NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Kloos, Marko - "Ewakuacja"

Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Zagłada"


 Currie, Evan - "Odyssey One: Król wojowników"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilczy księżyc"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

Linki


Polowanie

Wóz był przewrócony. Większa jego część była spalona Brakowało dwóch kół. Ani śladu po koniach, ani pasażerach. Kilka strzał tkwiących z boku wozu. Żadnych śladów krwi. Przeszedł na drugą stronę wozu. Niewiele zostało z ładunku przewożonego na wozie. Jakieś opróżnione torby, roztrzaskany kufer, kilka prostych narzędzi. Niewielki stosik bezużytecznych rupieci. Rozgarnął je końcem miecza. Pochylił się i wyciągnął jakiś plik wilgotnych papierzysk.
Jakieś spisy towarów, jakieś umowy sprzedaży. Stanął, rozejrzał się dokoła. Ściągnął czapkę z głowy i przetarł pot z czoła.
- Gdzie trupy? Gdzie ścierwo?- Usłyszał głos za swoimi plecami. Nie odwrócił się.
- Zjedzeni, konie, ludzie. Zjedzeni. Widzisz to ognisko? Znajdziesz tam pewnie kości. Skeran, nie chcesz sobie nawet wyobrażać, jakie to musiało być piekło.
Skeran zeskoczył z konia. Stanął obok Abla. Spojrzał w stronę tlących się palenisk. I z tej odległości widział pogryzione, białe kości. Kichnął głośno. Abel spojrzał w stronę niedalekich zarośli.
- Widziałeś ten stary dąb za nami?
- Ten za nami?
Abel podniósł wzrok do góry. Chciał powiedzieć coś złośliwego. Odetchnął tylko głęboko.
- Tak. Nie patrz w tamtą stronę. Na drzewie ktoś siedzi, chyba jedyny ocalały. Wsiądź na konia i poprowadź wozy za ten pagórek i tam się zatrzymaj.
- Jasne, a co knujesz?
- Chce wiedzieć, co się stało i czy mamy się, czego obawiać.- Zawiązał lejce do wozu Skerana i puścił konia wraz z karawaną, sam ruszył w stronę palenisk. Nie patrzył w ich stronę, minął je i skrył się w cieniu drzew. W jednej chwili przyspieszył kroku i ruszył szybkim tempem w stronę starego dębu. Szybko dojrzał niewielką postać skrytą w koronie wiekowego drzewa, choć postać ta najwyraźniej starała się ukryć swoją obecność. Przyczaił się za pobliskimi zaroślami. Nie czekał długo. Z drzewa najpierw zwiesiły się chude, wręcz patykowate i krzywe nogi. Potem na ziemię opadła niezgrabnie jakaś nad wyraz chuda postać. Odziana jedynie w długą, obszarpaną i poplamioną koszulę. Ruszyła pędem w stronę znikającej karawany. Jednym ruchem ręki pochwycił ją za kołnierz, powalił na ziemię i przycisnął ciężarem własnego ciała. Usłyszał pisk. Zobaczył umorusaną twarz młodego chłopaka. Pełną piegów, bladą i wyposażoną w największy nos, jaki w życiu widział.
- Leż, gówniarzu! Skąd się urwałeś? Z karawany? Czemu cię nie ubili? Mów szybko!
Młodzieniec próbował się wyrwać, wyszczerzył swoje białe zębiska i wpił je w ramię Abla. Abel syknął, złapał smarkacza za gardło i przycisnął do ziemi. Chłopak zacharczał. Próbował kopnąć.
- Przestań się wierzgać, zaraz zabraknie ci powietrza.
Mały wyraźnie pobladł, próbował złapać powietrze, swoimi drobnymi rękoma starał się zwolnić uścisk napastnika. Bezskutecznie. Abel sam odsunął powoli rękę.
- A spróbuj mnie dziabnąć, to ci nos wbiję do środka.- Ostrzegł młodego. Młody zakasłał.
Po twarzy spłynęły mu łzy. Zaczął płakać, po chwili wręcz ryczeć.
- Zamknij się, smarkaczu. Bo przyciągniesz uwagę, tych, co cię na drzewo pogonili.- Natychmiast płacz ustąpił. Abel powstał z ziemi, podniósł chudzielca i postawił go na nogi.
- Może w tej pozycji będziesz gadał?
Znów nie usłyszał odpowiedzi.
- Słuchaj, lepiej, żebyś zaczął gadać. W naszej karawanie i tak już dużo gąb do karmienia, nie wiem, czy zechcą takiego obdartusa bez jęzora. Pewnie cię pogonią kijami i zostawią w lesie na pastwę losu. Może z jedną noc przeżyjesz.
- Nie zostawiajcie mnie!- Młody niemal wrzasnął.
- To opowiedz mi, co tu się stało, to może ja tobie pomogę.
- Stanęliśmy tu na popas. W nocy przyszli tamci. Strażników wycieli po cichu. Potem złapali resztę. Ja zdołałem uciec w krzaki. Tamci przetrząsnęli wozy i zabrali ludzi i zwierzęta. Potem już nic nie widziałem. Słyszałem tylko wrzaski.- Chłopak nie mógł opanować drżenia rąk. Abel westchnął głęboko.
- To nie byli ludzie?- Bardziej stwierdził, niż zapytał.
- Byli więksi od ludzi, ale nie widziałem ich dokładnie. Uciekałem jak tylko najszybciej mogłem.
- Domyślam się. Nikt cię nie gonił?
- Musieli mnie nie zauważyć.
- Pewnie tak. Nie chodziło im o ciebie.- Nie chciał kończyć tej myśli. Odwrócił się i ruszył w stronę pagórka. Chłopak przez chwilę się wahał.
- Mogę iść z wami?- Zapytał się.
- Możesz. Tylko nie licz na lekkie traktowanie. Będziesz musiał zarobić na jedzenie.
- Umiem walczyć mieczem.
- Naprawdę?- Zainteresował się Abel.- Pokaż.- Wyciągnął swój miecz, na chwilę się zawahał. Spojrzał w oczy chłopcu. Chwycił ostrze i podał młodemu. Ten schwycił miecz, zważył go w ręce. Machnął młynek. Ta ręka już trzymała miecz, już była wprawiona do walki. Brakowało finezji i lekkości w ruchach, ale to mogło wynikać ze zdenerwowania, lub braku przyzwyczajenia do tego miecza. Abel odebrał miecz.
- Bardzo dobrze, widzę, że na coś możesz się przydać. Skąd jesteś?- Zapytał, gdy znów ruszyli pod górę.
- Z Ostatniej Przystani, panie.
Abel zamyślił się. Nie wierzył chłopakowi w ani jedno jego słowo. Chłopak umiał machać mieczem, a uciekł do lasu. Jego koszula, choć zniszczona wyraźnie zdradzała pochodzenie młokosa. To nie był byle parobek, czy syn handlarza.
- Nazywam się Kelan, jestem synem handlarza.- Mówił dalej chłopak.- Mój ojciec handluje skórą z północnych pustkowi.
- Od dawna mieszkasz w Ostatniej Przystani?
- Od zawsze, mój ojciec przybył z Oddy i w Ostatniej Przystani poznał matkę. Tam się urodziłem.
To też nie wydawało się prawdopodobne. Chłopak celowo ukrywał swój akcent i nie używał zbyt wyszukanych słów, ale nie mówił na pewno jak ktoś, kto od urodzenia żył wśród ludności Ostatniej Przystani. Ostatnia Przystań leżała na krańcach Ankrondu, była pod silnym wpływem dzikich ludów północy. Chłopak pochodził z Ankrondu na pewno i był w Ostatniej Przystani. Starał się podrabiać akcent mieszkańców Przystani, ale pochodzić musiał ze stolicy, albo z Brytty, gdzie żyły rody szlacheckie. Dotarli wreszcie na szczyt wzgórza i dojrzeli czekającą na nich karawanę. Młodzik zatrzymał się na chwilę, jakby nie wiedząc, czy iść dalej.
- No rusz się, Kelan, nie będą wiecznie na nas czekać.
- Czym się zajmujesz, Abel? Jesteś ze straży karawany?
- Nie jestem najemnikiem, jestem strażnikiem szlaków.
Chłopaka wyraźnie to zdziwiło, może nawet zdenerwowało.
- Ochraniasz tą karawanę?
- W pewnym sensie tak. Widzisz, ostatnio dość często zdarzają się na południowym gościńcu napady na podróżujących tędy.
- A kto za tym stoi?
- Są podejrzenia, że elwinom z tej części dzikiej puszczy nie podoba się, że ten szlak przebiega tak blisko ich siedzib, niektórzy twierdzą, że grasuje tu sprytna szajka bandytów. Ja z kolei przypuszczam, że mamy do czynienia z orkami.
- Z orkami? Tutaj? To niemożliwe.- Chłopak wyraźnie miał w tej kwestii sporą wiedzę.- Czytałem.... to znaczy, ojciec mi kiedyś opowiadał, że orkowie żyją na dalekich stepach północy i że kiedyś jeszcze w górach mieszkali. Ale stamtąd zostali przepędzeni przez Drawinów.
- Powiedziałeś, że czytałeś. Umiesz czytać?
- Tak.- Kelan był nieco zakłopotany.- Tata mnie uczył. Właśnie nie pamiętam, czy gdzieś czytałem o tych orkach, czy to tata mi opowiadał.
Abel miał już swój typ. Młody przez swoją głupotę wydał swoje pochodzenie. Wszystkie pisma traktujące o orkach, ich historii i zwyczajach znajdowały się w posiadaniu zakonów, które zbierały takie informacje. Zakon Arkaitów już nie istniał od kilkunastu lat, większość jego włości przejął kult Wiecznego Światła a on swoją wiedzą dzielił się jedynie z królami, bądź szlachtą. Chłopak miał styczność z zakonem Wiecznego Światła. To dawało duże prawdopodobieństwo, że chłopak pochodził z Ankrondu, stolicy królestwa. Mógł być nawet synem jednego z przedstawicieli władz kultu. W zasadzie mógł też urodzić się w Ostatniej Przystani, gdzie znajdowała się siedziba najwyższego Powiernika Wiecznego Światła i naczelna świątynia kultu. Jednak z pewnością chłopak nie przesiąkł tamtejszą mową. Umiał walczyć, umiał czytać, zapewne też studiował historię. Czyżby ten mały miał się stać w przyszłości jednym z siepaczy Hella Curellsa? Siepacze byli żołnierzami kultu. Słynęli ze swej bezwzględności i sprawności w działaniu. Wszyscy darzyli dużym respektem tych ludzi. Abel jednak po chwili odrzucił tą możliwość. Chłopak już od dawna świetnie posługiwałby się mieczem. Nie uciekałby przed napastnikami.
- Hej, a ty dokąd?- Usłyszał za swoimi plecami. Dopiero teraz zorientował się, że zagłębiony w toni swych rozmyślań zupełnie bezwiednie przemaszerował obok całej karawany i już prawie ją minął. Obok niego stał Skeran. Tuż za jego koniem znajdował się Kelan rozglądając się niepewnie po twarzach wędrowców.
- Zamyśliłem się. Tak mi się wydaje, że to mogły być czarne elfy.- Wszystkie rozmowy ucichły, spojrzenia ludzi skoncentrowały się na postaci Abla, który spoglądał na młokosa.- Wiem, że to głupie...
- Abel, przecież czarne elfy nie jedzą ludzi! Chyba. - Przerwał mu Skeran. - Sam mówiłeś, że ci ludzie zostali...
- Zamknij się, Skeran! Nieważne, co mówiłem. - Wrzasnął Abel patrząc na reakcję chłopaka. Ten wyraźnie pobladł. Na wieść o zjedzonych współtowarzyszach, albo na wieść o czarnych elfach.
- Każdy słyszał o czarnych elfach. Czarne elfy mogły dokonać tej rzezi, z jakiego powodu? Nie wiem, nikt nie zna ich zwyczajów.
- Każdy słyszał o czarnych elfach, ale nikt ich nie widział.- Stwierdził niespodziewanie Kelan. Abel spojrzał na niego. - Bo ten, kto je widział, ten nie żyje.
- To nie były czarne elfy?- Spytał go.
- Zapewne już wtedy bym nie żył.
- To całkiem logiczne myślenie, smarkaczu. Jednak to jedynie domysły. Widziałem zaledwie kilka strzał wbitych w wozy, nie mogę na pewno stwierdzić ich pochodzenia, nie widziałem żadnych wyraźnych śladów, ani tropów. Ktoś dobrze po sobie zatarł ślady napadu.
- I to ma przemawiać za atakiem czarnych elfów?- Zapytał Skeran. Kelan spojrzał na niego, poczym utkwił spojrzenie w lesie spokojnie falującym pod wpływem lekkiego, wieczornego wiatru.
- Wielu opowiadało, że nie poruszają się one w dużych grupach. Najczęściej pojedynczo, czasem ktoś opowiadał, że widział ich kilku. Niczego nie możemy być pewni, poza tym, że one istnieją.
- Koniec tej dyskusji, zjeżdżamy z pagórka i zatrzymujemy się przy tamtych głazach. Chcę się oddalić od lasu, zanim zrobi się kompletnie ciemno.- Abel wskazał na gładką nizinę rozciągającą się pomiędzy oddalającym się na północ lasem a kanionem Gastaina, którego ciemne wrota majaczyły na horyzoncie. Gościniec schodził łagodnie po stoku i kluczył pomiędzy głazami narzutowymi, które zdobiły krajobraz tej niziny.- Na otwartej przestrzeni będzie im trudniej nas zaskoczyć. Wszyscy muszą się mieć na baczności. Skeran, daj młodemu miecz i jakiś kaftan. I nakarm go.
Zeszli powoli ze wzgórza, zjechali pośród głazy. Wozy utworzyły półokrąg. Abel usiadł na gładkim kamieniu i spoglądał jak ludzie układają się do snu, jak niesforne dzieciaki biegają pomiędzy wozami krzycząc i śmiejąc się na cały głos. Strażnicy karawany próbowali je przepędzić, zagonić do wozów, ale smyki po całym dniu spędzonym na wozie nie miały żadnej ochoty kłaść się spać. Potrzebowały wyładować gdzieś swoją młodzieńczą energię. Abel przypomniał sobie o swoim starym domu w Brytcie. O swoich dzieciach. Spojrzał na Kelana, który oglądał swój miecz. Kelan wyglądał na nieco zagubionego. Wrażenie to potęgował strój wynaleziony przez Skerana dla chłopaka. Kaftan był nieco za duży i luźno zwisał na cherlawych ramionach młodzika. Kelan siedział oparty o koło jednego z wozów ustawionych w środku półokręgu. Obok niego leżało niewielkie zawiniątko, w którym skryte było pół bochenka chleba, kawał sera i bukłak z wodą. Chłopak nie ruszył jedzenia. Abel poczuł krople na karku. Spojrzał w niebo. Krople deszczu spadły mu na czoło. Zaklął pod nosem i naciągnął kaptur. Wstał i krzyknął do krzątających się strażników: - Schowajcie wszystko, co się da do wozów! Miejcie baczność na to, co się dzieje poza naszym obozem!
- Nie ucz nas naszego fachu!- Odkrzyknął mu jeden. Drugi tylko coś bąknął, reszta bez słowa rozeszła się na swoje stanowiska. Abel uśmiechnął się w duchu. Wiedział, że nie ma prawa komenderować ludźmi Skerana, ale nic sobie z tego nie robił widząc, jakim człowiekiem jest Skeran. Zastanawiało go, w jaki sposób ci najemni strażnicy dali się komenderować Skeranowi. Herszt najemników często stwarzał wrażenie osoby nieco zagubionej i niezbyt rozgarniętej. Abel jednak widział już w akcji Skerana i wiedział, że człowiek ten w odpowiedniej chwili potrafił pokazać niemały talent do dowodzenia.
Podszedł do swojego konia, który spokojnie podgryzał listki krzewu wyrastającego z ciasnej szczeliny pomiędzy głazami. Sprawdził swój ekwipunek. Namacał podłużny pakunek umieszczony z boku pod narzutą. Deszcz nasilał się. Abel wskoczył na wóz, do którego przytroczony był jego koń. Wyciągnął spod ławki swój plecak i wyjął grubszy płaszcz. Usiadł na kozie i rozejrzał się po horyzoncie. Niczego ciekawego nie zauważył, więc schował głowę w ramionach i usnął. Obudził go jakiś hałas. Podniósł głowę. Obok wozu przeszedł jeden ze strażników. Zauważył poruszenie Abla. - Mgła wstaje.
Abel zrzucił płaszcz. Zaczynało się robić widno, rzeczywiście wstawała mgła. Wstawała dość szybko, nienaturalnie szybko. Abel zeskoczył z wozu. Wybiegł kawałek poza obozowisko i wskoczył na jeden z głazów. Ledwo utrzymał równowagę na śliskim głazie. Mgła gęstniała. Usłyszał w oddali echo jakiegoś trzasku. Zmrużył oczy próbując przejrzeć ścianę mgły. Niebezpieczeństwo było w pobliżu.
Pobiegł do konia, sięgnął do torby i wyciągnął niedużą buteleczkę. Wyszarpnął także podłużny pakunek i zarzucił go na plecy. Złapał przechodzącego strażnika. - Szykujcie się.
Ten spojrzał ze zdziwieniem na Abla.
- Niech wszyscy będą w pogotowiu! Wszyscy.
Strażnik drgnął. Rzucił się biegiem w kierunku środka półokręgu. Mgła powoli otaczała całe obozowisko. Abel rozejrzał się za Kelanem. Nigdzie go nie dostrzegł. Słyszał poruszenie za wozami. To strażnicy pośpiesznie rozstawiali się wokół wozów. Już widział tylko ich sylwetki, nie był w stanie rozróżnić strojów, ani twarzy. Odkorkował buteleczkę i pociągnął mocny łyk. W jednej chwili minęło odrętwienie ciała. Abel wyszarpnął z pakunku klingę. Dużo dłuższą od miecza znajdującego się przy jego pasie. Jednak dużo lżejszą. Krótki miecz dopiął do juk. Usłyszał pojedynczy dźwięk. Spodziewał się tego. Ciche szczeknięcie. Krótkie, ledwie podobne do tego, jakie wydaje z siebie pies. Potem usłyszał tępy odgłos kłapnięcia z drugiej strony obozu. Usłyszał słowa strażników. Oni też wiedzieli, co zbliżało się do ich obozu. Wytężył wzrok i wbił go w ścianę mgły okalającej przestrzeń za wozami. Zobaczył dwa migoczące punkty. Bijące jasnym pomarańczowym światłem. Potem kolejną parę takich samych punkcików. Do jego uszu dotarły kolejne pojedyncze szczeknięcia.
Otaczały cały obóz.
Upewnił się, czy nikt na niego nie patrzy. Wypił zawartość drugiej butelki. Poczuł przypływ energii, zapiekły go oczy. Zamknął je odruchowo, poczym otworzył i zamrugał. Rozejrzał się po wozach. Widział teraz lepiej ich szczegóły, mógł rozróżnić postacie strażników nerwowo wyczekujących ataku. Dojrzał też Kelana, który krył się w cieniu jednego z wozów. Chłopak miał skupioną minę, nie miał na sobie darowanego kaftana. Stał w tej samej długiej koszulinie i spodniach. Trzymał w dłoniach miecz. Nie tak, jak wtedy, kiedy Abel go poprosił o demonstrację. Widać było w chwycie pewność i pewną grację. Ostrze lekko chodziło zakreślając ósemki w powietrzu. Chłopak spojrzał na niego. W tej mgle nie mógłby rozpoznać Abla. Jednak Abel był niemal pewien, że chłopak go dobrze widzi i patrzy mu się w oczy. Abel zauważył uśmiech na twarzy młodzieńca. Poczuł ciarki na plecach. Odwrócił się gwałtownie i dostrzegł szybko zbliżające się kształty. Abel dobrze widział nagie, szare sylwetki. Umięśnione ciała nieco niższe od ludzkich. Z wydatnymi brzuchami, ale doskonale zbudowanymi nogami. Długie i ostro zakończone ogony. Szponiaste dłonie zaciśnięte na prymitywnych szablach i napinające łuki. Upiorne gęby w całości skryte za blaskiem dwóch ogromnych ślepi bijących wściekłą pomarańczą. Nie mógł ich zliczyć. Wiedział dobrze, że są w miażdżącej przewadze liczebnej. Bestie poruszały się niesamowicie szybko, bardziej skacząc niż biegnąc.
Ruszył pędem w ich stronę.
Usłyszał świst oranego powietrza. Uskoczył przed strzałami lecącymi w jego stronę. Zakręcił piruet i wyskoczył gwałtownie do przodu tnąc z rozpędem przestrzeń przed sobą. Ostrze z lekkością przecięło skórę i mięśnie. Dwie istoty z dzikim wyciem upadły. Abel już wymierzał kolejne ciosy. Słyszał, jak za jego plecami toczy się walka. Słyszał krzyk ludzi, słyszał odgłosy zderzających się ostrzy, wycia i szczekania. Charkotu konających. Uchylił się pod ciosami spadającymi na jego głowę, przekoziołkował po ziemi, skoczył na nogi i zadał uderzenie z nad głowy. Miecz rozłupał twardą czaszkę pokrytą szarą, nagą skórą. Abel przeskoczył nad trupem i ruszył do przodu, zamiast jednak zaatakować dwie bestie przed sobą, skoczył w bok. Te, zaskoczone zmianą taktyki wroga, machnęły jedynie rozpaczliwie ostrzami w przestrzeń, gdzie przed chwilą znajdował się Abel. Abel już był za ich plecami. Ciął długim i płytkim uderzeniem po udach. Zakręcił się wokół osi po to tylko, by zablokować opadające na niego cięcie szabli. Potem uchylił się przed kolejnym ciosem, znów zderzył ostrze z szablą wroga. Uchylał się i parował coraz liczniejsze ataki. Wróg nie ustępował. W miejsce dwóch zabitych pojawiały się cztery kolejne. Atakowały z dziką furią i niepohamowaną agresją. Abel nie miał problemów z odpieraniem coraz liczniejszych ataków, ale powoli brakowało mu czasu na zadawanie ciosów. Zaczął się cofać. Zauważył, jak kilka istot minęło go i z niesamowitą prędkością wyskoczyło w powietrze lądując na wozach. Usłyszał krzyki przerażenia. Kolejne bestie wyskakiwały na ogromną wysokość i spadały na wozy, przedzierając płótna ochraniające ludzi skrytych wewnątrz. Zamiast parować kolejne ciosy, odskoczył do tyłu, pognał w stronę wozów. Przeturlał się pod jednym i odciął nogi zaskoczonemu potworowi, który próbował zadźgać leżącego strażnika. Dostrzegł jedynie kilku pozostałych przy życiu strażników, którzy zbici w grupę odpierali spadające na nich ciosy. Już nie starali się bronić dostępu do obozu. Walczyli rozpaczliwie o własne życia. Rozejrzał się w poszukiwaniu Kelana. Zamiast niego dojrzał wysoką, ogromną postać otoczoną zbitą gromadą dzikich bestii. Czarna postać ze zdumiewającą siłą rozrzucała bestie rozcinając je potężnym mieczem. Poruszała się niezwykle szybko jak na swoją wielkość. Skryta pod matowym czarnym pancerzem szczelnie zabezpieczającym jej smukłą sylwetkę, torowała sobie drogę do obozowiska.
- Szczekacze uciekają! - Wrzasnął ktoś. Abel odwrócił się w stronę strażników. Rzeczywiście ilość napierających potworów zmalała. Zauważył, jak część ich ucieka w popłochu ujadając jak psy. Odwrócił się w stronę czarnej postaci, która wyciągała swój długi miecz z ciała jednego ze szczekaczy. Wtedy zauważył Kelana. Ten znajdował się za plecami istoty, zbliżał się do niej z dużą prędkością przygotowując się do zadania ciosu.
- Uważaj! Za plecami!- Wrzasnął Abel. Obojętne mu było, czy istota go zrozumiała. Miał nadzieję, że odwróci to uwagę Kelana. Ten jednak dalej biegł w stronę nic niepodejrzewającej ofiary. Abel rzucił się pędem w ich stronę, pochwycił w biegu leżącą szablę. Wywinął nią młynka i z całą siłą rzucił w kierunku czarnego elfa. Elf zauważył nadlatujący przedmiot, zauważył, że nie leci prosto na niego. Odwrócił się i spostrzegł Kelana. Wywinął mieczem blokując uderzenie wymierzone w jego brzuch. Kelan jednak nie zaatakował, cofnął gwałtownie miecz i niesamowitą prędkością wykonał piruet tnąc mieczem ramię elfa. Abel usłyszał potworny wizg wydobywający się zza czarnej maski. Kelan dalej wykonywał swój taniec, przeskakując z jednej nogi na drugą okrążył przeciwnika i wymierzył kolejny niespodziewany cios w plecy. Elf jednak zareagował prawidłowo, zamiast bronić się odskoczył na bok. Ostrze Kelana przeorało jedynie powietrze. Kelan przypadł do ziemi i wyskoczył do tyłu. Abel był już blisko ich. Elf schował miecz i rzucił się biegiem w stronę pagórka. Żaden normalny człowiek nie miał szansy go dogonić. Kelan jednak biegł niezmordowanie za nim, wyraźnie dorównując prędkością. Abel dobiegł do wozu, odwiązał konia i ruszył na nim w pogoń. Wjechał na wzgórze, kiedy elf znikał w cieniu drzew. Kelanowi brakowało jeszcze kilkunastu kroków. Abel wyciągnął krótki miecz i rzucił nim w stronę chłopaka. Ten odwrócił się zwinnie i odbił ostrze. Zgodnie z myślą Abla, wybił się z rytmu biegu i nieco zwolnił. Abel zeskoczył z konia, przeturlał się po ziemi i uderzył z całej siły mieczem. Cios nie dotarł do głowy Kelana. Został z ogromną siłą odbity. Abla odrzuciło do tyłu. Upadł na ziemię. Kelan zawahał się. Nie mógł się zdecydować, czy biec za elfem, czy dobić Abla.
- Ty głupcze!- Wrzasnął w końcu. - Niemal go miałem.
- Cholernie się cieszę, że ci się nie udało. - Odpowiedział mu Abel powstając z ziemi.
- Nie masz ze mną szans. - W jego głosie pojawiło się coś niepokojącego, ogromna pewność siebie. Głos Kelana wyraźnie zmienił barwę. Zamiast piskliwego głosu młodziaka, Abel słyszał chrapowaty głos dorosłego mężczyzny. Spojrzał z niedowierzaniem na twarz Kelana. Jej kształty się zniekształciły. Delikatna młoda skóra pomarszczyła się, duży i wydatny nos zmalał i nabrał haczykowatego kształtu. Jedynie nie zmieniły się proporcje ciała. Przed Ablem stał niewysoki mężczyzna w wieku około trzydziestu lat. Jego twarz wyrażała ogromną determinację i pewność siebie.
- To nie was napadli, to wy polowaliście na czarne elfy? - Zapytał Abel starając się zamaskować swoje zaskoczenie. Kelan wyprostował się i opuścił ostrze.
- Każdego zwiodłyby moje kłamstwa, ty jednak od początku mi nie ufałeś. Sam też nie mówiłeś o sobie prawdy. Nie jesteś strażnikiem szlaków. Takiego miecza nie używają strażnicy szlaków, a te mikstury?
- Powiedz mi lepiej, czy dobrze kombinuję. Udawaliście karawanę, wiedząc dobrze, że w okolicy są szczekacze. Podejrzewaliście też, że kręcą się tu czarne elfy polujące na nie.
- Wszystko dobrze by poszło, gdyby nie to, że szczekacze były tak liczne i wcale się żaden czarny nie pojawił, by nam pomóc. Zostaliśmy wycięci w pień. Nie mieliśmy żadnych szans. - Pojawiły się dopiero potem, przejrzały was i czekały spokojnie, jak załatwią was szczekacze.
- Był tylko jeden czarny. Nie wiem, czy nas przejrzał, ale jak się pojawił na polu bitwy, kiedy większość moich nie żyła, wyciął resztę szczekaczy i... Zabił resztę moich. Ja zdołałem się schować. Wiedziałem, że wasza karawana jest niedaleko. Mieliśmy co do was plany, w razie gdyby nam się nie udało upolować czarnego.
Kelan podniósł miecz.
- No, dosyć tego gadania, martwemu nic po tej wiedzy. Zdychaj Abel, bez urazy. Nic nie mam do ciebie.
Ruszył biegiem w stronę Abla, uniósł miecz nad głowę. Abel zasłonił się własną klingą. Kelan jednak nie dobiegł do niego. Nagle poleciał do przodu i upadł twarzą w ziemię. Jego miecz poszybował w powietrze. Z pleców Kelana sterczała strzała. Długa, pomalowana na czarno strzała. Dużo dłuższa od tych, jakimi posługiwali się ludzie. Z cienia wyłoniła się czarna postać. Podeszła do trupa i wyszarpnęła strzałę. Abel opuścił miecz.
- Dziękuję. - Powiedział.
Postać nie odpowiedziała, odwróciła się i ruszyła do lasu.


Autor: Cieślak, Jakub
Dodano: 2006-04-13 11:30:42
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Benton, Michael J. - "Gdy życie prawie wymarło"


 Dashner, James - "Gra o życie"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

 Roth, Veronica - "Naznaczeni śmiercią"

 Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

 Sanderson, Brandon - "Bezkres magii"

Fragmenty

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Miller, Karen - "Skażona magia"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS