NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"

Ukazały się

Mammay, Michael - "Przestrzeń"


 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"

 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

Linki

Baniewicz, Artur - "Gdzie księżniczek brak cnotliwych"
Wydawnictwo: SuperNOWA
Cykl: Baniewicz, Artur - "O Debrenie z Dumayki"
Data wydania: 2004
ISBN: 83-7054-164-X
Liczba stron: 508
Tom cyklu: 3



Baniewicz, Artur - "Gdzie księżniczek brak cnotliwych"

Most nie spodobał się Debrenowi. Wyłonił się z mroku zbyt nagle, był za duży i za czarny. Kamienny, jedynie opierzony drewnem, wisiał nad czymś, co mogło być sporym żlebem albo doliną małego potoku. Czymkolwiek było, wgryzło się między porośnięte lasem stoki dostatecznie głęboko, by wzrok skapitulował przed ciemnością. Debren nie próbował niczego robić z oczami. Z nieba spływały na pogrążone w ciszy góry płatki śniegu wielkości brzozowych liści – w takich warunkach nawet wyspecjalizowany w optyce czarodziej niewiele zwojuje. Choć teraz akurat przestało padać. Dość nagle.
– Ależ cudny! – rozczulił się Zbrhl. Podobnie jak Debren, ściągnął cugle człapiącego ospale wierzchowca. – Ha, od razu widać, żeśmy są w Morvacu!
– Pogratulować refleksu, panie rotmistrz – dobiegł z tyłu słaby, mniej niż zwykle zjadliwy głos Lendy. – Po trzech ledwie dobach błądzenia tak precyzyjnie ustalić przynależność państwową tych zasranych gór to zaiste...
– Lenda... – rzucił Debren na poły gniewnie, na poły błagalnie. – Zamknij dziób.
Tak naprawdę wcale nie chciał, by umilkła. Dał sobie spokój z oczami, ale od jakiegoś czasu podostrzał inne zmysły i chcąc nie chcąc wyławiał niepokojące sygnały zza pleców. Posykiwania, gdy gniadosz dziewczyny zmieniał nagle rytm, omijając widoczne przeszkody. Jęki, gdy napotykał na przeszkody, które skryły się pod śniegiem i które wypatrzył za późno, co zmuszało go do ratowania się skokiem. Zapach świeżej krwi i świeżego potu. W porównaniu z bukietem smrodu, pozostawionym w portkach czy onucach przez poprzednich właścicieli, dziewczyna nawet po trzech dniach w siodle pachniała przyjemnie. Ale im mocniej czuć ją było jej własnym potem, tym bardziej Debren tęsknił do pierwotnej, żołniersko‑oborowej woni łachmanów. Było za zimno, by się pocić. Mróz powinien uporać się także z zapachem krwi: spodnie Lendy nie należały do grubych i fachowo łatanych i każda kropelka przesączająca się przez szarpie musiała błyskawicznie zamarznąć.
Chyba że była sporą kroplą, nie kropelką.
Pociła się, gorączkowała, a teraz w dodatku krwawiła. Miał prawo się martwić. Więc niech mówi, niech plecie, co ślina na język przyniesie. Nawet gdyby to był jad w czystej postaci. W tej chwili wolałby jednak ciszę.
– Duma narodowa w człeku rośnie, gdy widzi takie cudo. – Szczerze wzruszony Zbrhl obrócił się w siodle, sięgnął po bukłak. – Godzi się uczcić inżynierów toastem.
– Świeć im Panie – wychrypiała dziewczyna.
– Hę? Że jak?
– Lenda – mruknął rozglądający się dookoła Debren – chciała rzec, że most jest stary.
– Aha. – Zbrhl, uśmiechnięty szeroko, podrzucił w dłoni naczynie z grawerowanej cyny. – Dzięki, kozo. Nie, żebym się gniewał, ale miło w końcu dobre słowo o czymś morvackim z twych ust usłyszeć.
– Z moich? – Lenda posłała mu zdziwione spojrzenie.
– Wiem: trudno ci przyszło. – Skrzywił się, zaskoczony oporem nakrętki. – Ciężko przyznać, że w Lonsku krzemiennymi toporkami pierwsze drzewa na kładki cięto, gdyśmy tu już kamienne mosty mieli. Łajno i kał – zaklął, bezskutecznie siłując się z bukłakiem. – Przymarzła czy jak? Toć piwo w środku, nie woda.
– W baryłce też. – Henza zatrzymał konia przy uwiązanym do siodła Lendy luzaku, stuknął w dębową beczułkę kolbą kuszy. – I też nie chlupie. Właśnie żem miał uwagę zwrócić, że je chyba zamróz dopadł.
– Prędzej rotmistrz jeden – mruknęła Lenda. – Puste beczki to do siebie mają, że słabo w nich chlupie.
– Zamarzło? – Zbrhl zapomniał na chwilę o opornym bukłaku. – Chcesz powiedzieć, żeś nie upilnował, nicponiu?! Toż jak pacholęciu tłumaczyłem: baczenie dawać! Ariergarda miałeś być, a nie chwost bezużyteczny!
– Cmoknij mnie w zadek – rzucił urażony Henza. – I do siebie miej żal. Prosty knecht jestem, nie komendant jakiś. Co każą, to robię, a jak kazać zapominają, to z inicjatywą się nie rwę. Sam zawsze przed szeregiem porykujesz, że tym wyrywnym to nogi z rzyci...
– Słyszeliście? – Debren drgnął, zadarł głowę.
– Chlupie? – zapytał z nadzieją Zbrhl.
– Na pościg miałem uważać – ciągnął rozgoryczony Henza. – Tudzież na dźwięki dziwne i błyskanie ślepi. Na wilkołaki, krótko mówiąc, i insze biesy. Piwa w rozkazie nie było, tom nie uważał, by czujności nie rozpraszać. Jak cię znam, czepiałbyś się, że na służbie o chlaniu jeno...
– Nnnie... – Magun spoglądał w niebo, obracając się w kulbace i zdmuchując płaty śniegu z rzęs. – To taki... dziwny dźwięk. Wysoki. Może nawet... hmm... ultra?
– Wysoki? – Zbrhl zadarł głowę, nie zapominając jednak o bukłaku. Trzasnął szyjką o siodło, wywołując nerwowy pląs konia, po czym zaczął mocować się z nakrętką. – Coś na jodłę wlazło?
– Ryś? – rzuciła bez przekonania Lenda. I sama sobie odpowiedziała: – Eee, chyba nie. Mądry ryś nie lazłby na takie drzewo, w taką noc i na takim mrozie. – Przetarła rękawem cieknący nos i pod wpływem zatroskanego spojrzenia Debrena dorzuciła: – No, ale to rozumnych rysiów się tyczy, a tu morvackiego mamy.
– A jak to... – Henza przełknął ślinę – jak wilkołak?
– Nadrzewny? – poszła za ciosem. – Może. Nasze wilkołaki honorowe są, prędzej taki na rycerza w zbroi skoczy, na śmierć pewną, niż na drzewo się tchórzliwie skryje, ale morvackie...
– To nie wilkołak – powiedział cicho Debren. – Za często transformują; mało co tak łatwo zeskanować. Zresztą to... no, jakby... przemieszczało się.
– Złazi? – Henza splunął, ujął kuszę oburącz. – Prosty knecht jestem, tom dotąd nie pytał, ale... Po co właściwie tu sterczymy? Mostowstręt ci się znów odezwał, Zbrhl?
– Macie mostowstręt, panie rotmistrzu? – zainteresowała się Lenda.
– A ma, ma, nawet pergaminem z pieczęcią potwierdzony – wyręczył rotmistrza Henza. – Wstrząsu bezpałowego był doznał na tym tle, jakeśmy się do zakonnych najęli i Lelonię najechali. Wielki mistrz duże zaciągi...
– Zawrzyj pysk – rzucił rozgniewany, choć raczej na bukłak, Zbrhl. – Debren z Lelonii się wywodzi, to mu pewnikiem przykro słuchać. Psia jucha... Na mur przymarzł, a chwycić nie ma jak. Miast kłapać gębą, łba byś lepiej nadstawił. Chyba nie da się tego ruszyć, jak w coś twardego nie przypieprzę. A koń się płoszy.
– Długo chcecie tak stać? – westchnęła Lenda.
– A właśnie – przypomniał sobie Zbrhl. – Po cośmy się tu właściwie zatrzymali?
– Most – mruknął Debren. – Nie umiem tego nazwać, ale coś mi się w nim nie podoba.
– Eee – rotmistrz posłał mu zdziwione spojrzenie. – Ty co, obraziłeś się? O te krzemienne toporki i kładki? Lonsko już dawno do Lelonii nie należy, nie ma powodów, by się...
– Ale wstrząsu bezpałowego toś się właśnie przez leloński most nabawił – przypomniał Henza. – Bo choć kompozytowy, znaczy kamienno‑drewniany, wziął się i zawalił pod marną połową roty. I to pieszej. Stało się to, gdy komtur kazał nam machiny na drugim brzegu Wiórnej nagłym atakiem zaskoczyć. No to my podwiki na misiury, spódnice na portki i hajda na most, że niby gromada bab w panice od zakonnych pierzcha, cnotę ratując. Zamysł był taki, że nim się Lelończyki połapią, to my ich już cepami... a, bom rzec zapomniał, że z cepamiśmy poszli i co drobniejszą bronią jeno, żeby na włościaństwo wyglądać. No i, wystawcie sobie, mistrzu Debren: ten psi syn wziął i pękł!
Coś trzasnęło. Głośno, choć nie aż tak, by zamarzyć o konkurowaniu z wściekłym rykiem Zbrhla.
– A skurwiel!!! Tak pęknąć!!!
– Toć mówię – wzruszył ramionami Henza. – Kompozytowy, nowiutki, jeszcze lasem belki czuć, tablica w trzech językach dumnie głosi, że konstrukcja klasy międzynarodowej jest, na tuzin kupieckich wozów liczona, i to tych w woły zaprzężonych, a tu jak nie dupnie...
– Bukłak!!! – Wściekły nie na żarty rotmistrz cisnął w niego tym, co zostało mu w prawej dłoni, czyli zakrętką, szyjką i kawałkiem grawerowanej cyny. – Oszuści! Złodzieje! W rękach, łajno i kał! Miotły im strugać! Zawracaj konia, Henza! Mord parę muszę pilnie obić w Bre­cławiu! Siedem i pół grosza wzięli, łotry! Anvaski, powiadają! Z importu! Morzem wieziony! Sto lat przetrwa!
– To był bukłak z Anvashu? – Debren podrapał się po głowie. – Hmm... Nie chcę się wtrącać w twoje z brecławskimi kupcami porachunki, ale nim się wygłupisz, sprawdź, czy gwint nie był aby odmiennie skrętny. Bo Anvashe, jak wiadomo, wszystko po swojemu robią, odwrotnie niż reszta Viplanu. Fury, przykładowo, lewą stroną u nich jeżdżą.
– Tak? – zdziwił się Henza. – A ja żem myślał, że to w Sovro. U nich, dzikusów, wszystko na opak czynione.
– W Sovro fury jeżdżą jak Bóg przykazał – wychrypiała Lenda. – Tyle że szerszy rozstaw kół mają. Jest taka krotochwila z owym udziwnieniem związana. Przychodzi oto do wielkiego księcia minister transportu i pyta: Wasza wysokość, a o ile nam trza szerzej niźli na Wschodzie koleiny czynić? A książę na to: A na...
– Znam! – przerwali jej zgodnym chórem obaj najemnicy. Po czym Zbrhl, dziwnie spokojniejszy, odrzucił w zarośla to, co zostało z bukłaka. Chrzęszcząc pancerzem, odwrócił się, przyjrzał dziewczynie.
– My tu gadu‑gadu – mruknął, przenosząc spojrzenie na maguna – a naszą kozą telepać zaczyna.
– Nic mną... szlak wyboisty. – Próbowała wzruszyć ramionami, ale akurat dopadł ich podmuch znad żlebu, względnie doliny. – S...sami aż po...odzwaniacie.
– Zbroją – powiedział cicho Debren – nie zębami. – Zsiadł z konia, rzucił wodze zdziwionemu rotmistrzowi. – Nie podoba mi się ten most, ale chyba musimy z niego skorzystać. Poczekajcie tu. Rzucę okiem, poskanuję.
– Czemu mmm...usimy? – Im bardziej się starała nie drżeć, tym bardziej jej to nie wychodziło. – Trzy dni po be...ezdrożach, to i...
– Po pierwsze, kozo, trzy dni temu silna byłaś, a teraz zdechlak z ciebie, co nie ma sił, by smarki z nosa dobrze zetrzeć. – Debrenowi przemknęło przez myśl, że jest słabsza, niż sądził: nie rzuciła w Zbrhla ani nożem, ani klątwą, ani nawet złym spojrzeniem. I nie próbowała sięgać do nosa. Oblepiona śniegiem od czubka kaptura po łapcie, w niezrozumiały sposób wydawała się drobna, krucha jak mała dziewczynka. – Po drugie zaś, ważniejsze, to jest porządny, morvacki most i jeno przez grzeczność poczekam, aż Debren go różdżką opuka. I bez pukania wiem, że pięćset lat tu jeszcze postoi, choćby po nim smoki chadzały. U nas, w przeciwieństwie do Lelonii, mosty są tak stawiane, by się na nich człowiek bezpiecznie i komfortowo czuł. Jako ja zaraz będę.
– Znaczy: nie boisz się? A wstrząs bezpałowy? – zainteresował się Henza.
– Ile razy mam powtarzać, cepie durny, że w papierach stoi jak byk: pourazowy? Dopisek o bezpałowości medyk tylko dlatego w dole dodał, bo się płatnik zakonny, jełop jako i ty, nie znał na medycynie i nie mógł pojąć, jak można wstrząsu doznać, po łbie nie biorąc.
– I dodatku za rany odmawiał? – domyślił się Debren.
– To też. – Zbrhl splunął w zaspę. – Choć, po prawdzie, szło mi o to, by drugiej połowy roty w tak durny sposób nie wytracić. Bo widzisz, komtur, suczy pomiot, uwziął się, by po sąsiednim moście na drugi brzeg leźć. A kogo przodem chciał słać? Nas! Bo, powiada, wy, panie Zbrhl, już doświadczenie macie w operacjach desantowych. I kontrakt pod nos pcha, arbitrażem straszy. Tom się wkurzył i do medyka poszedł. Nie powiem, nie z pustymi rękoma. Chwalić Boga łapiduch miejscowy był, Lelończyk, więc w mig ładną jednostkę chorobową w księgach wynalazł. Skończyło się na tym, że mostu nie szturmowałem, bo mostowstręt mnie udokumentowany od tego zwalniał, a roty zakonni posłać nie mogli, bo w kontrakcie stało, iż pod moją jeno komendą ma chadzać, póki broń mogę dźwignąć. A tę, choć wstrząśnięty, dźwigałem.
Debren zsiadł z konia i ruszył w stronę mostu. Po paru krokach zapadł się po uda w śnieg. Leżało go tu zaskakująco wiele, nawet jeśli wziąć poprawkę na zagajnik porastający zbocze. Lasek łapał nawiewany z góry śnieg, zatrzymywał, nie pozwalał białym kopcom wędrować niżej. Debrenowi nie przeszkadzało to zanadto. Dopóki nie zbliżył się na piętnaście sążni do północnego przyczółka mostu i nie stwierdził, że patrzy na niego z wysokości sążni dwudziestu, zaś widoku nie przesłania mu żadne drzewo czy skalny wypust. Stok był tu stromy, pozbawiony punktów oparcia dla kopyt, stóp czy choćby dłoni. A także zaśnieżony. Może nawet mocniej niż zagajnik.
Stracił kilka pacierzy, macając piętami tu i tam, sondując różdżką i szukając zejścia. Gdyby nie znalazł, mógłby z czystym sumieniem zawrócić. Znalazł jednak.
Z bliska most wyglądał gorzej: z cienia wychynęły szczerby po wykruszonych kamieniach, tu i tam zaskrzypiała poluzowana poręcz. Po drugiej stronie, przy południowym brzegu, kawałka balustrady w ogóle nie było. Debren, ostrożnie stawiając kroki, przeszedł po przęśle i ukucnął przy kikutach belek. Nie były porąbane – ktoś lub coś je wyłamało. Raczej coś, sądząc po rozmiarach zniszczenia. Brakowało z grubsza dziesięciu stóp barierki.
No i domku mytnika. Powinien tu być. Konstrukcję wzniesiono w czasach, gdy systemy podatkowe jeszcze raczkowały na prowincji i opłaty mostowe uchodziły za jedno z niewielu pewnych źródeł dochodu.
Nadal nie padało, więc mógł podnieść się na duchu, wyławiając spojrzeniem jakieś rumowisko na granicy lasu. Uznał, że to resztki prowizorycznej rogatki, poskanował jeszcze chwilę i wrócił po własnych śladach.



– Daruj, ale to szukanie dziury w całym. W moście, konkretnie. Co z tego, że czarny, śnieg się go nie czepia i że magią trąci? Może ci się to w lelońskim rozumie nie mieści, do bylejakości nawykłym, ale tak właśnie porządne mosty wyglądają. Magia sprawia, że się podróżny bezpiecznie i komfortowo czuje. Czego o waszych mostach, wybacz, powiedzieć nie sposób. O Belnicy – Zbrhl zerknął na dziewczynę – już nie wspomnę. Mostu tam, póki co, nie wynaleziono. Prawda to, kozo, że Belniczanin, w obcych krajach będąc i na most wchodząc, nogawki podwija? Bo mu się przeprawa nieuchronnie z brodem kojarzy?
Debren westchnął w duchu. Korzystając z jego nieobecności, Lenda dorwała się do gorzałki, którą przyprawiała jakimiś zmrożonymi grzybami i popijała w charakterze lekarstwa. Efekt był taki jak zwykle: poczuła się lepiej, rzadziej stękała i częściej dogryzała Zbrhlowi. Nim sprowadził kolumnę na północne przedmoście, zdążyli wbić sobie nawzajem po parę szpil.
– Dość gadania – uprzedził dziewczynę. – Na koń.
Most był szeroki, trzy wozy mogły się na nim mijać, o ile woźnice za dużo nie wypili. Ruszyli jedno za drugim tylko dlatego, że Debren się tego domagał.
– I co? – W połowie przęsła Zbrhl nie wytrzymał, zatoczył koniem, ustawił się strzemię w strzemię z dziewczyną. – Słyszysz, jak zdrowo kopyta dudnią? Zaprawa jak złoto.
Debren szarpnął wodze. Coś przeszyło mu mózg, zarezonowało boleśnie w pobudzonych magią uszach. Martwił się, szykował na paskudne niespodzianki – a i tak dał się zaskoczyć. Zrozumienie przyszło za późno, gdy z ultra­dźwiękami zlał się gwizd ciętego skrzydłami powietrza.
– Głowy w dół!!! – wrzasnął, podrywając różdżkę i celując w coś czarnego, przemykającego nad balustradą. Zdążył i pewnie by trafił. Gdyby nie koń. Koń, spłoszony czy to okrzykiem, czy łopotem błoniastych skrzydeł, zarzucił zadem, skutkiem czego czar poszedł w niebo. – Nietoperz!!!
– Zdurniałeś, Debren? – Zbrhl oderwał spojrzenie od Lendy w najmniej stosownej chwili, bo właśnie stamtąd nadlatywał napastnik. – Akurat ty się o włosy...?
Lenda, wciąż nadąsana, starała się nie dostrzegać rotmistrza. To ją uratowało. Wychwyciła ruch, zanurkowała ku rękojeści zawieszonego przy siodle miecza. Nie zdążyła wyrwać ostrza z pochwy, ale przynajmniej pogłębiła skłon, klejąc się do grzywy. Napastnik, równie szybki, skręcił w ostatnim momencie, wyrzucił skrzydła w przód, celując szponami w oczy Zbrhla.
Drugiego, mniejszego, Debren trafił błyskawicą. Nie­groźnie – ogień błysnął i zgasł, zdarty z futra pędem powietrza. Pożytek z trafienia był tym bardziej wątpliwy, że spłoszony nietoperz skręcił nagle, a spłoszony Henza, na którego rzuciło się coś czarnego i wielkiego, poderwał kuszę i wpakował bełt w sam środek maszkary.
Debren zaklął, chwycił różdżkę w lewą dłoń, prawą zdzielił konia w ucho. Nie było to zbyt mądre, ale na krótką metę zamierzony efekt został osiągnięty. Wierzchowiec, z którym od samego początku nie bardzo się lubili, zapomniał o pomyśle czmychnięcia z mostu i szarpnął do tyłu łbem, próbując ugryźć jeźdźca.
Przez chwilę stali bokiem do osi mostu. Debren, nie nadwerężając kręgosłupa, mógł przymierzyć się porządnie, a przy okazji ocenić sytuację.
Niedobrze. Zbrhl, schylając odruchowo głowę, zamiast po oczach dostał pazurami po hełmie. Zachwiał się w siodle i popełnił poważny błąd, próbując równocześnie łapać zdarty z głowy kapalin i wiszący za kulbaką berdysz. O dziwo, udało mu się – ale kosztem uzdy, dla której zabrakło rąk. Jego koń był drugim, który w krytycznym momencie pozostał zdany na siebie.
Pierwszym był luzak dźwigający baryłkę i resztę dobytku. Zwierzę, podobnie jak Henza, fatalnie zareagowało na widok nietoperza. Najpierw skoczyło w bok, waląc piersią w balustradę, potem dostało po zadzie trupem błonoskrzydłego, którego bełt przyszpilił do baryłki, a na koniec, spanikowane do reszty, wpadło na gniadosza Lendy.
– Łajno i kał!!! – zaryczał rotmistrz, sięgając po uzdę i kreśląc szeroki łuk potężnym toporem. Trzeci nietoperz wywinął się sprytnie, przeciągnął pazurzastą nogą po końskim pysku i znikł w mroku. Berdysz, chybiwszy o włos, trzasnął w baryłkę, zgruchotał połowę klepek, ugrzązł.
– Lotnik, kryj się!!! – wydarł się poniewczasie Henza.
Mróz musiał być słabszy, niż Debren sądził. Względnie piwo warzyli w Lonsku lepsze, niż twierdził Zbrhl. Rozrąbana beczka zemściła się na rotmistrzu, eksplodując mu w twarz kulą piany. W bardzo niedobrym momencie.
Prawdziwe uderzenie spadło na nich dopiero teraz. Kiedy koń rotmistrza hamował zadem na balustradzie, łamiąc belkę, luzak szarpał się, uniemożliwiając Zbrhlowi oswobodzenie żeleźca, a gniadosz Lendy stawał dęba.
Coś, co nadleciało wzdłuż drogi, zza pleców Henzy, było dużo większe od nietoperzy. Jeśli pominąć skrzydła, miało gabaryty młodego byczka – tyle że nie bardzo się dało owe skrzydła pomijać: rozpościerały się szerzej niż most, na dwa sążnie w każdą stronę.
– Legnij!!! – wrzasnęła Lenda. – Z konia, Henza!!!
Henza legł. Po tym, jak lewa łapa stwora grzmotnęła go w przewieszoną przez plecy tarczę. Potwór zdawał się celować w kawałek odsłoniętego ramienia, ale w ostatnim momencie jakby zmienił zamiar. Nie potrafił latać po ciemku z nieomylną precyzją nietoperzy, ale jego oczy były oczami orła. Wypatrzyły czarodzieja dostatecznie wcze­śnie, by stwór skorygował plany.
Debren zdążył oswoić się z odziedziczoną po mistrzu Ha­nusie różdżką i poćwiczyć po drodze. Gdyby potwór nadleciał ze wschodu, zachodu lub południa, walka skończyłaby się równie szybko, co spektakularnie: wybuchem, kulą ognia, deszczem palonego pierza. Może też martwym magunem: od początku było jasne, że bestia do delikatnych nie należy i Debren natychmiast zdecydował się na użycie całej dostępnej mocy.
Ale cholernik mknął tuż nad głowami ludzi i najdrobniejszy błąd...
– Zbrhl! – Słyszał krzyk Lendy jak przez zatyczki z woskowych kulek. – Z lewej! Tnij!
Jeszcze tylko chwila. Zrób coś, dżuma i syfilis, zrób coś, jesteś czarodziejem, potrafisz, to marne dziesięć sążni, a różdżka niesie jak kusza z Genzy...
Trzymał ją idealnie na celu, bo koń jakimś cudem zastygł, przestał polować na jego łydkę. Wystarczyło jedno zaklęcie.
Nie potrafił.
Zbrhl, który też nie potrafił, puścił drzewce berdysza, przeciągnął przedramieniem po zalanych piwną pianą oczach, zamachnął się, cisnął kapalinem jak starożytny Illeńczyk dyskiem. Hełm, gubiąc warstewkę śniegu, pomknął ku wielkim, okrągłym ślepiom...
...i znikł. Dzięki czemu Debren miał okazję przekonać się, że głowę, choć ptasią, potwór ma dostatecznie dużą, by pomieściła dziób, który z kolei pomieścił solidny, oblężniczy hełm z niemałym rondem.
Na szczęście gardło musiało być węższe. Napastnik przełknął odruchowo, ale wyraźnie go to zdekoncentrowało. Względnie rozochociło: Debren nie wiedział, czy haczykowaty dziób trafił luzaka, nie zaś któregoś z ludzi dlatego, że bestia spudłowała, czy też był to świadomy wybór. Na korzyść straszydła jako rozważnego wojownika przemawiał fakt, iż zgarnęło akurat to, co warto było zgarnąć. No i rozbiło całe centrum ludzkiego ugrupowania.
Gdy stwór wyrównał, przechodząc do lotu poziomego i mknąc wprost na maguna, w jego dziobie połyskiwała kasetka, w której rotmistrz przechowywał gotówkę, Lenda wraz z gniadoszem waliła się na brukowaną jezdnię, a koń Zbrhla, rżąc rozpaczliwie, wyłamywał zadem balustradę i zaczynał znikać w przepaści.
Dopiero wtedy Debren posłał czar. Błyskawicę. Nie odważył się użyć czegoś mocniejszego.
Oczywiście trafił. Wielki cel, blisko. Poza tym wyładowanie, przedłużone w czasie, dało sobą łatwo kierować. Nic dziwnego, że ugodziło potwora w łeb. Debrena nie zdziwił także umiarkowany efekt. Błyskawica to tylko błyskawica, daleko jej do pioruna kulistego.
Orłogłowy, mieląc chaotycznie czwórką masywnych, bardzo kocich i bardzo pazurzastych łap, zakolebał się, zaskrzeczał, odbił nieco w bok. Rozbłysk, a może także wyszarpnięte z głowy pierze musiały go oślepić, bo spudłował, mijając się z przeciwnikiem o parę stóp. Debren, chlaśnięty przez twarz jedynie pędzlopodobnym końcem ogona, oślepł chwilowo na prawe oko, lecz utrzymał się w siodle. Zdołał nawet wysłać mały piorun, ale już przez ramię, trochę na ślepo, zaś odrobinę wcześniej pasiaste cielsko zderzyło się z balustradą i zapikowało pod most wraz z wyłamaną belką. Kula skondensowanej energii trafiła właśnie w nią i choć belka eksplodowała w pięknym rozbłysku, skrzydlaty ocalał.
Lekko pokłuty odłamkami, z sierścią tlącą się tu i tam, pomknął wzdłuż koryta żlebu. Jeszcze przez chwilę było go widać, ale Debren nie miał czasu posyłać za nim kolejnego pioruna.
Koń rotmistrza wciąż żył i kwiczał, ale robił to w coraz szybszym locie – pod mostem musiało być mnóstwo wolnego miejsca. Dla wszystkich stało się jasne, iż uczepiony końca berdysza Zbrhl nie drzewca tak naprawdę się trzyma, a swej ostatniej szansy.
– Przez łeb go, Lenda! – Jedno sprawne oko wystarczyło Debrenowi do oceny sytuacji. Nie była skomplikowana: berdysz tkwił w baryłce, ta trzymała się grzbietu luzaka, a luzak, przyciśnięty zadem i szyją do kikutów dwóch słupków, leżał na brzuchu zastępując sobą brakujący fragment barierki. Póki leżał, wszystko było dobrze: jedyna zwisająca z mostu noga nie mogła pociągnąć go ku zgubie. Zbrhl, choć w zbroi i na długim ramieniu berdysza, też nie mógł. Ale sam koń już mógł. I właśnie to robił.
Wstając.
Debren nie był pewien, co go wypchnie za krawędź mostu: jego własna panika, panika gniadosza Lendy, który też leżał, tyle że na boku, i wierzgał bez sensu – czy po prostu prawa natury, mówiące, że przy takim rozłożeniu ciężarów i takiej, a nie innej przyczepności trzech podków do bruku cały układ musi runąć w przepaść. Może nie od razu, ale właśnie to przerażało najbardziej.
Bo do układu należało doliczyć i gniadosza Lendy, powiązanego z luzakiem liną, i samą Lendę.
Dziewczyna upadła nieźle jak na kogoś, kto miał pęknięta rzepkę lewego kolana i dziurę po strzale nad kolanem prawym. Udało jej się uniknąć przygniecenia, no i zwaliła się od strony grzbietu, gdzie nie groziło jej kopnięcie. Ale nogi zostały w strzemionach, i to wplątane tak paskudnie, że bez noża nic się nie dało zrobić.
Noża oczywiście nie było. I czasu też.
– Pchnij! – Debren zeskoczył z siodła i ruszył biegiem. – Bo wszyscy zginiecie!
– Nie! – W jej głosie było tyle protestu, że przez chwilę widział oczyma wyobraźni odrzucany miecz. Padając, nie zapomniała o nim: nadal tkwił w dłoni. Jak przyklejony.
On też czuł się jak przyklejony. Do mostu. Do miejsca, z którego przyszło mu biernie obserwować to, co się rozgrywało ledwie kilkanaście kroków dalej.
Za daleko. Zanim zrobił trzy kroki, dopadł go nietoperz.
Jak na nietoperza – choć mutanta – przystało, bestia celowała we włosy. Debren nigdy nie wierzył, by nietoperze były aż tak głupie, ale chyba coś z prawdy musiało tkwić w ludowych bajaniach, bo choć czapka zawieruszyła się już wcześniej, a opalona w trakcie transferu głowa świeciła zniechęcająco, zwierzę spróbowało szczęścia. Zyskało trochę krwi na pazurach. Debren zdążył przykucnąć, ochronić oczy, machnąć na oślep różdżką. Trafił, ale bez wielkiego pożytku, bo różdżka, kiedy nie puszczało się przez nią mocy, była mniej zabójcza od szkolnej dyscyplinki. Nietoperz wydał szyderczy pisk i zanurkował, wczepiając się czworgiem kończyn w plecy maguna.
– Lenda!!! Przez łeb!!!
– Nie!!!
Zęby, ostre jak igły, wbiły się w pośladek Debrena. Zabolało, lecz nie dlatego podjął desperacką decyzję i runął plecami na bruk. Ból mógł znieść, ale nie był w stanie powstrzymać dobrze zakotwiczonego potworka od sięgania tylnymi kończynami ku oczom. To znaczy owszem, mógł, tyle że używając obu rąk. Ale te były mu potrzebne.
Drugi nietoperz mignął nad splątaną kupą ludzi i koni, zanurkował za barki rotmistrza. Zbrhl ryknął, osunął się na sam koniec drzewca. Lenda, nie wypuszczając miecza i omal nie obcinając nim sobie ucha, szarpała się z łbem luzaka. Koń, spieniony i obłąkany ze strachu, robił, co mógł, by odgryźć jej drugie ucho. No i, nade wszystko, wstać. W obu przypadkach niewiele mu już brakowało.
– Zabij go!!! – wrzasnął Debren, przetaczając się z jednej łopatki na drugą i próbując szybko pogruchotać nietoperzowi możliwie wiele kości. Coś faktycznie strzeliło raz i drugi, ale mutant był wielki jak indor i robił swoje, ignorując wysiłki człowieka.
– Nie!!! Życie mi ocalił!!! – Lenda, może nie mogąc użyć rąk, może z zemsty, sama złapała w zęby końskie ucho.
– Poniechaj! – zadudnił dziwnie stłumiony głos rotmistrza. – Debren praw! Siebie ratuj!
– Koń?!! – wrzasnął Debren, omal nie wydłubując sobie lewego oka końcem różdżki.
– Zbrhl! – odwrzasnęła Lenda. Koń, ucieszony z uwolnienia ucha, zdołał wreszcie poderwać zad. Opleciona wokół jego szyi dziewczyna trzymała go jeszcze nisko tylko dzięki zakotwiczonej w strzemieniu nodze. Ale to już niewiele zmieniało. Styk ciała i bruku zmalał, zwierzę zaczęło się zsuwać ku krawędzi przęsła.
– Słucham! – zahuczał rotmistrz.
– Kretynka!!! – Debren, któremu czar chyba wyszedł, na chwilę oślepł, więc ryknął sobie zdrowo, wypychając z płuc jeden ból i dwa różne strachy. Ten o Lendę i ten o oczy. – Konia w łeb!!! Nie Zbrhla!!!
Nietoperz darł mu boki pazurami, próbował przepchnąć nogę pod ramieniem, sięgnąć prawego oka. Lewe oko eksplodowało purpurą, zadygotało w oczodole.
– Dzięki, Debren! – dobiegł z oddali okrzyk Zbrhla.
Potem zakwiczał koń. Krótko, ale tak, że słychać go było pewnie na belnickiej granicy.
Debren zaczynał widzieć. Świat wyglądał dziwnie. Niebo posiniało. Gniadosz Lendy zrobił się żółty, z plackami pomarańczu w środku, a Lenda pomarańczowa, czerwona, a miejscami aż wiśniowa od buchającego z niej ciepła. Cieplejsze od jej odkrytej głowy było tylko to, co tryskało z szyi wierzgającego w agonii luzaka, ale widzenie w termowizji miało tę zaletę, że krew nie szokowała przez kontrast z innymi barwami i Debren nie stracił paru momentów na odsuwanie od siebie myśli, że to dziewczynie się tak paskudnie dostało. Mógł przeczesać okolicę wzrokiem i skupić się na tym, co najistotniejsze. Na potworze.
Znalazł go szybko. Skrzydlatemu wyraźnie zależało na czasie, bo nie bawiąc się w zaskakujące manewry, nadleciał z tej samej strony, gdzie przedtem znikł. Mknął nisko z zamiarem skopiowania pierwszego ataku. Błąd.
Debren, podrzucając biodrami i waląc się na wczepionego w plecy nietoperza, zyskał chwilę spokoju. I wykorzystał ją, posyłając piorun kulisty na spotkanie orłokota.
Trafił nieźle. Ognista kula rozbłysła poniżej piersi, więc choć w przypadku kuszy byłby to ostatni strzał w karierze kusznika, niefortunny myśliwy umierałby z podnoszącą na duchu świadomością, iż bełt wykastrował jego zabójcę. Piorun, jako nieporównanie skuteczniejszy, powinien załatwić napastnika równie gładko jak przy trafieniu w pierś. Albo i lepiej – wiele podręczników, traktujących o zwalczaniu potworów, zalecało wręcz, by dać sobie spokój z rycerskimi odruchami i walić po przyrodzeniu.
Orłokocur przetrwał, bo był sprytniejszy, niż się magunowi wydawało. Zarzuciło nim na las, nałamał z tuzin ośnieżonych czubów jodłowych, zgubił piór na dobrą pierzynę i, gardłując trwożliwie, odleciał w siną od termowidzenia dal – ale przeżył. To, w co trafił piorun i co spadało teraz na most, musiało być dużym głazem, gdyż odłamki bębniły o przęsło na całej jego długości. Właśnie rozgrzany do czerwoności – fakt, że w termowizji – okruch zdzielił konia Debrena w zad i sprawił, że wystraszone zwierzę pocwałowało w głąb puszczy. Inny kamień ugodził wczepionego w Zbrhla nietoperza. Debren usłyszał bolesny pisk i coś pokracznego, ciężko pracując skrzydłami, odleciało śladem orłokota. Choć jakby nie całe.
– Łajno i kał!!! – ryknął gniewnie, ale też jakoś bardziej dziarsko rotmistrz. Był już o stopę wyżej, a kiedy Debren sięgał różdżką za plecy, wielkie łapsko zaciskało się już całkiem wysoko, na uprzęży konającego konia.
Widać było, że się wygramoli, że przeżyje. Pewnie dlatego w głosie Lendy pojawiły się znajome, nasączone kpiną i jadem nutki.
– Nie przesadzaj, Zbrhl. Jaki kał? Oszczał cię jeno na pożegnanie. A tak w ogóle to nie wiem, o co się pieklisz. Toć na morvackim moście jesteśmy. Komfortowym i bezpiecznym jak ciężka cholera.


Dodano: 2006-04-22 11:37:54
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS