NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

Žamboch, Miroslav - "Bakly. W objęciach śmierci", tom 2

Ukazały się

Mammay, Michael - "Przestrzeń"


 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"

 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

Linki

Drzewiński, Andrzej & Inglot, Jacek - "Bohaterowie do wynajęcia"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Czerwiec 2004
ISBN: 83-89011-49-2
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 352
Cena: 27,99 PLN



Drzewiński, Andrzej & Inglot, Jacek - "Bohaterowie do wynajęcia"

Fragment książki Andrzeja Drzewińskiego i Jacka Inglota pt. ‘Bohaterowie do wynajęcia’, która ukazała się nakładem wydawnictwa Fabryka Słów.

Misja

(fragment opowiadania „Kandydat do Unii”)

Otworzył gwałtownie oczy. Przebywał w kiszkowatym pomieszczeniu, ciasno zastawionym ceramicznymi pojemnikami, ze ścian zwisały plastykowe worki. Podszedł i odgarnął warstwę szronu. „Filety z makreli” odczytał. Dalej były „Ozorki cielęce”, a potem „Kurze udka”. No tak... Pojął, że znajduje się w magazynie żywnościowym statku. Innymi słowy, zielonemu udało go się wstrzelić wprost do lodówki.
Uniósł rękę i wdusił przycisk sygnalizatora. Potem, przyświecając sobie reflektorkiem, dotarł do drzwi. Jak w każdej szanującej się chłodni, od środka nie zainstalowano klamki. Zniechęcony przysiadł na jednej ze skrzyń i podkręcił ogrzewanie kombinezonu. Sytuacja nie wyglądała różowo, zwłaszcza, że nie wiedział, w jakim stanie są baterie w, zabytkowym w sumie, skafandrze.
Raptem pojaśniało. Obrócił głowę i dojrzał, że drzwi stoją otworem. Ha, był w czepku urodzony. Nie musiał forsować drzwi ani wracać do zielonego. Z radością powstał i ruszył ku mężczyźnie, grzebiącemu za jedną ze skrzyń. Ten dojrzał go, kiedy Enrico był już o krok. Podskoczył jak oparzony, a z rąk posypały mu się plastykowe woreczki.
– Inwazja! Czerwoni na pokładzie! – wrzasnął i wybiegł na zewnątrz.
Enrico opuścił wyciągniętą bratersko dłoń. Cóż, pomyślał, też bym się zdenerwował, znajdując kogoś w lodówce. Ruszył ku wyjściu i już przy pierwszym kroku stąpnął na coś śliskiego. Mimo rozpaczliwego wyrzutu ramion stracił równowagę i zwalił się na podłogę. Chrupnęło dość donośnie. Przerażony, miał w pierwszej chwili wrażenie, że coś sobie złamał, ale było jeszcze gorzej. To sygnalizator zielonego poszedł w drobny mak. Ciężko westchnął. Wyglądało na to, że w kwestii powrotu jest teraz zdany wyłącznie na domyślność kosmity. Wstając, mimochodem zerknął na woreczki, na których się poślizgnął. Jeden pękł i mąkopodobna substancja rozsypała się po podłodze. Nie wytrzymał. Zdjął hełm, poślinił palec i zebraną drobinkę położył na języku. Znał ten smak z dawnych czasów, gdy zdarzało mu się pociągnąć.
– Cholera – mruknął i splunął. – Cholera, tego jeszcze nie było.
Ruszył przed siebie, pragnąc jak najszybciej dotrzeć do dowódcy statku. Po pierwsze, musiał go uprzedzić, że ma narkomana na pokładzie. Taki człowiek może wystawić na szwank powodzenie całej misji. A po drugie, rzecz jasna, pozostawała sprawa, w celu załatwienia której tu przybył. Boże, jak ich namówić, aby zawrócili statek, kiedy przygotowania do wyprawy trwały wiele lat i kosztowały kupę forsy... Wierzył, że najlepszym argumentem będzie on sam – a dokładniej jego niewytłumaczalna obecność na pokładzie.
Grawitacja, wywołana rotacją statku, była znikoma, więc w wąskim korytarzu bardziej płynął niż szedł. Po dobrych kilku metrach usłyszał głosy zza niedomkniętych drzwi. Przyłożył oko do szczeliny i dojrzał coś w rodzaju nawigatorni. Zamontowany ukośnie ekran ze zbliżeniem tarczy Marsa wieńczył ścianę pełną monitorów. Stojące do nich frontem fotele pilotów okazały się jednak puste. Cała załoga – pięć osób – siedziała w kucki, tworząc pośrodku pomieszczenia indiański krąg. Wyglądało to na jakąś naradę. Nie miał pojęcia, którego z nich nakrył w magazynie. W każdym razie nie tego naprzeciwko, w którym rozpoznawał Glenna – dowódcę statku. Uznał, że pukanie byłoby idiotyczne, więc pchnął drzwi i wszedł do środka.
– Panie dowódco – zaczął służbiście. – Jestem Enrico Olivetti. Właśnie przybyłem z Ziemi w nadzwyczaj ważnej sprawie.
Oczekiwał okrzyków zdumienia, nieufności, setek pytań... każdej gwałtownej reakcji, lecz nie pięciu dość flegmatycznych, jeśli nie maślanych spojrzeń. Glenn od niechcenia przystawił palec do nieistniejącej czapki. – Cześć, koleś, co cię sprowadza?
Już chciał zacząć wyjaśniającą orację, gdy jego wzrok spoczął na niskim stole, stojącym między siedzącymi. Na blacie przed każdym leżała kupka białego proszku i cienka rurka. Taka, co to tylko wsunąć do nosa i zdrowo pociągnąć. W środku żarzyło się coś na elektrycznym ruszcie. Widać stąd pochodził ten słodki zapach w pomieszczeniu.
– Co wy robicie? – zapytał.
Glenn uśmiechnął się wyrozumiale, niczym dobrotliwa inkarnacja Buddy.
– Co jest, koleś? Seansu psychoterapeutycznego nie widziałeś?
Spoczywający obok rudzielec przechylił się pod nieprawdopodobnym kątem.
– Nie masz pojęcia, jak łyso lecieć tak daleko od domu w takiej blaszanej beczce.– Uśmiechnął się porozumiewawczo. – Trzeba pociągnąć, bo inaczej byśmy już dawno hyzia dostali.
Wszyscy zgodnie przytaknęli. Enrico wodził osłupiałym wzrokiem od twarzy do twarzy, lecz wszędzie napotykał to samo szkliste spojrzenie. Ćpuny, pomyślał, ćpuny w kosmosie.
– Dobra. – Glenn wstał i przyjął postawę nienaturalnie wyprostowaną. – A więc jesteś z bojowej stacji hibernacyjnej, tak?!
– Z jakiej stacji?
– Sowieckiej, rzecz jasna. – Dowódca wycelował w naszywki jego skafandra. – Jesteś sam, czy inni są na zewnątrz? Kiedy was wystrzelili? Pewnie jeszcze w latach osiemdziesiątych...
Reszta załogi uniosła się z minami niewróżącymi nic dobrego. Enrico poczuł, że jest mu za gorąco – i nie tylko dlatego, że zapomniał wyłączyć ogrzewania skafandra.
– Ten strój to przypadek. Jestem Amerykaninem...
Urwał, gdyż rudzielec przejechał dłonią po jego torsie. Na palcach została warstewka topniejącego szronu. – Koleś, ty chyba naprawdę przed chwilą z tej hibernacji wyszedłeś – zachichotał a inni mu zawtórowali. Zrozumiał, że nie ma dla niego ratunki. Astronauci, widać, dojrzeli do identycznego wniosku, gdyż zawyli przeciągle i jednocześnie skoczyli. Przykryty stertą ciał walczył dzielnie, charcząc coś o UFO i misji, dopóki nie dostał czymś twardym po głowie.
Kiedy odzyskał przytomność, był obwiązany sznurkami jak baleron i troskliwie przymocowany do fotela. Jego skafander, porżnięty w gustowne strzępy, leżał tu i ówdzie. Ktoś gwałtownie zakręcił fotelem, ustawiając go twarzą do Glenna.
– Przyznaj się – zaczął ten podejrzanie słodko. – Miałeś uszkodzić statek i nie dopuścić do lądowania na Marsie, prawda?
Enrico desperacko szarpnął więzy, lecz z równym powodzeniem mógłby starać się przegryźć ścianę. Szanse na sukces były bliskie zeru – absolutnemu. Jęknął, a potem z prędkością karabinu maszynowego zaczął im tłumaczyć sytuację. Kiedy doszedł do makaronu, jego skromne liczbowo, acz uważne audytorium ryknęło śmiechem. Taki mały, łysawy, dostał czkawki.
– Chłopie. – Glenn poklepał Enrica po ramieniu. – Jesteś najlepszym urojeniem od początku naszej misji. Panienki z „Penthousa” każdemu mogą się w końcu przejeść.
– Ja nie jestem urojeniem. Chcę was uratować! – krzyknął, lecz astronauci mimo jego rozpaczliwych protestów wytoczyli fotel z nawigatorni i pociągnęli w głąb korytarza.
Śpiewali przy tym aż miło, nie hymn bynajmniej, lecz sprośną piosenkę o bawiącym na przepustce bosmanie. Wariaci, pomyślał Enrico i jęknął, gdyż zrozumiał, że nazwał rzecz po imieniu. Niestety.
W końcu stanęli przed grubymi drzwiami w żołto-czarne pasy. Rudzielec wystukał kod i śluza stanęła otworem. Śluza?! Enrico ryknął i zaczął wierzgać z całych sił, lecz absolutnie na nic to się nie przydało. Przy wtórze podśpiewywań o przygodach chutliwego bosmana wepchnięto go do środka.
– Jutro, kiedy wrócimy do naszej nudnej służby, będzie nam ciebie brakować – zapewnił go Glenn.

____________________

Za udostępnienie fragmentów dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów (www.fabryka.pl)


Dodano: 2006-04-06 18:40:32
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS