NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Chambers, Becky - "Daleka droga do małej, gniewnej planety"

Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

Ukazały się

Bourne, J.L. - "Więcej niż wygnanie"


 Mastai, Elan - "Inne dziś"

 Brzezińska, Anna - "Córki Wawelu"

 Kristoff, Jay - "Nibynoc"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Janusz, Aleksandra - "Cień Gildii"

 Canavan, Trudi - "Obietnica następcy"

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

Imprezy

Copernicon 2017
Od: 2017-09-22
Do: 2017-09-24

Linki


Psychol_og

- Dzień dobry - powiedziałem, przekraczając próg gabinetu pana Ginsbauma, psychologa.
- Witam pana - odparł, wstając zza biurka i ruszając ku mnie z wyciągniętą dłonią.
Kilkakrotnie wstrząsnął moja prawicą, po czym wskazał miejsce, w którym mógłbym usiąść - dziwaczne połączenie fotela z tapczanem.
Usiadłem i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Wcale nie wyglądało jak standardowy gabinet lekarski. Bardziej przypominało skrzyżowanie biura z pokojem mieszkalnym - fotel, biurko, to „coś”, na czym siedziałem, regały uginające się pod stertami grubych ksiąg, gdzieniegdzie jakaś roślina - kwiatek, paprotka - zasadzona pewnie tylko po to, by kojąca zieleń działała uspakajająco na co bardziej nerwowych pacjentów.
- Co pana do mnie sprowadza, panie...? - Spytał.
- Normalny.
- Proszę? - Na dźwięk mojego nazwiska jego brwi uniosły się o kilka centymetrów.
- Nazywam się Krzysztof Normalny.
- Ach, już rozumiem. W takim razie - w czym problem, panie Normalny.
- Chyba w niczym, tak mi się wydaje - odparłem.
Ta wypowiedź zdziwiła go nawet bardziej niż moje osobliwe nazwisko. Ale taka była prawda - nie miałem żadnych poważnych problemów. W tej chwili moim największym zmartwieniem było to, że wszyscy moi znajomi chodzili do psychologa, a ja nie. Pamiętam ostatnią rozmowę, gdy siedzieliśmy w loży jednego z bardziej ekskluzywnych krakowskich klubów. Byli tam wszyscy moi przyjaciele, sama śmietanka. W pewnym momencie nasza dyskusja (która wcześniej krążyła wokół tematów takich jak polityka i finanse) zeszła na wątek problemów psychicznych, które we współczesnym świecie są podobno nieodłączną cechą każdego w miarę inteligentnego człowieka. Już po minucie zorientowałem się, że każda z kilkunastu towarzyszących mi osób co najmniej raz w miesiącu gości w specjalistycznym gabinecie i tam opowiada komuś o swoich zmartwieniach. Poczułem się głupio, gdy zaczęli wymieniać uwagi na temat swoich psychologów, ich kwalifikacji i dokonań. Próbowałem coś zaimprowizować, chciałem krzyknąć, że mój psycholog ma tytuł profesora, że pomaga również gwiazdom polskiej estrady i sceny politycznej oraz słynnym naukowcom, którzy pod ciężarem swych odkryć przeżywają załamania. W porę jednak zorientowałem się, że w tej materii nie mam absolutnie żadnej wiedzy. Że oto ja, Krzysztof Normalny, w pewien sposób odbiegam od normy, bo w przeciwieństwie do innych członków elity nigdy nie byłem u psychologa. Momentalnie ucichłem i w milczeniu przeżywałem smutny fakt, że dziś nie będę mógł zabłysnąć w towarzystwie swoją mądrością i błyskotliwością. Tego wieczoru pierwszy raz w życiu położyłem się do łóżka jako przegrany nieudacznik.
Pan Ginsbaum poprawił się w fotelu.
- Uch, panie Normalny, każdy, kto zjawia się u mnie, cierpi na jakąś dolegliwość, czasem bardziej poważną, czasem mniej, ale zawsze jakąś. Jeżeli już pan tu przyszedł, to prawdopodobnie coś jest nie w porządku. Być może pewnych rzeczy pan sobie jeszcze nie uświadamia, ale właśnie od tego są psychologowie, żeby udowodnić, iż w dzisiejszym świecie nikt nie jest całkiem zdrowy psychicznie, że nawet ktoś o nazwisku Normalny może być nienormalny.
Trzeba przyznać, że po jego wypowiedzi poczułem konsternację. Ale nie dałem tego po sobie poznać. Jestem młodym i inteligentnym człowiekiem sukcesu, nawet najbardziej przebiegły lekarz nie omami mnie swoją gadką-szmatką. Kiwnąłem głową, udając, że rozumiem, o co mu chodzi.
- Ma pan żonę? Dzieci? - Wypalił ni z gruszki, ni z pietruszki.
- Jestem młodym i inteligentnym człowiekiem sukcesu - odpowiedziałem jednym tchem. - Nie mam czasu na głupstwa. Żona, dzieci? To mogłoby przeszkodzić mi w karierze. Z resztą rodzina i tak jest już przestarzałą instytucją. Teraz jest moda na luźne związki, które nie są oparte na głębokiej więzi emocjonalnej.
- Wiem, wiem, ale czy nie sądzi pan, że żona i dzieci mogłyby się panu, bo ja wiem... przydać?
- Czy pan nie ogląda telewizji, nie słucha radia i nie czyta prasy? Czasy wielodzietnych małżeństw minęły całe wieki temu Dziś MTV i wszyscy modni artyści propagują niezobowiązujące kontakty seksualne, a jeżeli chce się być na topie, to najlepiej z osobami tej samej płci.
- Może zmieńmy temat - powiedział, marszcząc czoło. - Dużo pan pracuje?
- Tak, zdecydowanie tak. Pracoholizm jest teraz bardzo modny, wie pan.
- A czy pan uważa się za pracoholika?
Jego pytanie w pierwszym momencie trochę wybiło mnie z rytmu rozmowy. Czy ja jestem pracoholikiem? Hmmm... Jestem młodym i inteligentnym człowiekiem sukcesu, tyle wiem na pewno, a w gazetach pisali, że tacy ludzie najczęściej uzależniają się od pracy.
- Oczywiście, że jestem! - Krzyknąłem z niejaką dumą, bo przypomniało mi się, iż jeden z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi w kraju przyznał się, że też jest uzależniony od swojej „roboty”.
- Dobrze. Jak na razie wygląda na to, że rzeczywiście jest pan zupełnie normalny, panie Normalny, ale pod pewnym względem jest pan jednak nienormalny, bo współcześnie każdy normalny człowiek ma jakieś problemy natury psychologicznej.
- To źle?
- Tego na razie nie mogę powiedzieć. Jednak zapewniam pana, że ja, jako najlepszy psycholog w mieście, w ciągu najbliższej godziny udowodnię panu, że jest pan tak samo rąbnięty, jak cała reszta mieszkańców tej parszywej planety.
Założyłem nogę na nogę i zacząłem gapić się na stojącą w kącie paprotkę. Jego wywody trochę mnie nudziły. Być może ja rzeczywiście jestem jednym z tych odmieńców, którzy nie mają żadnych, nawet maluteńkich problemów.
- Teraz pokażę panu kilka obrazków. Na pierwszy rzut oka wyglądają one jak zwykłe plamy atramentu, ale ja proszę, by bacznie im się pan przyjrzał i powiedział mi, co one panu przypominają. Rozumiemy się?
- Chyba tak.
Z szuflady biurka wyjął kilka plastikowych tabliczek. Tak jak mówił, na wszystkich były jakieś czarne plamy. Gdy pokazał mi pierwszą, powiedziałem mu, że powinien użyć wybielacza, i że jak chce, to ja mu polecę najlepszą i najmodniejszą pralnię w Krakowie. Ale on odparł:
- Niech pan mi powie, co pan tu widzi. O najlepszej pralni porozmawiamy później. Przez kilka sekund wpatrywałem się w zaplamioną tabliczkę i za cholerę nic z niej nie mogłem wyczytać. Po chwili plama zaczęła nabierać bardziej rzeczywistych kształtów i od razu odgadłem, co przedstawia:
- Pieniądze! - Krzyknąłem. - Pięć banknotów, wszystkie o nominale dwustu złotych. Te banknoty dopiero przed chwilą wyjęto z bankomatu, bo są jeszcze ciepłe i nie zostały jak dotąd zmięte przez pazerną ludzką dłoń!
Pokazał mi następną tabliczkę, a potem dwie kolejne. Tym razem zgadywanie szło mi znacznie łatwiej. Na pierwszej zobaczyłem uśmiechniętą twarz Billa Gatesa, na drugiej dwie zrośnięte ze sobą nastolatki z karabinami maszynowymi, a na ostatniej kobietę z gigantycznym ogórkiem w uchu.
- I co pan sądzi doktorze? - Spytałem, gdy test z plamami się skończył.
- Cóż, jak na razie wygląda pan na typowego inteligentnego młodego człowieka sukcesu. Nadal nie widzę ani śladu jakichkolwiek dolegliwości psychicznych.
- A nie mówiłem?! - Krzyknąłem oburzony. Oburzony zarówno tym, że najwyraźniej psycholog w ogóle nie był mi do niczego potrzebny, jak i tym, że pan Ginsbaum od ponad pół godziny nie mógł mi udowodnić, że coś jest ze mną nie w porządku. W końcu za to mu płacą, żeby stwierdzał u ludzi różne choroby psychiczne i mówił im, że są kompletnymi świrami, czyż nie?
- Niech pan się tak szybko nie zniechęca, panie Normalny. Już niedługo wszystko się wyjaśni.
- Oby szybko!
Zadawał mi rożne pytania, a ja na wszystkie odpowiadałem tak, jak się spodziewał - absolutnie normalnie. Aż w końcu dotarliśmy do pytania dotyczącego kobiet:
- Czy często ogląda się pan za kobietami? Na przykład idąc ulicą, w barze, itp...
- Cały czas. W Playboyu był artykuł o tym, że takie oglądanie się jest bardzo popularne. I w ogóle takie męskie i na czasie.
- A jak się pan za nimi ogląda? Proszę mi pokazać.
Zrobiłem jak prosił. Pokazałem mu. Powoli obróciłem głowę, otwierając usta i wysuwając język niczym pies widzący kość (w telewizji mówili, że ten sposób patrzenia na kobiety jest teraz na topie).
- Acha! - Wrzasnął psycholog - No to już wszystko jasne!
- Co jasne? - Zdziwiłem się. - Czy pan wie, co mi dolega?
- Oczywiście. Zobaczyłem ten błysk w pana oku, gdy udawał pan, że ogląda się za kobietą. Pan nie patrzył na nią tak jak trzeba, tak jak się patrzy na obiekt seksualny. Widziałem, że się pan stara, że wysuwa pan język, jak jakaś wygłodniała bestia, ale i to mnie nie zmyliło. Pan bardzo chciałby być kobietą. W tym spojrzeniu widziałem tęsknotę za prawdziwą, pierwotną płcią. Pewnie lubi się pan gapić na babki w miniówkach, co?
- No, nie da się ukryć.
- Również w tym tkwi pewien szkopuł. Pan nie jest nawet świadomy tego, że sam chciałby pan nosić takie krótkie sukienki. I dodam jeszcze, że prawdopodobnie niczego nie pragnie pan bardziej, niż wychodzić na plażę w bikini, malować usta i paznokcie, robić sobie trwałą, wyjść za przystojnego, dobrze sytuowanego mężczyznę i mieć z nim kilkoro dzieci.
Jego teoria dosłownie wgniotła mnie w glebę.
- Mój Boże, czy to może być prawda... - Zastanawiałem się głośno.
- Niech pan nie próbuje zaprzeczać! - Wrzasnął psycholog. Od tej chwili byłem już cicho i słuchałem jak opowiada mi jakieś niestworzone, perwersyjne historie, które rzekomo pojawiają się w moich marzeniach. Po kolejnych piętnastu minutach spotkanie dobiegło końca.
- A nie mówiłem, że wszystko będzie w porządku - odparł Ginsbaum, gdy wręczałem mu dwustuzłotowy banknot. - Przyszedł pan do mnie jako normalny człowiek, a wychodzi jako chory zboczeniec pragnący małżeństwa, tej przestarzałej i niemoralnej instytucji, i jako osoba tęskniąca za macierzyństwem. Czyż nie przysięgałem, że jestem najlepszy w mieście?
- Fakt, muszę przyznać panu rację. Okazało się, że ja również, tak jak moi znajomi mam problemy psychiczne... i to niebagatelne...
Z radości do oczu napłynęły mi łzy. Okazało się, że wcale nie jestem odmieńcem, że będę musiał regularnie odwiedzać gabinet psychologa. To było niesamowite uczucie. Na pożegnanie ucałowałem pana Ginsbauma dwa razy w czoło i raz w czubek nosa, później uścisnąłem mu dłoń i wyszedłem.
Wracając do domu cały czas myślałem o naszym kolejnym spotkaniu, które było zaplanowane za tydzień. Już nie mogłem się doczekać...

* * *



Podczas kolejnej wizyty bardziej szczegółowo omawialiśmy moje problemy dotyczące identyfikacji własnej płci. Pan Ginsbaum kazał mi: palić cygara, żuć tytoń, głośno przeklinać, czytać na głos kawały z magazynów dla panów i oglądać harcore’owe filmy pornograficzne - wszystko to w celu uczynienia mnie bardziej męskim. Na następnym spotkaniu poddał mnie hipnozie. Zupełnie nie pamiętam, co się wtedy działo, ale wiem, że czułem się bardzo przyjemnie, tak jakby ktoś otworzył mi głowę i przeprowadził tam w środku wiosenne porządki.
- Mam do pana jedną ważną prośbę, panie Normalny - powiedział mi po miesiącu terapii. - Niech pan codziennie przyjmuje te tabletki. Zawsze po śniadaniu i tuż przed snem. - Rzekł i dał mi buteleczkę pełną niebieskich pigułek. „A po co mi one?” - Pomyślałem w pierwszej chwili, ale wkrótce przypomniało mi się, że moi znajomi też biorą coś podobnego i że to ich podobno dobrze nastraja do egzystowania na tej planecie, czyni z nich żądne sukcesu jednostki. Więc zacząłem je łykać. I czułem się po nich naprawdę niesamowicie, zupełnie, jakbym znalazł się w innej rzeczywistości. Raz tylko zapomniałem wziąć pigułki, i na nieszczęście był to dzień, kiedy miałem się spotkać ze swoim psychologiem.
- Czy brał pan dziś tabletkę? - Spytał Ginsbaum.
- Oczywiście - skłamałem.
- Bardzo dobrze. Teraz zastanowimy się nad tym, jak powinien pan traktować kobiety.
- Zamieniam się w słuch.
Psycholog włączył telewizor oraz magnetowid i puścił mi film pod tytułem „Miejsce kobiety we współczesnym świecie”. Potem usiadł za biurkiem i oglądał razem ze mną. Film miał zastraszająco kiepską jakość. Zaczął się od napisów, takich jak były na początku „Gwiezdnych wojen”, oddalających się w głąb ekranu sentencji w stylu: „Kobiety mają gotować, prać, sprzątać i zajmować się dziećmi. Pozwalanie im na cokolwiek więcej jest zbędnym dobrodziejstwem”. I tym podobne. Lecz nagle stało się coś dziwnego, obraz rozmazał się i zobaczyłem na nim migający w tle napis: „Będziesz wiernie służył swojemu psychologowi lub psychiatrze i wszystkim im podobnym, albowiem oni należą do rasy wyższej, rasy, która ma wkrótce objąć Ziemię we władanie”. Zaskoczony tym przekazem kilkakrotnie zamrugałem powiekami. Napis zniknął, ale w jego miejscu pojawiło się coś nowego i jeszcze bardziej przerażającego. Słuchajcie: na pierwszym planie mąż strofujący żonę, że obiad, który ugotowała, jest do kitu, a na drugim planie (niejako wyjeżdżający z głębi ekranu) obraz przedstawiający dwójkę ludzi - kobietę i mężczyznę myjących buty pana Ginsbauma. Myjących w sposób niezwykły - językiem.
Próbowałem zachować spokój i wmówić samemu sobie, że wszystko jest w porządku, że każdy inteligentny młody człowiek sukcesu musi przejść przez coś takiego, ale było mi naprawdę ciężko.
Mniej więcej po piętnastu minutach filmu mój psycholog musiał na chwilę przejść do sąsiedniego pomieszczenia, bo zadzwonił telefon. Na ekranie widziałem nakładające się na siebie obrazy - mężczyzna bijący kobietę paskiem od spodni i jakiś psycholog siedzący na tronie (wiedziałem, że jest psychologiem, bo miał koszulkę z takim napisem, z napisem „PSYCHOLOG”), a pod nim całe rzesze ludzi klęczących i bijących czołami o podłogę. Za nic w świecie nie mogłem pojąć, o co tu chodzi.
Nie wyłączając filmu zakradłem się pod drzwi sąsiedniego pokoju i zacząłem podsłuchiwać telefoniczną rozmowę Ginsbauma. Brzmiała ona tak:
„Udało mi się obezwładnić kolejnego. To już czwarty w tym miesiącu... Siedzi teraz w gabinecie obok i ogląda jeden z naszych filmów. Ha, ha następny frajer zostaje właśnie naszym sługą... Co? Nie, nie usłyszy nas. Bierze leki i teraz nie jest nawet w stanie odróżnić własnego (xxxx) od marchewki... Tak, to nastąpi już niedługo. Cała Ziemia będzie nasza... Ja też nie mogę się doczekać... Przekaz podprogowy i tabletki - to był genialny pomysł... A oni ciągle myślą, że wszystko jest w porządku. Cóż za głupia rasa. Tacy idioci nie zasługują na taką fajną planetę... Już niedługo, jeszcze tylko kilka lat....”
W tym momencie nie wytrzymałem i otworzyłem drzwi, za którymi toczyła się ta chora i niezrozumiała rozmowa. To, co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ujrzałem jakąś odrażającą istotę o galaretowatym, zielonym ciele i twarzy przypominającej kuliste akwarium. Stworzenie to było ubrane w strój pana Ginsbauma, zaś pan Ginsbaum (a raczej sama jego skóra) wisiał sobie spokojnie na wieszaku, wyglądając jak jakaś groteskowa parodia płaszcza.
Odruchowo wrzasnąłem.
- Co pan tu robi, panie Normalny? - Spytała ohydna istota głosem mojego psychologa. Tak wielkiej dawki absurdu nawet ja - młody i inteligentny człowiek sukcesu - nie mogłem znieść. Rzuciłem się do szaleńczej ucieczki. Wybiegłem z gabinetu, zbiegłem po schodach, wydostałem się z budynku, a potem - cały czas drąc się wniebogłosy o rasie obcych istot, która używa przebrań psychologów i psychiatrów, by opanować naszą planetę - skierowałem się w stronę najbliższej komendy policji, celem poinformowania władz o zaistniałym niebezpieczeństwie inwazji nieznanej formy życia.
- Galaretowate, ohydne istoty chcą nas wszystkich zniszczyć! - Krzyczałem wchodząc na komisariat i momentalnie zwracając na siebie uwagę wszystkich tam obecnych.
- Nie się pan uspokoi - powiedział niski i gruby funkcjonariusz, który podszedł do mnie - Co się stało?
- Mój psycholog jest obleśną bestią z innego wymiaru!
- Aż tak z pana zdziera? No, ile wziął? Pewnie z dwie bańki, co?
- Pan nic nie rozumie! – Wrzasnąłem. - Obca rasa chce opanować Ziemię! Musimy się ratować nim wszystkich nas omamią!
- Proszę opuścić komisariat i czym prędzej zgłosić się do specjalisty - odparł najspokojniej w świecie policjant.
- Boże, ten idiota nic nie kuma! - Zirytowałem się. - Galaretowate organizmy z kulistymi głowami... - Nie zdążyłem nawet dokończyć swojej wypowiedzi, bo ten cholerny gliniarz potraktował mnie jak jakiegoś natrętnego owada i pacnął mnie w łeb służbową pałką. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i straciłem przytomność.

* * *



Obudziłem się w białym pomieszczeniu, leżąc na wyłożonej miękkimi matami podłodze. Byłem skrępowany. Dziwaczny strój, który miałem na sobie - bardzo obcisła biała piżama ze związanymi rękawami - sprawiał, że nie mogłem poruszać rękami. „Co tu się do cholery dzieje?” – Pomyślałem. – „Czy każdy młody i inteligentny człowiek sukcesu musi przez to przejść?”
Nim udało mi się rozwiązać tę kwestię, do pomieszczenia weszło trzech mężczyzn ubranych w lekarskie fartuchy. Zląkłem się i cofnąłem w najodleglejszy kąt pokoju, kuląc się jak zbity pies.
- No proszę - rzekł jeden z lekarzy. - Kto by pomyślał, że tak zachowuje się człowiek o nazwisku Normalny.
W odpowiedzi na jego uwagę warknąłem złowieszczo.
- Wszyscy są teraz zdrowo rąbnięci - stwierdził drugi z lekarzy. - Nie ma już na świecie nikogo normalnego.
Myśląc o galaretowatych stworach, które wkrótce zawładną ludzkością, zacząłem walić głową o ścianę. Na szczęście była miękka...
- Taka durna rasa. Taka durna, durna rasa - powiedział trzeci z lekarzy i zaśmiał się. Dwaj pozostali również zanieśli się śmiechem i rżeli tak długo, aż skóra zsunęła im się z twarzy, ukazując kuliste oblicza o barwie kisielu z kiwi...



Autor: Kain, Dawid
Dodano: 2006-04-13 09:13:10
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e03)

Recenzje

Tchaikovsky, Adrian - "Dzieci czasu"


 Riggs, Ransom - "Baśnie osobliwe"

 Cetnarowski, Michał - "Podwójna tożsamość bogów"

 Dashner, James - "Dziennik osobliwych listów"

 Schwab, V.E. - "Zgromadzenie cieni"

 Orliński, Wojciech - "Lem. Życie nie z tej ziemi"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Kosik, Rafał - "Różaniec"

Fragmenty

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #2

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #1

 Duszyński, Tomasz - "Impuls" #2

 Duszyński, Tomasz - "Impuls" #1

 Butcher, Jim - "Zdrajca"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS