NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

Tregillis, Ian - "Powstanie"

Ukazały się

Rosik, Dominika - "Projekt Królowa"


 Butcher, Jim - "Drobna przysługa"

 Žamboch, Miroslav - "Ostatni bierze wszystko"

 Hodgson, William Hope - "Szalupy z „Glen Carrig”"

 Larson, B.V. - "Rój"

 Maszczyszyn, Jan - "Hrabianka Asperia"

 Rochala, Paweł - "Ballada o czarownicy"

 Staveley, Brian - "Ostatnia więź"

Linki


Ach, te muchy

Ach, te muchy... te cholerne, zawzięte, dożarte, maksymalnie wkurzające bzyczące france od dawien dawna nie dawały mi spokoju. Gdziekolwiek byłam ja, tam były i one.
Bzzzzzz-zzzzzzz-zzzzzzz...
Towarzyszyły mi podczas słonecznych dni wiosennych, każdego upalnego lata, jak i wtedy, kiedy świat przyodziewał się w przemoczony i szary strój na czas ciągnącej się w nieskończoność jesieni. Ba, nawet zimą, nawet, gdy za oknem było minus piętnaście stopni, a wszystko wokół wyglądało jak żywcem wyjęte z działu mrożonek, te skrzydlate zdziry w jakiś tylko sobie znany sposób wdzierały się do mojego mieszkania i leniwie bzyczały bzykając się ze sobą.
Dostawałam furii.
Bzzzzzzz!
Czemu to spotyka akurat mnie? - zastanawiałam się każdego przeklętego dnia. Ja - samotna, niemłoda, bez przyjaciół, bez mężczyzny, bez miłości, bez widoków na przyszłość... i jeszcze te muchy!
Zzzzzzzzzzzzzzzz-zzzzzzzzz-zzzzzzzz...
A było tyle okazji, żeby znaleźć sobie faceta, życiowego towarzysza, który by to całe bzyczące tałatajstwo wytłukł łapką, gazetą, czy choćby gołą ręką. A potem moglibyśmy się bzykać, wśród legionów martwych owadów, ich włochatych odnóży zgiętych w ostatnim, rozpaczliwym geście, ich rozbitych, kalejdoskopowych oczu, w których odbijalibyśmy się my - pomnożona muszym wzrokiem para zwycięskich kochanków.
Ale żaden przy mnie nie wytrwał.
Ani Andrzejek, ani Boguś, ani Czesio, ani Darek, ani Edward, ani Feliks, ani Gienio, ani Heniek, ani Ignaś, ani Jarek, ani Krzysio, ani Lesiu... ani ani... chlip-chlip... ani nawet Zdzisio!
Bzzzzzzzzzzzzzz-zzzzzzz-zzzzzzzz!
Ty jesteś jakaś dziwna - mówili mi. - Do ciebie muchy lecą jak do trupa, jak do nawozu.
I tak rzeczywiście było, ale - za przeproszeniem - czyż żaden z mych mężnych kandydatów na męża nie mógł podjąć zbrojnych działań przeciwko owadziemu najeźdźcy? Czyż środki owadobójcze i łapki na muchy były im wszystkim obce? Czyż żaden nie chciał zawalczyć o moją rękę, o moją delikatną łapkę, do walki z fruwającym plebsem nieprzystosowaną? Nagrodą byłby pocałunek moich chłodnych i sinych usteczek, które wszakże prócz wyzwisk rzucanych w kierunku bzyczących oprawców umiały miotać także buziaczkami.
Zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz...
Samotna walka była beznadziejna. Byłam z góry skazana na porażkę. W jednej z gazet przeczytałam, że gdyby w tej chwili wybuchła wojna jądrowa, owady byłyby prawdopodobnie jedynymi stworzeniami, które by ją przeżyły.
No to mnie pocieszyli!
Chlip-chlip...
Taki smutek, taka pustka, taki brak miłości. I te muchy na dodatek, na przyczepkę, ni w pięć ni w dziesięć, ni z gruchy ni z pietruchy.
A po co w ogóle muchy są na świecie? - Pytałam się Stwórcy Wszechświata po każdej wieczornej modlitwie.
Odpowiadało mi tylko jednostajne brzęczenie, niczym monotonny odgłos toczących się w kosmicznej próżni planet.
Bzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz...
A pójdziecie wy w cholerę?! - darłam się do tych much. I machałam na nie rękami, wpierw nerwowo i energicznie, starając się je odgonić, a potem powoli i flegmatycznie, jakbym chciała im dać do zrozumienia, że macham im na pożegnanie:
- Pa, pa, muszątka moje! Żegnam was! Pa, pa!
Ale one wcale nie chciały się wynieść i zostawić mnie w spokoju. Zupełnie jakbym była dla nich jakąś rodziną. Mama-mucha we własnej osobie. "Bzzzzz, moje dzieci. Zzzzzjecie coś? Możżże szarlotkę?"...
Na nadgarstkach miałam rany, które nie chciały się goić, a w brzuchu piekące dziury po tabletkach nasennych i uspokajających. Ślady mniej lub bardziej udanych prób samobójczych...
Bzzzzzzzzzzz-zzzzzzz-zzzzzzzzzz!
Doprowadzało mnie to do szaleństwa!
Blada i roztrzęsiona - taka byłam. Bałam się patrzeć do lustra, bo wyglądałam jak wiedźma, jak trup. Sińce pod oczami, fioletowe usta, skóra cienka i przezroczysta... Byłam niczym szkielet owinięty w celofan. Ciągła suchość w gardle i nieprzyjemna woń rozkładu unosząca się w całym mieszkaniu. Wietrzenie i spryskiwanie wszystkiego perfumami nic a nic nie pomagało. Przez uchylone drzwi i okna zamiast świeżego powietrza wlatywało tylko więcej tych brzęczących dziwek (ups! Przepraszam za słownictwo. Wymsknęło mi się :).
Napady agresji i załamania nerwowe pojawiały się naprzemian, z krótkimi przerwami na te chwile, podczas który leżałam odurzona lekami i śniłam o tym, że mam męża, który jest właścicielem fabryki "Muchozolu".
Zzzzzzzzzzzzzz-zzzzzzzzzz.

* * *


W końcu poszłam do lekarza.
- Dzień dobry panu - bardziej zabzyczałam niż powiedziałam. Usta miałam obolałe i nie chciało mi się ich otwierać. Język przywarł mi do podniebienia, tak jak psia kupa przykleja się do podeszwy.
- Witam - rzekł on. Był łysy i w okularach. Dość stary, ale jeszcze jary. Mogłabym wyjść za niego. To w końcu był lekarz. Praca dochodowa i z perspektywami. Za jego pieniądze kupowałabym środki owadobójcze oraz lepy i łapki, którymi wytłukłabym tę całą rozbzykaną orkiestrę, która się mnie uczepiła. - Z jakiego powodu zgłosiła się pani do mnie?
- Z dnia na dzień czuję się coraz gorzej. Proszę mnie zbadać i stwierdzić, co jest nie w porządku. - Odparłam i machnęłam kilkakrotnie ręką, starając się pozbyć muszej aureoli, którą miałam nad głową.
Popukał młoteczkiem po moich kolankach.
Kazał otworzyć usta i powiedzieć "Aaaa".
Obsłuchał mnie przy użyciu metalowej słuchawki, zimnej jak kostka lodu.
W końcu zmierzył mi tętno i ciśnienie krwi.
Po czym zbladł. Zbladł niemiłosiernie.
- Pani jest martwa - stwierdził kategorycznie, kiwając głową, tak jakby chciał powiedzieć: Oj nieładnie, nieładnie.
- No to mnie pan pocieszył! - Odparłam i wyszłam z gabinetu. Pałałam oburzeniem całkowicie uzasadnionym. Wykryłby raka albo AIDS - zrozumiałabym. Ale żeby mnie od razu wyzywać od - za przeproszeniem - martwych. Tego już było za wiele.
Wracałam do domu cała zdrętwiała i smutna jak zdechły szczur.
Cóż ja mam począć, ja biedna martwa? - Zastanawiałam się. - Teraz to nie idzie się nawet wykończyć.

* * *


Karolka poznałam w ubiegłym tygodniu. Siedziałam na ławce w parku, absolutnie martwa i trawiona przez muchy, gdy spytał czy może się przysiąść. Wyraziłam na to zgodę.
W swoich zbyt dużych okularach przeciwsłonecznych wyglądał jak owad. Był ubrany w wymięty garnitur i zamiast krawata nosił muchę.
- Zzzzzzzzna pani może ten wiersz? - Spytał i zaczął mi czytać "Padlinę" niejakiego Baudelaire'a. Nieźle mnie tym rozbawił. Coś we mnie pękło i chwyciłam jego dłoń. Przez chwilę rozmawialiśmy o pogodzie i o tym, że ostatnio w powietrzu jest więcej owadów niż zwykle.
A potem mnie pocałował.
Aż zabzyczałam z zachwytu.
Moje usta ogrzały się pod wpływem jego pocałunku i zaczęły odzyskiwać zdrową różową barwę.
Wiedziałam, że od tej chwili moje serce będzie bić tylko dla Karolka.
Odkąd jesteśmy razem, wszystko jest tak świetne, że mucha nie siada.
No i w moim mieszkaniu nie ma już żadnych owadów. Odleciały... bzykając... gdzieś daaaaaaaaaaaaaaaaaleeeeeeeeekoooooooooooooooooooooo...


Autor: Kain, Dawid
Dodano: 2006-04-13 10:37:25
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Delaney, Joseph - "Rytuał"


 Golden, Christie - "Assassin's Creed"

 Atwood, Margaret - "Rok Potopu"

 Gaiman, Neil - "Mitologia nordycka"

 Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

 Aczel, Amir D. - "W poszukiwaniu zera"

 Łukawski, Jacek - "Grom i szkwał"

 Tregillis, Ian - "Mechaniczny"

Fragmenty

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

 Sanderson, Brandon - "Idealny stan"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 Liu, Cixin - "Problem trzech ciał"

 Clare, Cassandra i inni - "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS