęściej decydowano za niego.
Chciał tylko wrócić. Przecież zawsze się wraca. Nawet jeśli nie ma do czego.
Przedwieczorna cisza usypiała, a obolałe nogi drętwiały w zimnej wodzie.
Podobno zawsze jest czas, gałązka trzaśnie pod butem skradającego się, zadźwięczy sprzączka oporządzenia. Wystarczy go, by sięgnąć pod płaszcz, chwycić karabinek i poderwać się w półobrocie. Wymierzyć, nacisnąć spust...
- O Jezu!
Zarośnięta gęba wykrzywiona strachem.
Cicho podszedł, sukinsyn, pomyślał, opuszczając broń.
Wstał, starając się nie spuszczać z oka przestraszonego chłopa. Syknął z bólu, gdy stanął bosą stopą na ostrym, ukrytym w trawie kamyku.
- O Jezu, to ja... - jęknął chłop, jakby to wszystko wyjaśniało.
Oficer kiwnął głową, odkładając karabinek. Usiadł, wciągając skarpety na mokre, uwalane piaskiem stopy.
Chłop przykucnął obok, spoglądał z ukosa na wymykające się spod czapki siwe włosy. Wyciągnął zgniecioną paczkę papierosów.
- Pan kapitan z rezerwy... - mruknął.
Nie zabrzmiało to jak pytanie, toteż nie uzyskał odpowiedzi.
- Z rezerwy... - powtórzył chłop mrukliwie i smarknął. - Widać... - dodał zupełnie niepotrzebnie.
Wydłubał pękniętego papierosa, splunął na palec, starannie skleił bibułkę i wetknął do ust. Zmitygował się po chwili, ukazując w uśmiechu nieliczne zęby. Wyjął papierosa.
- Pan kapitan zapali... Tak z ręki, ale ostatni był...
Pan kapitan dociągał rzemyki kamaszy, czując, jak skręcają mu się wnętrzności. Ostatniego wypalił przed dwoma dniami, popękany, zaśliniony papieros przyciągał wzrok.
A żeby go, z ręki, pomyślał. O gębie nie powiedział... Darowanemu koniowi...
Spojrzał łaskawiej na zarośniętego mieszkańca Kurpiów i Podlasia. Papieros nie miał ustnika, dlatego mógł włożyć go w usta niezaślinioną stroną. Niecierpliwie szczęknął pretensjonalną, benzynową zapalniczką, jedyną pamiątką po koledze, również rezerwiście, i zaciągnął się chciwie.
- A zostaw pan trochę popalić, to ostatni - przypomniał chłop.

*

Chłop szedł pierwszy, utyskując i zionąc przetrawioną wódką. Front, który niedawno przetoczył się przez okolicę, nie zmienił w niczym zwyczajów ludu. Zresztą z nieskładnych, przerywanych przekleństwami wynurzeń wynikało, że tutaj zapuszczały się tylko patrole. Główne uderzenie poszło bokiem, na Małkinię i Białystok.
Dotarli do opłotków z rozpadających się sztachet i zardzewiałego drutu kolczastego. Zapadł już zmierzch i zabudowania z ciemnymi oknami wyglądały na wymarłe.
Żołnierz wlókł się za chłopem. Wymoczenie nóg w strudze niewiele pomogło; gdy włożył kamasze, stopy piekły jak przedtem. Ale w perspektywie miał nocleg, jeśli nie w chałupie, to przynajmniej na sianie w stodole. Może szklankę mleka, a nie tylko obiecywaną przez cały czas gorzałę.
- Psia... Przecie żem rozplątał, jak do was szłem... - Chłop mocował się z opornym drutem. - A, może to tamój, nie tutaj...
Przerdzewiały drut puścił. Zresztą można było sobie darować rozplątywanie, pojedyncze pasmo zwisało wystarczająco nisko nad pastwiskiem, by je bez trudu przekroczyć.
- To się chłopaki ucieszą, oficer z bronią...
Gdy do rezerwisty dotarła treść mamrotania zarośniętego przewodnika, stanął jak wryty i szarpnął chłopa za ramię.
- Zaraz! - Opadło zmęczenie, znów był czujny i nieufny. - Jakie chłopaki?
- Nasze! - W mętnych oczach błysnęło zdziwienie. - Nasze chłopaki, wojsko przecie, nasze... Nie mówiłem?
- Nie mówiliście, dobry człowieku... - Rezerwista zgrzytnął zębami, nie hamując złości.
Chłop zamarł z otwartą gębą. Wprawdzie nie wyglądał na bystrego, a i stan permanentnego nasączenia bimbrem, w którym znajdował się co najmniej od kilkudziesięciu lat, nie sprzyjał dodatkowo orientacji. Ale nawet on wychwycił nutę gniewu w głosie kapitana.
W rozbieganych oczach błysnęła podejrzliwość. Strącił dłoń żołnierza.
- A co to, panie kapitanie? - spytał wolno. - Co wy tak?
Rezerwista mruknął coś pod nosem i odwrócił się. Nie miał zamiaru tłumaczyć wszystkiego, co sam wiedział i widział. W pojedynkę miał znacznie większe szanse. Byli już tacy, co próbowali tworzyć grupy, licząc na to, że będzie łatwiej zdobyć żywność i się obronić.
Tak to wyglądało w teorii.
W praktyce było zgoła inaczej. O ile najeźdźcy lekceważyli pojedynczych, nawet umundurowanych żołnierzy pokonanej armii, o tyle na grupki, choćby najmniejsze, zawzięcie polowali. W najlepszym wypadku kończyło się to za drutami tymczasowych obozów jenieckich. Ale bywało gorzej.
- Może wyście dezenter albo i co... - Chłop splunął soczyście.
Rezerwista, mimo złości, roześmiał się tylko, zbijając chłopa z pantałyku.
Dezerter, pomyślał rezerwista, patrząc na chłopa, który zsunął na tył głowy beret z antenką i drapał się stropiony po skudlonych włosach. Ciekawe, skąd tu można zdezerterować. I ewentualnie dokąd.
- Bo wie pan, panie kapitanie...
Już lepiej, znowu jestem kapitanem, pomyślał.
- Wie pan, różni się tu kręcą...
- Jacy różni? - zapytał ostro.
Chłop zdecydowanym ruchem nasunął beret na czoło.
- Ano, różni... Dezenterzy... I tacy, no...
Nie ma pojęcia, z kim ma do czynienia, zrozumiał żołnierz. Zobaczył mundur i dystynkcje. A teraz nie wie, czy nie zabrnął w coś, z czego się nie wyplącze.
Kątem oka dostrzegł błysk nieufnego spojrzenia. Cholera by go wzięła...
- Posłuchajcie, gospodarzu - zaczął. - Ja chcę tylko przenocować, rano sobie pójdę. Wracam do domu, wojna się skończyła...
To nie była cała prawda. Owszem, wojna się skończyła. Lecz domu nie miał, zanim wyruszył na tę wojnę. Potrząsnął bezradnie głową, nie potrafił z siebie wydusić nic więcej.
O dziwo, to przekonało nieufnego chłopa. Gdzieś w głębi zamroczonego umysłu błysnęło zrozumienie. I coś na kształt współczucia.
Zarośnięty chłop już wiedział, że nie stoi przed nim dezerter ani wysłannik kryjącej się w lesie bandy maruderów. Ponownie poskrobał się po czuprynie, zsunąwszy beret na ucho.
- Nic to... - mruknął z zakłopotaniem. W twarzy skrytej w ciemniejącym mroku błyskały tylko przekrwione białka.
- Nic... - dodał po chwili, niezdecydowanie przestępując z nogi na nogę. - Chodźmy, czekają...
Rezerwista się otrząsnął. Nieważne, pomyślał. Pewnie jakieś niedobitki, uznali, że w kupie bezpieczniej, a przynajmniej raźniej. Przenocuje i rano wyruszy. Jeśli uda starego pierdołę, nie będą nalegać, żeby się przyłączył. Uśmiechnął się zdawkowo. Tak po prawdzie nie trzeba nawet udawać.
Chłop jego uśmiech potraktował opacznie.
- Widzi pan kapitan! Nie ma to jak na swojaków trafić.
Żołnierz pokiwał głową, ruszając w kierunku ciemniejących niedaleko budynków. Nie miał ochoty na sprzeczkę.

*

To nie była grupka rozbitków z frontu ani banda maruderów, którzy korzystając z walającej się w każdym rowie broni, postanowili zadbać o własne interesy.
Gdy przekroczyli następne ogrodzenie z zardzewiałego drutu kolczastego obejście wyglądało na wymarłe. Nie przywitało ich szczekanie psa, z pustego otworu budy zwisał tylko łańcuch. Wiejskie kundle też padły ofiarą wojny. Patrole strzelały do wałęsających się psów. Obawiano się epidemii, zbyt wiele ciał pogrzebano płytko na polach i w lasach. Albo w ogóle nie pogrzebano. Reszty dokonywali sami chłopi, aby szczekanie nie zdradzało zamieszkanych sadyb.
Okna niskiej chałupy z belek na zrąb były ciemne. Dopiero gdy wytężył wzrok, dojrzał w jednym z nich słaby czerwony odblask żaru bijący spod kuchennej płyty.
Gdy znajdowali się w połowie podwórza, skrzypnęły drzwi.
- Stój, kto idzie? - padło z ciemnej sieni, poparte wyraźnie słyszalnym w ciszy wieczoru trzaskiem zamka.
Rezerwista zamarł, zatrzymał się w pół kroku, omal nie wpadając na leżące w trawie zardzewiałe, niezidentyfikowane narzędzie rolnicze. Chyba bronę. Chłop nie stracił rezonu.
- Swój... - Nie był specjalnie oryginalny.
Ciekawe, za którym razem jego zwykła odzywka nie wystarczy, pomyślał mimochodem oficer.
- Pan tak nie stoi, panie kapitanie. - Chłop się odwrócił. - Do chałupy proszę...
Z ciemnej czeluści sieni błysnęło światło z osłoniętej dłonią latarki. Oświetliła na moment oficera i prześlizgnęła się po twarzy chłopa, aż oślepiony zakrył dłonią oczy.
- Przecie mówię, swój! - zdenerwował się chłop. - I zagaś to! Zobaczą i...
Skryty za snopem światła wartownik zarechotał.
- Zagaś te baterejke, psiamać! Wszystkich nas przez to...
- A nie bój się, gospodarzu. - Wartownik zaśmiał się jeszcze głośniej. - Oni jak mysz pod miotłą siedzą, po zmierzchu ani wyjrzą. Tu nie przyjdą, nie bójcie się, dopiero my do nich...
- Zamknij pysk! - rozległ się głos kogoś starszego. - Przestań dziobem kłapać i zgaś to!
Wartownik mruknął coś pod nosem. Ale wyłączył latarkę.
- Wchodzić! - rzucił krótko i ostro, chcąc tym tonem pokryć zakłopotanie.
- Pan kapitan pierwszy. - Gospodarz nieoczekiwanie wykazał się dobrymi manierami, wykonując słabo widoczny w mroku zapraszający gest.
Rezerwista zawahał się. Mrugał przez chwilę, czekając, aż oczy przywykną do ciemności. Wprawdzie światło ominęło jego twarz, ale odruchowo spojrzał w stronę latarki. Nie chciał wchodzić pierwszy, nie chciał potknąć się o coś w ciemnej sieni, rozbić głowy o powałę. Poza tym coś tu nie pasowało. To nie było regularne wojsko.
Otwór sieni rozjaśnił chwiejny blask. Ktoś osłaniał dłonią pełgający płomyk. Błysnęła oksydowana lufa karabinka zawieszonego na szyi wartownika. Rezerwista zmrużył oczy, dostrzegał już szczegóły. Zaklął pod nosem.
Nie było na co czekać, ruszył do przodu. Wszedł do sieni, wartownik odsunął się, salutując do gołej głowy, co wywołało skrzywienie na twarzy tego ze świeczką. Rezerwista wprawił go w jeszcze większe zakłopotanie, niedbale oddając salut. Stanął i rozejrzał się.
Niedobrze.
Wartownik, na oko najwyżej siedemnastoletni, miał nowiutki, jak spod igły, mundur Strzelca. Ten ze świeczką był starszy, ale niewiele. Osłaniany dłonią płomyk oświetlał młodą twarz i galony podchorążego na wyjściowej kurtce mundurowej.
To nie przekradający się do domów rozbitkowie ani maruderzy, tylko ci, co spóźnili się na barykady.
Przez chwilę na twarzy podchorążego malowała się konfuzja. Z kłopotu wybawił go chłop, który mrucząc coś pod nosem, wziął świeczkę i zaklął głośno, gdy gorąca stearyna spłynęła mu na dłoń. Podchorąży wyprężył się na baczność.
- Panie kapitanie! Szeregowy podchorąży Mazioł melduje oddział w gotowości do działań!
- Kapitan Wagner. - Chwilę taksował wzrokiem wyprężonego podchorążaka. Podchorąży bezbłędnie rozpoznał rezerwistę, przez chwilę w jego oczach błysnęła wyższość, którą zawodowi tak lubili okazywać. Jednak widoczny pod rozpiętym płaszczem, zwisający lufą w dół krótki karabinek budził mimowolny szacunek. Polski oficer z bronią to ostatnio rzadki widok.
- Spocznij - rzucił po chwili Wagner. Wzrok podchorążego zdradzał ulgę. Wagner domyślał się, o co chodzi. Wreszcie znalazł się ktoś, kto przejmie dowodzenie. A przynajmniej tak się podchorążemu wydawało.
Nie jest najgorzej, pomyślał rezerwista. Może nie będą się spierać, może się podporządkują. Zaklął pod nosem. I tak tylko problem.
- Słucham, panie kapitanie?
Wagner pokręcił głową zupełnie po cywilnemu. Podchorąży nie zwrócił na to uwagi.
- Jaki oddział? - spytał rezerwista po chwili. Nie był specjalnie ciekaw, odpowiedź nie mogła być sensowna.
- Oddział wydzielony Wojska Polskiego!
Ładna nazwa, pomyślał Wagner, dobra jak każda inna. Co dalej?
Zdecydował gospodarz.
- A co tak w sieni stać? - zapytał retorycznie. - Do izby prosimy, do izby. Napić się czego, ziąb taki...
- Pan poprowadzi, panie podchorąży. - Wagner skinął głową.
Reszta oddziału wydzielonego kwaterowała za następnymi skrzypiącymi drzwiami, w dużej izbie. Kolejny siedemnastolatek w mundurze Strzelca i dwóch jeszcze młodszych, w harcerskim khaki. Mieli co najwyżej po piętnaście lat. Poderwali się natychmiast bezładnie, nie bardzo wiedząc, jak witać oficera wchodzącego do izby. Wagner skinął im głową, nie chcąc prowokować do bardziej desperackich czynów.
Za towarzystwo w rozświetlonej naftową lampą izbie oddział wydzielony miał młodą dziewczynę, która trzymała na kolanach śpiące niemowlę, oraz dwa spore wieprzki w kojcu zbitym z desek. Wagner popatrzył na okno zaciemnione kocem wojskowym, przybitym starannie do futryny.
Spojrzenie dziewczyny, której nijaką urodę psuły jeszcze bardziej grube, jakby opuchnięte rysy, prześlizgnęło się po Wagnerze. Po chwili opuściła wzrok.
- Synowa nie tego trochę... - wyjaśnił chłop, który wpakował się za nimi do izby. - Odkąd powiastkę dostała... My już odżałowali, dwóch mamy jeszcze, w niewoli, ale ona czegóś nie może.
Musiał zginąć na samym początku, kiedy jeszcze zawiadamiali, zrozumiał rezerwista. Spojrzał na śpiące niemowlę, które już nie zobaczy ojca.
- Tak było pisane. - Chłop najwyraźniej wierzył w przeznaczenie. - A starszych Najświętsza Panienka ochroni, jako i nas...
Wagner tylko się skrzywił. Miał dość sceptyczne zdanie na temat zamiarów i możliwości Najświętszej Panienki. Co gorsza, wielowiekowe doświadczenia to potwierdzały.
- Kobita strawę warzy. - Chłop nie dawał nikomu dojść do słowa, nie zwracał uwagi na podchorążego, który najwyraźniej chciał przejąć inicjatywę. - Długo, bo po ciemku, ale kiszka będzie. Kaszanka. I świeżyzna...
Po raz pierwszy tego wieczora Wagner poweselał, mimo skurczu, który poczuł nagle w żołądku, pozbawionym od dawna ciepłej strawy. Popatrzył na kojec, który niedawno miał jeszcze jednego lokatora. Pozostałe dwa wieprzki pochrząkiwały, nie zdając sobie sprawy z nieuchronnego losu.
- Panie kapitanie...
- Dajcie spocznij, panie podchorąży. - Wagner spostrzegł, że cały oddział wydzielony wciąż stoi na baczność.
- Panie kapitanie...
- Jutro, panie podchorąży, jutro...
Na dzisiaj miał dość.


2.

- Panie kapitanie!
Przez resztki snu przebijał się natarczywy głos. Wagner naciągnął koc na głowę, nie bacząc na łaskoczące w twarz źdźbła. Nie pomogło. Do głosu doszło potrząsanie za ramię.
- Panie kapitanie!
Odrzucił koc, powiódł chwilę dokoła nieprzytomnym wzrokiem, usiłując uświadomić sobie, gdzie się znajduje. Kości bolały od niewygodnej pozycji na zbyt miękkim sianie.
Z wysiłkiem skoncentrował się na pochylającej się nad nim zarośniętej twarzy. Zanim ją rozpoznał, znajomy zapach przetrawionej gorzały przypomniał mu wczorajszy wieczór.
- Pan kapitan kazał świtem się budzić - usprawiedliwiał się gospodarz. - To i budzę...
- Aha... - mruknął oficer, rozpaczliwie usiłując nie stoczyć się z powrotem w sen. Wiedział, że jeśli zamknie oczy, to znów zaśnie. Z trudem usiadł.
Przez tę wyżerkę, pomyślał. Pierwszy gorący posiłek od... Mniejsza z tym. Dobrze, że udało się wykręcić od samogonu. Podchorążemu wprawdzie podejrzanie błyszczały oczy, ale w obecności oficera nie śmiał pić bez pozwolenia. A pozwolenia nie dostał.
Już wtedy Wagner wiedział, że wpadł w większe kłopoty, niż przypuszczał. Podchorąży Mazioł nie wyglądał na orła. Smarkacz, z którego wojsko zrobiło automat nieskażony myśleniem. Jeden z tych młodych, ogłupionych propagandą patriotów i nacjonalistów. I jeszcze ten błysk w oczach na widok gorzały.
Cicho zaklął, przypominając sobie o czekającym go zadaniu. Mazioł to młot, kandydat na trepa w najgorszym wydaniu. Pozostałe chłopaki młode i głupie, za to pełne zapału. I mnóstwo broni, z której można postrzelać.
Nie próbował nawet przekonywać, wiedział, że nie odniesie to skutku, a sam straci tylko przysługujący z racji wieku i stopnia autorytet. Przeciwko jego słowom świadczyła tradycja beznadziejnych powstań, cała patriotyczna, narodowa i religijna propaganda, wbijane przez lata hasła o narodzie wybrańców. Zdawał sobie sprawę, że nie przekonają ich argumenty o represjach i losie podobnych grup. Nie byli przecież pierwsi, pewnie nie będą ostatni.
Jedyną szansą był krótki rozkaz złożenia broni, okraszony na pociechę opowieścią o czekaniu na odpowiednią chwilę. Musiał sobie tylko poradzić z podchorążym.
Wciągnął buty, mozoląc się przez chwilę ze sprzączkami. Wstał ociężale, pchnął prześwitujące szparami w deskach wrota stodoły. Stanął na chwilę, oślepiony wysoko już stojącym jesiennym słońcem.
Wysoko stojącym słońcem, zrozumiał, nagle zupełnie rozbudzony. To na pewno nie był świt.
Zarośnięty autochton stał obok, wykrzywiając zarośniętą gębę w uśmiechu, który spełzł nagle, gdy Wagner ze złością szarpnął go za ramię.
- To jest świt?! Miałeś o świcie budzić.
Chłop był wyraźnie urażony. Przecież chciał dobrze.
- A co szkodzi się wyspać? Przecie widziałem, że pan kapitan na ostatnich nogach.
Wagnerowi opadły ręce. Nie zrozumie, pomyślał, widząc zdziwienie i urazę na twarzy chłopa. Powinienem być mądrzejszy. Swoją drogą ciekawe, przemknęło mu przez głowę, jak on to robi, że wciąż ma taki sam siwy zarost, ani dłuższy, ani krótszy. Nieważne.
- Podchorąży w izbie? - spytał, rozglądając się dookoła. Nie dostrzegł żadnego ruchu. Obora pusta, podobnie jak psia buda, nawet kury nie kręciły się po obejściu. Pewnie wyłapali, swoi, obcy, co za różnica.
- A! - potwierdził chłop, zakręcił się w miejscu. - Już idę, meldować kazał, kiedy się pan kapitan obudzą.
Podążył do chałupy, zniknął w ciemnej sieni. Wzrok Wagnera przyciągnął jakiś ruch. W małym bajorku, otoczonym wierzbami, pływało stado kaczek. Tafelka wody lśniła pośrodku podmokłej łąki, nieopodal zabudowań. Dziwne, pomyślał, kur nie ma, a kaczki ocalały.
Przeniósł spojrzenie dalej, aż zatrzymał je na lśniącym w słońcu, wyraźnie widocznym maszcie radiostacji, niedaleko, ze trzy, cztery kilometry. Zesztywniał na chwilę, po czym wsunął się w cień stodoły, pod samą ścianę z poczerniałych, rozeschniętych desek.
Trzeba uważać, skarcił się w myśli, a nie łazić po otwartym terenie. Przewiesił karabinek przez ramię, sprawdził magazynek. Miał niejasne przeczucie, że lepiej być przygotowanym. Na co, nie wiedział i wolał się nad tym nie zastanawiać.
Na podwórku pojawił się podchorąży Mazioł. W odprasowanym wyjściowym mundurze, w lśniących oficerkach wyglądał zupełnie nie na miejscu. Wrażenie psuł tylko blaszany hełm starego wzoru, jego wypolerowana zielona farba chwytała odblaski słońca. Jeśli Wagner miał jeszcze wątpliwości, pozbył się ich zupełnie.
Głupi pozer, pomyślał, w sam raz, by imponować gówniarzom. Typowy produkt armii, dla której sztandary i kapelani byli ważniejsi od uzbrojenia.
Maziołowi należało jednak oddać sprawiedliwość. Oprócz dyndającego na piersi ryngrafu miał broń. W kaburze na biodrze zwisał wielki pistolet, podtrzymywany pasem z koalicyjką, co w przypadku podchorążego było jawnym pogwałceniem przepisów mundurowych.
Trzeba ostro, pomyślał po raz któryś z rzędu Wagner, gdy podchorąży stanął przed nim na baczność. Przez chwilę mierzył go wzrokiem.
Tę sztuczkę podejrzał u starego pułkownika, swojego pierwszego polowego dowódcy. Pułkownik też był rezerwistą, musiał przejść w stan spoczynku, gdy armia pozbywała się takich jak on, niesłusznych politycznie i światopoglądowo. Dopiero gdy trzeba było sięgnąć do wszystkich rezerw, przypomniano sobie o nim.
Pułkownik zawsze przed wydaniem rozkazu patrzył chwilę w milczeniu, aż podwładny zaczynał się zastanawiać i tracić rezon. Zdradził swój sekret Wagnerowi, jakby przeczuwając, że wkrótce właśnie Wagner przejmie po nim dowodzenie. Kolejka do dowództwa skróciła się bowiem nadspodziewanie, brakowało już zawodowców. Zanim jeszcze następnego dnia sztabowy łazik nadział się na dwa transportery rozpoznawcze, pułkownik zdążył pouczyć Wagnera, że im marniejszy podwładny, tym lepiej to skutkuje.
- Zbierzcie oddział, podchorąży - wydał rozkaz. Mazioł nie ruszył się z miejsca.
- No co, nie słyszeliście, podchorąży? - świadomie użył formy "wy".
- Sły... - Mazioł był wyraźnie zaskoczony.- To jest... Tak jest, panie kapitanie. Melduję, oddział jest na patrolu.
Wagner był raczej wściekły na siebie niż zaskoczony. Mógł to przecież przewidzieć. Zbliżył się do podchorążego. Słaby, choć wyczuwalny zapach samogonu zirytował go jeszcze bardziej.
- Rozkazałem wczoraj przygotować oddział do przeglądu! - syknął podchorążemu prosto w twarz. Podchorąży się cofnął.
Na dodatek nie jest zbyt odważny, spostrzegł Wagner, taki typ drobnego krętacza. Domyślał się tego już wczoraj. Mazioł dziwnie mętnie opowiadał o sobie i o dotychczasowej służbie. Na rękawie miał naszywki czwartego rocznika, których najwyraźniej zapomniał odpruć. Czwarty rocznik i wciąż szeregowy?
Mazioł zebrał się w sobie, otrząsnął.
- Panie kapitanie! - szczeknął służbiście, jego poczerwieniała twarz świadczyła o niedawnym zmieszaniu. - Panie kapitanie, melduję, że sam pan kazał stanąć do przeglądu, jak tylko pan wstanie. Nie wstawał pan, to wysłałem ludzi...
- Sam pan podchoronży budzić zakazali! - obruszył się zarośnięty gospodarz.
Nie zauważyli, kiedy podszedł i zaczął się przysłuchiwać, płonąc świętym oburzeniem.
- Sam pan podchoronży! - powtórzył. - Pan podchoronży mówili, że pan kapitan strudzony, budzić nie trza, bo i zły będzie...
- Zamknij się, chamie! - Mazioł nie wytrzymał. - Zamknij się, bo...
- Bo co? Tera pan kapitan komenderuje...
- Gospodarzu! - rzucił ostro Wagner. Nadal nie odrywał wzroku od poczerwieniałej twarzy podchorążego.
Chłop nie odszedł, tylko już się nie odzywał, jedynie popatrywał z ukosa. Mrużył przekrwione oczy, a na zarośniętej gębie widniał wyraz szyderstwa. Widać odsłużył kiedyś swoje, miał wpojony odruchowy szacunek dla szarży.
Cisza się przedłużała, wypełniało ją tylko dobiegające z dala pokwakiwanie taplających się w bajorku kaczek. Mazioł tracił pewność siebie.
Wagner pomyślał, że nawet dobrze się składa. Podchorąży sam się podłożył. Nie trzeba będzie szukać pretekstu. I dobrze, że nie ma przy tym młodziaków. Potem wyda im rozkaz, ostatni rozkaz w tej ich wojnie. Okraszony wielkimi słowami o powinności, o cierpliwym oczekiwaniu. Powinno poskutkować, jeśli... Właśnie, jeżeli Mazioł nie będzie stawał okoniem. To on trzymał cały oddział. Bez niego będą gromadą przestraszonych, zdezorientowanych smarkaczy.
Tylko to mogę zrobić, doszedł do wniosku Wagner, obserwując, jak twarz podchorążego coraz bardziej czerwienieje. Tylko to.
Nieprawda. Mogłem odejść z samego rana albo jeszcze wczoraj, pozostawiając smarkaczy własnemu losowi, niewątpliwie marnemu.
Jeszcze wczoraj Mazioł sprawiał wrażenie kandydata na żywą torpedę. Dziś Wagner nie był już tego pewien. Podchorąży raczej wyglądał na tchórzliwego i leniwego watażkę, kryjącego się za plecami chłopaków, odważnych młodzieńczą odwagą, która opierała się na niewiedzy i przekonaniu o własnej nieśmiertelności.
Nie mógł odejść, wykraść się jak złodziej, pozostawiając smarkaczy pod rozkazami Mazioła. Zbyt wiele widział po drodze, podczas krótkiej wojny i zaraz po klęsce.
Przypomniał sobie smarkaczy w harcerskich mundurkach, z przedpotopowymi, pięciostrzałowymi mosinami, wyciągniętymi z arsenału szkolnego kółka strzeleckiego, i starszego człowieka, który im towarzyszył, księdza o płonących fanatyzmem oczach.
Nie skończyło się najgorzej. Kapelan nie zdążył poprowadzić wyrostków do ataku na niemieckie linie. Nie okrył się nieśmiertelną chwałą jak jego poprzednik, który przed laty wygubił podobnych gówniarzy w bezsensownej szarży na bolszewickie maximy.
Dowódca batalionu, którego stan osobowy wynosił trochę ponad pluton, nawet nie wysłuchał natarczywych żądań, by skierować ochotniczy oddział do boju, w imię Boga, Honoru i Ojczyzny. Popukał się w głowę, uznając propozycję za ponury żart. Nie zwrócił też uwagi na wykrzykiwane obelgi o zdrajcach, zapijaczonych Żydach i tchórzach, kiedy żołnierze odbierali karabiny nieletniemu wojsku. Przyglądał się spokojnie miotającemu się fanatykowi, pociągając jednocześnie z manierki, co dawało podstawy do niektórych wyzwisk. Dopiero gdy harcerzy odprowadzono pod eskortą na tyły, a niedoszły bohater narodowy siedział w chlewiku, służącym za tymczasowy areszt, pozwolił sobie na skwitowanie całej sytuacji. Zwięźle, krótko i niecenzuralnie.
Wagner przyglądał się temu z boku, zadowolony, że nie musi podejmować decyzji. Sam zastrzeliłby takiego sukinkota na miejscu. Jak ktoś chce popełnić samobójstwo, wbrew własnej religii, to niech sam idzie na czołgi nawet z kropidłem. Ale niech nie ciągnie nikogo za sobą.
Niedoszły bohater miotał się, grożąc na przemian sądem Bożym i polowym, zapewniając o gotowości do wszelkich poświęceń, ze śmiercią w obronie prawdziwej wiary na czele. Dobry Bóg wysłuchał jego próśb dość szybko, następna salwa z ciężkich haubic trafiła w polskie pozycje, a jeden z pocisków rozbił chlewik. Stwórca jak zwykle walił nieco na oślep, pozostałe pociski trafiły w punkt opatrunkowy, rozwiązując przy okazji problem rannych, dla których nie można było znaleźć transportu. Niezbadane są wyroki boskie.
Wspomnienia przelatywały przez umysł Wagnera, chłodno rejestrujący narastającą niepewność podchorążego Mazioła.
Za chwilę nie wytrzyma, ocenił.
Skrzypnęły drzwi chałupy, do odległego kwakania dołączył płacz niemowlęcia. Na podwórko wyszła dziewczyna o pozbawionych wyrazu oczach. Stanęła w słońcu, kołysząc zawiniątkiem. Poruszała ustami, ale nie słychać było śpiewu. Ani modlitwy.
- Panie kapitanie... - Mazioł miał dosyć. Oblizał spierzchnięte wargi.
Wagner mimo ulgi nie pozwolił sobie na uśmiech. Miał wątpliwości, czy oficer rezerwy w poplamionym mundurze i koślawych kamaszach piechoty, o siwych, wymykających się spod czapki włosach będzie dla podchorążego wystarczającym autorytetem. Nie wiedział, ile znaczą jeszcze kapitańskie gwiazdki widniejące na naramiennikach przekradającego się lasami uciekiniera. Mazioł jeszcze wczoraj pozwolił sobie na kilka niby-przypadkowych, uszczypliwych uwag. Wyraźnie chciał sprawdzić, na ile może sobie pozwolić, gdy zagrożone nagle zostało jego niekwestionowane przywództwo nad grupką wyrostków. Najwidoczniej denerwował go podziw, jaki "jego chłopcy" okazywali oficerowi frontowemu, choćby rezerwiście. Smarkaczom imponowało, że Wagner nie porzucił broni jak inni, których zdążyli spotkać wcześniej po drodze. Od razu uznali go za jednego z nich, niezłomnych, którzy przysięgli wobec Boga i Ojczyzny kontynuować walkę. Wobec Boga i Ojczyzny, w tej właśnie kolejności. Należał do tych, którzy, jak przez wieki bywało, skrzykną drużynę i pójdą w las.
Wagner osadził podchorążego. Tresura z podchorążówki działała, Mazioł szybko zrozumiał, że nie tędy droga. Zaczął kombinować, nadszedł czas, by go ustawić.
- Panie kapitanie... - spróbował znowu.
- Zamknijcie pysk, podchorąży. - Wagner się dziwił, jak łatwo zupacki ton przychodzi cywilowi, którym był do niedawna. To przez te filmy wojenne, przemknęło mu przez myśl.
- Zamknijcie pysk - powtórzył. - Nie wykonaliście rozkazu!
To wystarczyło. Lata koszarowego drylu przeważyły. Bóg wojny w błyszczącym hełmie i wyprasowanym mundurku załamał się.
- P... panie kapitanie! - zająknął się. - Ja myślałem... To rutynowe...
Gówno tam myślałeś, uznał Wagner. Chciałeś pokazać, kto tu rządzi.
Udowodniłeś smarkaczom, że mimo wszystko mają cię słuchać. Uśmiechnął się zimno, potęgując zdenerwowanie podchorążego.
- To... rutynowe... działanie... - Mazioł wyrzucał z siebie słowa, pryskając kropelkami śliny. - Patrol rozpoznawczy, zabezpieczenie em pe...
- Milczeć! - Z twarzy Wagnera znikł uśmiech. - Co ty mi tu pierdolisz? Jakie zabezpieczenie? Jakie miejsce postoju?
- Według... regulaminu...
- Zamknij ten głupi ryj!
No proszę, coraz lepiej mi idzie. Powinienem jeszcze dodać "kurwa". Natychmiast się poprawił.
- Co wy mi tu, kurwa, pierdolicie! Jaki regulamin! Wysłałeś gówniarzy, a sam dupę w chałupie grzałeś!
Mazioł był teraz blady jak ściana, zaciskał szczęki, aż mu zadrgały mięśnie na policzkach.
- Mazioł, ty kutasie - Wagner kontynuował ze zjadliwym spokojem. - Jesteście tu od przedwczoraj, więc nie pierdolcie mi o rutynie. Nosa z chałupy nie wyściubiłeś, tylko żarłeś i wódę chlałeś...
Swoją drogą po raz pierwszy zdarzyło mu się trafić na takiego sukinsyna. Na wojnie nie spotkał nikogo podobnego, dopiero teraz wyłazili w wymuskanych mundurkach, wietrząc okazję. Nie miał złudzeń i wątpliwości. Mazioł doprowadziłby wkrótce podwładnych do zguby. A sam niechybnie skończyłby jako rabuś i bandyta.
- Dokąd ich, kurwa, posłałeś?
Nieokreślony ruch ręką.
- Tam...
- Gdzie, kurwa, tam?
- No, tam...
Podchorąży trzęsącą się ręką pokazywał w stronę Nagoszewa, gdzie ponad zabudowaniami sterczała cienka igła masztu. Wagner poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Dźgnął Mazioła palcem w pierś, powstrzymując się w ostatniej chwili przed zrobieniem tego samego lufą karabinka.
- Tam... - zakrztusił się z bezsilnej złości. - A możesz powiedzieć po chuj?!
Mazioł zaczął się cofać.
- No... - wydusił wreszcie. - Tam posterunek... Tego... rozpoznać...
- Mazioł, ty idioto! Mówiłem wczoraj, że w lesie...
Wagner urwał, poczuł chłód na plecach. Zmełł pod nosem przekleństwo pod własnym adresem. Ty też jesteś kutas, nie dowódca, pomyślał mętnie. Potrząsnął głową.
- Ściągnij ich zaraz - powiedział cicho i spokojnie. Zaskoczony zmianą tonu podchorąży zamarł bez ruchu.
- J... jak? - jęknął bezradnie.
- Nie masz łączności? - zapytał rezerwista, znając odpowiedź. Mazioł nie mógł mieć łączności. Nie wyglądał na takiego, co o tym pomyśli. Wagner chwycił go za kołnierz munduru i przyciągnął do siebie.
- To zapierdalaj po nich! - syknął mu prosto w twarz. - Zapierdalaj, i to zaraz, tylko zdejmij ze łba ten świecący garnek, bo cię, kurwa, za szybko zabiją... I lepiej, żebyś ich przyprowadził, bo ja cię sam, osobiście, kurwa, tu na miejscu zastrzelę...
Urwał, w ciszy słychać było ich świszczące oddechy. Kwakanie kaczek i płacz dziecka.
Do Wagnera zaczęły znów docierać szczegóły otoczenia. Zarośnięty chłop, nucąca coś bezgłośnie dziewczyna w pobliżu studziennego żurawia, kołysząca w ramionach dziecko. Dobiegające przez otwarte drzwi chałupy pochrząkiwanie wieprzków. Spojrzał na podchorążego, który drżącymi rękoma odpinał sprzączkę błyszczącego hełmu.
- Idź po nich, Mazioł - powiedział Wagner już spokojniej. - Pewnie zdążysz, smarkacze bawią się w wojnę, nie idą szybko i pewnie się kryją. Zresztą, pójdziemy razem...
Podchorąży kiwał głową w przekrzywionym hełmie, oporna sprzączka nie ustępowała.
- Przyprowadź ich - ciągnął rezerwista. - To wszystko na nic, muszą wrócić do domów, wojna się skończyła. A dla nich nie powinna się nawet zacząć.
Popełnił błąd. Podchorąży przestał mocować się ze sprzączką. Opuścił ręce, rozszerzyły mu się oczy...
- Ty... - syknął. - Ty... tchórzu...
Wagner zesztywniał, zdając sobie sprawę, że wszystko spieprzył. Znów pomylił się w ocenie. Mazioł nie był cwaniakiem, tylko zakutym łbem.
- Ty zdrajco... To przez takich jak ty... Spieprzaj do domu, stara pierdoło...
Ręka podchorążego gmerała przy zapięciu kabury. Wagner poczuł zalewającą go wściekłość.
Pchnął Mazioła otwartą ręką w pierś. Podchorąży usiadł z rozmachem, rozmazując tyłkiem po trawie kacze gówno. Chciał się poderwać, ale powstrzymał go szczęk zamka. Spojrzał prosto w lufę karabinka.
- Łapy z daleka! - ostrzegł Wagner, widząc odpiętą kaburę i palce podchorążego obejmujące kolbę.
Przez chwilę myślał, że przegrał, ale Mazioł powoli cofnął rękę. Po twarzy spływały mu łzy złości.
- To przez takich jak ty... - mamrotał niewyraźnie. - Tchórz! Dezerter!
- Panowie, panowie - nieoczekiwanie wmieszał się gospodarz. - Co wy, panowie...
Lufa karabinka zatoczyła półkole.
- Ja tak tylko... - Chłop odskoczył jak oparzony. - Może nic się nie stanie, tam, na posterunku ino kilku...
Strzał padł nieoczekiwanie, odbił się echem od ściany lasu. Po nim następne. Wreszcie seria z MG, przypominająca monstrualnie wyolbrzymiony odgłos dartego płótna. Zamarli w miejscu.
Niedaleko, półtora kilometra, może dwa, ocenił machinalnie Wagner. Głucho huknął granat. Potem następny. I cisza. Jeszcze tylko jeden, pojedynczy strzał, cichszy, jakby z pistoletu.
Rezerwista opuścił broń.
- Już nie musisz, Mazioł - mruknął. - Już po wszystkim.
Rozejrzał się.
- Do chałupy! - wrzasnął ze złością, widząc dziewczynę z dzieckiem stojącą nadal przy studni. - Ty też! - krzyknął do chłopa tkwiącego jak słup na środku podwórza. Przysłoniwszy dłonią przekrwione oczy, wpatrywał się w horyzont.
Podchorąży zbierał się z ziemi, unikając wzroku Wagnera. Łzy pozostawiły na jego twarzy brudne ślady. Rezerwista chwycił go za ramię i pociągnął pod ścianę stodoły. Mazioł zatoczył się, uderzając o poczerniałe deski.
- Zabierz ją stąd! - krzyknął Wagner do chłopa. - Zabierz i uciekajcie!
- Ale dokąd, panie... - Chłop zakręcił się bezradnie. - Dokąd?
- Ty idioto - mruknął rezerwista pod adresem podchorążego, który opierał się o ścianę stodoły i wpatrywał się pustym wzrokiem przed siebie. - Ty durniu...
Zdawał sobie sprawę z bezsensowności swoich słów, ale nie mógł przerwać.
- Wojaczki ci się zachciało - wyrzucał z siebie słowa z goryczą, sam nie wiedząc, czy pod adresem niewydarzonego podchorążego, czy swoim. - Módl się teraz, żeby ich od razu... Od razu załatwili, w najlepszym przypadku wzięli do niewoli. Bo jak nie, jak któryś się wymknął, to zaraz ich tu sprowadzi...
Jakby na potwierdzenie znów huknęły strzały. Tym razem bliżej.
- O Jezu!
Chłop odskoczył pod ścianę.
- O Jezu, idą!
Wagner chciał wyjrzeć zza węgła stodoły, nie zdążył. Od głośnego wybuchu w pobliżu aż zadzwoniło w uszach. Gdy ostrożnie spojrzał, zobaczył chlustające z bajorka błoto i kłąb pierza. Kolejny pocisk z granatnika wyrwał z pastwiska płaty darni. Odłamki zasyczały w górze, z trzaskiem uderzyły w deski stodoły.
- Zabierz ją, kurwa! - wrzasnął podchorąży.
Poderwał się, nie bacząc na kolejny wybuch, gdzieś dalej. Chwycił zmartwiałą dziewczynę, pociągnął do chałupy.
- O Jezu... - Chłopu szczękały zęby.
Pociski cięły powietrze wysoko nad ich głowami, słychać było charakterystyczny trzask. Rezerwista padł płasko na ziemię, podczołgał się do węgła stodoły, wyjrzał tuż nad samą ziemią. Ostrzał z granatników urwał się już, padły tylko trzy pociski, może cztery, Wagner nie był pewien. Domyślił się dlaczego, a to, co zobaczył, potwierdziło jego przypuszczenia.
Przygięte w biegu sylwetki były tak blisko, że atakujący przerwali ogień, by nie razić własnych ludzi.
Rezerwista cofnął głowę. Leżał chwilę z przymkniętymi oczyma. Wszystko na nic, czuł pustkę i chłód. Na nic długotrwała wędrówka po lasach. Skończy się za drutami. Oby, pomyślał dziwnie spokojnie, jakby dotyczyło to kogoś innego.
Wiedział, że już nie zdoła się wrócić. Poczuł nagłe ukłucie, chociaż zdawał sobie sprawę, że nie ma do czego wracać.
Podczołgał się do opartego bez ruchu o ścianę chłopa. W deski po drugiej stronie stuknął pocisk, zaraz potem drugi. Słychać już było warkot silnika wozu rozpoznawczego, który sunął się za piechotą.
- Zjeżdżaj do chałupy! - Wagner stuknął gospodarza w ramię. - Już za późno, żeby uciekać.
Popatrzył na rozległe i puste pola po drugiej stronie, opadające ku niewidocznej stąd strudze. Nie mieli szans, ktokolwiek tamtędy by uciekał, byłby widoczny jak na dłoni.
Chłop otworzył zaciśnięte powieki, zgarnął z głowy beret z antenką i przycisnął go do piersi.
- O Jezu - jęczał. - Panienko Najświętsza...
Wagner potrząsnął nim.
- Uciekaj do chałupy, tam belki grube!
- Najświętsza Panienka w obronę weźmie! Nie pozwoli! Nas niewinnych, wiary dochowujących...
Rezerwista z rezygnacją potrząsnął głową. Odbiło mu, pomyślał.
Znów odezwał się MG. Seria uderzyła w ścianę stodoły, przestębnowała cienkie deski. Nad ich głowami w poczerniałym drewnie wykwitły otwory, otoczone jasnymi drzazgami. Na szczęście pociski poszły wysoko, tuż pod okapem krytego papą dachu.
Przypadłszy do ziemi, Wagner widział, jak schylony gospodarz chwiejnie, biegnie w stronę zbawczych drzwi. Nagle chłop potknął się, zamarł w nieprawdopodobnej pozycji, jakby wpadł na niewidzialną przeszkodę. Po chwili wyrzucił ręce do góry i osunął się w półobrocie. Przez ułamek sekundy Wagner widział jego twarz, szeroko otwarte, martwe już oczy. Ciemną plamę otworu wlotowego na czole, tuż pod beretem. Krew nie płynęła, nie zdążyła, zanim twarz padającego uderzyła o ziemię. Najświętsza Panienka nie stanęła na wysokości zadania. Albo po prostu nie lubiła zalatujących bimbrem zarośniętych chłopów.
Wagner wpił palce w piach, zacisnął powieki. Tak bez sensu, pomyślał tylko.
Na podwórzu rozszczekał się erkaem. Krzyk wściekłości. Rezerwista otworzył oczy.
Podchorąży nie uciekł, nie schował się z głową pod pierzynę, jak podejrzewał Wagner. Po raz kolejny źle go ocenił. Mazioł stał wyprostowany na środku podwórza. Adrenalina dodała mu sił, gdyż trzymał erkaem na biodrze, bez pasa, z taśmą luźno przewieszoną przez lewą rękę. Obracał się powoli z palcem na spuście, z wykrzywioną twarzą pod hełmem i z szaleństwem w oczach. Wykrzykiwał coś, nie wiadomo klątwy czy modlitwy, podczas gdy podajnik szarpał rytmicznie przewieszoną przez rękę taśmą, broń pluła poczwórnymi płomieniami z tłumika odrzutu. Łuski i rozsypujące się ogniwa taśmy jak na zwolnionym filmie spadały wokół wyglansowanych oficerek.
Mazioł postanowił zostać bohaterem. Zgodnie z narodową tradycją - martwym.
W wolniejsze staccato erkaemu wdarł się odgłos serii z MG. Chlasnęła po belkach chałupy, znacząc je ospą drzazg, wgryzła się w węgieł, w łączone na zakładkę belki, odłupując wióry i spore szczapy, które wzlatywały wysoko. Kolejna seria z hukiem uderzyła w cembrowinę, wyszczerbiła betonowy krąg, miotając kawałkami gruzu wielkości pięści.
Trzecia...
Wiązka, wystrzelona z szybkostrzelnością teoretyczną tysiąca dwustu pocisków na sekundę, była celna. Wagner zamknął oczy, zachowując pod powiekami widok pleców podchorążego eksplodujących fontanną krwi i odłamków kości.
Poderwał się do biegu na oślep. Z pustką w głowie, nie myśląc o niczym.
Zdążył zrobić cztery kroki, podrzucając jednocześnie przewieszony na piersi karabinek. Pierwsze trafienie, w ramię, obróciło nim, wyraźnie zobaczył ciemne, przygięte sylwetki, błyskające jasnymi ognikami wystrzałów. Ramię odmówiło posłuszeństwa, lufa opadła, strzał trafił w ziemię. Wciąż naciskał spust, próbując dźwignąć broń. Przy drugim uderzeniu, w biodro, też nie poczuł bólu. Horyzont z poziomego stał się nagle pionowy, ziemia z rozmachem uderzyła go w twarz. Mógł już tylko leżeć i patrzeć, zwrócony tyłem do nacierających.
Widział wciąż nowe, jasne odpryski na ścianie chałupy, przekrzywiony płot, pustą psią budę ze zwisającym, przerzuconym przez daszek łańcuchem. Słyszał trzask przechodzących górą pocisków, ostre odgłosy, gdy wcinały się w belki, i głuche, mlaszczące, gdy trafiały w ziemię. Jeden i drugi brzęk, kiedy przeszyły zwisające ze studziennego żurawia zardzewiałe wiadro.
I jeszcze jeden odgłos, z drugiej strony. Wysoki wizg i szczęk gąsienic. Nie mógł bardziej odwrócić głowy, ciało go nie słuchało. Tylko palce wyrzuconej do przodu ręki drapały trawę, usiłując sięgnąć odrzucony przy upadku karabinek. Widział przecięty pociskiem parciany pas.
Strzelanina przycichała, rozległ się jeszcze jeden, potem drugi spóźniony strzał. Narastający hałas gdzieś z boku. Z trzaskiem pękły deski płotu.
Coraz bardziej doniosły stawał się świst turbiny. Na podwórko, druzgocąc gąsienicami koryto i niezidentyfikowany sprzęt rolniczy, wtoczył się czołg, main battle tank M6A1 Schwartzkopf.


3.

Pchnął ciężkie metalowe drzwi, z płatem brudnej dykty w miejscu wybitej szyby. W twarz uderzyła fala ciepła, smród pośledniego tytoniu, kiszonej kapusty i samogonu. Wewnątrz było ciemno, zaledwie strużki światła przedostawały się przez nieliczne pozostałe szyby. Wielkie okna, typowe dla pawilonów stylu wczesnego GS-u. Jak u Kelusa - nowa, jasna, przeszklona knajpa na tysiąclecie...
Teraz te ogromne okna, chronione przemyślnie zespawanymi z karbowanych prętów zbrojeniowych kratami, w większości były przesłonięte bielmem zbitych niedbale desek, postrzępionych kartonów i kawałków porwanej papy. Ocalałe szyby zaparowały od wewnątrz, wentylacja kuchni stanowiła już tylko wspomnienie minionej epoki.
Wszedł na salę, stukot butów na zabłoconej posadzce, niesprzątanej chyba od przejścia frontu, ginął w gwarze rozmów, brzęku szkła i nieskładnej pijackiej pieśni. Śpiewano po rosyjsku, polskim akcentem kalecząc słowa.
Przystanął. Mimo wczesnej pory brakowało miejsc.
W pijackim spojrzeniu kogoś przy najbliższym stoliku błysnęła czujność. Jego kompan, trącony w bok, omal nie spadł z pogiętego metalowego krzesełka. Przez chwilę wpatrywał się mętnie w twarz przybyłego, usiłując skupić wzrok. Wreszcie chyba się udało, bo w przekrwionych oczach błysnęło coś na kształt strachu. Trzeźwiejszy, już podrywał się z miejsca, wodząc rozbieganym spojrzeniem wszędzie, tylko nie tam, gdzie patrzył wcześniej. Jedną ręką próbował zabrać ze stołu opróżnioną w dwóch trzecich flaszkę, drugą szarpał kompana za ramię. Udałoby się, gdyby nie usiłował tego dokonać jednocześnie. Butelka przewróciła się, mętna struga samogonu popłynęła po gołym blacie.
Pijak, nieodbiegający strojem od anonimowego i obszarpanego tłumu, przelewającego się ulicami pogranicznego miasta, chciał wytrzeć blat rękawem.
Przemytnik, pomyślał Wagner. Nowy, nie widziałem jeszcze tej gęby.
Nie zwiodła go obszarpana wojskowa rosyjska kurtka, jakie nosiła większość mężczyzn w tej strefie. Stać go było na... Przyjrzał się resztkom na obtłuczonym talerzu.
Schabowe z kapustą podawano tylko za dolary. Świnie, jak każdy zagrożony wyginięciem gatunek, doczekały się wreszcie należnego uznania.
Za złotówki lub - jak je nazywano - okupacyjne bony, był tylko chleb i kasza. Czasem jarzyny. Za ruble, zgodnie z jednym z pierwszych zarządzeń, były trzy lata. Minimum trzy. Nowe władze jak ognia bały się wszelkich skojarzeń z aneksją czy okupacją, której symbolem mogła stać się rosyjska waluta. Oficjalnie nadal twierdzono, że to operacja pokojowa. Przywracanie spokoju po agresywnej wojnie, ochrona mniejszości przed ksenofobicznymi Polakami.
Nie miało znaczenia, że w rosyjskiej strefie już dawno zapomniano o miejscowej administracji. W miastach komendy wojskowe obrastały cywilami, którzy powoli przestawali być mniejszością w strefie przygranicznej. Coraz więcej gospodarstw, nawet tu, w widłach Bugu i Narwi, przechodziło w litewskie ręce. Naturalnie w ramach odszkodowań, a przy okazji suwerenna ponoć Litwa coraz bardziej zapełniała się Rosjanami.
Nie miało też znaczenia, że Ślązacy ochoczo zajęli miejsce byłych enerdowców i korzystali z hojnej pomocy federalnego rządu dla landów opóźnionych w rozwoju gospodarczym. Wszystko zostało załatwione, opinię międzynarodową przekonały wyniki plebiscytu.
Operacja pokojowa. Śląsk powrócił do Vaterlandu, wraz z dużą częścią Wielkopolski i Pomorza. W Wielkopolsce nie przeprowadzono plebiscytu, była rekompensatą za Prusy Wschodnie. W ten sposób na miarę dwudziestego pierwszego wieku rozwiązano problem eksterytorialnego korytarza. A Wielkopolanie, zgodnie z wielowiekowym doświadczeniem, mogli spokojnie sadzić swoje Kartoffeln, robić z nich chipsy i piwo Lech.
Reszta pozostała polska. Strefa amerykańska, od Bydgoszczy do Krakowa, z polską administracją i policją. Z czterogwiazdkowym amerykańskim generałem, który decydował o wszystkim, z wciąż pełnymi obozami internowanych. I strefa tymczasowego stacjonowania rosyjskich sił pokojowych.
To nie wojska okupacyjne ani aneksja. W żadnym razie więc nie można wprowadzać własnej waluty, aby ktoś nie pomyślał... Jakby wszystko nie było jasne.
Tak doszło do największego w dziejach matuszki Rosji cudu ekonomicznego. Rubel kosztował na czarnym rynku cztery dolary.
Bo rubel był podstawową walutą w handlu z Rosjanami, wojskowymi i cywilami. W nękanej ciągłym kryzysem Rosji już dawno zakazano posiadania obcych walut, nie pierwszy raz w historii. Bywały już precedensy. A od Rosjan kupowało się wszystko. Mundury, amunicję, konserwy i kaszę, granatniki ppanc i przydziały na drewno z lasu. Te ostatnie należały się wprawdzie wszystkim zarejestrowanym mieszkańcom, odkąd bezpowrotnie wyschły inne źródła energii. Szkopuł w tym, że w strefie przygranicznej większość ludzi przebywała nielegalnie. A legalni, ci nieobyci, srodze się dziwili, próbując otrzymać upragniony kwit na drzewo bez rubelków. Po jakimś czasie nabierali zresztą obycia albo przeprawiali się przez Bug w poszukiwaniu American Dream. Ponieważ w drugą stronę pokonanie rzeki było trudniejsze, wracali rzadko i na dodatek dziwnie małomówni.
Pijany przemytnik skończył wreszcie pucować zalany blat i trzęsącą się ręką ustawił flaszkę. Popchnął kamrata, który zdążył tymczasem chwiejnie wstać. Wycofali się, wbijając wzrok w brudną posadzkę.
- Dzięki - mruknął Wagner pod nosem.
Pieczołowicie postawił w kącie ciężki, podługowaty pakunek i przysiadł na krzesełku. Tym mniej pogiętym.
W kącie przy oknie przez stosunkowo mało zaparowana szybę mógł spoglądać na ulicę, niegdyś, jak pamiętał, ruchliwą, międzynarodową drogę na Augustów i Białystok. Gdy przed laty siadywał w tym samym miejscu, widział niekończący się sznur TIR-ów, stojących pod światłami na skrzyżowaniu, murami knajpy wstrząsały drgania przetaczających się samochodów, dzwoniły szyby, wprawiane w wibrację niskim warkotem diesli. Teraz asfalt ziejący powyrywanymi przez gąsienice dziurami był pusty, tylko z rzadka przemykał UAZ lub ciężarówka wojskowa. Czasem po jezdni zaklekotały kopyta konia ciągnącego wóz zaprzężony w jeden dyszel lub ze stukotem podków przemknął patrol kawaleryjski.
Dwa małe, otoczone siateczką pęknięć otworki w szybie dawały nadzieję na odrobinę świeżego powietrza. Gdy wyprostował się, znalazły się dokładnie na wysokości klatki piersiowej. Małe dziurki, 5,46 albo 5,6, z kałacha lub beryla...
Ciekawe, pomyślał beznamiętnie, czy wtedy ktoś tu siedział. Pewnie tak, inaczej po co marnować naboje.
Gwar powrócił do pierwotnego natężenia. Rozmowy, które przycichły, gdy wchodził, znowu rozgorzały, o ile pijackie mamrotania, śpiewy i kłótnie można nazwać rozmowami.
Zamyślony, nie spostrzegł, kiedy z kłębów dymu i pary, buchającej z pozbawionej drzwi kuchni, wyłoniła się kelnerka.
- Coś na ciepło? - spytała bez uśmiechu, lekko kiwając głową. Za to on uśmiechnął się szeroko. Specjalne traktowanie. Wiedział, iż innych gości zwykła pytać krótko i grzecznie - "Czego?".
- Jeść? - zdziwił się obłudnie. - Na czczo?
Mógł sobie darować, dziewczyna odeszła bez słowa. Po chwili wróciła, postawiła przed nim szklankę ze złocistą cieczą.
Bez słowa wyjął pomiętą pięciodolarówkę. Dolar napiwku, może wreszcie się uśmiechnie. Kelnerka nawet się nie poruszyła, nie sięgnęła po banknot.
- Osiem - rzuciła oschle, drapiąc się pod lewą piersią. - To prawdziwy.
Ostrożnie pociągnął ze szklanki, kpiąco wpatrując się w obojętną twarz dziewczyny. Drapała się coraz mocniej. Wszawica nie wybiera, pomyślał obojętnie.
Pociągnął jeszcze łyk i skinął głową. Dorzucił drugą piątkę. Istotnie, nie przypominał samogonu barwionego łupinami cebuli. Wszystko zależy od tego, jak pojmujemy znaczenie słowa "prawdziwy".
Dziewczyna odeszła. Podniósł szklankę, popatrzył pod światło, jak bursztynowy płyn spływa oleiście po ściankach. Cholera, pomyślał, może rzeczywiście armeński albo gruziński. Zapomniał już smak.
Szklanka mogła stanowić interesujący materiał dla każdej pracowni daktyloskopii. Na brzegu pozostały ledwie widoczne ślady szminki. Pociągnęła, skubana, w drodze od baru, domyślił się. Ciekawe, czy ma tylko wszawicę... A co tam, alkohol dezynfekuje...
Łyknął jeszcze raz, starając się przykładać usta po przeciwnej stronie tłustych karminowych śladów. Czując, jak koniak zaczyna go wreszcie rozgrzewać, popatrywał przez zaparowaną szybę na trawnik przed ratuszem z utrąconą wieżyczką i na BTR-a, który wrósł oponami w rozmiękły, bury, zimowy trawnik. Drgnął mimo woli, gdy zorientował się, że opuszczona lufa nkm-u celuje prosto w okno.
Transporter stał w tym miejscu od zawsze. Co najmniej od trzech, nie, prawie od czterech lat. Już nigdzie nie pojedzie, w każdym razie o własnych siłach, choć przez cały ten czas tkwi przy nim wartownik, okutany dziś w sięgający kostek szynel. BTR miał budzić respekt, wymuszać posłuszeństwo, ale wywoływał tylko litość, jeśli ktoś w ogóle go zauważał, tak wrósł w pejzaż. Poznaczony rdzawymi zaciekami, widocznymi najbardziej na wielkiej, wymalowanej na burcie trójkolorowej fladze, i wyjątkowo niegustownym, jaskrawym godle któregoś z pułków gwardyjskich. Pewnie na wiosnę go pomalują, jak przed dwoma laty.
Na zgrzyt drzwi momentalnie otrząsnął się z zamyślenia. Cofnął się z krzesłem jeszcze bardziej w kąt, kryjąc twarz w cieniu, nierozpraszanym mętnym światłem zimowego dnia, które sączyło się przez szyby, i migotliwym, sinym blaskiem nielicznych świetlówek.
Jeszcze nie teraz. Na salę weszło dwóch facetów w całkiem nowych waciakach. Starszy miał siwe wąsy na czerstwej, nalanej twarzy, drugi był młody, z wyglądu nieco ociężały umysłowo.
Wagner przeklął pod nosem. Nie mieli, kurwa, kiedy. Będą kłopoty.
Gwar ucichł, jak ucięty nożem. Od kontuaru odwrócili się bywalcy, prezentując światu twarze przypominające żywo fizjonomie klientów baru z pierwszej części "Gwiezdnych wojen".
W nagłej ciszy brzęknął odkładany widelec. Drugie szczęknięcie, które rozległo się po chwili, nieprzyjemnie przypominało odgłos otwieranego noża sprężynowego.
Z kuchni dobiegały przekleństwa nietłumione przez gwar.
- Skąd ja temu skurwysynowi świeżego masła wezmę? - irytował się kucharz. I słusznie, masło, zwłaszcza świeże, było czymś zgoła mitycznym.
Przybysze bezmyślnie rozglądali się wokół. Po chwili starszy pociągnął młodszego do stolika, przy którym stały dwa wolne krzesła. Wagner aż zgrzytnął zębami. Nowi albo pozbawieni jednej istotnej cechy - instynktu samozachowawczego.
Towarzystwo przy stole, składające się z dwóch zarośniętych typów, którzy niczym nie przypominali członków Tymczasowej Rady Miejskiej, oraz pijanego w dym lejtnanta gwardii, zaczęło powoli wstawać. Nie tylko oni. Litewscy osadnicy, na mocy niepisanego, bezwzględnie egzekwowanego prawa, nie mieli tu wstępu.
Litwini zawahali się, przystanęli. Starszy zaczynał coś pojmować, bo chłopskim gestem zgarnął z głowy czapkę, przywołując na twarz nieszczery uśmiech.
- Pozwolitie? - spytał przymilnie we wspólnym języku nowego imperium.
Szacowny radny miejski wyszczerzył nieliczne zęby, celnie spluwając osadnikowi na buty.
- Spierdalaj, boćwino - wybełkotał z naciskiem.
- Ale już! - poparł go wyraźniej kolega. Lejtnant opadł na stół, nie mogąc utrzymać pozycji pionowej. Złożył policzek na niedojedzonym kotlecie.
Osadnik poczerwieniał, zaczął wrzeszczeć, nie bacząc, że młodszy pociąga go rozpaczliwie za rękaw.
- My obywatiele jesteśmy - zaciągnął śpiewnie i z oburzeniem, nagle przypomniawszy sobie polski. - My w prawie...
Urwał, słysząc gromki śmiech i przekleństwa.
- Job waszu mat'! - znów wrócił do rosyjskiego.
Spojrzał na lejtnanta, podskoczył ku niemu i szarpnął go za ramię.
- Towariszcz lejtnant! - krzyknął - Pomogitie, radi Boga!
Lejtnant się ocknął.
- Chuj tiebie towariszcz! - Potoczył wkoło przekrwionym, nieprzytomnym wzrokiem. Zaczął grzebać w zanadrzu, pod rozpiętą kurtką, odsłaniając pasiasty podkoszulek.
Litwin, zamiast odwrócić się i uciekać, na co miał jeszcze pewne, choć niewielkie szanse, skamieniał. Młodszy również przestał zachowywać się rozsądnie, wściekłość ściągnęła mu twarz. Pochylił się, sięgając do cholewy. W dłoni radnego zmaterializował się nagle nóż sprężynowy.
- No, boćwino, no... - Radny nie sprawiał wrażenia pijanego. Teraz wyglądał na kogoś, kim w istocie był - lumpa i bandytę, wyniesionego przez wydarzenia do władzy.
Lejtnant dogrzebał się wreszcie. Szczęknął repetowany makarow, lejtnant wolną ręką uczepił się ramienia radnego.
- Ostawtie, pan! - ryknął. - Ja, ja ubiju, blad'!
Huknął strzał, z sufitu posypały się śmieci. Osadnik padł na kolana, osłaniając głowę rękoma. Makarow nie jest zbyt celny, ale lejtnant dysponował jeszcze pięcioma nabojami.
Wagner chwycił leżącą wciąż przed nim na blacie przewróconą butelkę. Błysnęła w świetle jarzeniówek, rozprysnęła się przy spotkaniu ze spoconym czołem dzielnego rosyjskiego oficera. Kolejny strzał trafił nieszkodliwie w podłogę, a lejtnant ponownie złożył głowę na niedojedzonym kotlecie, plamiąc krwią przypaloną panierkę.
- Co jest, kur... - Radny ze sprężynowcem odwrócił się gwałtownie, gotów do ataku. Gdy dostrzegł, kto wstaje w kącie, rozluźnił się i wprawnym ruchem zamknął nóż.
- Kurwa... - mruknął z żalem, spoglądając na skulonego osadnika, który w bezsensownym odruchu wciąż osłaniał głowę. Drugi Litwin cofnął się o krok.
- Raganis... - szepnął pobladłymi wargami. Wypuszczony z dłoni paskudny kozik stuknął o posadzkę. Chłopak wyglądał na ociężałego umysłowo, ale nie był całkiem głupi. Przynajmniej coś wiedział.
- Nie było sprawy - obwieścił gromko radny, nie patrząc nikomu w oczy. - No co jest, kurwa?! Mówię, nie było!
Wagner z aprobatą skinął głową. Goście powracali do swoich schabowych, bigosu, a przede wszystkim samogonu i płynu o barwie końskiego moczu, niesłusznie zwanego piwem.
Spojrzał na osadników, na podnoszącego się z podłogi chłopaka i nieporadnie gramolącego się starego. Widział trzęsące się ręce, grymas na twarzy młodego. Pewnie syn, pomyślał. Poczuł ukłucie, znajome, lecz słabnące w miarę upływu lat. Wstrząsnął się jak od nagłego chłodu.
Stary stał, podtrzymywany przez chłopaka. Ocierając krew z przygryzionej wargi, spoglądał spode łba.
- Spierdalajcie, boćwinkowie - rzekł Wagner łagodnie. - Nic tu po was, sami widzicie - dodał po chwili.
Litwin z siwym wąsem zamamrotał coś pod nosem. Wycofywali się tyłem, nieufnie spoglądając na salę, jednak pozostali goście wydawali się pochłonięci piciem. W kącie kilka ochrypłych głosów podjęło refren rosyjskiej piosenki.
Gdy znikali w drzwiach, młodszy spojrzał Wagnerowi w twarz i bezgłośnie poruszył wargami. Wagner bezbłędnie odczytał wypowiedziane po polsku "dziękuję".
Wrócił do stolika, na dnie szklanki pozostało jeszcze trochę koniaku. Przypatrywał się, jak kelnerka dyryguje dwoma barczystymi drabami, których zwano tu szatniarzami. Robili porządki, polegające na wywleczeniu za nogi nieprzytomnego lejtnanta. Wagner spostrzegł, jak jeden z nich niepostrzeżenie odpina oficerowi zegarek. Uśmiechnął się. Lejtnant był sam sobie winien. Naruszył prawo.
A praw pogranicze znało niewiele. Był "wojennyj zakon", rozplakatowany na wypełzłych od słońca i deszczu obwieszczeniach, których nikt nie czytał. Prawo strefy działań wojennych zawierało zaledwie kilka paragrafów, z których jeszcze mniej przestrzegano. Trudno się dziwić, skoro pierwsza zaczęła go łamać rosyjska administracja. A przepisy, których nie zdołano złamać, były skwapliwie obchodzone. Istniały również prawa niepisane, milcząca umowa najeźdźców i najechanych, z których większość wyznawała zasadę, że jakoś trzeba żyć. Wśród nich to, które właśnie złamał nieszczęsny lejtnant. Knajpy z wyszynkiem stanowiły miejsca rozejmu, na wzór kościołów w średniowieczu.
Etyka od tego czasu nieco upadła i w knajpie nikt nie był nietykalny. Jednak wnosić do niej można było jedynie broń białą, inną pozostawiało się w szatni. Nie zdarzyło się ponoć, by komuś coś zginęło, choć nierzadko na hakach wisiały zgodnie obok siebie kałachy znienawidzonej przez wszystkich ochotniczej milicji, i M-16 narodowej partyzantki, tępiącej kacapów, kałakutasów, Żydów, masonów i wszelkiej maści komuchów.
Miało to głęboki sens, co potwierdzała dawna historyjka, podobno nawet prawdziwa. Pewnego razu w Łomży pewnemu włościaninowi z Sił Zbrojnych Samoobrony nie podobała się jakość podawanego piwa. Oświadczył, że to ostatnie piwo, które wypił w tym lokalu, co poparł odpaleniem w barmana z rgppanc.
Dla wszystkich gości, personelu i sprawcy było to w istocie ostatnie piwo. A lokal już nigdy nie wrócił do dawnej świetności.
Od tej pory zezwalano tylko na broń białą. Noże, pały, łańcuchy rowerowe. Pozwalała spersonalizować stosunki międzyludzkie, bez szkody dla osób postronnych.
W tanim cyfrowym casio przeskoczyły szare cyferki. Wagner zaklął. Kędzior miał jeszcze czas, zresztą zazwyczaj był punktualny. Irytowała go raczej szarość cyferek. Baterie się kończą, psiakrew, pomyślał. A nowe można dostać tylko po tamtej stronie. I to najbliżej w Wołominie.
Omiótł wzrokiem sąsiadów Nic specjalnie się nie zmieniło, wymieszani przy stolikach okupanci, przemytnicy, partyzanci narodowi, ekologiczni i lewicowi pili zgodnie i zawzięcie, jakby koniec świata miał nastąpić już jutro, i w pierwszej kolejności położyć kres wyszynkowi. Nic nie usprawiedliwiało takiego pośpiechu. Kres cywilizacji, który był już przesądzony, nie miał nastąpić jutro ani pojutrze. Nawet nie w tym tygodniu, miesiącu czy roku. Choć kolejny rok mógł być ostatnim.


4.

Okupanci, przemytnicy i partyzanci pili zgodnie, nie przejawiali nadmiernej agresji, poza werbalną. Bełkotliwe wyzwiska przeplatały się z toastami, zagłuszane niekiedy nieskładnie śpiewanymi zwrotkami co sprośniejszych piosenek. Nie ma zagrożenia, ocenił machinalnie Wagner.
W Ostrowi był praktycznie nietykalny, jak wszędzie po tej stronie granicy. Skrzywił się ironicznie. Linii rozgraniczenia, a nie granicy. Wbrew pozorom różnica była istotna, nie sprowadzała się wyłącznie do nazwy.
Jeszcze jedno spojrzenie. To nie strefa amerykańska, nie nadbużańskie łozy lub wypalone ruiny Wyszkowa czy Tłuszcza. Ale nawet tu trzeba uważać na zwykłych bandziorów, znęconych cennym ekwipunkiem, na pijaków, którym zamroczony umysł nie pozwalał zorientować się, kogo zaczepiają.
Należało strzec się rumuńskich dzieci, których zajęcie tylko z przyzwyczajenia określano mianem żebractwa. Okazało się, że nawet dziś jest to dla nich atrakcyjniejszy teren niż ojczyzna. Wobec braku samochodów, w których można myć szyby, i obojętności na los kalek, smarkacze wypracowali znacznie skuteczniejsze metody zarobkowania. Atakowali hordami, choć najmłodsi z nich ledwie potrafili chodzić. Wybierali samotnych, niekoniecznie nawet pijanych, bardziej zajadli i bezwzględni niż sfora dzikich psów. Wypadali z ruin i z zarośli, pozostawiając na ogół nagie zwłoki, a czasem nawet kilku pobratymców, których nie zabierali, by choćby pogrzebać.
Nikt nie mógł sobie dać rady z dziecięcymi bandami. Obławy nie skutkowały, zresztą Rosjanie nie mieli co robić ze schwytanymi. Deportować? Nie było dokąd. Resocjalizować? Wolne żarty, do resocjalizacji mieli dosyć własnych obywateli, a obecnie wszelkie inwestycje na Syberii okazały się chybione i pozbawione perspektyw rozwoju.
A na poparcie natarczywych i ustawicznych próśb miejscowej ludności Rosjanie nie potrafili się zdecydować. Nawet dzisiaj trudno było wydać rozkaz strzelania do dzieci jak do bezpańskich psów.
Wagner wstrząsnął się. Wiedział, jak rozwiązywano ten problem w strefie amerykańskiej. Nie orientował się tylko, kto go rozwiązuje, wojsko czy może polska policja. Nawet nie chciał się domyślać.
Dość tego. Sięgając po szklankę, rozejrzał się wokół. I zamarł bez ruchu.
Parka zwisająca z oparcia krzesła. Typowa amerykańska parka, jaką wciąż jeszcze nosili żołnierze zza oceanu stacjonujący w Polsce, trzeci sort armii, dla której nie starczyło nowych mundurów z nomeksu. Naszywka na piersi, kawałek zielonej tasiemki z czarnym napisem. Reszta liter schowana w fałdach, widoczny tylko inicjał nazwiska. Duże, czarne V.
Odstawił szklankę, wstał, zdając sobie doskonale sprawę, że to bez sensu. Osobiście zamknął ten rozdział. To niemożliwe.
Mimo to wstał.
Nie zwrócił uwagi, że gwar przycichł i śledzą go spojrzenia, nagle czujne i trzeźwe. Podszedł, sięgnął do obszytego sztucznym futrem kaptura i zacisnął palce. Stał tak chwilę, nie zwracając uwagi, iż siedzący na krześle człowiek spręża się, schyla i sięga do cholewy.
Szarpnął parkę. Przez moment wpatrywał się w naszytą na piersi taśmę z nadrukiem.
Velasquez.
Właściciel parki zdążył poderwać się z krzesła. Nie był zbyt pijany. Zdołał wyjąć nóż: mały, pozbawiony rękojeści boot knife, matowo połyskujący czarną, parkeryzowaną stalą, jeśli nie liczyć wąskiej, srebrzystej powierzchni ostrza. W skośnych, ginących w szerokiej, płaskiej twarzy oczach czaiło się zaskoczenie i zdziwienie, niepozbawione drapieżnej czujności.
Na pewno nie był Velasquezem. W niczym nie przypominał Latynosa. Prawdopodobnie naszywka była epitafium, jedynym śladem, jaki pozostawił na ziemi chłopak z amerykańskich slumsów, którego los rzucił na linię rozgraniczenia.
Kradzione z transportów i magazynów parki nie miały nazwisk właścicieli. A amerykańscy chłopcy nie handlowali wyposażeniem. Sami mieli go zbyt mało, stacjonujące w Europie oddziały znajdowały się na końcu list zaopatrzenia. Velasquez utratę parki przypłacił życiem.
Ktoś chwycił za rękę trzymającą boot knife'a. Kompan obecnego właściciela parki próbował zapobiec ewentualnej bójce. W skośnych oczach Wagner dojrzał ulgę.
Nie znał tego człowieka. Kazach, Kałmuk, nie wyglądał na dezertera, pewnie jeden z mafiosów, którzy rozmnożyli się na krańcach dawnego imperium, rozzuchwaleni przez lata rosyjskiej słabości.
Ciekawe, czy długo tu zabawi, pomyślał Wagner, odwieszając parkę na oparcie. Być może jeszcze się spotkamy.
Odwrócił się, ignorując ostrze nadal trzymane przez skośnookiego. Gwar ponownie się nasilił, ktoś ochrypłym głosem zaintonował nieśmiertelną pieśń o powinnościach i dokonaniach radzieckiego dyplomaty. Wagner usiadł, jednym haustem wychylił pół szklaneczki płynu udającego koniak. Przymknął oczy. I znów zobaczył zieloną tasiemkę. Z dużą, czarną literą V na początku. Ale pozostałe znaki nie układały się w nazwisko Velasquez.

ˇ

Vossler. Krew spływająca z rozbitego łuku brwiowego zalewa jedno oko, ale drugie widzi wciąż ostro i wyraźnie. Widzi i rejestruje, bez udziału umysłu, jak kamera, obrazy zapadają w pamięć, można je w każdej chwili wywołać. Czasem wywołują się same. Młodą twarz wykrzywia szyderstwo, szaleństwo płonie w jasnoniebieskich oczach.
Na tle nieba wysokim łukiem leci przedmiot. Czarny, choć naprawdę zielony, cylindryczny, z białym napisem, którego nie widać, ale Wagner wie, że tam jest. Brzęk szyby, śmiech. Biały błysk i krzyk. Nic poza tym.
Willy Pete. Granat fosforowy. Ogień, którego nie da się ugasić, przepalający ubranie i ciało aż do kości. Można tylko krzyczeć. Długo, bardzo długo.
Nie myśli. Rejestruje obrazy, zdając sobie sprawę, że gdy umilknie krzyk, a belki chałupy ogarną płomienie, kiedy biały obłok płonącego fosforu zastąpi czarny, ciężki dym, cuchnący smołą z dachu i spalonym mięsem, nadejdzie jego kolej. Wtedy młody, czarnoskóry chłopak o dziecinnej, wykrzywionej napięciem twarzy, naciśnie spust M-16, trzymanego w dygocących dłoniach.
Lufa karabinka zatacza kręgi, to zaglądając wprost w oczy, to celując gdzieś w pierś. Czarny chłopak też słyszy krzyk. Może sam zacznie wrzeszczeć. Może rzuci się na swojego dowódcę, lecz niewykluczone, że ciśnie broń i popędzi przed siebie. Albo naciśnie spust, stanie po właściwej stronie, zagłuszając sumienie.
Rozciągnięte ciała leżą w miejscu, gdzie ścięła je seria. Krew plami panterki chłopaków ze Strzelca i granatowy niegdyś waciak zarośniętego gospodarza. Oczy żołnierzy w aramidowych hełmach są rozszerzone, stężałe twarze jaśnieją od rozbłysku fosforowego żaru w oknie poczerniałej ścianie chałupy.
Widać najdrobniejsze szczegóły. Beżowy pancerz schwartzkopfa. Niebieskawo połyskujące optyczne szkło wzmacniacza obrazu z malutką wycieraczką. Numer seryjny na błotniku. Wgnieciony pojemnik narzędziowy. Błyszczące ogniwa gąsienic.
Czas stanął wypełniony krzykiem.
Zarys nad płaską wieżą. Dostrzega sylwetkę we włazie. Prawie czarny, nieprzenikniony na tle jasnego nieba, rejestrowany zresztą jednym okiem. Ale blask płonącego fosforu ujawnia szczegóły.
Zielona, baseballowa idiotyczna czapka. Parka zamiast czołgowego kombinezonu. To nie czołgista, raczej dowódca posterunku w Turce, który postanowił zdobyć laury, walcząc z partyzantami. Dłoń w czarnej rękawicy trzyma krawędź włazu, ochlapaną niedbale beżową, pustynną farbą.
Nie zdążyli przemalować, z ostatnich uzupełnień. I zdziwienie. Kiedy mam czas na myślenie? Czas stanął. Krzyk.
Lustrzane gogle na twarzy wychylonego z włazu kierowcy litościwie osłaniają oczy. Odbijają biały żar. Coś błyszczy poniżej, spływa po twarzy, żłobiąc w kurzu jaśniejsze bruzdy. Łzy. A może pot. Z przygryzionej wargi płynie strużka krwi.
Krzyk. I śmiech. Wyszczerzone starannie utrzymane zęby. Zielona taśma z nazwiskiem. Vossler.
Krzyk wreszcie cichnie, przygasa upiornie biały blask, płomienie ciemnieją, nabierają pomarańczowej barwy. Przegryzają poszycie dachu, z okapu spadają krople płonącego lepiku. W niebo bucha kolumna czarnego, tłustego dymu.
Trzask płonących belek, huk rozpalającego się pożaru, wizg turbiny schwartzkopfa na jałowym biegu. I śmiech.
Lufa M-16 nieruchomieje. Jeszcze chwila. Ostatnie spojrzenie. Sylwetka nad włazem czołgu, nierozjaśniana blaskiem płonącego fosforu. Ledwie widoczna wstążka z nazwiskiem. Vossler.
Czas jeszcze nie przyspiesza. Cień na twarzy przesłania jedyne oko. Widać wyraźnie łopaty wirnika schodzącego do lądowania blackhawka, wirującą w powietrzu sadzę i wessane przez ogień śmieci.
W oczach czarnego chłopaka nie ma przerażenia. Jest decyzja. Bieleje zaciskający się na spuście palec.
Pora zamknąć oko. Śmiech. Jęk turbiny. Trzask płonących belek i powolny łoskot łopat wirnika.
Uderzenie. Czerwony rozbłysk pod czaszką i ostatnia myśl. Nazwisko, które chce zabrać ze sobą do piekła.
Vossler.

ˇ

Odetchnął głęboko, wciągając w płuca zaduch kapusty, tytoniowy dym i smród zatłoczonej knajpy. Resztki tlenu wystarczyły, by znikły natarczywe wizje.
Pociągnął kolejny łyk. Na szczęście od dawna zaprzestano bezsensownego zwyczaju sprzedawania alkoholu w dawkach pięćdziesięciogramowych. Ale nie pomogło.
Zastanawiał się, jak długo jeszcze będzie tak reagował, budził się z bijącym sercem, wpatrując się szeroko rozwartymi oczami w ciemność, nie mogąc uciec od rozbrzmiewającego pod czaszką krzyku palących się żywcem kobiet. Jak teraz, gdy na widok parki spoglądał najpierw na wstążkę z nazwiskiem.
Dlaczego w snach nigdy nie widzi tego, co działo się później. Kiedy po raz drugi zobaczył zieloną naszywkę. Litery układające się w nazwisko Vossler, przekreślone czarnymi nitkami z podziałką.
Na tę chwilę czekał ponad rok. Przeszło sześć miesięcy pochłonęły przygotowania, podjął je zaraz po tym, kiedy odcięto go od stryczka. Uśmiechnął się mimo woli. No, może niezupełnie odcięto, ale na jedno wychodzi.


Dodano: 2006-04-22 13:53:54
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Kulawego szermierza"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS