NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Kańtoch, Anna - "Zabawki diabła" (Powergraph)

Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Ziemkiewicz, Rafał A. - "Cała kupa wielkich braci"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 2002
ISBN: 83-89011-06-9
Oprawa: miękka
Liczba stron: 270
miejsce wydania: Lublin



Ziemkiewicz, Rafał - "Cała kupa wielkich braci"

Fragment książki Rafała Ziemkiewicza pt. ‘Cała kupa wielkich braci’, która ukazała się nakładem wydawnictwa Fabryka Słów.

1.Jawnogrzesznica


Tłum, morze ludzi - rany Boskie, takiego mrowia chyba jeszcze świat nie widział. Stoimy przy bramie od czwartej rano, teraz jest już po południu, i cały czas, bez chwili przerwy, przepływa wokół nas potężna rzeka rodaków. Rozdwaja się zaraz za bramą i ginie gdzieś za naszymi plecami, wtłoczona w przejścia i sektory. Bram jest pięćdziesiąt osiem, wszystkimi wlewa się nieustannie ten żywioł i końca nie widać. Za wysoką na cztery metry barierą z gęstej, podłączonej do prądu siatki, za poprzedzającymi ją kolorowymi szlabanami wciąż tłum. Z obłoków musi to wyglądać niesamowicie.

Nie przypuszczałem, że będzie ich aż tylu, nawet wliczając polonusów z całego świata. Walą przed siebie, z kartami wstępu w wyciągniętych rękach, pełni radosnego podniecenia. Niosą jakieś transparenty, chorągwie, święte obrazy... Bez końca. Aż dech zapiera. Jedynie nasze ponure gęby, moja i Bibola, nie pasują zupełnie do ogólnego nastroju. No, ale my tu jesteśmy tylko elementem pejzażu, takim samym jak te wszystkie szlabany, barierki i łopoczące chorągiewki. Po prostu sterczymy przy bramie, od wewnętrznej strony, zacięci w ponurym milczeniu.

Właściwie nie bardzo wiadomo po co. O żadnym sprawdzaniu kart nie ma w tym tłumie mowy. Cała reszta Milicji Bożej dawno już dała nogę, żeby się, korzystając z mundurów, przepchać jak najbliżej ołtarza. Zostali państwowi gliniarze - jako etatowi grzesznicy do brudnej roboty nie mogą przekroczyć bariery otaczającej poświęcaną ziemię. Oni pilnują tego tłumu tu i dalej, na dworcach, szosach i lotniskach. My nie mamy nic do roboty. Lecz stoimy, bo ostatni rozkaz był stać, a ja osobiście nie mam już innego wyjścia, tylko sumiennie wypełniać rozkazy.

Bibol pewnie myśli to samo, ale nie wiem, nie rozmawia ze mną. I czego się wścieka? W końcu to wszystko od niego się zaczęło. Od tego, że się jak zwykle schlał, spóźnił na służbę i nie mogłem zejść z posterunku.

To było jakieś dwa, trzy miesiące po ogłoszeniu terminu Nawiedzenia. Roboty w opór, cały gmach komendantury Episkopatu pękał od interesantów. Obozowali pod budynkiem, czekali tygodniami na swoją kolejkę - regularne oblężenie, głównego wejścia w ogóle nie dało się używać. Na dole zajmowali się nimi niżsi rangą selekcjonerzy. Tych nielicznych, których nijak nie dawało się spławić, przepuszczali na górę, do kolumnowego gabinetu, gdzie za ogromnym biurkiem, pod wielkim krucyfiksem i rozciągniętym na całą ścianę biało-czerwonym płótnem, przyjmował ich Jego Świątobliwość. A za plecami Jego Świątobliwości prężył się w postawie zasadniczej odpicowany na galowo funkcjonariusz Milicji Bożej, z akselbantami i złotym posochem Służby. Czyli ja.

Delikwent, oczywiście, miał wszystkie papiery w porządku. Kartki w komplecie, stemple jak należy, plik cegiełek na bazylikę, wszystkie dobrowolne ofiary uiszczane terminowo, i jeszcze kilka mocnych poświadczeń prawego żywota. Ale tutaj to nie robiło wrażenia. Jego Świątobliwość przerzucił wszystko, niby to z uwagą, po czym sięgnął po przyniesiony przez diakona wydruk z sekcji rachunków sumień głównego teokomputera. Wysłuchał cierpliwie dukanej przez starucha supliki, pokiwał głową, upił herbaty i znienacka przygwoździł go pytaniem: - Czy to prawda, że szesnastego grudnia 1995, podczas rozmowy w toalecie szkoły, nazwaliście swego księdza katechetę „głupim katabasem”?

____________________

2.Żywa gotówka

Cały pech z Oszołomem polegał na tym, że facet zadzwonił w najmniej odpowiedniej chwili. Dziesięć minut wcześniej czy później miałbym dość przytomności umysłu, żeby go spławić albo podrzucić Prorokowi. A przynajmniej, żeby od razu wyciągnąć z niego coś konkretnego i wiedzieć zawczasu, czego się spodziewać.

Inna sprawa, że oszołomy nigdy nie dzwonią w odpowiedniej chwili. W ogóle, gdyby nie oni, redakcja „Gazety Narodowej” byłaby dwa razy sympatyczniejszym miejscem pracy. A tak, połowę każdego dyżuru zabierało opędzanie się przed korowodami osobników, którzy rzucając dokoła czujne, szybkie spojrzenia, informowali zdławionym szeptem, że jeden z Kaczyńskich naprawdę nazywa się Szlingwajn, albo że Olszewski ma w zębie nadajnik, przez który go kontrolują. Oczywiście wiedziałem, że trzy czwarte z tych biednych staruszków przeszło jeśli nie przez Sybir, to co najmniej przez Wronki, i że przeżyli tam rzeczy, od których mało kto nie sfiksował. Za każdym razem starałem się wzbudzić w sobie ewangeliczną życzliwość i cierpliwość. Ale od czasu do czasu mi się nie udawało. I ten facet trafił na taki właśnie moment; akurat chwilę po tym, jak odwinąłem śniadanie z papierowej serwetki.

Ściślej mówiąc, nie chodziło o samo śniadanie. Śniadanie jak śniadanie - bułka z wędliną i masłem, stwardniałym na kamień od leżenia w redakcyjnej lodówce. Chodziło o to, że tego dnia razem z kanapką żona zawinęła obrazek. Oglądałem zaskoczony fotografię modelki w seksownych, czarnych koronkach, wyciętą, jak uznałem w pierwszej chwili, z katalogu bieliźniarskiego.

Swoją drogą, miałem szczęście, że zabrałem się do bułki od właściwego końca. Gdybym najpierw zaczął jeść, i dopiero potem trafił pomiędzy warstwami papieru na kartonik, mógłbym się udławić z wrażenia. Wyłuskałem zdjęcie z ostrożnością sapera; nie znikało. A bielizna dziewczyny na fotografii, gdy popatrzeć uważnie, okazywała się jeszcze bardziej frywolna niż na pierwszy rzut oka. Fotkę wydrukowano na cienkim, sztywnym kartonie; na rewersie nie był zadrukowany, więc moja ślubna nie wycięła go z katalogu, tylko z pudełka. Dziennikarstwo jednak rozwija rozum: wydedukowanie, gdzie obecnie musi się znajdować zawartość tego pudełka, zajęło mi zaledwie parę sekund. Obracałem kartonik w ręku, śliniąc się bezwstydnie do podsuwanej przez wyobraźnię wizji ukochanej w koronkowych luksusach i kombinując, pod jakim by tutaj pozorem urwać się z redakcyjnego dyżuru, najlepiej już i natychmiast.

I w takiej chwili sekretariat połączył Oszołoma. Kto na moim miejscu nie potraktowałby go równie oschle, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Jak większość oszołomów, dyszał ciężko w słuchawkę.
- Pan Aleksandrowicz?
- Tak.
- Rafał Aleksandrowicz?
- Tak, słucham - wysiliłem się na uprzejmy ton.
- Przeczytałem pański artykuł. Ten z okazji uruchomienia zintegrowanego systemu komputerowego. Gratulacje. - Był pan bardzo blisko prawdy. Myślę, że pan jeden może zrozumieć sprawę. Widzi pan, ja wiem, co to za diabeł tak rozrabia na giełdzie.
To był właśnie ten moment, w którym należało przejść do kontrofensywy: wytłumaczyć facetowi, że dodzwonił się do niewłaściwej osoby w niewłaściwym czasie, że człowiek zajmujący się u nas giełdą wyjechał na leczenie klimatyczne, skąd wróci dopiero na wiosnę jeśli go wcześniej nie zjedzą krokodyle, i tak dalej. Ale ja milczałem, mając myśli zajęte czarnymi koronkami.
- Pan to musi napisać. - Oszołom korzystał z mojego milczenia. - Tylko panu jednemu powiem, zresztą nikomu innemu by nie uwierzyli. Halo? Halo?
- Tak, słyszałem. Chce pan, żebym to napisał. Ale co?
- O nich! - Wpadł w furię, ni stąd, ni zowąd, jak to oszołomy. - Żeby ludzie zdawali sobie sprawę, co się dzieje! Muszą się dowiedzieć! Ja panu wszystko opowiem, a pan napisze i wydrukuje - sapał, jakby ukończył właśnie maraton. - One, proszę pana, nie działają przypadkowo. Te spółki, po kolei, kiedy się przejrzy ich listę... Przejrzał pan? Teraz już widać, o co im chodzi. Ale to nie z żadnego altruizmu, o nie, one myślą tylko o sobie. Tylko niech pan nie sądzi, że zwariowałem.
- Uhm.
- Nie wierzy mi pan, co? Ale ja pana przekonam. Na dzisiejszej sesji, zobaczy pan, padnie Euromex. Wydaje się, że stoi świetnie, a padnie. A potem to się dopiero zacznie. Niech pan do mnie przyjdzie, jeszcze dzisiaj. - Słucham?
- Mówię, żeby się pan pośpieszył! Adresu panu nie podam, umówimy się na mieście, koło „Warsa”. Najlepiej niech się pan po prostu przechadza dookoła Rotundy. Podejdę, jak się upewnię, że nikt za panem nie idzie. Pan sobie nawet nie zdaje sprawy, jakie one potrafią być przebiegłe...

____________________

3. Żadnych marzeń

Pierwszego września 1939 roku Nikodem Dyzma, premier Rzeczypospolitej Polskiej, zjawił się w bunkrze Sztabu Generalnego punktualnie o czwartej rano. Wszedł do sali odpraw, pozostawiając osobistego sekretarza za drzwiami, i nie znoszącym sprzeciwu gestem dłoni uciął zwyczajowe „panowie oficerowie...” Naczelnego Wodza, generała Władysława Sikorskiego, ograniczając ceremonie powitalne do pośpiesznego skinięcia głową. Spotkanie nie miało charakteru oficjalnego. Oprócz Sikorskiego uczestniczyli w nim tylko najbliżsi współpracownicy premiera. Generałowie: Rayski, dowódca lotnictwa, Kutrzeba, generalny inspektor sił zbrojnych, oraz Maczek i Thomee, dowodzący pancerno-motorowymi zgrupowaniami odwodowymi „Północ” i „Południe”. Byli także brygadierzy Rowecki, Sosabowski i Dobrzański, dwa dni temu mianowani specjalnym rozkazem dowódcami Samodzielnych Grup Wypadowych, których istnienie pozostawało jedną z najściślej strzeżonych tajemnic wojskowych.

Listę obecnych uzupełniał pułkownik Raczkiewicz, mimo młodego wieku zaliczany, jako jeden z szefów obdarzonego przez Dyzmę licznymi przywilejami wywiadu wojskowego, do najbardziej wpływowych ludzi w Rzeczypospolitej. Dobór zaproszonych na odprawę nie miał jednak nic wspólnego ze służbowymi przydziałami i hierarchiami. Wokół stołu z wielką sztabową mapą zgromadziło się grono najbliższych wojskowych współpracowników premiera, jego, jak czasem mawiano, pretorianie - liderzy nieformalnego stronnictwa, z którym przed kilku laty rozpoczął starania o głęboką reformę polskiego wojska. Równie głęboką, jak ta dokonana na początku lat trzydziestych w gospodarce, nazywana powszechnie „reformą Dyzmy”, która wprost z głębokiego kryzysu wprowadziła kraj w okres intensywnego rozwoju.

Teraz, w obliczu nieuniknionego starcia narodów, mało kto wątpił, że reformy te wdrażał premier pod presją przewidzianych przez niego z genialną trafnością zmian w sytuacji międzynarodowej. Że bezwzględne środki, po które nie wahał się sięgać, surowość, z jaką prześladował komunistów, związki zawodowe i PPS, zdeptanie praw socjalnych i powszechnie krytykowane przywileje dla świata kapitału, usprawiedliwione były wyższą koniecznością - potrzebą dozbrojenia wojska. Przyznawali to nawet zawzięci wrogowie Dyzmy, niechętnie godząc się z urobioną przez prasę opinią o jego darze politycznego wizjonerstwa.

Premier pochylił się nad mapą. Gdy wodził wzrokiem po symbolach oznaczających polskie i niemieckie jednostki, lotniska i obszary ześrodkowania, w ostrym świetle elektrycznych lamp jego twarz bardzo różniła się od tej, którą każdy Polak znał z propagandowych plakatów - tchnącej siłą i wiarą w przyszłość twarzy Męża Opatrznościowego, z uniesionym podbródkiem i stalowym spojrzeniem wbitym w horyzont. Na pochylonym nad Polską obliczu premiera odcisnęły się zmęczenie i bezsenność, wyostrzając rysy i kładąc sine cienie pod oczami. Pod tym względem twarz Dyzmy nie różniła się od twarzy zgromadzonych oficerów. Różnica była tylko jedna: nie znać w niej było obawy. Ani śladu.

- Panowie - rzucił wreszcie, po nieskończenie długim milczeniu. - Nie będę ukrywał, że to wielka chwila, nie tylko dla Narodu, ale i osobiście dla mnie. Zrobiliśmy, co było w naszej mocy, i myślę, że Niemców czeka bardzo przykra niespodzianka.

____________________

Za udostępnienie fragmentów dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów (www.fabryka.pl)


Dodano: 2006-04-06 18:43:19
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS